Troszkę zaniedbałem blog przez ostatni czas. Rzecz jasna, nie bez przyczyny – musiałem trochę poukładać w życiu, przystosować się do nowych warunków, dostosować grafik. Ponieważ jednak jestem Homo sapiens (sapiens), to przedsięwzięcie musiało mi się udać. I o to jestem, wróciłem – boicie się?

Ja – tak. Nie co dzień człowiek się dowiaduje, że prawdopodobnie nie istnieje…
Ale do rzeczy – studia. Zaczyna się jakaś nowa część mojego życia, już teraz to widzę. Wychynąwszy zza cuchnących skrzydeł edukacji znalazłem się na zupełnie nowym dla mnie terenie. Tam, gdzie nikt się już u mnie nie troszczy i nie próbuje pomóc.

… bogowie, jak ja na to długo czekałem!
Niestety, w naszym masowym społeczeństwie większość, hm, organizacji zajmujących się ,,pomocą” pomaga ludziom przymusowo, według własnego uznania i z jak największą dawką ignorancji pomieszanej z hipokryzją. Ot, weźmy takich zielonych – niektórzy z nich są święcie przekonani, że by pomóc biednym zwierzątkom, trzeba wybić 1/3 ludzkości, albo brać w/w na ramiona i przenosić przez jezdnie, podczas gdy biedne zwierze dostaje zawału i nasiąka smrodem człowieka (co, w przypadku młodych niektórych zwierząt, kończy się czasem odrzuceniem przez matkę).

Generalnie, jeśli widzisz kogoś, kto biegnie do Ciebie i krzyczy ,,chcę ci pomóc! Daj sobie pomóc!” , a nie jest Twoim przyjacielem/znajomym – uciekaj. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że jest to członek sekty, albo osoba, która uzna, że jesteś głodny i tak ci długo będzie trzymać głowę w talerzu i krzyczeć byś jadł, aż się zrzygasz. Dla twojego dobra, rzecz jasna.

Ale wróćmy do tematu; teraz już nikt mi nie pomaga. Wreszcie jestem sam, wreszcie mogę zmierzyć się z absurdem biurokracji. Wreszcie, wreszcie, mój Boże, jak ja się cieszę!
Zdążyłem już trochę poznać studia. Trochę. Wiadomo, po pierwszym dniu tak naprawdę mogę powiedzieć tylko – wiem, że nic nie wiem, co zresztą będzie już moją sentencją na całe studia, jako, ze moim kierunkiem jest filozofia właśnie. Ale po tym, co widzę, mogę śmiało powiedzieć, że MEN się skończył. Definitywnie. Średnia i równanie wszystkich do niej jest cieniem przeszłości. Tu liczę się ja i to, co umiem, co sobą zaprezentuję i co zdobędę. A co do tego, jestem jak najbardziej pozytywnie nastawiony – przedmioty, które mam orbitują nie tylko wokół filozofii, ale i psychologii oraz socjologii, czyli tych dziedzin, które mnie interesują najbardziej.

Zdążyłem mieć już wykład z filozofii i psychologii. Już wiem, że z wykładowcami będzie mi się współpracowało wspaniale – dowcipni, pełni wigoru ludzie. Oczywiście, na psychologii nie omieszkałem przyczepić się do Freuda. Znaczy, przyczepić. Po prostu załatwiłem grupie omawianie paru ciekawych tematów, takich jak nieświadomość (podświadomość jest niepoprawnym określeniem), sny, hipnoza, psychologia tłumu… oj, będzie się działo.

Za to filozofia… cóż. Powiem krótko – zakochałem się. Jeden wykład, a ja mam motylki w brzuchu i serce bije szybciej. Serio. A wszystko dlatego, że filozofia to matka wszystkich nauk, przy czym sama nauką nie jest i – w przeciwieństwie do nich – nie odpowiada na pytanie ,,dlaczego?” lub ,,jak?”. Ona odpowiada na wszystkie, przy okazji sama pytając ,, a jeśli…?”. Dodatkowo nie podaje żadnej prawdy absolutnej, opiera się w dużej mierze na przeczuciach i nie można jej zdefiniować, z racji, że ciągle jest w ruchu. I tak mógłbym gadać. Tylko – po co? Streszczeniem jest stwierdzenie, że filozofia, umiłowanie mądrości, jest absolutną wolnością. Spojrzenia, myślenia, twierdzenia.

Całe życie szukałem wolności. Z wielu stron była ona naruszana, często brutalnie. Teraz znalazłem ją – w filozofii.
Musiałem to z siebie wyrzucić.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments