Kategoria: Fandom (Page 1 of 2)

Ostatni Dzień Pary II – premiera!

Dzisiaj premiera! Można już pobierać i radować się kolejnym, bo drugim tomem antologii „Ostatni dzień pary”. Jak i w zeszłym roku miałem zaszczyt znaleźć się wśród jury: Maciej Pitala, Katarzyna Koćma, Karolina Cisowska, Mirosław Goluński, Marta Kładź-Kocot, Michał Stonawski, Adam Podlewski. I ja już wiem, że pomiędzy okładkami skrywają się steampunkowo-postapokaliptyczne perełki! 

ODP 2222Na drugi tom antologii Ostatni dzień pary złożyło się 17 opowiadań konkursowych oraz 19 tekstów najciekawszych twórców współczesnej polskiej fantastyki, wśród których znaleźli się m.in. Rafał Dębski, Arkady Saulski, Michał Cholewa, Sebastian Uznański, Marcin Przybyłek i Piotr Patykiewicz. Teksty wzbogacają ilustracje współpracujących z gronem redakcyjnym artystów.

Spis treści zbioru:

  • Marcin Podlewski
    Księżniczka Nakręcana. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13
    Martyna Walerowicz
    Modlitwa o koniec świata . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27
    Sebastian Uznański
    Ostatni wśród golemów. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 41
    Barbara Szeląg
    Zwierzęca rewolucja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 61
    Jacek Wróbel
    Utopia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 79
    Karolina Fedyk
    Lisie ognie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101
    Marcin Rusnak
    Podwójne życie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 119
    Rafał Charłampowicz
    Jazda. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 137
    Kornel Mikołajczyk
    Sekretny gaz. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 155
    Agnieszka Nosek
    Kukułka. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187
    Paulina Kuchta
    Promocji więcej nie będzie. . . . . . . . . . . . . . . . . . 199
    Radosław Dąbrowski
    Bij, ile sił. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 207
    Arkady Saulski
    Good Morning, America! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 219
    Bartłomiej Sztobryn
    Pamiętam, że się w tobie zakocham. . . . . . . . . . . . 227
    Maria Dunkel
    Niebo malowane fioletem . . . . . . . . . . . . . . . . . . 243
    Sebastian Lepianka
    Kawka. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265
    Grzegorz Piórkowski
    Recenzja Ziemi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 281
    Katarzyna Kołodziejska
    Godzina wilka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 297
    Michał Cholewa
    Dziedzictwo Covenów. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313
    Julian Podgórski
    Podniebny Kuryer. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 375
    Marcin Sergiusz Przybyłek
    Stara kobieta i smok. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 393
    Justyna Macina
    Miasto Kominów. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 445
    Filip Laskowski
    Wataha . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 457
    Bartłomiej Tomaszewski
    Żywy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 471
    Michał Studniarek
    Ostatni wynalazek profesora Dimona. . . . . . . . . . 487
    Karolina Cisowska
    Motylarnia pana Shi. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 513
    Konrad Knapek
    Pryzmat Józefa Sanackiego i co przezeń ujrzałem. . 527
    Adam Podlewski
    Wyspa Doktora Wilczura. . . . . . . . . . . . . . . . . . 543
    Barbara Mikulska
    Reputacja. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 557
    Piotr Patykiewicz
    Czterdzieści i cztery . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 573
    Joanna Ostrowska
    Do ostatniego gościa. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 603
    Rafał Dębski
    Królewiątko. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 613
    Justyna Lech
    Adoracja. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 641
    Aleksander Daukszewicz
    Wilk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 657
    Henryk Tur
    …i jeszcze będzie Polska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 669
    Katarzyna Uznańska
    Contessa. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 677
    Simon Zack
    Carpe D. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 703

ODP II POBIERZECIE TUTAJ

O tym, dlaczego Sapkowski ma rację

Z dedykacją dla Krzysztofa Sokołowskiego, który mi dogadał. 

Polcon 2016 minął, ale nie mijają jego echa. A w zasadzie jedno echo – „Sapkowskigate”, bo tak ochrzczona została ta sprawa. Chodzi o te parę minut, kiedy na swoim spotkaniu autorskim AS postanowił obrazić CDP RED, graczy i wyrazić zdanie, jakoby gra zrobiła mu mnóstwo smrodu i gówna. Wywołując tym samym powszechne oburzenie.

Polcon był świetnym konwentem. Wiem, bo byłem, a nawet zostałem tam imiennie zaproszony (co ciągle poczytuję sobie jako zaszczyt). Działo się tam wiele rzeczy, ale do szerszej świadomości przeszła tylko jedna. Sensacyjna, rzecz jasna. Ta, o której media mogły się rozpisywać – i robiły to, przeżuwając tego newsa do znudzenia. Tak portale plotkarskie, jak branżowe, czy nawet te „większe” media.

I tu pozwolę sobie na małą dygresję – pamiętacie jeszcze czasy, kiedy o fantastyce czy fandomie nie mówiło się zbyt dużo? Ba, temat w ogóle nie istniał. Ot, jakieś nerdy spotykały się w szkołach i gadały o nerdowskich sprawach. Wszystkie te nerdy (czyli ja też) walczyły o to, by o fantastyce się mówiło. No i teraz mamy za swoje: Korwin na Pyrkonie, szczucie cycem, afera kostkowa, Sapkowskigate. Konwenty zrobiły się wielkie, fandom gargantuiczny, powoli zjadający swoje własne, najwierniejsze dzieci, a zostawiający… konsumentów. Dygresją do dygresji będzie moja smutna myśl, że nie tylko fandom cierpi na tym, że „ugrał swoje”. Wszystkie „środowiska” mają problem z tą samą dolegliwością. W tym niestety środowisko grozy. Tak czy siak – stało się. Sieć sprawiła, że fantastyka stała się modna, konwenty stały się „targami” czy „festiwalami”, całość dobrym biznesem, a ze zwykłych kłótni zrobiły się „dramy”.

Wracamy do Sapkowskiego – nie miałem przyjemności być na jego spotkaniu. Prawdopodobnie miałem wtedy swoje panele. Dzięki dobrodziejstwu sieci prześledziłem je na YouTube. Wliczając felerne parę minut. Zastanawiałem się – jakie będą reakcje na słowa Sapka? Czy polecą pomidory? Buty? Podniosą się krzyki? Nic z tych rzeczy – część osób się zaśmiała. Bo i całe spotkanie było przeprowadzone w trochę żartobliwym stylu – tak, jak to bywa na konwentach. I tak jak to bywa na konwentach – fani znają swojego autora. Sapkowski był, jest i będzie… specyficzny w obyciu.

Czy usprawiedliwiam jego zachowanie? Nie… i tak. Bo zastanawiam się, o jakim zachowaniu mówimy.

Sapkowski rację ma

Zrobimy taki eksperyment. Wyobrażę sobie, że jestem nic nie znaczącym chłystkiem. Takim, co coś osiągnął, ale nie wielkim twórcą, nie pisarzem. Ot, człowiekiem „biznesu” jeśli można tak powiedzieć. W pewnym momencie jednak chwytam za pióro i piszę tekst, który po jakimś czasie zmieni oblicze całego gatunku literackiego w kraju. Po zostaniu odkrytym piszę dalej – i zmieniam świat. Następuje renesans fantasy. Na motywach powstaje serial, film. Zyskuję rzesze fanów. Mokry sen każdego pisarza. A Sapkowski tego dokonał – to nie jest „wydumane ego”, to są fakty. Można powiedzieć, że są w naszym kraju (i byli przed Sapkiem) świetni twórcy – i będzie to prawdą. Żaden z nich nie dokonał jednak tego, co on.

Kontynuujemy? Mija parę… no, trochę więcej… lat. Świat się zmienia. Na motywach książki powstaje gra, która podbija świat. Wszyscy chcą „Wiedźmina”. Cholera, tą markę przedstawia się jako główny eksportowy produkt kultury polskiej. Nawet prezydent – cholerny prezydent USA – dostaje do rąk „Wiedźmina”. Nie książkę – grę.

Ile osób z tej rzeszy fanów kojarzy Sapkowskiego? Ile z tych, którzy słyszeli o książkach przeczytali je? Ile z tych, którzy przeczytali myśli sobie „Sapkowski? To ten pisarzyna, co napisał książki na podstawie tej WSPANIAŁEJ, gry”. Triss pojawia się w Playboy’u – ale nie jest to Triss Sapka. Na okładkach książek pojawiają się postaci z gier, co samo w sobie może wprowadzić w błąd – poza tym, że jest oczywistym ruchem marketingowym.

Ludzie? Ludzie są leniwi. Ilu z nich będzie miało chęć, by pogrzebać i sprawdzić, jak to jest z tym „Wiedźminem”? Ilu z tych wiedzących będzie chciało w kółko i w kółko powtarzać ignorantom jak wygląda sytuacja?

Więc – jesteśmy sobie człowiekiem, który jest prawdopodobnie jednym z większych mistrzów pióra swoich czasów, wymyślił coś, co stało się „uniwersum” i urosło do takich rozmiarów, że już jego – swojego twórcy – nie potrzebuje. Sapkowski zostaje w cieniu. Każdy człowiek, który jest przekonany, że to „jakiś pisarzyna, który napisał książki na podstawie gier” jest dla ASa jak trzaśnięcie w policzek byczym penisem. Dodatkowo jest on człowiekiem starej daty, jak widać – nie rozumie gier. Nie chce zrozumieć. To nie jego świat. On coś wymyślił, on coś napisał, on zdziałał dużo. A na starość patrzy, jak „Wiedźmin” staje się „nie jego”.

Czy Sapkowski ma prawo być wkurzony? Całkowicie tak. Ale pozostaje pytanie, czy ten wkurw jest wymierzony odpowiednio…?

Rozproszona odpowiedzialność

To nie wina CDP, że zrobili niesamowitą grę. To sukces, który im się słusznie należy. To nie wina świata, że poszedł naprzód. To nie wina Sapkowskiego, że książki przestają być czytane, a gry są popularne. To wina nikogo, że popkultura dobrze się sprzedaje i ma zasięg globalny. To nie wina wydawcy, że chciał zarobić. Wszyscy mają prawo do sukcesu. Wszyscy powinni być zapamiętani według zasług – nie wszyscy będą.

Sapkowski nigdy nie patrzył się na konwenanse. Taki był i żadna gównoburza w internecie tego nie zmieni. Szczerze wątpię, by Sapkowski w ogóle się tym przejął. Tym, czym się przejął to jego scheda. Czy ma zatem rację, mówiąc, że „Gra narobiła mi mnóstwo smrodu i gówna”? Ma. Ale to nie gry ani jej twórców wina. To wina tego, jak teraz funkcjonuje świat – na czym cierpi i Sapek i sam fandom, zmieniając się i swoje produkty nie do poznania.

Gracze nie są idiotami. Autor powinien brać odpowiedzialność za swoje słowa i to, jak je wypowiada – szczególnie na spotkaniu autorskim. Szczególnie wtedy, kiedy wszystko i zawsze jest nagrywane. Można się na Sapka obrażać, ale należy go uszanować – bo na szacunek zasługuje. A przede wszystkim na zrozumienie.

Jeśli interesuje Cię temat samego Sapka i jego twórczości, zachęcam do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziłem z Sapkowskim dla Interia.pl

Przestaję nadzorować pracę Nagrody im. Stefana Grabińskiego

Z dniem dzisiejszym przestaję nadzorować prace związane z Nagrodą Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Powodów szczegółowych podawać nie będę, jako, że są to wewnętrzne sprawy grupy organizatorów.

Powiem jednak parę słów: bycie jednym z ojców założycieli (oraz człowiekiem, który stał także za pomysłem) tak niezwykłej inicjatywy było i jest dla mnie niesamowitym przeżyciem. Ostatnie dwa lata, kiedy Nagroda działała (teraz, jak widzicie po fanpageu – została zawieszona) były dla mnie czymś niezwykłym. Pracowałem z dobrymi ludźmi i chciałem im serdecznie podziękować za wszystkie te chwile, kiedy działali wraz ze mną na rzecz Nagrody. Za każdym razem, kiedy jako grupa podejmowaliśmy wspólny wysiłek czułem się doceniony i „na swoim miejscu” – zwłaszcza, że w grupie tej były w szczególności osoby, które przewyższały mnie wiekiem i doświadczeniem. Pamiętam, kiedy na pierwszym KFASONie zapowiadaliśmy Nagrodę. Tłukła mi się w głowie myśl „Co ja tu robię? Taki nikt.” …

Tymczasem w trakcie mojego działania organizatorskiego udało się zorganizować dwie gale, wywalczyć wspaniałe statuetki, sprawić, że Nagroda zaistniała w mediach i zaczęła coś znaczyć. Nie bez trudności, nie bez problemów – bo kto ich nie ma – ale z werwą i siłą przebicia, dzięki której dziś – przynajmniej na facebooku – pod względem popularności ustępuje tylko Nagrodzie Zajdla. Oczywiście chodzi mi tu o nagrody związane z fantastyką.

Nie uważam, bym był idealnym „prezesem”. Wręcz przeciwnie – myślę, że wielu rzeczy dla Nagrody (jeszcze i już) nie udało mi się zrobić. Żywię nadzieję, że moi następcy poprowadzą tą Inicjatywę dalej w taki sposób, że wkrótce stanie się najlepszą nagrodą gatunkową w kraju. Głęboko w to wierzę, zwłaszcza, że patrzę na tą Inicjatywę jak na swoje dziecko. Prawdą jednak jest, że (jak to w przypadku dzieci bywa) praca nad nią zajmowała mi masę czasu, przez co podupadły niektóre kontakty, mniej też pisałem i zdecydowanie ledwo co wydawałem – co widać po bieżącym roku, z jedną tylko publikacją od stycznia. Biorąc pod uwagę na jakim etapie „kariery” jestem, nie było to rozważne posunięcie. Ale. Czego się nie robi dla gatunku.

Gatunku, którego przecież nie przestaję promować. Ale szczegóły w tym temacie już niedługo :)
Chociaż na pewno będę miał teraz więcej czasu na pisanie.

Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali dobrym słowem i tym, z którymi pracowałem. I całej Kapitule Nagrody. Dziękuję, za to, że mogłem brać udział w tej przygodzie.

O tykaniu konwentowym.

topka tykanie

Skończyłem sezon konwentowy na rok 2014 wynikiem sześciu naprawdę udanych konwentów. Dużo promowałem, trochę pogadałem, spotkałem ciekawych ludzi, przeprowadziłem inspirujące dyskusje, zniesmaczyłem parę osób prelekcjami o kanibalu. Wykończyłem się – już dawno nie miałem takiego nagromadzenia wyjazdów w tak krótkim czasie. I na prawie wszystkich spotkałem się z tym samym problemem – ludzie zaczęli nagle zwracać się do siebie per „pan”, „pani”, ewentualnie – „państwo”. 

W czym problem? 

W cywilizowanym świecie zwracanie się do kogoś per „pan” jest oznaką dobrego wychowania i szacunku. Zwłaszcza, jeśli jest się młodszym. To absolutna podstawa w kontaktach międzyludzkich – banały, które jednak w fandomie nie obowiązują. A przynajmniej nie obowiązywały do niedawna.

Kiedy zaczynałem konwentować, ta cała niepisana zasada z panowaniem była jedną z tych rzeczy, która mnie przyciągała jak magnes i ostatecznie wciągnęła do fandomu. Doszedłem później do wniosku, że grupa miłośników fantastyki zrobiła to, o co w idei komunizmu chodziło, a czego komuniści zrobić nie potrafili. Sprawili, że wszyscy są równi. I jasne, ktoś może być pisarzem, inny krytykiem, jeszcze inny zwyczajnym fanem – i tu równość nie istnieje (bo przecież nie ma czegoś takiego, jak równość), ale dzięki takiemu, fandomowemu, rozumieniu sprawy, pojawia się wspólna, wolna od wszystkich ideologii, religii, statusów społecznych i innych przeszkód w porozumiewaniu się, płaszczyzna do rozmowy. Wobec fantastyki, naszego zainteresowania, hobby, pasji – wszyscy jesteśmy równi.

Właśnie dlatego na konwencie fantastyki można śmiało podejść do jakiegokolwiek pisarza, uścisnąć dłoń i powiedzieć „hej, co u ciebie? Kiedy nowa książka?”. A potem wyjść sobie na piwo, czy inną herbatę. Takie „tykanie” to skarb, który szczególnie widoczny jest podczas prelekcji, czy paneli dyskusyjnych. Brak zadęcia, kiedy mówca mówi a sala słucha, owocuje zwykle burzą mózgów. Może też sprawić, że do dyskusji włączą się osoby chcące trochę w niej namieszać, bo i takie przypadki się zdarzały, ale są to sytuacje raczej marginalne. Nikt się nie wywyższa, wszyscy są traktowani równo, każdy chce się dobrze bawić. Piękna rzecz i (jak dla mnie) ideał równości, którego nigdy nie pojmą wszystkie inne grupy o równość walczące.

I jakoś od roku, może dwóch (trzech?), zaczyna się coś psuć. Przykłady? Nie tak dawno byłem w Łodzi (piękne miasto!) na Kapitularzu (dobry konwent). Już przy akredytacji zostałem nazwany „panem”. Kiedy zwróciłem uwagę, że jesteśmy w fandomie i nie ma co się wygłupiać, zostałem poczęstowany informacją, iż to orgowie kazali tak mówić (przy czym orgowie zdecydowanie zaprzeczyli). Na tym samym konwencie, Stefan Darda w trakcie prelekcji zaśmiał się z mojego facebookowego oburzenia, ale podkreślił wagę „tykania”. Nie minęły dwie minuty, kiedy z widowni padło pytanie per „pan”.

Czy to problem jednego konwentu? Nie – to samo widziałem na Porytkonie, Falkonie, Pyrkonie, Imladrisie, Polconie, Krakonie… wyjątkowy był tylko Kfason. Ale Kfason zawsze jest wyjątkowy. Ba, zdarzyło mi się być nazwanym „panem” na konwentowym sleepie (!). Tylko dlatego, że większość osób na nim była w przedziale wiekowym pomiędzy 14 a 18 lat.

Ładnie to określił ostatnio Paweł Majka, którego (Paweł, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko) zacytuję:

(…) konwenty, w założeniu, to miejsca spotkań. I cała konwentowa etykieta ma służyć ułatwianiu zmniejszania dystansu i pokazywaniu, że twórcy i czytelnicy (widzowie/gracze) to tak naprawdę koledzy, którzy mogą ze sobą rozmawiać jak znajomi, a nie jak ludzie, których dzieli jakaś dziwna granica.

Spotkania, rozmowy, poznawanie się nawzajem – wszystko to ułatwia zmniejszanie dystansu. Fandomici fantastyczni lubią myśleć, że są wielką grupą kumpli, choćby dlatego, że to ułatwia rozmowę (pomijając fakt,że często to prawda). Chcemy ułatwiać ludziom kontakt, ułatwiać przełamywanie ewentualnych barier w rozmowach. Myślę, że to i cenne i fajne.

Skąd się to wzięło? 

Fandom się zmienił – tak mówią. I w pewnym sensie jest to prawda. Urósł. To po pierwsze – fantastyka staje się coraz bardziej popularna. Mówimy już o zjawisku masowym. Ze spotkań liczących może paręset uczestników, konwenty stały się imprezami – festiwalami – liczącymi od paru po parędziesiąt tysięcy uczestników. Fandom się też przeistoczył. Wciągnął mniejsze, jak fani Star Warsów, Star Treka, RPGów, Cospley, gier komputerowych… przez co takie konwenty, jak Pyrkon, czy Falkon przebranżowiły się na „targi” – i więcej jest w nich właśnie targów, niż konwentów. Jest to tak samo potrzebne, jak (dla mnie) smutne. Mam nadzieję, że są to wyjątki, a nie zapowiedź „nowego” – większości konwentów w formie targów. A skoro tak, to na targi przychodzą też ludzie „z zewnątrz”, choćby rodzice z dziećmi – fanami fantastyki. Być może trudno jest organizatorom nakazać Helperom, czy Gżdaczom, by do każdego zwracali się na „ty”? Chociaż sytuacja, kiedy zwracamy uwagę Gżdaczowi, a ten dalej brnie w panowanie jest już niepokojąca.

Fandom odmłodniał. Albo też doszło wielu młodych, pośród których ci „starzy” gdzieś znikli. Rozpuścili się, jak sól w wodzie. Młodzi nie znają fandomowych zwyczajów i nie ma kto im o nich powiedzieć. Trudno im też się jest przełamać, jak w przypadku przytoczonej już prelekcji Stefana Dardy.

Tu szukałbym przyczyn. Wiele starych wyjadaczy fandomu przestało już jeździć na konwenty, założyli własne rodziny i biznesy. Część pewnie wyjechała z Polski. Akurat wtedy, kiedy przyszła „nowa fala”.

Jak zaradzić? 

Znam osoby, które bardzo chętnie poddają się „panowaniu”. Nie dlatego, że nie wiedzą o „tykaniu”, ale dlatego, że uważają, iż oto nadeszła przyszłość i tak już musi być. Takie osoby chciałyby dyskusji o tym, czy w ogóle mamy do czynienia z jakimś problemem – absolutnie się z nimi nie zgadzam. Problem istnieje, bo (jak dla mnie) to „głupie tykanie” czyni fandom tak wyjątkowym, na tle innych ugrupowań. I pięknym. Nie niszczmy tego, co wypracowali ci wszyscy ludzie przed nami – fani, którym się chciało. Dla fanów, którym też się chce.

Mam apel dla wszystkich znajomych pisarzy, działaczy fandomu, organizatorów konwentów, redaktorów pism i portali i fanów fantastyki – przede wszystkim. Napiszcie coś od siebie, na swoich stronach, blogach, profilach, portalach czy w pismach.  Porozmawiajmy. A Wy, drodzy orgowie (z niektórymi już o tym rozmawiałem), rozmawiajcie ze swoimi Gżdaczami o tym. Myślę, że należałoby też na każdym konwencie uruchomić prelekcję wstępną „dla nowych” – jest tyle rzeczy, o których można powiedzieć. Od panowania, do choćby funkcji czajnika w sleepach. Nagłośnijmy tą sprawę i informujmy tych, którym wskazówki się przydadzą.

Tak jak mnie kiedyś poinformowano. Dzięki czemu poczułem się, jak w rodzinie, a nie na targach pomiędzy obcymi ludźmi.

INNE WPISY W TYM TEMACIE: 

Ziuta się dziwi: Fandomy

Wpis Tomka Kozłowskiego. 

Po Pyrkonie

topka

Zastanawiam się, jak mam opisać fantastyczne szaleństwo w paru słowach. Jak opisać trzy dni pełne wspólnej zabawy, klimatu i – mówiąc szczerze – zajebistości? A co mi tam – spróbuję. 

Pyrkon 2014 to:

Konwentowy Dżisas!

Nie te kostki.

Czyste (!!!) łazienki! – Serio, pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, kiedy w ubikacjach panował ład, porządek, a papier zawsze był tam, gdzie miał być. Dla pań sprzątaczek ukłony aż pod ziemię.

Mangowcy w swoim bloku – czyli nawet nie wiem gdzie. Ważne, że nie trzeba było uciekać przed kocimi uszkami, a kocie uszka mogły bawić się dobrze, ba, zajebiście.

Percival! – I pogo, do którego poszedłem i z którego wróciłem wkurzony. Pogo jest fajne, ale ma swoje zasady – jedną z nich jest: NAĆPANYCH GOŚCI BOKSUJĄCYCH WSZYSTKO I WSZYSTKICH WYWALAMY NA ZBITY PYSK. Zwłaszcza, że w pogo znaleźć można było 13-latków i dziewczyny. A na wspomnianych wyżej argumenty pięściowe nie działały. Samego koncertu komentować nie trzeba, jak zawsze zespół dał radę!

Brak kolejek – bramki, nawet te psujące się, to był genialny pomysł. Przepustowość na poziomie eksperckim, a z tego, co słyszałem – przez konwent przewinęło się 24 000 ludzi. Co dobitnie było widać (i czuć) na wielkim sleepie i zapewne w konwentowej szkole.

Masa luda – tego już komentować nie muszę.

Blok literacki upchnięty w jednym budynku – dosyć ciasnym, choć w obu aulach było dużo miejsca. Niemniej, wolałbym, by Pyrkon bardziej promował literaturę, miast Cosplay’ów.

Nowa polecanka muzyczna – Miałem bowiem przyjemność poznać wokalistkę zespołu Aurora Lights, na którego stronę (i do odsłuchania kawałków) stanowczo zapraszam: http://www.mixcloud.com/auroralights/

I wreszcie:

Spotkania z ludźmi. Czyli to, co na konwentach jest najważniejsze. Zarówno poznanie nowych osób, jak i zobaczenie wreszcie tych znanych z sieci, oraz spotkanie się na piwie ze znajomymi. Wszystko to razem – długie i owocne dyskusje, oraz bitwa z własnymi myślami. Bo niektóre rozmowy dały mi tematy do rozmyślań, w efekcie zaś – małych zmian w moim pojmowaniu pisania i bycia osobą piszącą. Za co szczególnie dziękuję Romkowi Pawlakowi.

Pyrkon

Od lewej: Julek Wojciechowicz, Franciszek Zgliński, Stefan Darda, Michał Stonawski, Marcin Rusnak. Zdjęcie robił (chyba) Piotrek Sender

Zresztą, wystarczy popatrzeć na zdjęcie powyżej. To jest konwentowanie, które cenię sobie najbardziej.

I najważniejsze:

1 (5) 

Drugiego dnia konwentu została zaprezentowana statuetka Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. O koncepcji nagrody mówiliśmy Stefan Darda i ja, natomiast mój przyjaciel, Franciszek Zgliński, odpowiedzialny jest za projekt graficzny. Który powala.  Zresztą, przekonajcie się sami:

10002919_453321801465536_1072057835_n

I jeszcze film:

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=v85k-cOAyn0[/youtube]

Tak, to będzie dobry dla polskiej grozy rok. Zapraszam na Fanpage:

https://www.facebook.com/NagrodaGrabinskiego

Na Pyrkonie poszczują cię cyckami.

topka

Polskie konwenty fantastyczne są coraz gorsze – to nie żart, tak przedstawia się obraz w ostatnim czasie. Jeśli spojrzeć na niego z perspektywy mediów branżowych i mainstreamowych, rzecz jasna. 

Falkon to Failkon, Dni Fantastyki są plebejskie. Na Grojkonie miejscówka jest do dupy. Na świętej pamięci Krakonie w wakacje pobito Mastertona, z kolei trochę później Polcon zamienił się w Kolejkon, a niedługo później w Hejtcon. Po paru miesiącach przerwy, następnym dużym elementem konwentowych puzzli jest Pyrkon. Z niecierpliwością czekałem, aż coś się wydarzy. I się wydarzyło – do listy zarzutów dodać należy obrzydliwy, obleśny, emanujący nietolerancją, szczuciem cycem i seksistowskim podejściem Poznański konwent. Co tym razem? W jednej z reklam miała czelność pokazać się naga kobieta. W kostkach.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=_Nv2KEE_RkQ[/youtube]

Można doszukiwać się w tym wszystkim także dobrych stron – w końcu o konwentach mówi się w mediach głównego nurtu – i to w całym kraju! O ostatnich trzech wielkich „dramach” rozpisywały się z lubością Gazeta.pl, Wyborcza, Dziennik Polski… brakowało tylko wozów TVNu, pewnie jeszcze za mały kaliber tych afer na tak wielką stację.

Prawda jest taka, że Organizatorzy Pyrkonu nie podeszli do tematu mądrze – w wannie zamiast skądinąd ładnej koleżanki, powinna siedzieć para czarnych gejów – mam dziwne przeczucie, że wtedy nikt by się nie doczepił. A przynajmniej nie na głos.

Żarty na bok.

Od momentu, kiedy w sieci pojawiła się reklama Pyrkonu, w komentarzach dosłownie zawrzało. Setki oburzonych osób, podburzanych przez wściekłe feministki. Pomijając fakt, że feministki są zawsze wściekłe, tym razem miarka się przebrała. Pyrkon oskarżony został o emanowanie seksem, szczucie biednych, delikatnych ludzi cycem. Znalazły się także osoby, które poczuły się osobiście dotknięte kostkami, wanną i nagą koleżanką.

Bojkotuje Pyrkon. Nie ma mowy zebym sie  kiedykolwiek na tym konwencie pokazala. Bardzo, ale to bardzo nie przemyslany filmik i obrazliwy.
– Jedna z komentujących (osób).
Zaledwie parę godzin później kostki znajduję już nawet w lodówce, a fala komentarzy przestaje być możliwa do ogarnięcia. Czytam „gdzie jest krzyż”, coś o wstydzie za Polskę (obowiązkowy punkt programu), o nietolerancji, nierówności, o epatowaniu seksem, zeszmaceniu Pyrkonu, tłustych nerdach…
Dziękujemy za wyraźne powiedzenie: „wy, dziewczyny, które chcecie grać, a nie być lalkami rozbieranymi ku uciesze kolegów, nie jesteście targetem konwentów”. Zawsze to dobrze wyjaśnic sprawę.
Najbardziej mi przykro, jak nawet kobiety nie rozumieją kompletnie (a nawet nie dostrzegają!) problemu uprzedmiotowienia kobiet. Smutek.
A sedno się wymyka. 

W hejcie, wściekłym toczeniu piany z ust i przepychankach między zwolennikami gender, feministkami i łapiącymi się za głowę fantastami jakoś umknął sam przedmiot sporu – oto mamy reklamę. Mam wrażenie, zrobioną trochę z przymrużeniem oka. Nagości nie ma pokazanej, jest w domyśle. Czy Pyrkon mógł inaczej postąpić? Mógł. Niemniej całość przypomina po prostu burzę w szklance wody – jak zwykle, w przypadku takich „afer”, otwiera się szerokie pole do nadinterpretacji, czy efektu wściekłego tłumu, tratującego wszystko bez namysłu.

Film z kostkami nie był niczym więcej, jak filmem z kostkami – i ładną aktorką. Jak najbardziej, nastawionym na rozgłos, ale czy ktoś spodziewał się dramatu…? Szczerze mówiąc, nie widzę tu niczego bardziej zdrożnego, niż to, co zwykle dzieje się w agencjach reklamowych – a to tylko mały projekt. Znaczenie nadali mu ludzie, część oburzonych feministek i reszta, która przyszła już podbudowana przez rządne sensacji media. Nie widzę, by aktorka – i w ogóle kobiety – zostały potraktowane przedmiotowo. Nie widzę nierówności i nietolerancji. Nie widzę obrazy.

Widzę spot reklamowy. Może nieprzemyślany i bez większego sensu, ale nikt nie potraktował go na tyle poważnie, by jakoś wyjątkowo przemyśliwać. Potraktowały go tak media, wyczulone na najmniejszy powiew afery.

A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że te wszystkie osoby, które w komentarzach krzyczą, jak to uprzedmiotowione zostały kobiety, jakie to szczucie cycem i brak szacunku, wykazują się uprzedmiotowieniem aktorki występującej na filmiku i wypowiadają się o niej ze szczególnym brakiem szacunku, a także – nie rzadko – z okrucieństwem. W tym ostatnim przodują oczywiście feministki.

Na koniec, jak zawsze – smaczki:

lololol1

Więcej: TUTAJ
lololol2

Dlaczego kończę z pisaniem

pisanie topka

Długo nad tym myślałem – kiedyś Perfect śpiewał, że należy zejść ze sceny niepokonanym. Nie jestem niepokonany – dopiero zacząłem wyścig, więc o żadnym pokonywaniu nie może być mowy. A jednak trzeba umieć powiedzieć dość we właściwym momencie i, myślę, chyba dla mnie ten moment nadszedł. 

Kończę z pisaniem recenzji, rzecz jasna. Ale jest to dosyć trudne – krytyka literacka jest tym, co wciągnęło mnie do świata literatury i fandomu fantastyki, a potem dalej – do środowiska grozy. To dzięki byciu krytykiem poznałem wielu wspaniałych ludzi, potem moich mentorów i wreszcie kolegów, znajomych, ale także dalej wzorów do naśladowania.

Zacząłem to robić w 2008 roku – tak na serio. Z mojego ówczesnego bloga wyłowił mnie wtedy SirJedi, czyli Tomek Wojnowski, a następnie brutalnie wrzucił na głęboką wodę fandomu. I tak to się zaczęło – od tego czasu nastukałem około 50 tekstów krytycznych różnych książek, nie tylko fantastyki. Nie jest to dużo. Jest przyzwoicie. I dalej bym to robił, ale lubię być rzetelny. Czuć się rzetelny. Na tej recenzenckiej scenie móc być postrzegany jego rzetelny.

Nie znaczy to, że w moich recenzjach kłamałem. Nie. Ale to, że zdarza mi się recenzować ludzi, z którymi później idę na piwo, albo siedzę na spotkaniach autorskich, rzuca na mnie światło nierzetelnego krytyka. I myślę, że tak być nie może.

Są jeszcze inne rzeczy – powiem wprost. Czasy się zmieniły i całe to recenzowanie zaczyna wyglądać jak teatrzyk. Są książki ważne i ważniejsze – nie z powodu ich literackiej wartości, ale z powodu patronatu. Zdarza się też tak (bez nazw i nazwisk, nie we wszystkich miejscach, gdzie byłem się to zdarzało… i nie wszystkie podałem na blogu), że wydawnictwo sobie zażyczy dobrej recenzji. I nawet jeśli książka jest zła – musi zostać oceniona dobrze. W większości przypadków wydawca nie musi o to prosić – tak po prostu jest narzucone. Jeśli recenzja nie będzie dobra w 100%, nie przejdzie dalej. To nie jest rzetelne dziennikarstwo. To w ogóle nie jest dziennikarstwo. To zwykłe skurwysyństwo.

Świata nie zmienię. Takie są czasy – tak to wygląda. Jeśli ci się nie podoba, to – mówiąc krótko – tam są drzwi. Więc mi się nie podoba. Nie czuję się rzetelny, mimo, że nigdy nie skłamałem. Z tych dwóch wymienionych wyżej powodów myślę, że czas skończyć z byciem aktywnym krytykiem literackim. Swoje się nauczyłem, swoje zrozumiałem. To nie był stracony czas, zły też nie. Każdemu poleciłbym tę drogę – wiele się można nauczyć, dociekliwie obserwując dobrych i dostrzegając co złego jest w złych książkach.

Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie zostawił sobie otwartej furtki – po pierwsze muszę skończyć recenzje, które już mam zaczęte. Po drugie, chętnie coś zrecenzuję, jeśli będę miał pracodawcę. Ale i tu kłamał nie będę.

Kiedy studiowałem dziennikarstwo, na jednym z pierwszych wykładów powiedziano nam, że możemy pisać co chcemy i jak chcemy, fikcję, kłamstwa – bo to, co napisane jest w prawie prasowym to tylko bazgroły bez mocy prawnej. Taki statut, wiecie, moralny. I w czymś takim miałbym brać udział? Oczywiście to tylko moje wspomnienie, mogłem coś poknocić. Nie mam na to dowodów.

I tu chyba skończę. Nie ma sensu strzępić języka po próżnicy.

Przyszłość polskiego horroru.

kfass

Przyszłość nadeszła w sobotę, 19-go października roku 2013. Pierwszy w Polsce konwent stricte w tematyce horroru i tylko horroru nie był jedyną niespodzianką – to na nim została ogłoszona wiadomość, która raz na zawsze zmieni – i zmieniła – oblicze polskiej literatury grozy. Jestem szczęśliwy, mogąc być częścią… schizmy? Reformacji? Narodzin…? 

Ale o tym za momencik – najpierw parę słów o samym Kfasonie, bo peany się należą. Tak dobrego konwentu nie miałem bowiem przynajmniej od 2-3 lat, zaś jego atmosfera jest zupełne nieporównywalna z żadnym.

Pisałem już o tym parę miesięcy temu i dziś jest to rzeczywistością – Horror ostatecznie oddziela się od zbyt głośnego i kolorowego fandomu fantastyki. Wraz z wzrostem aktywności literatury grozy okazało się, że nie każdy horror to fantastyka – że horror musi być oddzielny, by dalej się rozwijać. Że dosyć już bycia tym wujkiem, o którym się nie mówi.

Koniec. Wujek wstał od stołu, obrócił się plecami i poszedł w swoją stronę.

Na KFASONie było to widać – nagle nie było tłumu rozwrzeszczanych ludzi, nie było wszech-hejtu, nie było kłótni i niesnasek. Na Kfasonie panował surowy klimat wyższej klasy – ktoś nawet się uśmiechnął, że brakuje tylko kieliszków z winem/krwią. Bowiem patrząc na odbywające się w skupieniu prelekcje (do których wcale nie trzeba było oddzielnych sal! Krzesła i pufy!) można wywnioskować to samo, co wieczorem powiedział Stefan Darda  – ci ludzie przyszli tutaj w konkretnym celu, by rozmawiać, może dowiedzieć się więcej, a wszystko to w szacunku do siebie nawzajem.

Kfason odbywał się też w innych warunkach – kiedy większość konwentów fantastycznych rozgrywa się w szkołach, my mieliśmy Ogród Sztuki biblioteki wojewódzkiej. Oszklony, pachnący jeszcze nowością budynek ze wszelkimi technicznymi udogodnieniami na miejscu. Wstęp? Darmowy. Dodatkowo dla gości Vouchery na kawkę i kanapki w Cofeebook’u.

Jak jednym zdaniem opisałbym KFASON? Chyba… „Dystyngowany szept o trupach„. No, może oprócz zdania którym go opisałem później i które dalej podtrzymuję:

Tu i teraz zaczęła się przyszłość. 

przyszłość

Od lewej: Kazimierz Kyrcz, Michał Stonawski, Dawid Kain, Stefan Darda, Michał Gacek

Przyszłość zaczęła się wieczorem, byłem już po warsztatach literackich, panelu o Zombiech i prelekcji o klątwie rodziny Beksińskich (tyle ode mnie^^) na której miałem zaszczyt poznać człowieka, który osobiście znał Tomka Beksińskiego i mógł zebranym powiedzieć o rzeczach, o których w mediach się nie pisze. Tutaj raz jeszcze – dziękuję.

Ale do rzeczy 

Już od jakiegoś czasu myśleliśmy razem z pisarzami Stefanem Dardą, Kazimierzem Kyrczem, Dawidem Kainem i Michałem Gackiem nad pewną koncepcją, którą – jak się okazało – wymyśliliśmy oddzielnie i niemal w tej samej chwili. Wystarczyło tylko się zebrać razem i omówić szczegóły. A potem – tego pamiętnego wieczoru – ogłosić szerokiej publiczności. I było mi szczególnie miło, że to mi przypadł ten zaszczyt.

Z wielką przyjemnością mogę ogłosić, że polski horror dojrzał już do tego, by wreszcie się zespolić. Oto zostaje ustanowiona Literacka Nagroda Horroru im. Stefana Grabińskiego.

Pierwsza uroczysta gala odbędzie się za rok na Kfasonie 2014. Nagroda będzie przyznawana za rok 2013 w kategoriach Powieść i Opowiadanie.

Aby nie powtarzać błędów nagrody im. Zajdla, na każdą z kategorii wypadają dwie statuetki – od Czytelników oraz Kapituły.

Szczegóły – wkrótce.

Przyszłość? Przyszłość jest tu i teraz, mój przyjacielu. Atakuje znienacka, cicho i skrycie, ale kiedy nadejdzie, robi to z wielkim grzmotem i błyskiem – w blasku jupiterów i fleszy.

***

A kiedy tak siedziałem na afterze, już po zakończeniu KFASONu naszła mnie taka myśl – jak się poczułem na tym właśnie konwencie.

Jak w domu, wśród rodziny.

I to właśnie – moim zdaniem – cechuje najlepsze konwenty.

Dzieje się!

Dzieje

Co robi Stonawski, kiedy się nie odzywa? I wszyscy razem – Stonawski coś kombinuje. Zawsze. Nawał pracy ma te zalety, że daje efekty. A te mogą być różne, od rychłych i bardzo ciekawych publikacji w pismach, antologiach i… innych książkach (ale o tym nie dzisiaj), po ciekawe eventy, na które z radością mogę zaprosić. Tak, jak dzisiaj. 

Pierwszym wydarzeniem jest odbywający się 19 Października 2013 roku w Krakowie pierwszy w Polsce konwent fanów grozy. Tylko i wyłącznie grozy, moi mili. Horror oddziela się od fantastyki – następuje rewolucja a mi miło jest być jej… większą, lub mniejszą… częścią. A szczegóły? Już na samym konwencie, bo właśnie tam będzie mi miło (mnie, oraz paru gigantom polskiego horroru) ogłosić pewną nowinę. A, żeby nie było mało:
– Pogadam o żywych trupach i…
– Wygłoszę prelekcję o klątwie, jaka miała wisieć nad rodziną Beksińskich.

Wszystko to w jeden dzień. Wstęp wolny.

kfason2

Drugim wydarzeniem jest, a właściwie są WARSZTATY LITERACKIE – to już druga edycja warsztatów, o których prowadzenie poprosiła mnie krakowska ArtZona. Startujemy już 13 października – nie zwlekajcie zawiadamiać o tym znajomych i krewnych królika, prosiaczka i reszty :)

plakat warsztatów

Tyle na dziś.

Wracam do kombinowania :)

 

Po Krakonie, oraz co z tego wynika

Od Krakonu minęło parę dni, podczas których milczałem, bądź też starałem się milczeć w sprawie tego konwentu… choć ostatecznie i mnie puściły już nerwy. Zdaję sobie sprawę, że jako Koordynator Bloku Horroru mam idealną pozycję do obserwacji, będąc jednocześnie w samym środku wydarzeń, oraz patrząc na to z boku. 
Mogę więc trochę więcej powiedzieć na temat samego konwentu i… pewnych przemyśleń z tym związanych. 

Ale uderzę z innej strony – ostatnie konwenty, nie tylko Krakony uświadomiły mi pewną rzecz, która została trafnie zdefiniowana przez Marcina Przybyłka w ostatnim wywiadzie w „COŚ na progu”. Obecnie „fantastyka” – mimo swojej definicji słownikowej – nie oznacza już Horroru, Fantasy i Science fiction. Na Konwentach fantastyki bawią się głównie mangowcy (i nie, moi drodzy, dalej nie mówię tylko o Krakonie), gracze RPG i fani literatury fantasy. Sf zostało zepchnięte na bok, zaś horror pełni rolę „tego dziwnego wujka, o którym u nas w domu się nie wspomina”.

Miał rację Marcin Przybyłek mówiąc o „bandzie fantasy”. Literatura Sf stała się mniej potrzebna, kiedy minęły czasy podniecania się wyścigiem kosmicznym i PRL, o którego koniec zacięcie walczyła. Jeśli dobrze pamiętam, literatura fantastyczna miała później, w latach ’90 wielki kłopot, na rynku panowała „zadyszka”, aż wreszcie pod koniec tysiąclecia – pojawił się boom na fantasy, powstała Fabryka Słów, której nazwa wcale nie jest przypadkowa.

Wrócę do konwentów, które niespodziewanie urosły do roli gigantów – a tych, jak dobrze wiemy – nie da się w 100% kontrolować. I nie usprawiedliwiam w tym momencie organizatorów Krakonu na którym sam byłem Koordynatorem horroru. Ilekroć jestem na większym konwencie (wspominam tutaj Pyrkony), mam wrażenie, że trafiłem do kolorowego piekła. Wszystkiego jest dosłownie za dużo i w momencie, kiedy jedni roztyli się do niesamowitych rozmiarów, dla drugich (Sf, horror) zaczyna brakować miejsca.

Do czego piję – Blok horroru na tym i poprzednim Krakonie wyszedł znakomicie, pomimo pewnych niedociągnięć spowodowanych przez szczeble wyższego stopnia (chaos organizacyjny i obsługę klubu Studio), wszyscy bawili się znakomicie i mają jak najlepsze wspomnienia. Jednak o tym, że horror był w jakiejś postaci w ogóle obecny na Krakonie, dowiadujemy się tylko dzięki skandalu z Grahamem Mastertonem w roli głównej. Skandalu, będącego wynikiem totalnego nieporozumienia… ale ja nie o tym.

Jednak zarówno na tym, jak i na poprzednim Krakonie, oraz przez ostatnie parę lat przekonałem się, jak prężne i coraz większe jest środowisko polskiego horroru – myślę, że w tej chwili to wielka, rozproszona społeczność czekająca tylko na znak.

I tak sobie myślę, że jeśli w środowisku fandomu fantastyki horror to coś, co się pomija, to czemu… Fandom Horroru… miałby na siłę się mieszać z tym fantastycznym bałaganem? A może obecna kondycja rynku, tak bardzo przypominająca tę z lat ’90 ubiegłego wieku to znak, że właśnie za chwilę ma nadejść czas Horroru? Może ludzie, którzy nie mają bodźca ze strony „science” i znudzeni cukierkowymi światami fantasy zwrócą się teraz w stronę tej najbardziej związanej z rzeczywistością gałęzi fantastyki, jaką jest horror?

Potrzeba tylko iskry. I ta iskra się pojawi – już na jesieni startuje konwent grozy – Krakowski Festiwal Amatorów Strachu, Obrzydzenia i Niepokoju – KFASON. Być może pierwsza podwalina do stworzenia środowiska fanów grozy? Pomyślmy, w co może się to przerodzić!

Ja sam jestem w trakcie paru ciekawych projektów, projektów, które mają szansę na zebranie fanów horroru w jeden fandom. Bo to środowisko istnieje i aż kipi od energii i pomysłów. Wystarczy je teraz zrealizować.

Zapraszam na KRAKON 2013

Jako organizator, twórca atrakcji i gość konwentu KRAKON 2013 chciałbym Cię serdecznie zaprosić do uczestniczenia w tym festiwalu. 

Jak widzisz, atrakcji nie zabraknie. Jako koordynator bloku horroru (w tej chwili każdy z tych bloków mógłby być już pojedynczym małym konwentem…) zapraszam nie tylko na  prelekcje, ale także pokazy filmowe, LARPy grozy, sesje RPG grozy, oraz spotkania z gwiazdami polskiego i światowego horroru, jak Stefan Darda, Kazimierz Kyrcz, Dawid Kain, Magda Kałużyńska, Robert Cichowlas (…) aż wreszcie sam Graham Masterton, który będzie także w bloku 18+ mówić o seksie. Mówić dużo. Mówić dosadnie. Mówić mądrze – jak to Masterton.

Z innych atrakcji, będzie można także spotkać osobistości polskiego fandomu, jak Lucek i Puszon z bloga Geekozaur a także znaną i lubianą Kobietę-Ślimak

Okładka Antologii "Ostatni dzień pary"

Na Krakonie będzie miała także premierę antologia „Ostatni dzień pary” – pokłosie konkursu literackiego w którym miałem zaszczyt być jurorem obok Ani Kańtoch, Romka Pawlaka i Krzysztofa Piskorskiego.

Zastanawiacie się, czyjego autorstwa jest ta okładka? Użytkownicy portalu Gram.pl przeżyją szok, ponieważ tą fenomenalną grafikę spłodził nie kto inny, jak pewien Lisek, któremu, a właściwie – której – bardzo z tego miejsca dziękuję.

Byłbym też Bardzo Złym człowiekiem, gdybym nie wymienił tutaj naszego ilustratora. I to podwójnie, bowiem człowiek ten jest winny najazdu e-zombiech na świat i Krakon, czyli grafiki z Zombiefilii, gdzie można znaleźć dwa moje teksty – oto Maciej.

A tak będzie wyglądać grafika na Krakonowych koszulkach

To może przejdziemy wreszcie do mnie, co? Znaczy, do mnie – gościa konwentu :)

Z moim udziałem odbędą się atrakcje:

Czwartek, 25 lipca, godz. 21:00: Dobranocka, czyli autorzy grozy życzą dobrych snów – Michał Stonawski, Łukasz Radecki, Michał Gacek, Krzysztof T. Dąbrowski

Piątek, 26 lipca, godz. 14:  Jak przestraszyć twórcę grozy? – Michał Stonawski, Kazimierz Kyrcz, Dawid Kain, Sylwia Błach, Emil Strzeszewski, Stefan Darda

Sobota, 27 lipca, godz. 13: Martwi ciągle żywi, czyli fenomen zombie – panel dyskusyjny” – Magdalena Maria Kałużyńska, Łukasz Radecki, Grzegorz Gajek, Sylwia Błach, Michał Stonawski, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz, Paweł Waśkiewicz

Na koniec zaś – zostawiam prezentację naszych gości.
Oto i oni. Pogrubionym kolorem zaznaczam tych, którzy biorą udział w Bloku Horroru.

Autorzy:

1. Graham Masterton,

Przykładowa plakietka uczestnika

2. Romuald Pawlak,
3. Krzysztof Piskorski
4. Michał Stonawski,
5. Robert M. Wegner,
6. Grzegorz Gajek,
7. Witold Jabłoński,
8. Michał Gacek,
9. Sebastian Uznański,
10. Krzysztof Dąbrowski,
11. Paweł Ciećwierz,
12. Piotr Rogoża,
13. Dawid Kain,
14. Mirosław Piotr Jabłoński,
15. Robert Cichowlas,
16. Piotr Pocztarek,
17. Jacek Komuda,
18. Maciej Parowski,

Plakietka Gościa

19. Aneta Jadowska,
20. Jakub Ćwiek,
21. Sylwia Błach,
22. Anelia Głębocki,
23. Kevin Whitelock,
24. Kazimierz Kyrcz Jr,
25. Andrzej Pilipiuk,
26. Magdalena Kozak,
27. Anna Brzezińska,
28. Grzegorz Wiśniewski,
29. Anna Kańtoch
30. Emil Strzeszewski
31. Czesław Białczyński
32. Piotr Cholewa
33. Piotr Gibowski
34. Marek Grzywacz
35. Jacek Ingot
36. Tomasz Czarny

I znów uczestnik :)


37. Michał Januszewski
38. Łukasz Malinowski
39. Krzysztof Maciejewski
40. Paweł Majka
41. Marcin Zwierzchowski
42. Wawrzyniec Podrzucki
43. Marcin Przybyłek.
44. Łukasz Radecki
45. Jacek Rodek
46. Wojciech Sedeńko
47. Stefan Darda
48. Jarek Urbaniuk
49. Aleksandra Zielińska
50. Michał Cetnarowski
51. Magdalena Kałużyńska

Naukowcy:
1.  Kinga Stanaszek-Byrc
2.  Ksenia Olkusz
3.  Małgorzata Mika
4.  Lidia Prokopowicz
5.  Ziemowit Biernat
6.  Adam Flama
7.  Adrianna Kucińska

Clown - twórca atrakcji :)

8.  Konrad Dominas
9.  Szymon Makuch
10. Adam Mazurkiewicz
11. J. Eric Starnes
12. Veronika Starnes

Redakcja wydawnictwa Mag:
Katarzyna i Jacek Rodek

Redakcja wydawnictwa Jaguar:
Joanna Wasilewska

Redakcja wydawnictwa Solaris:
Wojtek Sedeńko

Redakcja bloga Geekozaur:
Michał ‚Puszon’ Stachyra
Maciej ‚lucek’ Sabat

Blok Artystyczny:

Ilona „kobieta – ślimak” myszkowska

 

Na koniec – GARŚĆ PRZYDATNYCH LINKÓW

FP Krakonu 

PEŁNY PRORAM KONWENTU 

Komercja czy Artyzm cz.2 – właściwa

 

Wczoraj pisałem o komercyjnym rynku. Wpis ten nie był bez znaczenia dla dzisiejszego felietonu, czy też – powiem lepiej – komentarza, gdyż niektórzy mogliby mnie oskarżyć, że niektóre przytoczone tu tezy wychodzą z moich ust, co prawdą nie jest.

W dobie komercyjnego rynku marketing jest niesamowitym narzędziem, dzięki któremu można się przebić praktycznie wszędzie. A skoro – jak pisałem wczoraj – pisarz, szczególnie młody, szczególnie polski i z niewyrobionym nazwiskiem o wydawniczej akcji marketingowej  może zapomnieć –  jeśli chce odnieść sukces – musi ten ciężar przyjąć na własne barki.  A kluczowym w marketingu jest znalezienie łączności z targetem, wytworzenie więzi z klientem. Pisze o tym Konrad Lewandowski, roboczo (pozwolicie?) nazwę to „Trzecią siłą Lewandowskiego”:

Kluczowe jest porozumienieautorai czytelników, nadawanienajednejfali„. Jeżeli to jest, bez talentu i rzemiosła można się doskonale obyć.

Czego chcesz, pisarzu?

No dobrze, ale co to jest ten sukces? Czego dzisiaj oczekuje pisarz? To oczywiste, że za pracę każdy pragnie wynagrodzenia. W naszej dyskusji pojawiła się strona – którą reprezentował także Przewodas – że właśnie na rynku i w pisaniu książek za dużo jest komercji, zbyt wiele pieniądza. Cóż jednak zrobić, kiedy o każdą złotówkę trzeba się niemal bić a pisanie wymaga dosyć dużo czasu?

Oczywiście, możemy powiedzieć, że sukces to uznanie czytelników. Może nim być też wywołanie odpowiednich emocji, jeśli to, co napisaliśmy jest „tą ambitną literaturą z przekazem” (do której jeszcze wrócę). Ale nie ma się co oszukiwać, że nie chodzi o rzeczy tak przyziemne, jak pieniądze i jakiś godny byt. Nie kryje się z tym Andrzej Pilipiuk, otwarcie mówiąc na spotkaniach autorskich i konwentach, że musi zapłacić raty za mieszkanie.

Mistrz marketingu

Niemniej, jakikolwiek sukces opiera się – dla każdego twórcy – na ilości wiernych odbiorców. Stąd też tak wielki nacisk na ich przyciąganie do siebie (poza tym to jest miłe). Dobrym przykładem jest tutaj Kuba Ćwiek. Według Konrada Lewandowskiego jest człowiekiem nie mającym w sobie artyzmu i miernym rzemieślnikiem, za to ze sporą ilością odbiorców (do których także i ja się zaliczam, tak samo, jak do odbiorców Przewodasa).  Kuba potrafi się wypromować, jest sympatyczny i szczery. Marketing ma w małym palcu, podobnie, jak przykład już ze strony horroru – Łukasz Śmigiel.

I tu padają oskarżenia, że taki stan rzeczy spowodował, że lieratura stała się tylko rozrywkowa, śmieszna i, jak wypomina Lewandowski, pozbawiona większej wartości, polotu, idei.

(…)waszeniskie gusty sprowadzają fantastykę do poziomujarmarcznejrozrywki. Oryginalność dzieła trzeba umieć dostrzec i docenić. Wam wystarczają odgrzewane kotlety, a na koniec dajecie Zajdle byle komu za byle co.

 

Półki literackie

Czy więc polska fantastyka ma być dziełem czysto komercyjnym, dostosowanym do jak największego spectrum gustu czytelników oscylującym koło poziomu „Zmierzchu”, czy też ambitniejsza, a może już zupełnie elitarna, tylko na poziomie Dukaja?

Odpowiedzią na to mogą być „półki literackie” czy też „poziomy”. Osobiście swoją przygodę z fantastyką zacząłem od Strugackich, Lema, Żwikiewicza, Zajdla i reszty, ale większość (jak się dowiedziałem) była jako dzieci wręcz katowana Lemem, którego nie rozumieli, który był jeszcze zbyt ambitny. I nie ma w tym nic złego, bo do każdej literatury trzeba doróść. Ja na ten przykład czekam, aż uda mi się dorosnąć do Dukaja.

Ale do rzeczy – w fantastykę czytelnik może „wchodzić” stopniowo, zaczynając od bardzo przystępnych rzeczy jak „Pan Lodowego Ogrodu” Jarka Grzędowicza (polecam!), później sięgając już po teksty Wolskiego, wreszcie Żwikiewicza, Zimniaka czy Lema.  Zaczynając od tej literatury, którą Przewodas nazywa tą złą „rozrywkową” i przechodząc ambitniejszej, bardziej ideowej.

Druga strona medalu

Nie  można jednak bronić komercji. Przesada w każdą stronę jest zła i jeśli pozwolimy, by to rynek przejął władzę całkowitą nad tym, co ma być wydawane, a co nie (co się przecież już dzieje), możemy odnaleźć się w sytuacji w której nasza literatura będzie tylko miałka, pisana  dla pieniędzy. W pogoni za popularnością i marketingiem twórcy sami sobie mogą zrobić krzywdę, sprowadzając się do roli żebrzących o uwagę i zainteresowanie fanów, mediów, celebrytów.

A co na to Zajdel?

W końcu powraca już wielokrotnie omawiany temat Nagrody Fandomu Polsckiego im. Janusza A. Zajdla, o której Zuzanna Lenska pisze tak:

(…)tylko wybitne utwory powinny dostawać Zajdle (ponieważ nazwisko Zajdel zobowiązuje i wyznacza pewną jakość).

Z drugiej strony, czy takie stanowisko nie zaprzecza samej idei nagrody? Choć nazwisko Zajdla nobilituje by nagradzać tych pisarzy, którzy faktycznie wznoszą się na szczyty „artyzmu”, to sama nagroda jest przecież – jak nazwa wskazuje – „Nagrodą Fandomu Polskiego”, plebiscytem. Dlatego przyznawana będzie właśnie tym pisarzom, którzy są najpopularniejsi, mają najwięcej oddanych fanów… i to – podpowiada logika – też się skądś musi brać.

Gadanie

Znów kończy się na tym, że najlepszą metodą jest znalezienie złotego środka, kompromisu by jednocześnie móc wydawać (i działać marketingowo) i nie popaść w przesadę, nie dać sobie dyktować co wydawać, ale dyktować co będzie wydawane.

Wypadałoby też zadać sobie pytanie jaki jest obecny cel polskiej fantastyki, czy literatury w ogóle. Dla Zajdla była to walka z Komuną, czy też po prostu ukazywanie prawdy na jej temat. Czasy się zmieniły. Jesteśmy w sytuacji, w której musimy nie tylko uleczyć chory rynek, ale i sami zdecydować czego tak naprawdę chcemy i poszukać kompromisów, by – tak po ludzku – nie zwariować i nie popaść w przesadę, w którąkolwiek ze stron.

Zaś najważniejszą kwestią jest – i to właśnie temat do dyskusji na teraz – co możemy i mamy w tej sytuacji zrobić, by nie skończyło się (jak wiele razy wcześniej) tylko na gadaniu. I na banałach, które tak bardzo Przewodas lubi :)

 

Dziękuję pięknie za przeczytanie obu felietonów, za wszystkie niedociągnięcia przepraszam – nie czuję sę alfą i omegą. Zachęcam do dyskusji i komentowania tu, na blogu.

 

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén