Kategoria: Prywatnie tak (Page 1 of 6)

To był dziwny rok.

Wydałem chyba najmniej rzeczy w dotychczasowej historii – jednocześnie, najwięcej na tym polu zdziałałem. Do wielkich sukcesów należy publikacja w Nowa Fantastyka, na której nie mam zamiaru się zatrzymywać i na pewno będę walczył o więcej. Tekst został też porównany (trochę) do opowiadania Jacka Dukaja, co mnie niesamowicie zaskoczyło. Z dwóch powodów – po pierwsze poczułem się zaszczycony. Po drugie proza Dukaja jest jedyną mi znaną, do jakiej nie dorosłem – a przynajmniej wiem to po mojej ostatniej próbie czytania „Lodu” trzy lata temu. Jednocześnie w Magazyn Histeria ukazało się moje opowiadanie WDŻ gorsząc przy tym bardzo wiele osób, które przy okazji zarzuciły mi też kłamstwo – mimo, że to co napisałem było fikcją opartą o scenariusze nauczania Gender – co do słowa.

Niewątpliwym sukcesem była też akcja crowdfundfingowa na Wspieram.to, na której udało się na wydanie #Mapacieni uzbierać prawie 9 000 zł – z zakładanych 8.500. Przyznacie, że jak na debiutanta jest to całkiem dobra liczba. Jednocześnie musiałem odpierać prawdziwą burzę ataków i osądów, że mój sposób prowadzenia akcji i marketingu się nie powiedzie. Jak widać – powiódł się. Teraz czekam na Van Der Book i wydanie książki. Z tych pieniędzy nie sądzę, bym zyskał cokolwiek, prócz satysfakcji.

W tym roku przestałem także nadzorować pracę Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego, która jednocześnie została zawieszona przez teraźniejszych organizatorów… i o samej Nagrodzie nastała cisza. Mam nadzieję i ufam, że projekt będzie kontynuowany przez osoby bardziej kompetentne i znające się na rządzeniu ludźmi twardą ręką. Jednocześnie kontynuowałem pracę jako naczelny polskagroza.pl, dopóki strona nie została wyłączona przez osoby do których należała domena. Jako naczelny, razem z Marta Sobiecka i osobami zamieszanymi w prace redakcji: Brunon Hawryluk czy Piotr Borowiec stworzyliśmy i kontynuowaliśmy konkurs „Jakie czasy taki diabeł” (także na fanpage Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego – która jest z tego, co w tym momencie widzę bardziej fanpage strony, niż Nagrody per se) w którym jurorami zgodzili się być:
Maciej Parowski
Michał Gacek
Marek Zychla
Marek Żelkowski
Wiktor Żwikiewicz

Co mnie miło zaskoczyło i dało niesamowitego kopa. A wszystko dzięki wspaniałemu zaangażowaniu w sprawę Marty, która naprawdę jest jakimś demonem produktywności. Z tego samego konkursu pokłosiem będzie antologia, którą w pocie czoła przygotowujemy a do której zgodziło się dołączyć paru świetnych autorów.

Co jeszcze? W wakacje udało mi się trochę pouczyć kreatywnego pisania młodzież na obozie survivalowym – i było, że się tak wyrażę, „w dechę” – niesamowici ludzie, do których coraz więcej szacunku nabieram. Zarówno współkadra, jak i „wychowankowie” rzecz jasna :)
Później razem z Fundacja Horyzont Zdarzeń – Akademia Aktywności i Rozwoju przeprowadziliśmy wodowanie galara, którym później udało się trochę popływać po Wiśle i wreszcie zostawić go na zimę w ustronnym miejscu. Jednocześnie dokonałem cudu bilokacji, będąc w tym samym miejscu i czasie w dwóch różnych lokacjach – w Krakowie i wodowaniu, oraz będąc gościem Polcon 2016 Wrocław. Nie mam pojęcia jakim cudem mi się to udało, ale się udało. Byłem też gościem paru innych konwentów, jak choćby Imladris – Krakowskie Weekendy z Fantastyką – od których zaproszenia zdobią moją ścianę, bo dają mi niezmiennego kopa do motywacji. Ogólnie rok konwentowo udał mi się… bardzo. Jak chyba każdy od paru lat. I chociaż mogę marudzić, to całym swoim fantastycznym serduszkiem kocham ten nasz polski Fandom.

Dowiedziałem się też w tym roku czym jest prawdziwa przyjaźń – wydarzenia i dużo złych emocji od niektórych osób odcisnęły piętno na bliskich i – jak mawia porzekadło – prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie. Los pokazał, że mogę liczyć na przyjaciół, szczególnie na jednego z którym znamy się już ponad 20 lat. Jednocześnie rok 2016 zabolał zniknięciem innego „przyjaciela” z mojego życia, co pewnie będę odczuwał jeszcze przez dłuższy czas, bo 10 lat to nie w kij dmuchał. Doczekałem się też różnych granicznych emocji wśród znajomych – kiedy jedni stoją murem, inni nie potrafią ukryć niechęci. Nie powiem, bym nie miał z tym różnych przemyśleń związanych, ale jedno wiem na pewno – jestem „zimny albo gorący”. Mam swoje myśli i przekonania, których się nie wstydzę, chociaż często są przeinaczane.

I wreszcie… to, czym powinienem zacząć by ustosunkować się do zeszłorocznego podsumowania i podsumowania sprzed dwóch lat: Witajcie, mam 25 lat, czuję się trochę młodziej, ale czasami ciągle myślę o śmierci.

Ale kiedy o niej myślę wiem, że na dzień dzisiejszy gdybym miał kończyć swoje życie powiedziałbym, że było ono trudne, ale dobre i że jestem z niego zadowolony.
I takie mam postanowienie na całe życie – być zadowolonym. Często niestety wbrew przyjętym kanonom, ale jednak – być szczęśliwym człowiekiem w gronie szczęśliwych osób mi bliskich.

I tego i Wam życzę na ten nadchodzący rok.

To był dobry rok

dobry rok

Nazywam się Michał Stonawski i mam 23 lata – czuję się trochę staro, czasami bywam zmęczony ponad miarę i często myślę o śmierci. Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy będę starszy przeczytam te słowa i skonfrontuję z otaczającą mnie rzeczywistością. Przez ostatni rok próbowałem wygrzebać się z głębokiej dziury w moim życiu – myślę, że po części mi się to udało, ale efekty przebywania z dala od słońca i świata będę odczuwał jeszcze długo.

To był jednak dobry,zapracowany rok – nie wydałem dużo, w każdym razie mniej, niż w roku wcześniejszym (który, o ironio, był beznadziejny). Wydałem za to dobrze – a pisałem jeszcze więcej, czego wynikiem jest fakt, że po raz pierwszy odkąd debiutowałem – mam teksty na zapas i takie, które dopiero czekają na wydanie w paru antologiach.

dowpisu

To był żywiołowy rok. Maczałem swoje palce (a czasem nawet łokcie) w drugiej edycji KFASONU, zostałem wybrany na wiceprezesa Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Literatury Grozy, organizowałem pierwszą edycję Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego – i udało się. Daliśmy radę, gala się odbyła (nie bez przeszkód i zamieszania, jak to bywa), Krzysztof Maciejewski okazał się Wielkim Wygranym, a ja prawie się popłakałem, widząc, jak on prawie się popłakał. Później, całkiem niedawno, ruszyła też strona polskagroza.pl – nie tylko informując o newsach związanych z nagrodą, ale także stając się portalem dla wszystkich tych, którzy o polskim horrorze chcą wiedzieć więcej – o tym, co się w nim dzieje i jakie nowości wychodzą. Tak, jak sobie to wymarzyłem – i tak, jak przy okazji startu Nagrody obiecywaliśmy. Strona działa, a ja nie mogę się przestać cieszyć.

To był też bardzo kulturalno-dziennikarski rok. Organizowałem spotkania autorskie, i koordynowałem blok horroru na Falkonie. Z bloku nic nie wyszło, ale parę naszych prelekcji się odbyło, a na widowni siedziało zdumiewająco dużo osób. Podjąłem też współpracę z portalem Dzikabanda.pl, co poczytuję sobie za zaszczyt. Dziś pisuję tam artykuły związane z serialem „American Horror Story”, które mają czytelników (co także za zaszczyt sobie poczytuję).

To był też konwentowy rok. Promowałem książkę, której wydanie ciągle leży pod znakiem zapytania, jako, że w trakcie obmyślania planu marketingowego z przedstawicielami wydawnictwa Bellona, to nagle i niespodziewanie się rozmyśliło. Niemniej, walczę o „Mapę Cieni” dalej – czekam na odpowiedź paru wydawców, którzy – mam nadzieję – w przyszłym roku doprowadzą do wydania książki. Jesienne nagromadzenie konwentów przyczyniło się jednak do oszałamiającej promocji tejże – całą sprawą zainteresowało się radio i telewizja, co sprawia, że perspektywy są bardziej optymistyczne. Prócz tego zyskałem sporo świetnych znajomości i bywałem w miejscach, do których raczej nie miałbym szans się wybrać sam – bo zwyczajnie bym je zignorował, nie wiedząc nawet co tracę.

To był też rok nowych perspektyw. Dołączyłem do tworzącego się Alrauna Studio i razem z nimi mam szansę przeżyć przygodę, jako twórca gier komputerowych. Co zresztą czynię.

Zapracowany rok, w którym nauczyłem doceniać się małe piękno, a także radzić sobie z samotnością, zwątpieniem, przeszkodami losu i własnymi słabościami. Z paroma z nich.

Zyskałem też umiejętność życia chwilą. To prawda, mam plany na przyszłość. Już niedługo mam prowadzić wykład w Warszawie (co także jest zaszczytem, o jakim nie marzyłem) na Collegium Civitas, wśród wszystkich doktorów i magistrów, sam będąc jeszcze studentem. W dalszej perspektywie widzę parę antologii, parę wyjazdów, spotkania z ludźmi, z którymi spotykanie się sprawia mi (i im, mam nadzieję) przyjemność. Przestałem jednak przejmować się przyszłością.

Chociaż dalej jestem jej ciekawy.

Trudna sztuka wyszczerzu

wyszczerz

Życie jest do dupy – tę prawdę znają wszyscy mieszkańcy Ziemi – jedni bardziej, drudzy mniej. I nie przytoczę tu za przykład skwaszonego narodu polskiego, bo skala rozciąga się od obywateli tej bardziej znanej (ale ciągle nie poznanej) Korei, do tryskających szczęściem ludzi jakiegoś odległego kraju, który gdzieś przecież musi istnieć. Prawdę tę znam i ja, a ciągle zdarza mi się chodzić z głupim wyszczerzem. Są dwa rozwiązania – albo jestem głupi, albo wiem coś, czego nie wiedzą smutni ludzie. 

Przestałem pisać, dopiłem ostatni łyk herbaty, poćwiczyłem trochę na gitarze i zacząłem pytać sam siebie, czemu się uśmiecham. Moje życie to droga przez ciernie na dnie bagna zanieczyszczonego przez oczyszczalnie ścieków. A ja? Uśmiecham się jak debil. Więc, czemu nie? Pogdybam sobie na luzie, w końcu od tego też są blogi.

Miałem taką nauczycielkę WFu w gimnazjum. Miałem dwie, ale ta, o której mówię była… tą brzydszą. No i ta nauczycielka każde zajęcia zaczynała od pytania mnie, czemu się uśmiecham i okpienia mnie z tego powodu. A ja, niezmiennie, odpowiadałem, że uśmiecham się, bo mi wesoło. Sam nie wiem, czemu – w końcu gimnazjum to najgorszy okres w życiu każdego ucznia, u mnie nie było w tym temacie odstępstw. No, ale, jako lekkoduch, uśmiechałem się tym bardziej, im bardziej było do dupy. I narobiłem sobie tym wrogów, nie tylko takich, którzy kpili.

Przykładowo w liceum strasznie zbulwersowałem moją chemiczkę tym, że po otrzymaniu pały, poszedłem do ławki z uśmiechem na twarzy. Zwymyślała mnie, że nie powinienem się uśmiechać, tylko płakać. Cóż, kiedy nie potrafiłem? Uśmiechałem się nawet wtedy, kiedy pani chemiczka zrobiła wszystko, by mnie na koniec roku upupić – co jej się zresztą udało. Jeszcze bardziej się uśmiechałem, kiedy w następnym roku liceum tajemniczo zniknęła, a ja – jak się okazało – taki zły z chemii nie byłem…

Ale do rzeczy. Siedzę wczesnym rankiem (a nawet nocą jeszcze) i pytam się, dlaczego ten wyszczerz? I dochodzę do takich wniosków – nie dlatego, że mam pasję. Pasja pozwala się oderwać od świata, ale kiedyś trzeba do niego wrócić, więc logicznym wnioskiem jest, że byłbym wtedy smutnym człowiekiem. Nie dlatego też, że jest paru dobrych ludzi w moim otoczeniu – dobrzy ludzie mają własne życia, ich pojawienia się są miłe, ale nie bombardują mnie przecież pomocą cały czas. Także zaneguję myśl, że jest to oznaka mojej wytrzymałości na szarość życia. Bo i nie uważam siebie za jakoś szczególnie silnego. Nie przyrósł mi też wyszczerz do warg, bo nie mam go cały czas, jedynie czasami.

Skąd więc wyszczerz się wziął? 

Czy jestem głupi? Tak, trochę tak, ale to też nie o to chodzi. Dochodzę do wniosku, że cała sztuka jakiejś namiastki szczęścia polega na selekcji – wpychaniu całego brudu do jednego wora, zostawianiu reszty. Niejako budowania sobie własnej rzeczywistości – bo i sobie ją małymi kroczkami (ważne, by były małe, dużymi nie wyjdzie) zbudowałem. Umościłem sobie własne miejsce do mieszkania – tak, jak tego potrzebowałem, oraz by odpowiadało mojemu poczuciu estetyki. Zamontowałem grube zasłony w oknach. Zacząłem realizować najgłupsze marzenia, które ludzie zwykle spychają gdzieś dalej, z uwagi na niepotrzebne wydatki.

Chciałem mieć gumowego kurczaka, więc go kupiłem. W dzieciństwie bawiłem się szklanymi kulkami, po wielu latach udało mi się zakupić bardzo podobne. Pomyślałem też sobie, że chciałbym nauczyć się grać na gitarze – i brzdąkam, idzie mi coraz lepiej. Nie kupiłem sobie jeszcze kaftanu bezpieczeństwa – a zawsze chciałem go mieć. Kupię, wkrótce, jest następny w kolejce.

Marzenia zacząłem realizować jeszcze w dzieciństwie – a im więcej mogłem, tym więcej realizowałem. Zasadę, by spychać złe rzeczy do wora, pierwszy raz zastosowałem w głębokiej podstawówce. Czy one się tam gromadziły? Kiedyś – tak. I to było trudne, ale potem po prostu zacząłem oddychać. Co więc dla mnie jest drogą, by schwycić swoją część szczęścia?

Ośli upór, sito, małe kroczki.

Truizm? Banał? Głupota? Zwariowałem?

Owszem. I jest mi z tym bardzo, bardzo dobrze.

Świąteczności

santatop

Złapałem się na tym, że jutro Wigilia – to oczywiste, dziś 23, jutro 24… a jednak ostatnie dni minęły tak szybko, że nawet teraz nie mogę jakoś chwycić specyficznego, wigilijnego, nastroju. Może dopiero nadejdzie, może już minął – w końcu w tym roku po raz pierwszy sam robiłem wigilię. Taką dla przyjaciół, bez rodzinnych niesnasek. I, tak, wtedy poczułem. A teraz?

Wigilia, w ogóle koniec roku, to najlepsza pora by podsumować rok poprzedni – i choć ja swoje podsumowanie już zrobiłem, to pozostało mi jeszcze odnieść się do roku 2013 kulturowo. To z kolei pomoże mi stwierdzić, co w 2014 powinno być lepsze – dla nas wszystkich. A to prowadzi do życzeń – nie pustych, a niosących przesłanie. Takich, jakie lubię (choć może nie do końca, zważywszy na to, że w podstawówce życzyłem wychowawczyni, by „Szybko i bez komplikacji dostała się do nieba” – słodkie, prawda?).

Ale – przejdźmy do rzeczy.

Najlepszy serial

Długo się zastanawiałem, czy na prowadzenie wyjdzie trzeci sezon „American Horror Story”, czy „Person of Interest” – oba seriale uznaję za dzieła sztuki i popis prawdziwego kunsztu tak reżyserów, jak i scenarzystów. Ostatecznie zwycięża jednak „Person of Interest”, który znakomicie pokazuje, że niedaleko pada Nolan od Nolana, oraz przywraca mi wiarę w J.J. Abramsa, mocno nadwątloną po ostatnich popisach ze Star Trekiem.

Najgorszy serial 

Tu znów się biłem z myślami. Choć tylko przez chwilkę – rozważałem bowiem, czy uznać zakończenie „Dextera”…, choć „Dexter” jako serial był całkiem, a nawet bardzo dobry. Co więc woła o pomstę do nieba? „Pod kopułą”. Tak koszmarnego serialu nie widziałem już dawno – albo nawet nigdy. Najmocniejszy aktor gra zaledwie na przyzwoitym poziomie, reszta już za niezmącone inteligencją spojrzenie powinna dostać kopa na castingu. Że nie dostała – jest jak jest. Więcej pisałem tutaj.

Najlepsza książka

Przychodzi czas na moją ulubioną konkurencję. I tu całkowicie bezkonkurencyjnie wygrywa Łukasz Orbitowski – jak przez „Nadchodzi” czasami ciężko było mi się przebrnąć, tak „Szczęśliwa Ziemia” powaliła mnie w tym roku na łopatki i skopała po czterech literach. Bez litości.

Najgorsza książka

… A w zasadzie największe rozczarowanie, bo ten zaszczytny tytuł przyznaję nie komu innemu, jak J.K.Rowling, która pokazała, że pisać potrafi i robi to z niezwykłym kunsztem, a która w „Trafnym Wyborze” – będąc szczerym – spieprzyła wszystko, co tylko mogła. Historia się nie ciągnie, bohaterowie są bardziej płascy niż kartki, dialogi brzmią jak rąbanie kłód w tartaku, a całość intrygi zmieściła by się w średniej długości opowiadaniu – w książce jest więc rozciągnięta jak wyjątkowo długo przeżuwana guma. Dno i 50 metrów mułu, Pani Rowling. I niesamowite rozczarowanie.

Najlepszy film

Tutaj będzie podwójnie, bowiem wyróżnienie należy się zarówno w kategorii „Film polski”, jak i „Zagraniczny” – w tej pierwszej bezapelacyjnie wygrywa „Drogówka” Wojciecha Smarzowskiego. Jeśli chodzi o zagraniczny… cóż, tu oryginalny nie będę (chyba, żebym był) – „Europa Report” – film, który przywrócił mi (razem z Grawitacją) wiarę w filmy Sf w kinie.

Najgorszy film

Krótko: „W ciemność. Star Trek”. Więcej komentarza nie będzie. Chyba, że TU.

I tu dochodzimy do obiecanych życzeń:

Moi drodzy czytelnicy,
Życzę Wam, aby przyszły rok przyniósł Wam historie co najmniej tak dobre, jak „Szczęśliwa Ziemia” Łukasza Orbitowskiego, by życie było tak satysfakcjonujące, jak „Person of Interest” i nie mniej gwałtowne, jak zakończenie „Europa Report”. Byście wszystkie kłopoty kwitowali uśmieszkiem politowania, jak po przeczytaniu „Trafnego Wyboru” J.K. Rowling, a na Waszej drodze jak najmniej było osób o tak inteligentnym spojrzeniu jak większość obsady „Pod kopułą” i tak głupich, jak ostatni „Star Trek”. I na koniec – samych sukcesów, co najmniej takich, jak „Drogówka” Wojciecha Smarzowskiego. 

Tego życzy Wam, 

Michał Stonawski

Przypowieść o stworzeniu arbuza

 

Jadłem przed chwilą arbuza, oglądając film o duchach. I tak mi przyszło na myśl, skąd też te arbuzy się wzięły. Posłuchajcie: 

Myślę, że było to tak:

Kiedyś Adam i Ewa się pokłócili – to już nie było w raju. Ewa była w pierwszej fazie ciąży i czasem miała zmiany nastrojów. Czasem często. Czasem częściej, niż często. Mniejsza. To nie ma za wiele wspólnego z tą historią. W każdym razie byli pokłóceni. I zerknął na nich Bóg i wiedział, że nie jest to dobre.
– Muszę im coś dać, bo są tylko we dwójkę (oczywiście nie licząc tych biedaków w Ameryce i Azji, ale nikt nie musi wiedzieć) i co będzie, jeśli się rozstaną? Cały misterny plan w łeb i będę miał przedwczesny potop.
Stworzył więc Bóg Arbuza. Owoc tak pyszny, tak soczysty i wspaniały, że nikt po jego zjedzeniu nie ma ochoty na kłótnie. No i dobrze robi kobietom w ciąży. W ogóle dobrze robi.
Zszedł więc Bóg z arbuzem na Ziemię i podszedł o Ewy, siedzącej gdzieś na pniaku z obrażoną miną.
– Ewo! – zagrzmiał. – Mam dla Ciebie coś wspaniałego, coś, co…
– Zostaw mnie w spokoju! – wrzasnęła Ewa. – Nie chcę Cię słuchać, nie podoba mi się tutaj, to niebo jest zbyt niebieskie! Ziemia zbyt ziemista! W ogóle idź sobie! Ja mam swoje prawa, ja się tak nie dam wykorzystywać! Nie! Wynoś się! WON! Masz może ogórki?
– Nie mam – zagrzmiał cichutko Bóg.
– To idź sobie!
Westchnął więc Bóg nad swoim dziełem, a ponieważ nie było takie złe (a nawet całkiem ładne, choć przecież na Jego podobieństwo czasami wybuchowe [i przypomniała się Bogu Sadoma i Gomora z przyszłości Ziemi i ciągłości Jego, oraz parę  innych przypadków, kiedy ludzie go po prostu wkurzyli i ginęli miliardami] więc rozumiał po części) poszedł więc na drugi koniec małego kraiku do Adama.
– Adamie, Adamie! – zamruczał burzowo.
– Zabierzesz ją ode mnie, Panie? – zapytał z nadzieją Adam.
– Nie, Adamie. Ale mam coś dla Ciebie. Popatrz. Cóż za wspaniały owoc.
To mówiąc, zaprezentował arbuza.
– Czy my już czasem tego nie przerabialiśmy? – zapytał podejrzliwie Adam.
– Ho, ho, ho… – zaśmiał się Bóg. – Nie. To znaczy tak. W pewnym sensie. Ale teraz jest inaczej. W końcu Jestem Który Jestem, prawda?
– No… chyba tak.
– Daj ten owoc Ewie. Idź prosto do niej i zjedźcie go i pogódźcie się. Oto owoc pokoju. Nazwałem go arbuzem. Sam nie wiem, czemu.
Wziął więc Adam arbuza od Pana i poszedł ku swej połowicy. Tymczasem Bóg wrócił do Wszędzie by nie wiedzieć Wszystkiego (dla odprężenia) i bawić się w kręgle planetami, czy co tam Bóg ma robi, kiedy ma przerwę. A była to przecież niedziela.
Adam szedł tymczasem dzielnie do Ewy, a że droga była kręta i długa, odpoczął chwilę w cieniu pod drzewem i tam też się zdrzemnął, myśląc jakże to byłoby fajnie napić się czegoś, co ma bąbelki i procenty i że szkoda, że nikt jeszcze czegoś takiego nie wymyślił.
I wtedy zsunął się z drzewa Wąż.
– Nogi, czemu nogi, były ładne nogi, czemu nogi – syczał w zadumie. I wtedy wyczuł Boski zapach. I spojrzał na Owoc w ręku śpiącego Adama.
– O nie – zasyczał. – Tak się nie będziemy bawić!
Dotknął więc arbuza swym nosem, szepnął coś niewyraźnie i zadowolony z siebie znikł w trawie, prawdopodobnie udając się do piekła by napalić w kotłach.
Adam obudził się wkrótce i już bez przeszkód dotarł do Ewy. Tam wspólnie otworzyli owoc.
I wtedy ich oczom ukazał się nie wspaniały, czerwony miąższ, ale wielkie ilości pestek i choć sam arbuz był wspaniały, to pestki niszczyły cały jego potencjał, nie smakowały, było ich za dużo (a nie jedna, jak stworzył to Bóg) a ich wydłubywanie skutkowało brudzeniem się sokiem, większość więc wspaniałego soku spłynęła na ziemię tworząc Morze Czerwone.
Ewa natomiast tak się zdenerwowała, że poruszyło się dziecko w jej łonie i Kain, jak go wkrótce nazwali, urodził się odrobinę niezrównoważony. Na skutki nie trzeba było długo czekać, jak wiemy.

I tak oto do dzisiaj arbuzy są najwspanialszymi owocami, lecz skażone przed dotyk diabła zawierają makabryczne ilości twardych pestek, od zarania dziejów wkurzając ludzi do tego stopnia, że diabelską technologią stworzyli odmianę bezpestkową, ale to już inna diabelska historia.

Jak się pisze? #2

Niebo szarzeje, skończyłem pisać i zrobiłem krótki przegląd blogów przyjaciół po piórze. Nabazgrałem parę komentarzy – wiem, jakie to jest ważne i jak bardzo każdy autor potrzebuje odpowiedzi – reakcji, czasem nawet poklepania po główce i przytulenia do cyca. To naprawdę fajne – dostać komentarz, mail od fana czy krytykę. Próżnia i cisza jest najgorsza (na drugim miejscu są komentarze napisane przez trolle i hejterów, bezsensowne i nieśmieszne – ale to zawsze coś). 

Słucham sobie radia, dawno tego nie robiłem. Chyba będę tak robił po pisaniu, to trochę tak jak papieros po seksie. Fajnie usłyszeć głos spikera, fajnie posłuchać muzyki na którą nie masz wpływu. Minął chyba tydzień – czas na drugi raport z placu boju. Więc piszę, ostatnio jestem trochę bardziej aktywny blogowo. Chyba muszę się wygadać.

Jak było? Napisałem – mało. Nie mogłem się zmobilizować, czasami wstawałem dopiero popołudniem, spałem po 12 godzin. Potem pracowałem nad Krakonem – strasznie męczące. Ale pisałem – czasem pół strony, czasem jedną. A dziś rzuciłem się na klawiaturę jak wygłodniały.  Skończyłem rozdział drugi dwiema stronami, zacząłem trzeci – czterema. Przerwałem tylko raz, kiedy kotka Lamia pacnęła mnie parę razy łapką po głowie – zamiauczała, że głodna. To jej dałem. Zamiauczała, że dobre.

Jak zwykle siedzę pobudzony, euforia (po pisaniu, nie w trakcie) powoli ze mnie wycieka. I znów pojawiają się… Złe rzeczy. – Dzisiaj o nich pisałem, to cienie, które nawiedzają jednego z moich bohaterów, by go dręczyć i napawać się bólem.  Moje Złe rzeczy to wątpliwości. Powieść? Ja? Czy to aby nie za wcześnie? Ile lat temu debiutowałem? Trzy? Nie lubię wątpliwości, zadają trudne pytania – co ja w zasadzie mogę powiedzieć, o czym, w wieku 22 lat mogę powiedzieć, czym zaciekawić? Co ja tak w ogóle wiem? Czasami mam ochotę skasować to wszystko, co napisałem – jestem z tego zadowolony, ale co z tego? Kim ja w zasadzie jestem?

Googluje swoje nazwisko. To nieładnie, wiem – ale czytam te recenzje. Są dobre, czasami średnie, ale nie ma w zasadzie złych. Nie ma też w nich euforii. A to są opowiadania, coś, co robiłem zawsze. Nigdy za to nie pisałem powieści – tyle wątków, treści. Mam szkielet, swoistą mapę, mam setki notatek. Czy mogę się pogubić? A co potem – a co, jeśli wydadzą? Nawet jeśli, może to, co piszę to zwykły bełkot?

Internet nie wybacza. Tysiące ludzi zajmuje się powiedzeniem innym, że są do dupy. Jeśli nie będę perfekcyjny, dostanę po twarzy. A przecież nie będę… są więc wątpliwości. Może to dobrze?

Kiedyś paru znanych pisarzy powiedziało mi jeden po drugim, że powinienem pisać – że robię to dobrze. Dzięki jednemu z nich zyskałem wiarę w siebie. Złe rzeczy dalej mnie jednak odwiedzają.

Czasem myślę, że piszę nawet zbyt osobiście. Lecznica stała się dla mnie czymś, co pomoże mi w pewien sposób rozliczyć się z przeszłością. To chyba najbardziej osobista fikcja, jaką pisałem. Nie staram się być natchniony, gdy piszę. Ale może to wszystko jest grafomaństwo i bełkot?

Ludzie nie wybaczają, Internet nie zapomina. Jest bardzo dużo hejterstwa.

Ciągle jestem podekscytowany, wpadłem w ciąg pisania, historia się klei…

Ale trochę się też boję.

Zapraszam na KRAKON 2013

Jako organizator, twórca atrakcji i gość konwentu KRAKON 2013 chciałbym Cię serdecznie zaprosić do uczestniczenia w tym festiwalu. 

Jak widzisz, atrakcji nie zabraknie. Jako koordynator bloku horroru (w tej chwili każdy z tych bloków mógłby być już pojedynczym małym konwentem…) zapraszam nie tylko na  prelekcje, ale także pokazy filmowe, LARPy grozy, sesje RPG grozy, oraz spotkania z gwiazdami polskiego i światowego horroru, jak Stefan Darda, Kazimierz Kyrcz, Dawid Kain, Magda Kałużyńska, Robert Cichowlas (…) aż wreszcie sam Graham Masterton, który będzie także w bloku 18+ mówić o seksie. Mówić dużo. Mówić dosadnie. Mówić mądrze – jak to Masterton.

Z innych atrakcji, będzie można także spotkać osobistości polskiego fandomu, jak Lucek i Puszon z bloga Geekozaur a także znaną i lubianą Kobietę-Ślimak

Okładka Antologii "Ostatni dzień pary"

Na Krakonie będzie miała także premierę antologia „Ostatni dzień pary” – pokłosie konkursu literackiego w którym miałem zaszczyt być jurorem obok Ani Kańtoch, Romka Pawlaka i Krzysztofa Piskorskiego.

Zastanawiacie się, czyjego autorstwa jest ta okładka? Użytkownicy portalu Gram.pl przeżyją szok, ponieważ tą fenomenalną grafikę spłodził nie kto inny, jak pewien Lisek, któremu, a właściwie – której – bardzo z tego miejsca dziękuję.

Byłbym też Bardzo Złym człowiekiem, gdybym nie wymienił tutaj naszego ilustratora. I to podwójnie, bowiem człowiek ten jest winny najazdu e-zombiech na świat i Krakon, czyli grafiki z Zombiefilii, gdzie można znaleźć dwa moje teksty – oto Maciej.

A tak będzie wyglądać grafika na Krakonowych koszulkach

To może przejdziemy wreszcie do mnie, co? Znaczy, do mnie – gościa konwentu :)

Z moim udziałem odbędą się atrakcje:

Czwartek, 25 lipca, godz. 21:00: Dobranocka, czyli autorzy grozy życzą dobrych snów – Michał Stonawski, Łukasz Radecki, Michał Gacek, Krzysztof T. Dąbrowski

Piątek, 26 lipca, godz. 14:  Jak przestraszyć twórcę grozy? – Michał Stonawski, Kazimierz Kyrcz, Dawid Kain, Sylwia Błach, Emil Strzeszewski, Stefan Darda

Sobota, 27 lipca, godz. 13: Martwi ciągle żywi, czyli fenomen zombie – panel dyskusyjny” – Magdalena Maria Kałużyńska, Łukasz Radecki, Grzegorz Gajek, Sylwia Błach, Michał Stonawski, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz, Paweł Waśkiewicz

Na koniec zaś – zostawiam prezentację naszych gości.
Oto i oni. Pogrubionym kolorem zaznaczam tych, którzy biorą udział w Bloku Horroru.

Autorzy:

1. Graham Masterton,

Przykładowa plakietka uczestnika

2. Romuald Pawlak,
3. Krzysztof Piskorski
4. Michał Stonawski,
5. Robert M. Wegner,
6. Grzegorz Gajek,
7. Witold Jabłoński,
8. Michał Gacek,
9. Sebastian Uznański,
10. Krzysztof Dąbrowski,
11. Paweł Ciećwierz,
12. Piotr Rogoża,
13. Dawid Kain,
14. Mirosław Piotr Jabłoński,
15. Robert Cichowlas,
16. Piotr Pocztarek,
17. Jacek Komuda,
18. Maciej Parowski,

Plakietka Gościa

19. Aneta Jadowska,
20. Jakub Ćwiek,
21. Sylwia Błach,
22. Anelia Głębocki,
23. Kevin Whitelock,
24. Kazimierz Kyrcz Jr,
25. Andrzej Pilipiuk,
26. Magdalena Kozak,
27. Anna Brzezińska,
28. Grzegorz Wiśniewski,
29. Anna Kańtoch
30. Emil Strzeszewski
31. Czesław Białczyński
32. Piotr Cholewa
33. Piotr Gibowski
34. Marek Grzywacz
35. Jacek Ingot
36. Tomasz Czarny

I znów uczestnik :)


37. Michał Januszewski
38. Łukasz Malinowski
39. Krzysztof Maciejewski
40. Paweł Majka
41. Marcin Zwierzchowski
42. Wawrzyniec Podrzucki
43. Marcin Przybyłek.
44. Łukasz Radecki
45. Jacek Rodek
46. Wojciech Sedeńko
47. Stefan Darda
48. Jarek Urbaniuk
49. Aleksandra Zielińska
50. Michał Cetnarowski
51. Magdalena Kałużyńska

Naukowcy:
1.  Kinga Stanaszek-Byrc
2.  Ksenia Olkusz
3.  Małgorzata Mika
4.  Lidia Prokopowicz
5.  Ziemowit Biernat
6.  Adam Flama
7.  Adrianna Kucińska

Clown - twórca atrakcji :)

8.  Konrad Dominas
9.  Szymon Makuch
10. Adam Mazurkiewicz
11. J. Eric Starnes
12. Veronika Starnes

Redakcja wydawnictwa Mag:
Katarzyna i Jacek Rodek

Redakcja wydawnictwa Jaguar:
Joanna Wasilewska

Redakcja wydawnictwa Solaris:
Wojtek Sedeńko

Redakcja bloga Geekozaur:
Michał ‚Puszon’ Stachyra
Maciej ‚lucek’ Sabat

Blok Artystyczny:

Ilona „kobieta – ślimak” myszkowska

 

Na koniec – GARŚĆ PRZYDATNYCH LINKÓW

FP Krakonu 

PEŁNY PRORAM KONWENTU 

Jak się pisze? #1

To nie jest poradnik pisania, bo i z jakiej racji miałby być?
Otóż stwierdziłem, że potrzebuję… czegoś, co będzie i dokumentacją i motywacją dla mnie. Cała sprawa bierze się stąd, że od jakiegoś tygodnia z hakiem udało mi się wznowić prace nad książką. I idzie zadziwiająco dobrze. Choć już pojawiły się wątpliwości.

No dobrze, ale o co chodzi? Książkę, tą książkę, próbuję pisać od jakiegoś roku – dwa razy już mi coś zakłóciło pracę. Za pierwszym razem – mój brak samodyscypliny i za dużo myślenia. Za drugim – inna książka. Inna książka jest skończona i czeka u wydawcy. Dzięki pracy nad drugą książką, poziom samodyscypliny się podniósł. W czym problem? W obu tych przypadkach pojawił się jeszcze jeden czynnik – chore dążenie do perfekcji, której przecież nie osiągnę nigdy. Za każdym razem po napisaniu paru rozdziałów – zaczynałem od nowa, bo „to i tamto mogło być lepiej a całość mogę napisać lepszym stylem” – i tak oto siedzę, kończąc rozdział drugi po raz trzeci z rzędu. Pozostałe wylądowały w folderu do którego nie zaglądam.

Co więc zrobić z tym fantem? O ile pojąłem ostatnie dwie lekcje i dzięki nim pisze mi się lepiej (zamiast tylko w nocy, piszę na dwie zmiany – rano i wieczorem, wysypiając się przy tym) i szybciej, to pozostaje groźba, że za parę rozdziałów trzasnę tym wszystkim i oświadczę, że „to jeszcze nie to”. Znowu. A wtedy Komitet Wspomagania Kryzysowego w osobie mojej kobiety, dwóch przyjaciół i ojca rozerwie mnie na strzępy.

Zawsze może być lepiej. Ale tym razem mam ambicję dociągnąć rzecz do końca. Dlatego co tydzień pojawiać się tu będą krótkie raporty z placu boju. Bo skoro deklaruję się publicznie – to muszę deklarację wypełnić. Na tyle sam siebie znam.

No więc – jak to wygląda na dziś dzień? Dosyć dobrze – w przeciągu paru (pięciu) dni napisałem czternaście stron. Dawniej taki wynik osiągałem po dziesięciu dniach.  Mówimy oczywiście o książce, opowiadania idą mi dużo szybciej (7 stron w ciągu max dwóch dni). Poza tym – jestem zadowolony z tego, co napisałem. Codziennie czytam to, co napisałem wcześniej i poprawiam błędy.
Miałem czterodniową przerwę w codziennym toku pisania. Akurat z przyczyn bardzo osobistych poranki i wieczory zostały zajęte – a obiecałem, że do pisania tylko i wyłącznie nocnego raczej nie wrócę, skutkowało to tylko niewyspaniem i dosyć wolnym tempem. Oczywiście, miało swoje plusy – był spokój, nic mnie nie rozpraszało. Ale ten sam spokój osiągam w godzinach 5-8 rano i 22-01 w nocy. A przy okazji mogę się wyspać. Myślę, że to całkiem dobry kompromis życiowy.

I to tyle, jeśli chodzi o raport w tej chwili. Zobaczymy, jak sytuacja zmieni się za tydzień.
Jestem cholernie ciekaw.

A co Wy na to?

Dziś będzie film

Tak to właśnie wygląda za moim oknem...

Nie dość, że gorąco jak diabli, to jeszcze z TVP 1 ma zniknąć dobranocka. I choć telewizji nie oglądam od dawna, to ze łzą w oku wspominam „Smurfy”, czy „Gumisie” . Nigdy szczególnie nie przepadałem za „Żwirkiem i muchomorkiem”, prawda, ale „Muminki” dręczyły moją wyobraźnię  prawie od zawsze. Dręczyły – to dobre słowo, bo jeśli chodzi o „Muminki” była to kreskówka, gdzie pod maską wesołych minek i kolorowego świata czaiła się najprawdziwsza groza. I nie mówię tu o Buce. Buka była tym, co się pokazywało. Ale pomyślcie o tym dziwnym stworzonku, które w zimie patrzyło na Muminka spod szafy. Albo o stworzeniach z lasu. Albo Hatifnatach.

Ponadto zawsze, ilekroć udawałeś się do Doliny Muminków, gdzieś z tyłu głowy szeptał głosik, który mówił, że tam jest coś mrocznego, dziwnego, nieogarniętego. Że Mała Mi może być gwałcona nocami, albo też sama gwałcić. Że Migotka jest jakaś dziwna. Że Paszczak za dużo uwagi przywiązuje swoim… badaniom. Rozpędziłem się? Nie… tak nie myślałem. Nie mogłem, gwałty były poza moim polem widzenia – przynajmniej przez parę pierwszych lat życia. Uważne dziecko od razu zauważy, że ze światem coś nie gra, choćby oglądając wiadomości. A nawet jeśli nie – wystarczy, że trafi do podstawówki. Tam już dowie się wszystkiego.

Odbiegam od tematu. W Dolinie Muminków było coś niepojętego, co niepokoiło. Ale jeszcze dziwniejsza była „Pszczółka Maja” – do dziś nie wiem dokładnie, czemu, ale zawsze mnie niepokoił jej ciągły uśmiech. To było nienaturalne. To było dziwne.

A mimo wszystko lubiłem dobranocki. Tak samo, jak popołudniowe pasmo bajek na TVP2, Kapitana Planetę, Jetsonów, Animaniaków, Spider-Mana… Tak samo, jak sobotniego „Disneya” na jedynce. Do dziś pamiętam, jak pewnej soboty włączyłem telewizor, a tam zamiast wirtualnej podróży w stronę Disneyowskiego zamku usłyszałem Krystynę Czubównę opowiadającą o życiu świstaków. Mój dziadek zadzwonił wtedy do telewizji. I… o zgrozo, dodzwonił się. Tam mu powiedzieli, że z „Disneyem” koniec. Tak samo, jak z pasmem bajek na TVP2, jak i wcześniej z telewizją RTL7, czy następnie z odkodowywanym specjalnie dla dzieci o siódmej wieczorem Canal+.

Tak samo, jak teraz z dobranocką.

Parę lat później czekał mnie zmierzch bajek. CartoonNetwoork przestało być zabawne, a stało się głupie. FoxKids zniknęło, zastąpione przez coś, czego nie dało się oglądać. Parę lat później, kiedy mój brat włączył swoje bajki, złapałem się za głowę widząc DisneyXD (sic!) i tłumaczone emerykańskie programy z puszczonym z taśmy śmiechem. W końcu udało mi się znaleźć dobrą (ba, świetną!) bajkę – Avatara, ale to już nie były moje czasy.

Teraz, z „publicznej” czyli „dla wszystkich” telewizji znika ostatni bastion dzieci. Nie wiem, czy istnieje jeszcze „teleranek”, ale to już nie ma znaczenia. Dobranocka znika. Po czym teraz dzieci będą chodzić spać? Gdzie zobaczą prawdziwe bajki? Na YouTube, tuż przed tym, zanim znajdą lepsze na RedTube?

Rozżaliłem się, ale może nie powinienem? Świat się zmienia, może tak ma być?

Na pocieszenie – zapowiedziany w tytule wpisu film. W roli głównej znany i lubiany Willem Dafoe. Film trwa mniej, niż 10 minut, ale naprawdę warto go zobaczyć – jest zabawny, niestandardowy i wzmaga respekt dla zdolności aktorskich Dafoe.

Dla mniej zorientowanych – to ten gość, co grał np. Goblina w tym dobrym Spider-Manie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=VGjY5SsOHoM[/youtube]

Bez Celu #2 – Droga

Dziewiątka

Znów się spotykamy – Ty i ja.

O ile mnie pamięć nie myli (a trzeba Ci wiedzieć, że czasem tak się dzieje), skończyłem swoją opowieść w momencie, kiedy nasi trzej bohaterowie – czyli ja, Charlie i Franek, spali smacznie pośrodku lasu, ogrzewani palącym się w środku pnia ogniem.

I o ile dobrze pamiętam, to ja właśnie pełniłem tej nocy rolę stróża ognia, co jakiś czas dokładając jakąś gałązkę.

To była spokojna noc, chyba jedna ze spokojniejszych jakie pamiętam. Ciepła, bezwietrzna, cicha. A nad obozowiskiem, w dużym prześwicie między drzewami migotały gwiazdy, układając się w gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy, zwany też Wielkim Wozem. I kiedy tak patrzyłem, zasypiając, na jego dyszel, przypomniałem sobie, jak będąc jeszcze małym chłopcem słuchałem książek mówionych na kasetach magnetycznych. Były tam polskie legendy, były bajdy i klechdy. Był wreszcie i Kornel Makuszyński ze swoimi przygodami małpki Fiki-miki i murzynka Gogo(czy gaga, nie pamiętam). Gdzieś z głębokiej studni napłynęły do mnie echa piosenki o gwiazdce, która przyświecała tamtym – dziecięcym – wędrowcom. To było dobre wspomnienie i przy nim usnąłem – już ostatecznie. I spałem do rana, kiedy obudził mnie mój towarzysz.

Drugi dzień wędrówki rozpoczyna się przy pierwszej, ciemnej kropce, w małym lasku.

W dole, bowiem rozłożyliśmy się na lekkim stoku, płynął mały strumień, w którym aż żal było się nie wykąpać, a przy tym – umyć menażkę i kubki. Kto wie, czy taka okazja nie trafiała się ostatni raz. Dość powiedzieć, że po czterdziestu minutach byliśmy już spakowani i gotowi do drogi, a ta – wiodła na północ.

Idąc przez ten mały las (chociaż „mały” nie jest tu dobrym określeniem, gdyż parę kilometrów rozpiętości miał), rozprawialiśmy, co może się wydać dziwne, o grach RPG, a szczególnie o projektach, jakie nas w tej dziedzinie czekają. Temat ten miał zresztą powrócić jeszcze popołudniem, lecz tym, co nas na niego naprowadziło było zwykłe życie, namawiające, by korzystać z podsuwanych nam pod nos dobrodziejstw.

Jeszcze przed wyjściem marudziłem na brak porządnej liny, czy choćby sznurka. Taka rzecz jest nieoceniona w czasie wędrówki, przydaje się praktycznie do wszystkiego. I oczywiście, pierwszym, na co natrafiliśmy była leżąca pod nogami linka. Pocięta co prawda w kawałki, jednak tą skazę dało się szybko naprawić. Ot tak, rzucona w środku lasu biała linka.

Jeszcze tego samego dnia miała się przydać.

Drugą rzeczą, jaką odnaleźliśmy były zawinięte w tekturowe rulony kawałki… czegoś, jakiegoś białawego prochu. Szczerze powiedziawszy wyglądało to trochę jak środki wybuchowe, więc sporych rozmiarów kupę obeszliśmy, jak to się powinno z każdą kupą robić, szerokim łukiem.

Las się zmieniał, drzewa rzedły, coraz więcej było słońca a coraz mniej – cienia. W dole stoku między zaroślami prześwitywała jezdnia, do której zresztą doszliśmy, przechodząc obok czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było samochodem, a dziś – kupą żelastwa. Tej jednak nie obeszliśmy,  wchodząc w głęboki wykrot, który zaprowadził nas wprost do asfaltu. Tutaj znów dało o sobie znać słońce, jednak łagodny wietrzyk dawał wytchnienie.

Jakieś dwa kilometry dalej droga rozwidlała się. Wybierając lewą odnogę mieliśmy nadzieję trafić wkrótce na obrany – północny szlak, albo chociaż wyjść zza zasłony drzew i rozejrzeć się po okolicy. Nasza prośba została spełniona, kiedy wyszliśmy na szosę biegnącą dokładnie po szczycie wysokiego pagórka. Tu, pod brzozą, rozłożyliśmy się na krótki popas… i odetchnęliśmy.

Oto przed nami rozpościerał się krajobraz kipiący wręcz życiem, bo wczesnowiosenny. Ze szczytu Łuszczyckiego pagórka mogłeś dojrzeć dwadzieścia kilometrów terenu, jeśli nie lepiej. Tam, w dole, pomiędzy mozaiką zielonych i czarnych, świeżo zaoranych pól, między sadami i polami młodych kwiatów, krzątali się w swych domach ludzie. Na prawo, z wiatrem powiedziałbyś, przycupnęły w dolinie Marszowice. Po lewej znów rozpościerał się widok na Sadowie, zaś na wprost dostrzec można było odległe zabudowania Polanowic. Na horyzoncie rysowała się gruba linia drzew – las. To jednak nie był nasz las, wiedzieliśmy na pewno, bowiem zaraz obok Sadowia, śledząc okiem nasyp i linię kolei, rozłożyła się dumnie Goszcza, a tuż przy niej – ledwo parę kilometrów w lewo! – całą połać terenu zajmowały drzewa. Zielone, wysokie, potężne, stojące tu od setek lat, marny, lecz ciągle imponujący strzępek pradawnej puszczy.

Goszczycki las znajdował się na wyciągnięcie ręki, tuż pod naszymi stopami, wabiąc niesłyszalnym jeszcze szumem drzew, rozbrzmiewającym w wyobraźni.

Nasze przypuszczenia co do tego miejsca potwierdziły się, kiedy tylko ruszyliśmy w dalszą drogę. Zapytana przez nas kobieta twierdząco pokiwała głową – tak, to Goszczyce. Obdarzyła nas zaciekawionym spojrzeniem i uśmiechnęła się. Tu już nie było obszarów, w których wzbudzalibyśmy niezdrową sensację – tu była Droga, którą przez lata deptali wędrowcy i deptać będą, mam taką nadzieję.

Już w Goszczy Franek zażądał postoju, bowiem droga w dół okazała się znacznie bardziej wyczerpująca, niż gdybyśmy pięli się w górę zbocza. Jedynym miejscem, gdzie można było na chwilę usiąść była trwa przy cmentarzu, z czego ucieszył się Charlie, podskakując wesoło na klapie Frankowego plecaka. Charlie jako czaszka bywał czasami zbyt towarzyski, więc, nie chcąc zadzierać z miejscowymi – wynieśliśmy się stamtąd czym prędzej.

Zatrzymaliśmy się jeszcze przed małym sklepem, gdzie poczuliśmy na własnej skórze przychylność bogów. Oto legendarny napój energetyczny, którego poszukiwaliśmy ostatnie cztery lata (w końcu się poddając), a który nie dawał nam zasnąć pięć lat temu na obozie nad Jeziorem Żywieckim – oto więc ten napój, V-max odnalazł się na sklepowych półkach.

Ostatnie trzy kilometry pokonaliśmy rekordowo szybko. Czy to efekt placebo, czy też zadziałał napój – zmęczenie czmychnęło, a kiedy przekroczyliśmy wreszcie tory, naszym oczom ukazał się taki oto widok:

Droga, po prostu.

Zaraz później znalazłem też kartę z prześladującym mnie numerem dziewięć – który to numer zawsze wskazuje mi dobrą drogę. Więcej znaków nie było trzeba.

Las zamknął nas wkrótce w swych ramionach.

Wkrótce też mieliśmy rozłożyć „Stary Obóz” zwany wtedy jeszcze „Obozem”. Sznurki przydały się, kiedy zaczął padać deszcz i Franek wyjął z plecaka wielki brezent. Tym sposobem mieliśmy dach, uwiązany do drzew, a pod nim pałatki, zaś tuż przy ich skraju – ognisko, które tego wieczora huczało wesoło, podgrzewając nam posiłek, składający się głównie z ryżu i suszonego mięsa.

Ogień zaś, był oczywiście naszego kościstego przyjaciela – i nie mówię tu o Franku, także znanym z bycia kościstym.

Charlie rozpala ogień.

 Tej samej nocy zapadła też decyzja, iż nie zostaniemy tu dłużej. W bliskiej odległości rozpoczynała się bowiem ścinka drzew, zaś kto wie, co drwalowi może w łeb strzelić.

Tej samej nocy (też), po raz pierwszy słyszałem uprawiające miłość sowy. Jeśli sądzisz, mój przyjacielu, że pohukiwanie czasami brzmi zabawnie, wyobraź sobie… nie, nic sobie nie wyobrażaj. Dość powiedzieć, że pół godziny nie mogłem oddychać ze śmiechu, bowiem odgłosy porównywać można było tylko do bardzo cienko piszczących gremlinów. Jeśli nie oglądałeś gremlinów – zrób to. Nawiasem mówiąc.

Nie wiem, o której zmorzył nas sen. Ważne, że kiedy obudziłem się następnego ranka, byłem w obozie zupełnie sam. Jeśli nie liczyć Charliego, który szczerzył się do mnie z nadpalonego pnia.

Ale o tym – już następnym razem. 

Warsztaty Literackie u Stonawskiego!

 

Kiedy wczoraj udostępniłem na moim profilu autorskim informację o zbliżających się w tym tygodniu warsztatach literackich – wielu pomyślało, że to żart. Trudno się dziwić, był pierwszy kwietnia.

Dziś jednak żarty na bok.

Kiedy zaproponowano mi poprowadzenie warsztatów, byłem (i jestem wciąż) tym zmieszany. To dosyć poważne wyróżnienie, jak dla takiego pisarskiego podlotka jak ja. Z drugiej strony, to właśnie w pewnym sensie warsztatom które sam sobie robiłem (z paroma przyjaciółmi) zawdzięczam szybki rozwój, debiut i sukcesy w ostatnich dwóch latach. Więc… czemu nie.

Czemu by nie spróbować.

Jeśli jesteście chętni, dołączyć można przez facebooka  a zapisać się – u mnie, mojej partnerki w tym przedsięwzięciu, bądź też (i to chyba najlepsze wyjście) bezpośrednio u Norwida.

Prywatnie tak (12) : Milczę.

 

Milczę, ponieważ pracuję. Milczę, bo klawiatura jęczy pod palcami, bo czasami organizm odmawia swojego udziału w tej pracy – bo po paru dniach wzmożonych, miałem dwa dni spania.
Milczę, bo piszę tak dużo, że nie mam czasu, by pisać.

Mój kot przeszedł pierwszą w życiu ruię.  W zasadzie oboje ją przechodziliśmy. Ona wyła, ja też. Szybko poszło – już przycichła, zajęło jej to trzy dni.

Dużo rzeczy na siebie wziąłem. Z większości z nich będę miał tylko satysfakcję. Znów schudnę – to dobrze, bo od siedzenia przed komputerem i klepania w klawisze ćwiczą się tylko mięśnie palców i mózg.

Milczę, krzycząc, zdzieram sobie gardło nie uzewnętrzniając ani słowa. Moje pióro przeżywa introwertyczny wstrząs – kiedyś wybuchnie.

Poszeptam czasami, jak 5-go marca, kiedy wydana zostanie antologia „Dziedzictwo Manitou” z (między innymi) moim tekstem, a także bardzo fajnym opowiadaniem Grahama Mastertona i wielu polskich mistrzów horroru.
Albo – bliżej, 28 lutego w Kawiarni Naukowej na wydarzeniu kulturalnym „Kulturkampf” na które serdecznie zapraszam: http://www.facebook.com/events/586610104686488/ 

A póki co – idę krzyczeć dalej.
Ciii…

 

Page 1 of 6

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén