Kategoria: Świat pieniądzem się toczy (Page 1 of 2)

Bajka o stolarzu

topka

Za dwiema górami, pięcioma lasami i trzema rzekami mieszkał sobie stolarz. W jego kraju mieszkało dużo stolarzy, ale nie dziwiło to nikogo, bo byli też szewcy i inni rzemieślnicy. Interes się kręcił i większość ludzi mogła sobie pozwolić na to, by mieć w domu przynajmniej po parę stołów, a każdy ładniejszy, misterniej rzeźbiony od poprzedniego. Nikogo nie dziwiły też kółka sympatyków stołów, fora internetowe o stołach i filmy, których akcja rozgrywała się na stołach właśnie. Bo stoły oznaczały kulturę.

Może się to wydawać dziwne, ale nasz stolarz nie miał ani dzieci, ani rodziny. Zwyczajnie, nie byłby w stanie ich wyżywić. Nie martwił się jednak tym zbytnio – był jeszcze młody. Zawsze mógł wziąć też przykład z innych swoich kolegów, którzy fachem stolarskim zajmowali się hobbistycznie, zaś pracowali na budowach, albo w DESCO na kasach, by mieć na bochenek chleba.

Stoły jednak stawały się coraz droższe – i nikt za bardzo nie interesował się, kto tak naprawdę – jeśli nie stolarze – na nich zarabia. Powszechnie wiadomo było, że od każdego stołu naliczany jest podatek, który zabiera państwo. Cieszyli się ze stołów hurtownicy, zacierali ręce – ich biznes tkwił. Wspaniałe dzieła stolarzy szły na cały świat, a i w kraju stawały się dowodami, iż umysł ludzki potrafi tworzyć najbardziej zadziwiające kreacje.

Przyszedł w końcu taki czas, kiedy wiele osób zaczęło narzekać, że stołownictwo (czyli stołobranie) w kraju trzyma się na naprawdę niskim poziomie, w stosunku do tego, co było kiedyś. To była prawda, rynek stołów zaczął zmagać się z wieloma przeciwnościami – pojawiły się stoły wirtualne (słusznie argumentowane przez ich zwolenników, że stoły drewniane to przeżytek i trzeba chronić drzewa), dostępne za darmo i łatwe do skopiowania, pojawił się też napływ stołów z innych krajów – nie tak pięknych, lecz prostych w montażu i lekkich, bo wykonanych nie z drewna, a sklejki.

Na to hurtownicy załamali ręce – co tu zrobić, co tu zrobić? I pojawił się pomysł, by wykorzystując luki prawne jeszcze się wzbogacić. I tak, za to, że stoły stały w ich sklepach, stołopośrednicy pomiędzy stolarzami a hurtowniami musieli płacić olbrzymie kwoty za tydzień, zaś hurtownie część ze stołów chowały w magazynach, by potem zapłacić tymi stołami pośrednikom stołów, aby ci zapłacili stołami stolarzom, którzy te stoły robili.

Nasz bohater, stolarz, wiedział o tym wszystkim i ciężko wzdychał, zbierając śmieci na ulicy. Taki był świat i nic tego nie zmieni – stolarz to przecież nie zawód a hobby, jak więc stolarz miałby zarobić? Czasami mijały go na ulicy samochody hurtowników, wtedy podnosił głowę, uśmiechał się i machał. Żaden z nich nigdy jednak go nie pozdrowił. Stolarz wzdychał wtedy jeszcze ciężej i wracał do swoich śmieci. Walczyć? Nie przyszło mu to przez myśl, zbyt dobrze pamiętał, co się stało parę miesięcy wcześniej.

Pewnego dnia jeden ze stolarzy nie wytrzymał. Zaczął krzyczeć, że on tak dłużej nie chce i nie może, że należy mu się coś za ten trud i za to, że ludzie w domach mogą cieszyć się pięknymi stołami. Krzyczał tak i krzyczał, aż zebrała się wokół dosyć pokaźna grupka ludzi. Ci zaś najpierw  śmiali się szyderczo – bo przecież oni za stoły płacili. Czemu mieliby płacić więcej? Potem jednak stwierdzili, że krzyki stolarza są zbyt głośne – wyciągnęli więc pałki i zaczęli go bić. Byli w tym tłumie tak stoło-maniacy, jak i inni stolarze.

Ukarali śmiecia. Kto by pomyślał, by żądać pieniędzy za stoły? Niesforny stolarz zawisł na najbliższej gałęzi, a świat wrócił do normy, stolarze zaś – do uczciwej pracy i nocnego hobby, dzięki któremu utrzymywali hurtowników.

Bajka na sto mil

Zaskoczył mnie w nocy.

Wkradł się przez okno, choć może to zbyt wiele powiedziane. Tacy jak on nie mogą wchodzić do domu niezaproszeni. Ta zasada dotyczy naprawdę wielu stworzeń. Stanął więc na futrynie, a że mam podwójne okno przerzucił przez nie mały most. Na nim dopiero oparł się o balustradę wygodnie i prosto z mostu zapytał:
–  Masz się ochotę przejść?
Nie za bardzo wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Gość wyglądał naprawdę przyjaźnie, ale kto z tych „przyjaznych” wygląda, jak gdyby miał zamiar włamać Ci się przez okno do domu? Albo – jak w tym przypadku – wyraźnie się naprasza na wspólny spacer. W nocy. Z obcym, uśmiechniętym wąsaczem w wielkich buciorach.
– Przepraszam, a kim pan jest? – zapytałem, chcąc zyskać na czasie.
Wyglądał na zaskoczonego moim pytaniem. Albo też grał dobrze.
– Jak to, nie pamiętasz mnie?  Jestem narratorem!
Chciałbym powiedzieć, że na te słowa otworzyła mi się jakaś klapka w umyśle i wszystko sobie przypomniałem. Najwyraźniej jednak zawiasy się jej zacięły, bo ani drgnęła. Powinienem częściej je oliwić – te zawiasy. Tyle, że nie miałem zbyt dużo oleju w głowie, a ten schodził na trybiki większych maszyn. Mało kto zawraca sobie głowę jakąś klapką. Zwłaszcza, że pięć klapek dalej jest urwana klepka, której szukają wszystkie tajne służby. Bezskutecznie.
– Nie pamiętasz narratora?! – Niemal krzyknął. – A może przynajmniej stumilowy las?!
Klapka wyleciała z zawiasów, a ja poleciałem na podłogę, z której się zresztą zaraz zerwałem.
– Och, panie narratorze! – krzyknąłem. – Kopę lat, kopę lat! Może pan wejdzie, napije się czegoś? Może wódki, winka, herbatki, kawki…
Przerwał mi kategorycznym ruchem ręki.
– Nie możemy – powiedział poważnie. – Musisz się ze mną udać do Stumilowego. To BARDZO ważne.
– Co się takiego stało, panie narratorze? Kłapouch znów zgubił ogon?
– To też. Ale stała się rzecz gorsza. Puchatek złamał łapkę, potrzebujemy kogoś, kto umie szyć i ma watę.
Muszę się Ci przyznać, że umiem szyć całkiem nieźle. A waty mam od cholery w łazience. Uśmiechnąłem się więc tylko i pobiegłem po niezbędne rzeczy. Kiedy wróciłem, pan Narrator uśmiechnął się z zadowoleniem i wyciągnął do mnie rękę. Zamiast palców miał wieczne pióra.
Z plecaka wyciągnął jeszcze siedmiomilowe buty, drugą parę – zapasową. Z doświadczenia wiem, że bez nich szybkie podróże po stumilowym lesie bywają cokolwiek uciążliwe. Kiedy już chwyciłem jego rękę (zaplamił mi dłoń atramentem), dostrzegłem nagle coś, co powinno już na starcie wzbudzić moje podejrzenia. Z tyłu jego i moich butów sterczały wielkie metki z napisem MADE IN CHINA.
–  Bardzo się zmienił Stumilowy Las? – zapytałem niepewnym głosem.
Obrócił do mnie twarz. Dopiero teraz zauważyłem wielkie wory pod oczami i nalane policzki.
– Jaki las? – wychrypiał i wypadliśmy z okna w noc.


Patrzę na dosyć spore osiedle z wielkiej płyty, przed którym ktoś kiedyś ustawił tabliczkę z napisem „Os. Stumilowe”, ale ta została wyrwana i teraz tkwi w błocie i śmieciach. Lądujemy tuż obok.
Narrator wyciąga z kieszeni paczkę fajek, zapala szluga, podnosi tabliczkę i wbija w błoto.
– Pieprzone Hefalumpy  – mruczy.
Nie pytam o nic, bo nie ma o co. Przecież mam oczy.
Przechodzimy przez osiedlowe uliczki. W jednej z nich widzę parę Hefalumpów w ortalionach, żłopią piwo pod „Pszczółką”, nawet stąd dociera do mnie zapach. Miodowe z miodem instant i małą ilością alkoholu, wedle najnowszych dyrektyw Unii. Nic dziwnego, że są wkurzone.
Na szczęście nas nie widzą. Kierujemy się w stronę jednego z dziesięciopiętrowych bloków. Kojarzę to miejsce, choć tak wiele się zmieniło.
– Tu mieszka pan Sowa? – pytam.
– Mieszkał – odpowiada. – Willa pana sowy została rozsadzona przez Maleństwo.
Zatrzymuję się jak wryty.
– To ty nic nie wiesz? – pyta.
Zaprzeczam. Zdecydowanie zaprzeczam. Nic nie wiem.
– A słyszałeś o ojcu maleństwa? Nie? Znalazł się w końcu. Mama Kangurzyca chodzi teraz w burce. Maleństwo, cóż, słyszałeś.  Zresztą, to wina Sowy. Nigdy nie chciał się podporządkować, nigdy nie był tolerancyjny. To ma za swoje. Czasem jeszcze pióra znajdujemy. No, rusz się, bo cię Hefalumpy przydybią i będzie miazga.
Ruszam się, nie wiem, co mógłbym powiedzieć. Zresztą, to on tu jest Narratorem.
Wchodzimy na cuchnącą moczem klatkę schodową, wsiadamy do windy. Staram się nie patrzeć na leżące w kącie gówno.
Wysiadamy na szóstym piętrze. Z mieszkania po lewej dobiega głośna muzyka Techno.
– To Kłapouch – wyjaśnia Narrator. – Odkąd dostał prochy na terapii ciągle zaprasza znajomych i balangują do rana. Przyznam, że te piguły naprawdę pomogły naszemu osiołkowi. Nawet brak ogona go nie martwi.
Jakby na potwierdzenie tych słów zza drzwi dobiega znajome ryczenie:
– A TERAZ WLEJ MI W DZIURĘ! AAAHAHAHAHAAA!
– Nie idziemy tam, prawda? – upewniam się.
– Nie. Puchatek mieszka po drugiej stronie klatki. Zaraz obok Krzysi i jej synka. Ich synka, w zasadzie.
Puchatek. Zanim dociera do mnie reszta tego co powiedział, w mojej głowie rodzi się straszne podejrzenie.
– Narratorze, jak Puchatek złamał łapkę? – pytam podejrzliwie.
– Zasłabł na schodach – odpowiada zdawkowo.
Stajemy przed odrapanymi drzwiami. Narrator naciska dzwonek, ale ten nie działa. Puka więc. Otwiera nam nieznajoma mi niedźwiedzica o poszarpanym, szarym futerku. Jest tak wychudła, że łatwo mógłbym pomylić ją z myszką.
– Dobrze, że jesteście – uśmiecha się, ale jakoś niemrawo.
Prowadzi nas do jednego z dwóch małych pokoi. Puchatek leży na łóżku. W jednej łapce trzyma Jointa, druga leży obok, oderwana. Gdyby nie to, nie poznałbym go. Jest brudny i wymięty. Materiał wisi na nim, jak na tyczce. Puchatek wychudł i wygląda bardziej jak strach na wróble z pola Zająca.
– Staaaaaary! – Krzyczy w moją stronę miś. – Całe wieki cię nie widziałam. Widziałem. Widzia… a niech to, kurwa, całe wieki, całe wieki! Siadaj, siadaj. Jadźka, przynieś wódkę!
Nigdzie nie widzę krzeseł, siadamy z Narratorem na podłodze. Myszko-misia wychodzi z pokoju i słyszę jak w kuchni dzwonią o siebie butelki.
– Dobrze wyglądasz – kłamię.
– Prawda? Od kiedy jestem na diecie, świat stał się zupełnie inny! Kurwa – zaczyna się śmiać. – Dieta, hahaha. Dałeś się nabrać? Z początku Jadźka na mnie wymusiła, ale potem… potem wszystko wyssała ze mnie ta kurwa.
– Jaka kurwa? – pytam i sięgam po nici. Chcę jak najszybciej skończyć zabieg i zniknąć.

– Ta… Krzysia, jebana dziwka! – warczy. –  Alimentami mnie poszczuła, uwierzysz?! A sąd jej przyznał, że samotna matka, a jaka ona samotna, skoro mieszka obok? Nawet z synem się widzieć nie mogę! To jest życie? No powiedz mi, stary, co to za życie, co to za kraj?!
Nie wiem, co odpowiedzieć i nie muszę, bo w tym momencie wchodzi Jadźka z butelką i szklankami.
– Ooo, jest moja mała myszka! – krzyczy na jej widok miś. – Jest moja słodka dziupla, mój plasterek miodku, mmmm… no daj, daj, polej gościom.
Kiedy jego żona polewa, szyję długimi ściegami, nie przejmując się zbytnio. Skończyć, uciec, skończyć, uciec…
Napełniona szklanka ląduje obok na podłodze, ale jakoś nie mam ochoty.
– A gdzie Prosiaczek? – pytam, by ciągnąć rozmowę.
– Ten pedał?! Nie wymawiaj jego imienia! Wiesz, co on mi proponował?!
– Nie, ale…
– Parady równości sobie urządza pod oknami. Niech się cieszy, że Kangury dopiero robią następnego, bo już by z niego strzępki…! Strzępki…!
– Tygrysek! TYGRYSEK! – wyję prawie, kaleczę się w palec, ale nie zważam na to.
W pokoju zapada cisza. Przerywam pracę i patrzę na poważne twarze. Jadźka odstawia szklankę i robi szybko znak krzyża.
– Nie wiesz…? – mruczy cicho miś.
– Nie wie – odpowiada za mnie Narrator.
– Tygrysek nie żyje. Wybryknął dwa lata temu z balkonu. Nie miał ubezpieczenia w NFZcie, zanim załatwiliśmy formalności… nawet Kangurzyca przyszła, chciała krew oddać, potem ten Kangur ją pobił, zanim zdążyła… jego już nie było. Zmarł w poczekalni. Królik wyprawił mu niesamowity pogrzeb. Zawsze był z tego królika kawał dobrego sukinsyna, wiesz? Zawsze…
Z guzikowych oczu płyną łzy. Wszyscy patrzą się na mnie tak, jak gdybym to ja zabił Tygryska.
Nie wytrzymuję. Ostatnim ruchem kończę szyć, zrywam się na nogi.
– Ja… muszę iść. Bo będą się martwić. Się zobaczymy, tak?
Nie czekam na odpowiedź, gnam do drzwi, a w siedmiomilowych butach to naprawdę łatwe.
– Trzymaj się, mały! – słyszę jeszcze za sobą głos Puchatka.
Biegnę przez osiedlę, w pędzie mijam zdziwioną grupę Hefalumpów (teraz już mocno podpitych) i olbrzymi bilbord z twarzą Królika (GŁOSUJCIE NA WASZEGO BUDOWNICZEGO, GŁOSUJCIE NA KRÓLIKA – WYŻSZY STANDARD, BY ŻYŁO SIĘ LEPIEJ!).
Przy znów oklapłej tabliczce wzbijam się w powietrze w siedmiomilowym skoku. Gdzieś tak w połowie skoku buty rozpadają mi się na stopach, za to na podeszwach włączają się lampki, migają a z głośniczka leci soundtrack z jakiegoś Anime.
Spadam.

Dalej nie pamiętam.

Oscarowe Animacje 2013

Animacje są w pewnym sensie jak opowiadania – Muszą być wyraziste, płonąć krótko, ale jasno – jak pochodnia, podczas, gdy powieści i filmy długometrażowe mogą palić się długo, wypuszczając grubą kolumnę dymu widoczną z oddali.

Lubię opowiadania i jestem też gatunkiem kinomana, który kocha krótkie filmy. Z przyjemnością więc zapoznałem się z ofertą, jaką przedstawiają filmy nominowane do Oscara 2013.

W pewnym sensie… zawiodłem się. Niemniej, chciałbym abyś i Ty mógł je obejrzeć (choć wiem, jakie to trudne, by przez parę minut nie przełączać warstw).

1. Adam and Dog

Pierwszy w tym zestawieniu był film, który mnie osobiście znudził, zaś mojego kota zafascynował. Lamia siadła mi na ramieniu i z uwagą wgapiała się w ekran przez te parę minut, co jakiś czas zabawnie podskakując, gdy działo się coś… szybszego, choć przyznać muszę, że film jest dla człowieka bardzo spokojny. Być może taki typ filmów uwielbiają koty?
nie wiem.

Jeśli masz kota – puść mu ten film i napisz, czy i jego zainteresował. Bo Ty sam (prawdopodobnie) będziesz znudzony.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=wtTQ9dPGBqg[/youtube]

2.Simpsons: The Longest Daycare


Skoro jest Hameryka, musi być coś Haaamerykańskiego. Padło na Haaamerykańskich Simpsonów. Tu wiele nie powiem, jak czasami Simpsonowie mnie bawili, tak ten film ni ziębi, ni grzeje. Nic ciekawego.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=IxhOjzexdxs[/youtube]

3.Paperman  

I jest. Film w którym Disney wraca (wreszcie!) do korzeni i jednocześnie prawdopodobny zdobywca Oscara, najsławniejsza ostatnio animacja w sieci, historia, dzięki której musiałem zrobić ten obrazek:

A jednocześnie banał, po głębszym zastanowieniu nic nowego a wręcz odgrzewanie kotleta i nic specjalnego. Wyciskacz łez o wyśnionej, romantycznej, magicznej miłości z którą Dysney poradził sobie o wiele lepiej w drugim Królu Lwie.

I nie pokażę go Wam. Film został (na oficjalnym profilu Disneya) oznaczony, jako prywatny, a na całym You Tube trwa akcja typu „Znajdź i zniszcz”, czyli blokowanie kopii. Jedyne, które znalazłem są albo w jakości gorszej, niż pierwsze obrazy braci Lumiere, albo bez dźwięku, tak ważnego przecież w każdym filmie Disneya od paru lat, czyli od wtedy, kiedy fabuła przestała mieć dla tej wytwórni znaczenie.

4. Fresh Guacamole

Do wyścigu dołączyło SHOWTIME, uwielbiane przeze mnie głównie przez serial „Californication” o pisarzu, który nie pisze, a dupczy na prawo i lewo. Niemniej, gra tam (i to fenomenalnie) Fox Mulder… eee, znaczy – David Duchovny, więc…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=FQMO6vjmkyI[/youtube]

Więc ‚Fresh Guacamole” jest w zasadzie ładną, przemyślaną, ale jedynie pokazówką bez większych szans na  Oscara.  Ot, bardzo, bardzo krótki, miły filmik.

I tyle.

5.Head Over Heels – Po uszy

Film zdecydowanie najlepszy ze wszystkich nominowanych. Zarówno wykonanie, jak i fabuła zadowalają w równym stopniu… no, fabuła zadowala bardziej. Oto stare małżeństwo z idealnie pokazanym podziałem. I ich kłótnia. I buty. I… i naprawdę, miło się oglądało, a sama historia mnie wzruszyła.

Polecam wygooglać, bowiem ten film także jest już „prywatny”, zaś nie umiem nigdzie go znaleźć w kopii. A warto.

Bardzo.

A kto wygra Oscara?

Ba, oczywiście, że Paperman. Albo Simpsonowie. W końcu to HAmeryka, czyż nie? Oni uwielbiają onanizować się nad swoimi wątpliwymi często dziełami.

Na pocieszenie, animacja, która nie została nominowana, lecz za to z pomysłem. Ładnie wykonana, polska i śmieszna, o jakże wiele brzmiącym tytule

„Życie to suka”

I choć film jest przewidywalny, to i tak miło go zobaczyć.

[vimeo]http://vimeo.com/34022922[/vimeo]

Komercja czy Artyzm cz.2 – właściwa

 

Wczoraj pisałem o komercyjnym rynku. Wpis ten nie był bez znaczenia dla dzisiejszego felietonu, czy też – powiem lepiej – komentarza, gdyż niektórzy mogliby mnie oskarżyć, że niektóre przytoczone tu tezy wychodzą z moich ust, co prawdą nie jest.

W dobie komercyjnego rynku marketing jest niesamowitym narzędziem, dzięki któremu można się przebić praktycznie wszędzie. A skoro – jak pisałem wczoraj – pisarz, szczególnie młody, szczególnie polski i z niewyrobionym nazwiskiem o wydawniczej akcji marketingowej  może zapomnieć –  jeśli chce odnieść sukces – musi ten ciężar przyjąć na własne barki.  A kluczowym w marketingu jest znalezienie łączności z targetem, wytworzenie więzi z klientem. Pisze o tym Konrad Lewandowski, roboczo (pozwolicie?) nazwę to „Trzecią siłą Lewandowskiego”:

Kluczowe jest porozumienieautorai czytelników, nadawanienajednejfali„. Jeżeli to jest, bez talentu i rzemiosła można się doskonale obyć.

Czego chcesz, pisarzu?

No dobrze, ale co to jest ten sukces? Czego dzisiaj oczekuje pisarz? To oczywiste, że za pracę każdy pragnie wynagrodzenia. W naszej dyskusji pojawiła się strona – którą reprezentował także Przewodas – że właśnie na rynku i w pisaniu książek za dużo jest komercji, zbyt wiele pieniądza. Cóż jednak zrobić, kiedy o każdą złotówkę trzeba się niemal bić a pisanie wymaga dosyć dużo czasu?

Oczywiście, możemy powiedzieć, że sukces to uznanie czytelników. Może nim być też wywołanie odpowiednich emocji, jeśli to, co napisaliśmy jest „tą ambitną literaturą z przekazem” (do której jeszcze wrócę). Ale nie ma się co oszukiwać, że nie chodzi o rzeczy tak przyziemne, jak pieniądze i jakiś godny byt. Nie kryje się z tym Andrzej Pilipiuk, otwarcie mówiąc na spotkaniach autorskich i konwentach, że musi zapłacić raty za mieszkanie.

Mistrz marketingu

Niemniej, jakikolwiek sukces opiera się – dla każdego twórcy – na ilości wiernych odbiorców. Stąd też tak wielki nacisk na ich przyciąganie do siebie (poza tym to jest miłe). Dobrym przykładem jest tutaj Kuba Ćwiek. Według Konrada Lewandowskiego jest człowiekiem nie mającym w sobie artyzmu i miernym rzemieślnikiem, za to ze sporą ilością odbiorców (do których także i ja się zaliczam, tak samo, jak do odbiorców Przewodasa).  Kuba potrafi się wypromować, jest sympatyczny i szczery. Marketing ma w małym palcu, podobnie, jak przykład już ze strony horroru – Łukasz Śmigiel.

I tu padają oskarżenia, że taki stan rzeczy spowodował, że lieratura stała się tylko rozrywkowa, śmieszna i, jak wypomina Lewandowski, pozbawiona większej wartości, polotu, idei.

(…)waszeniskie gusty sprowadzają fantastykę do poziomujarmarcznejrozrywki. Oryginalność dzieła trzeba umieć dostrzec i docenić. Wam wystarczają odgrzewane kotlety, a na koniec dajecie Zajdle byle komu za byle co.

 

Półki literackie

Czy więc polska fantastyka ma być dziełem czysto komercyjnym, dostosowanym do jak największego spectrum gustu czytelników oscylującym koło poziomu „Zmierzchu”, czy też ambitniejsza, a może już zupełnie elitarna, tylko na poziomie Dukaja?

Odpowiedzią na to mogą być „półki literackie” czy też „poziomy”. Osobiście swoją przygodę z fantastyką zacząłem od Strugackich, Lema, Żwikiewicza, Zajdla i reszty, ale większość (jak się dowiedziałem) była jako dzieci wręcz katowana Lemem, którego nie rozumieli, który był jeszcze zbyt ambitny. I nie ma w tym nic złego, bo do każdej literatury trzeba doróść. Ja na ten przykład czekam, aż uda mi się dorosnąć do Dukaja.

Ale do rzeczy – w fantastykę czytelnik może „wchodzić” stopniowo, zaczynając od bardzo przystępnych rzeczy jak „Pan Lodowego Ogrodu” Jarka Grzędowicza (polecam!), później sięgając już po teksty Wolskiego, wreszcie Żwikiewicza, Zimniaka czy Lema.  Zaczynając od tej literatury, którą Przewodas nazywa tą złą „rozrywkową” i przechodząc ambitniejszej, bardziej ideowej.

Druga strona medalu

Nie  można jednak bronić komercji. Przesada w każdą stronę jest zła i jeśli pozwolimy, by to rynek przejął władzę całkowitą nad tym, co ma być wydawane, a co nie (co się przecież już dzieje), możemy odnaleźć się w sytuacji w której nasza literatura będzie tylko miałka, pisana  dla pieniędzy. W pogoni za popularnością i marketingiem twórcy sami sobie mogą zrobić krzywdę, sprowadzając się do roli żebrzących o uwagę i zainteresowanie fanów, mediów, celebrytów.

A co na to Zajdel?

W końcu powraca już wielokrotnie omawiany temat Nagrody Fandomu Polsckiego im. Janusza A. Zajdla, o której Zuzanna Lenska pisze tak:

(…)tylko wybitne utwory powinny dostawać Zajdle (ponieważ nazwisko Zajdel zobowiązuje i wyznacza pewną jakość).

Z drugiej strony, czy takie stanowisko nie zaprzecza samej idei nagrody? Choć nazwisko Zajdla nobilituje by nagradzać tych pisarzy, którzy faktycznie wznoszą się na szczyty „artyzmu”, to sama nagroda jest przecież – jak nazwa wskazuje – „Nagrodą Fandomu Polskiego”, plebiscytem. Dlatego przyznawana będzie właśnie tym pisarzom, którzy są najpopularniejsi, mają najwięcej oddanych fanów… i to – podpowiada logika – też się skądś musi brać.

Gadanie

Znów kończy się na tym, że najlepszą metodą jest znalezienie złotego środka, kompromisu by jednocześnie móc wydawać (i działać marketingowo) i nie popaść w przesadę, nie dać sobie dyktować co wydawać, ale dyktować co będzie wydawane.

Wypadałoby też zadać sobie pytanie jaki jest obecny cel polskiej fantastyki, czy literatury w ogóle. Dla Zajdla była to walka z Komuną, czy też po prostu ukazywanie prawdy na jej temat. Czasy się zmieniły. Jesteśmy w sytuacji, w której musimy nie tylko uleczyć chory rynek, ale i sami zdecydować czego tak naprawdę chcemy i poszukać kompromisów, by – tak po ludzku – nie zwariować i nie popaść w przesadę, w którąkolwiek ze stron.

Zaś najważniejszą kwestią jest – i to właśnie temat do dyskusji na teraz – co możemy i mamy w tej sytuacji zrobić, by nie skończyło się (jak wiele razy wcześniej) tylko na gadaniu. I na banałach, które tak bardzo Przewodas lubi :)

 

Dziękuję pięknie za przeczytanie obu felietonów, za wszystkie niedociągnięcia przepraszam – nie czuję sę alfą i omegą. Zachęcam do dyskusji i komentowania tu, na blogu.

 

Komercja czy artyzm? cz.1 – Polski rynek

Pisząc mały felieton „Rzemieślnik czy Artysta” nie spodziewałem się, wyjdzie z tego dyskusja na około trzysta komentarzy i 200 „lajków”. Oczywiście, próżno ich szukać pod wpisem, w dobie FB większość spraw załatwia się tam, nad czym ubolewam, bo wnioski z samej dyskusji znikną gdzieś w otchłani „osi czasu”. Cóż, taki chyba los informacji w internecie.

Banalny temat jakim jest spór „Rzemieślnik Vs. Artysta” wyewoluował szybko w poważną (czasami) dyskusję literacką toczącą się na wielu frontach. Było o Zajdlu, o komercji, marketingu, piciu piwa na konwentach… Konrad Lewandowski perorował, jakoby Kuba Ćwiek był słabym rzemieślnikiem i tak dalej. Szybko pojawiła się też sugestia, bym napisał felieton niejako podsumowując całą dyskusję. To piszę.

Zanim jednak przejdę do głównego tematu, muszę zacząć od nakreślenia sytuacji na polskim rynku książki. Sytuacji złej, o czym się mówi… nie sądze też, bym potrafił tutaj cały temat przedstawić dogłębnie, gdyż o tym można by napisać przynajmniej jedną książkę.

Bo ludzie nie czytają!

O przyczynie słabej sprzedaży książek polskich autorów zacząłem myśleć już dawno. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy była banalna – polska książka się nie sprzedaje, bo ludzie nie czytają! Odkryłem Amerykę.
Prawda, jest duża część społeczeństwa, która książek nie lubi. A to dlatego, że nikt im książki nie pokazał, a to przeciwnie – w szkole wręcz im je wciskano do gardeł i teraz żadnej nie przełkną. Albo po prostu czytać nie lubią. I już. Za to kochają posłuchać sobie Mozarta, znajdują pasję gdzie indziej i nikt ich za to potępiać nie może.

Tymczasem wśród tych, którzy książek nie kupują i prawie nie czytają jest też grupa ludzi, którzy po prostu tego robić nie mogą. Sytacja finansowa wielu ludzi (także i w mojej rodzinie) jest taka, że stają przed oczywistym wyborem – dobro wyższe a chleb. I nie sądzę, by było wielu takich ciężkich zapaleńców, którzy przez cały dzień nie będą jesć, bo kupili sobie stare wydanie Davida Copperfield’a Karola Dickens’a. Poza tym – kiedy by mieli czytać? Cały dzień w biurze, odebrać dziecko z przedszkola, zrobić obiad, a wreszcie, kiedy wieczorem zostaje może godzina czasu są już zbyt zmęczeni – kładą się spać. Proza życia, banał, jak pewnie powiedziałby Konrad Lewandowski.

Nas jednak bardzoej interesują przecież ludzie, którzy czytają, lubią to robić i znajdują czas choćby na tą jedną książkę w tygodniu. Tutaj największą zorganizowaną grupą jest chyba polski fandom.

Problem e-booków.

To, czy dla książek e-książka jest problemem jest kwestią zupełnie odrębną, bo czym jest zmiana nośnika, jeśli interesuje nas treść? Osobiście sam wydawałem i będę wydawał także elektronicznie, byłoby to więc niewskazane z mojej strony, bym mówił o e-książce w złym kontekście. Niemniej, bardzo lubię czuć w ręce ciężar powieści i wąchać zapach starego papieru i druku. Nie sądzę, by pomogły mi w tym perfumy imitujące zapach książki, którymi można sobie spryskać swojego Kindla. E-booki są jednak bardzo wygodną rzeczą w podróży, wolę miec przy sobie jedno urządzenie z paroma tysiącami pozycji niż wielgachną torbę z 50 egzemplarzami książek, które łatwo mogą się w drodze zniszczyć i nie wiadomo, czy na urlopie mi ich nie braknie.

Wreszcie naświetlić można sprawę najważniejszą, jeśli chodzi o e-książkę, jaką jest piractwo. O ile bardzo trudno spiracić książkę papierową, o tyle wymiana plików elektronicznych między użytkownikami jest już bardzo łatwa. Jakkolwiek by nie były zabezpieczone. Książka spiracona nie przynosi pieniędzy. Wydawnictwo bez pieniędzy nie istnieje, a autor umiera z głodu albo idzie do pracy i nie ma czasu pisać. I choć to ekstrema, wszyscy wiemy o co chodzi.

Póki co jednak książka wciąż dzielnie się broni i nie wygląda, by miała upaść pod jażmem elektroniki.

Gdzie ci polscy autorzy?

Wreszcie docieram do sprawy która mnie osobiście wydaje się najważniejszą. Myślę, że zacznę od anegdoty:

Prowadziłem całkiem niedawno pogadankę będącą też moim spotkaniem autorskim w bibliotece we wsi koło Żywca (już dawno nie widzialem tak żywej i pełnej osób biblioteki!). Zapytałem się przybyłych osób, jakich kojażą autorów grozy. King! Ktoś wypalił. Niepewnie coś przebąknięto o Mastertonie ityle.  Ani słówka o polskich autorach.

Choć problem nie dotyczy tylko literackiego horroru, jest tutaj najlepiej widoczny. Polskich autorów, szczególnie tych młodszych po prostu nie ma. Nie istnieją. Jeśli już goszczą na półkach księgarń, to gdzieś przy poziomie podłogi, trzeba sie prawie położyć, by na nich trafić. Czasem jest to jeden, czasem pięc egzemplarzy. Oczywiście, można łatwo udowodnić, że polscy pisarze są dostępni w księgarniach. Wystarczy wejść do byle empiku i cyknąć fotkę półce (napisałem tutaj „bułce” – babol tak śmieszny, że go podkreślę ^^) z fantastyką. Jednak są to w zasadzie ciągle te same nazwiska. A nowa krew? Ta, która cały czas powinna napływac, ożywiac rynek i go powiększać? Nowa krew czasem coś usiłuje wydać ale głównie musi zarabiać na utrzymanie, bo do pisania to muszą często jeszcze z własnej kieszeni dokładać.

Czy to znaczy, że polscy autorzy piszą źle? Nie. Obecnemu stanowi rynku winne jest podejście do sprzedaży (które w głównej mierze ukształtował niestety empik), w którym książka stała się zwykłym szarym produktem. I o ile książka produktem istotnie jest, to trudno porównywać ją przecież z gwoździami czy kafelkami, prawda?

W naszej post-komunistycznej rzeczywistości natomiast ugrało się, że to, co zachodnie jest „lepsze”. O ile te piekne, błyszczące rzeczy istotnie były lepsze z PRL-u, tak teraz sami już jesteśmy bardzo „zachodni”, nasz rynek jest bogaty, ale stare trendy pozostały. Dochodzi więc do sytuacji w której książki zagraniczne to to, co polski czytelnik uwielbia. Istotnie, jest przecież za granicą dużo świetnych autorów. Polski czytelnik niestety nie jest jednak świadomy, że i w polsce jest takich autorów całe multum.

Postawmy się w roli wydawnictwa. Jeśli jest książka zagraniczna, którą łatwo wypromować, sprzedać i – co za tym idzie – zarobić, to po co inwestować w książkę polską, skoro istnieje groźba, że nikt jej nie kupi? Takie myślenie skutkuje w następujący sposób:

1. Istnieje tylko parę znanych nazwisk polskich pisarzy, którzy się przebili.
2. O nowych polskich pisarzach nikt nie wie.
3. Wydać książkę u nas jest młodym trudniej, niż gdziekolwiek indziej.
4. Nawet, jeśli zostaniesz wydany, wydawnictwo nie zainwestuje w ciebie zbyt wiele pieniędzy, o książce mało kto usłyszy, o tobie tyle samo osób. Twoja dalsza „kariera” stanie pod znakiem zapytania.
5. W księgarniach pierwsze pozycje zajmują ukochane przez czytelników (którym brak zdecydowanej alternatywy) książki zagraniczne, często typu „Zmierzch” krztałtujące ich gust.

Ponieważ znacznie lepiej jest wydać wypromowaną już na świecie powieść, niż nikomu nieznanego pisarza, a wydawnictwa groszem nie śmierdzą, mamy do czynienia z szerokim otwarciem polskiego rynku książki na pozycje zagraniczne. A to z kolei prowadzi do czystego absurdu:

Polski rynek książki szeroko otwarty jest na książki zagraniczne i zamyka się na książki polskich autorów, zaś zagraniczne rynku promują swoich autorów i zamykają się na naszych twierdząc, że przecież mają już swoich.

Rynek jest więc komercyjny i nastawiony tylko i wyłącznie na zysk. I jest to jak najbardziej w kapitaliźmie prawidłowe, szkoda tylko, że w polsce skutkuje to systematycznym niszczeniem polskiej kultury słowa.

I tu dochodzimy do głównego tematu, czyli wyboru (a może nie?) między komercją a artyzmem.
Już jutro będzie więcej o tym, czemu Kuba Ćwiek jest według Konrada Lewandowskiego nastawionym na zysk słabym rzemieslnikiem, co ma z tym wspólnego Fabryka Słów i Fabryczni autorzy, a także czy nagroda im. Janusza A. Zajdla dalej ma sens. I jeszcze więcej, a wszystko zawierające się w pytaniu „Komercja czy artyzm”, czyli pokłosie dyskusji na FB.
Zapraszam jutro :)

Socjopata i faszysta, czyli JKM

 

Każdy ma prawo uprawiać dowolne ćwiczenie fizyczne i urządzać dowolne zawody. Można się tylko cieszyć, że inwalidzi też organizują zawody. Ze sportem nie ma to jednak wiele wspólnego – równie dobrze można by organizować zawody w szachy dla debili – lub turnieje brydżowe dla ludzi z zespołem Downa – napisał na swoim blogu na Nowym Ekranie Janusz Korwin Mikke.

Ależ zawrzało!
Vlogerzy, blogerzy, namiętni Facebookowcy zaczęli rozpisywać się o tym chamstwie, jakiego dopuścił się kontrowersyjny polityk. Po paru minutach ogólnej wrzawy okrzyknięto go największym idiotą w polskiej polityce, rasistą, socjopatą, człowiekiem niegodnym nawet pogardy. Portale, które wcześniej słowem nie wspomniały o JKM, teraz namiętnie cytują smaczki z jego bloga, nie omieszkując podkreślać, że „Polityk, który chciał być prezydentem Polski, napisał też…”.

Aż z ciekawości się zatrzymałem przy tej sprawie. No bo jak tolerować takie chamstwo? Parę kliknięć dalej jestem już na blogu polityka, który chciał być prezydentem.

Już po pierwszych paru akapitach dowiaduję się, że JKM ma myślenie imperialistyczne. Żadna nowość, każdy by chciał, by polska i ogólnie cywilizacja europejska była potęgą. JKM widzi w paraolimpiadzie promocję słabości, gryzie sprawę od strony psychologicznej.

„(…)Jednak ONI (budowniczy obecnej anty-cywilizacji) wielkie „halo” robią nie z okazji rozgrywek innych kategorii niepełnosprawnych – np. (istniejącej w USA!) ligi koszykówki dla niziołków, lub (nieistniejącej) olimpiady dla młodzików – lecz z okazji rozgrywek inwalidów, zwanych „Para-olimpiadą”. Dlaczego? To oczywiste. Cywilizacja europejska, która panowała nad światem, stawiała na najmądrzejszych, najsilniejszych, najinteligentniejszych, najszybszych – a obecna anty-cywilizacja za najważniejsze uważa forowanie biednych, głupich, niezaradnych – i również inwalidów.

W efekcie to nie my dziś kolonizujemy świat – to nas kolonizują. Ciekawe, czy jak dojdzie do rozgrywki, np. z muzułmanami, to bronić nas będą żołnierze bez ręki lub na wózkach inwalidzkich?”

W tym twardym, pozbawionym opiekuńczości (skoro państwo opiekuńcze, według JKM jest złe, nie może myśleć w sposób opiekuńczy, tak?) myśleniu można znaleźć logikę. Jednocześnie sam JKM wkłada do jednego wora socjalistów, jacyś „Oniów”, którzy usiłują zniszczyć cywilizację i murzynów (ach, jak to rasistowsko brzmi, prawda?).

„Przy okazji: obejrzałem sobie klasyfikację medalową para-olimpiady. Nie ma tam prawie w ogóle państw afrykańskich. Tam zaraza nie dotarła.

Ale to oznacza, że Murzyni niedługo podbiją świat. I wyrżną nas.

Zaczynając od niepełnosprawnych.”

Dalej tak perorując, dochodzi wreszcie do wniosku, że zawody niepełnosprawnych (czy też, jak sam niepoprawnie się wyraża „inwalidów”, cham i prostak) nie są sportem.

„Dlaczego para-olimpiada jest – jako wydarzenie sportowe – nonsensem? Dlatego, że premiuje cechę będącą przeciwwskazaniem do uprawiania sportu: kalectwo.

I tu rodzą się podstawowe paradoksy.

Jeśli zrobimy zawody w skoku wzwyż dla liliputów, to mierzący 140 cm karzełek może ustanowić rekord świata skacząc 130 cm. Jednak jest to wysokość niedostępna dla liliputów mierzących 90 cm…

Podobnie w pływaniu: zawodnik pozbawiony lewej nogi nie ma szans z zawodnikiem pozbawionym tylko łydki – a ten z zawodnikiem pozbawionym stopy, a ten z zawodnikiem pozbawionym połowy stopy!!

W sporcie zawodnicy walczą (pomijając kategorie młodzików, juniorów, kobiet czy oldboyów) jako jedna kategoria: pełnosprawni. Natomiast niepełnosprawni nie stanowią jednej kategorii.Każde kalectwo jest inne.

By temu zaradzić ustala się skomplikowane „przeliczniki”.Podobnie jak na rajdach samochodowych – tylko tam jest to obiektywne (pojemność silnika mierzy się w centymetrach) – a tu…Tu o zdobyciu medalu w niewielkim tylko stopniu decyduje wynik: w znacznie większym ten, kto ustanowił przelicznik…”

Trzeba przyznać, że to rozumowanie ma w sobie pewną logikę. Pewną? Ma dosyć dużo logiki. Twardej, bezdusznej i przez to właśnie bardzo logicznej… logiki (pal sześć, jak to zdanie wygląda).

Kończąc, podaje jeszcze cytat z pewnego oświadczenia z tegorocznej paraolimpiady i ja zacytuję za nim:

Cytuję: „W sumie zmieniono miejsca siedmiu zawodniczek z czołowej dziesiątki. W wielu konkurencjach, w których rywalizują ze sobą sportowcy o różnym stopniu niepełnosprawności, rezultaty są przeliczane na punkty i na przykład w przypadku rzutów nie liczą się bezwzględne odległości uzyskane w konkursie. Jak przyznał komitet organizacyjny, podobne pomyłki wystąpiły przy obliczaniu wyników w pchnięciu kulą mężczyzn, ale nie dotyczyły one czołowej trójki”.

Ale mnie nie chodzi o pomyłki. Chodzi o zrozumienie, że gdyby ustalono inne przeliczniki, to wygrywaliby inni zawodnicy. Podobnie jak w dość absurdalnej „klasyfikacji łącznej” w rajdach samochodowych.

Oglądający słynną szarżę lekkiej brygady francuski marszałekśp.Piotr Bosquet powiedział: „To wspaniałe – ale to nie jest wojna”. Nie oglądając para-olimpiady oświadczam: „To godne podziwu – ale to nie jest sport!

 

Skończyłem. I zacząłem zastanawiać się, za co dostało się JKM? Wiele tu do zastanawiania nie ma; jesteśmy tak dobrymi i wielkodusznymi ludźmi, że traktujemy się wszyscy z równością i poszanowaniem, stąd zawody także dla niepełnosprawnych. Bo przecież to też ludzie.

Tymczasem wizerunek JKM kreowany w tej chwili w internecie, to obraz wrednego, demonicznego faszysty, nie szanującego inwalidów, wręcz ich obrażającego. W dodatku z zaburzeniami maniakalnymi.

JKM robi źle to, co źle – w kontekście politycznym – robił zawsze; nie umie przejść obok nurtującej go sprawy w milczeniu, zawsze mówi to, co myśli, zachowując się przy tym w ten twardo-logiczny, bynajmniej nieopiekuńczy sposób i nigdy nie kłamie.
W świecie w którym polityk to ten, który zawsze kłamie, milczy i co najwyżej myśli po swojemu, ale robi zupełnie co innego, byle by słupki były większe, JKM szans nie ma, bo tak jak nie lubimy tych prawdziwych polityków, tak twierdzimy, że nie ma od nich ratunku. Żyjemy w świecie, który zaakceptowaliśmy „bo tak to po prostu jest”.

Wracając do tematu, JKM zapomniał, że każdy medal ma dwie strony – paraolimpiada jest też wyrazem szacunku i poszanowaniem równości ludzkiej. To nic, że symbol ten jest przekłamany a równości nie ma – i tak go potrzebujemy. A wywlekając na wierzch tą drugą stronę, że każde kalectwo jest inne (bo jest), więc tym bardziej tej równości nie ma, można dostać przez łeb od wszystkich, którzy uwielbiają piękne i wzniosłe symbole, szczególnie, jeśli chodzi o ludzi mających gorsze warunki (co nie znaczy, że gorszych).
Niemniej, zawody paraolimpiady są potrzebne – i w tym kontekście rozmijam się z JKM – właśnie po to, by reklamować, pokazywać choćby symbol, by była nadzieja. Nadziei nikt lekceważyć nie powinien, choć w żadnym wypadku nie jest logiczna, panie Spock.
Bez niej świat byłby zgubiony.

Jednocześnie, kończąc te około-polityczne dywagacje, dalej zastanawiam się, gdzie też JKM tych inwalidów obraził? I dochodzę do wniosku, że tak pomyśleć mogą tylko osoby, które jeśli mają napisany ciąg liter „A, b, c, d, e” dopatrują się tam też litery „f”, ukrytej między wierszami, jak to w polityce bywa.

Tylko czemu dopatrują się tego u JKM?

Jako bonus dołączam jeden z komentarzy z bloga polityka. Bardzo wymowny:

I coz sie dziwic tym max 2% poparcia dla Nowej Prawicy?
Polityk powinien wiedziec co mozna pisac a co nie.
Prywatnie to nawet zgadzam sie JKM , ale na boga czy’s chlopie juz calkiem oszalal?

Czerwony Mars…

… A potem „Zielony” i „Błękitny” – tak wyobraził sobie kolonizacje Marsa Kim Stanley Robinson, autor chyba jednego z ciekawszych spojrzeń na kolonizacje czerwonej planety.

Tymczasem problem zasiedlenia Marsa przestał być tylko fabułą książek science fiction, stał się rzeczywistością, najpierw w odległych planach, potem coraz śmielej przebijając się do świadomości.
Osobiście zwątpiłem w możliwość kolonizacji – jeśli zabiorą się za to organizacje państwowe takie jak NASA, która – owszem – odwala kawał dobrej roboty jeśli chodzi o obserwacje kosmosu, czy nawet zamieszkanie paru osób na orbicie, ale poważniejsze zadania, takie jak choćby lot na księżyc przerastają ją w tej chwili zupełnie.

W tym czasie zarówno w Europie, jak i wschodzie prowadzone są dosyć ambitne programy kosmiczne, mające jednak przed sobą długą drogę by technologicznie choćby dogonić amerykanów.

Na pierwszy plan w kwestii podboju kosmosu wychodzą organizacje prywatne, szukające w tym zysków, czy to turystycznych (jak w wypadku Space Ship Two) czy rozrywkowych… i o tych ostatnich właśnie sobie powiemy.

Kolonizacja Marsa jest nie tylko możliwa, ale i prawdopodobna. Nie tylko „za naszego życia” ale już niedługo, w przeciągu następnej dekady, dwóch. A wszystko to dzięki projektowi
Mars One, który przewiduje pierwsze kosmiczne miasto już między 2023 a 2025.

Jeśli zapytałbyś mnie, jaki jest największy zysk z tego typu przedsięwzięcia, odpowiedziałbym – największy z możliwych: przetrwanie.
Wystarczy jeden kawałeczek skały, by nasza cywilizacja przestała istnieć, parę bomb atomowych, nieudany eksperyment… kosmos i my sami cały czas próbujemy się wyeliminować. To, że się to nie udaje oznacza, że mamy wręcz nieprawdopodobne szczęście. A to Jowisz wyłapie co większe okruchy, a to jedno użycie bomby atomowej w odpowiednim historycznie czasie sprawia, że wszyscy zaczynają się bać konsekwencji. I słusznie.
Ale nie łudźmy się – szczęście zawsze kiedyś się kończy. W każdej chwili może wybuchnąć park(super wulkan) Yellowstone. W zasadzie powinien niedługo, jeśli wierzyć w powtarzalność jego wybuchów. Jowisz też nie zawsze jest w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – dowodzą  tego choćby dinozaury. Nie wspominając o wielkim wymieraniu permskim, podczas którego w zasadzie prawie cała flora i fauna uległa całkowitej zagładzie.

Niestety, mądre głowy rządzące światem mają gdzieś tak wielkie ideały jak przetrwanie gatunku. Dlatego sposób finansowania projektu Mars One może wydać się trochę dziwny.
Jest to bowiem reality show podobny do Big Brothera. Poczynania astronautów będą emitowane na żywo, a przychód z tego zasili konto organizacji.
Pomysł tak samo dziwny, jak… interesujący. W tym szaleństwie jest metoda.
Zaś nagroda jest warta gry.
Tym bardziej, że pierwsza faza projektu już za rok. Oto prosty i interesujący plan Marso One:

2013 – rozpoczyna się selekcja grupy około 40 astronautów. Przejdą oni szkolenie i zostaną umieszczeni w replice marsjańskiej osady, aby tam przystosować się do funkcjonowania;
2014 – startują przygotowania pierwszych satelitów komunikacyjnych oraz zapasów, które zostaną przetransportowane na Marsa;
2016 – pierwszy statek z ładunkiem 2500 kg prowiantu zostanie wystrzelony w stronę czerwonej planety;
2018 – łazik wyląduje na powierzchni Marsa. Będzie poszukiwał idealnego miejsca na budowę pierwszej osady. Bezpośrednia transmisja z powierzchni ma być dostępna dla każdego;
2021 – wszystkie niezbędne komponenty do budowy stacji oraz drugi łazik są już na Marsie;
2022 – maszyny zapewniające dostawy wody, tlenu oraz produkujące atmosferę mają być gotowe. Na 14 września 2022 roku zaplanowano start pierwszej 4-osobowej ekipy astronautów w kierunku Marsa. Bilety oczywiście w jedną stronę;
2023 – pierwsi ludzie lądują na czerwonej planecie, rozpoczynając budowę pierwszej bazy. Dwa lata później dołączają do nich kolejni astronauci, wraz ze sprzętem oraz zaopatrzeniem, gotowi na dalszą kolonizację.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=n4tgkyUBkbY&feature=plcp[/youtube]

Ja rekrutuję się na pewno. A Ty? :)

Zobacz też:
Artykuł na Gadżetomanii
Artykuł na Spokogadzet
Strona główna projektu

 

Obojętność

 

Siedzenie w takiej pracy, jak moja (jeszcze o niej napiszę w stosownym momencie) ma swoje plusy. Po przejściu przez parę tekstów, przychodzi czas na przerwę, w której mogę napisać wreszcie o tym, co gnębi mnie od dni paru.

Znalazłem ten film przypadkiem. W zasadzie już nie pamiętam jak. Uprzedzam, jest drastyczny. Zdecydowanie dla widzów od 18, a może nawet 21 roku życia.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=OKFdQ49rL6Y&feature=related[/youtube]

W zasadzie sam nie wiem, jak to skomentować. Z początku przeklinałem, potem naszła refleksja, że nie jest to tylko „chiński” problem. Znieczulica w społeczeństwach wysoko zapracowanych, uwięzionych przez zbyt wysokie podatki i rygorystyczne przepisy, a także pogłębiającą się biedę i przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi.
Jeśli jesteśmy robotami zaprogramowanymi do pracy, tak właśnie się to kończy.

U nas, w Polsce, nie ma na szczęście jeszcze aż tak złej sytuacji, jednak zdarzają się przypadki, kiedy nie pomożemy. Z powodu strachu, plotek, czy też zrzucenia odpowiedzialności na innych.

Dodam jeszcze opis filmu. Zapraszam na bloga, na którym zanalizowana jest cała sytuacja. Osobiście nie powiem już nic, gdyż wszelki komentarz w tej sytuacji jest zbędny. Wiemy, o co chodzi.

13października 2011r. o godzinie 17:30, na rynku w mieście Nanhai, dwuletnia dziewczynka Yueyue została uderzona i przejechana przez furgonetkę. Kierowca nie wysiadł, żeby sprawdzić co jej sie stało, tylko przejechał ją tylnymi kołami i uciekł. Następny samochód przejechał po Yueyue. W ciągu najbliższych paru minut 18 osób przeszło obok, ale nikt nie zrobił nic, aż do momentu kiedy starsza pani zbierająca śmieci (będące jej zarobkiem na życie) przeniosła ją w stronę krawężnika i wołała o pomoc dla dziewczynki. Jej rodzice byli zdruzgotani, kiedy dowiedzieli się co się stało. Z rozmowy z ojcem dziecka wynika, że ktoś zadzwonił do niego i zaoferował pomoc finansową. Początkowo myślał, że ktoś obcy chciał pomóc. Nie chciał przyjąć pomocy od tej osoby aż do momentu, kiedy dzwoniący przedstawił się jako kierowca. Ojciec nie mógł się opanować, odmówił pieniędzy i poprosił kierowcę, aby ten udał się na posterunek policji, co zostało odrzucone przez kierowcę. „Nie potrzebuje pieniędzy i żadna kwota nie może być zadośćuczynieniem za zdrowie mojej córki” – powiedział.

 

NIE dla ACTA!

 

Prawdopodobnie to mój ostatni wpis na tym blogu. Prawdopodobnie można go będzie oglądać jeszcze tylko przez parę dni.
Prawdopodobnie.

 

 

Jeśli pewna ustawa – ACTA – wejdzie w życie, mój blog, tak jak i wiele innych miejsc w sieci zostanie całkowicie wymazanych z Internetu. Nie jestem poprawny politycznie. Dzięki ACTA wystarczy byle pretekst i… PUFF! – znikam.
Ale to nie o to tu chodzi. Już nie. Teraz chodzi o wolność Internetu, ludzi, wolność wyrażania własnego zdania. To, co się dzieje w Chinach, czy Korei Północnej może być niedługo udziałem i naszym. Jeśli do 26 stycznia 2012 roku obywatele całej polski nie powiedzą na tyle stanowczego NIE, by rząd się przeląkł.
A ma czego. Historia pokazuje, że kto jak kto, ale Polacy potrafią się zbuntować.

Można bagatelizować sprawę, że Internet to nie rzeczywistość, że to nie ma wpływu. Nie? Internet stał się rzeczywistością o wiele bardziej, niż ktokolwiek przypuszcza. Jeśli zamach na wolność słowa, jaki chce przeprowadzić nasz własny rząd wespół z UE się powiedzie, oznaczać to będzie koniec nawet tej żałosnej iluzji demokracji, którą mamy obecnie. Komunizm? Nie… ale… no właśnie, jak to nazwać? Nie, nie nazywamy. Mamy jeszcze czas.

ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) – Międzynarodowe porozumienie, które już niebawem może zmienić także Twoje życie. ACTA w założeniach ma walczyć z podrabianiem towarów i piractwem. W rzeczywistości sprowadza się do tego, że każdy Twój ruch w internecie będzie śledzony przez dostawcę Twojego internetu oraz rząd, a ewentualne naruszenie (nawet nieświadome) praw autorskich będzie wiązało się z odcięciem dostępu do internetu, oraz karą.

Ponadto Twój dostawca internetu będzie miał możliwość, a nawet obowiązek blokować wszelkie strony na których znajdują się materiały naruszające prawa autorskie. Do takich stron można zaliczyć np. YouTube. To nie przypadek, że do tej pory nie słyszałeś o ACTA. Jej tworzenie jak i podpisanie odbywa się za plecami społeczeństwa.

Już w czwartek – 26 stycznia rząd Polski podpisze porozumienie ACTA.

niedlaacta.pl

 

Zaczęło się od zamknięcia Megaupload i Megavideo, a także fizycznego zamknięcia szefów tych dwóch portali przez agentów FBI. Ucierpieli – jak zwykle – niewinni. Miliony osób na całym świecie utraciło swoje konta premium, za które zapłaciło, by dzielić się plikami, nawet w legalny sposób. Oczywiście, wraz z tym zniknęła możliwość przeglądania seriali w internecie na stronach takich jak II.TV. Odpowiedź (jeszcze) wolnego Internetu była natychmiastowa.
Protesty, eventy, manifestacje. Na ten sygnał do swojej pracy przystąpili Anonimowi. W przeciągu paru godzin przeprowadzono ponad 220 zorganizowanych ataków, przez pewien czas nie działały strony m.in Departamentu Sprawiedliwości USA, czy wytwórni filmowej Universal Pictures, silnie ucierpiały też strony FBI, MPAA, RIAA…

Działania agresywne, acz pokazujące determinację, z jaką walczymy o wolność. Dodatkowym faktem jest (wracając do Polski i okolic), że Unia Europejska przyjęła dokument o ACTA za naszymi plecami, zaś wzmianki o nim można znaleźć dopiero na 43 stronie dokumentu z zebrania Rady ds. Rybactwa i Rybołówstwa.

Ciężko mi przechodzi przez gardło słowo „Spisek”, ale – do diabła! – tak to wygląda. Po cichu, za plecami, a wszelkie decyzje już zapadły, o czym większość społeczeństwa i – jak pokazują fakty z odzewu polityków – niektórzy posłowie nie mieli pojęcia.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kZOK-O15li8[/youtube]

Ktoś „na górze” zapomniał, CZYM jest Internet, że nie należy do żadnego kraju, że w nim także i przede wszystkim obowiązuje wolność słowa, że… ale to tylko teoria. Idea, nieprawdaż? Aby doświadczyć prawdziwie wolnego internetu trzeba skorzystać z przeglądarki TOR (polecam) i wskoczyć w DeepWeb. Niemniej, sama Sieć powinna dalej funkcjonować jako miejsce, gdzie nie ma cenzury narzuconej przez państwo, nikt nie monitoruje naszych działań i nie ogranicza ich.
Tymczasem do tego dąży nasz rząd. Przykro nazwać ich zdrajcami wolności słowa, swoich własnych ideałów i narodu. Nie chcę ich tak nazywać…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=QKAH3Xj1bQc[/youtube]

Nie zgadzam się, aby ktokolwiek mnie monitorował, abym był poddany cenzurze, a moja wolność słowa była ograniczana. Uznaję ACTA za zamach na wolność. Zamach przeprowadzany po cichu przez UE i polski rząd. Przyłączam się do akcji „Nie dla ACTA” .
Mam cichą nadzieję, że podpisanie dokumentu 26 stycznia br. zostanie odwołane. Inaczej ten dzień przejdzie do historii, jako ostatni dzień wolnego Internetu i początek Wszech cenzury.

Nie chcę, by Koalang stał się faktem. Bym musiał – nie dla ciekawości, ale potrzeby wolności – używać DeepWeb. I nade wszystko, chcę śpiewać  „Mury” Jacka Kaczmarskiego jako przypomnienie o dawnych, złych, czasach – a nie pieśń otuchy w kolejnych.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=-YGS9vhmFS0[/youtube]

 

http://niedlaacta.pl/
http://www.anonyops.ssl2.pl/
http://kwejk.pl/obrazek/854923
http://www.facebook.com/nieACTA

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=h1fJYlQ9iJY[/youtube]

3D w Disney’u

 

 

Pamiętam, że kiedy 3D wchodziło do kin byłem bardzo podekscytowany – toż to ,,prawie” jak hologram! Jesteśmy o krok bliżej Science-fiction! Potem jednak dowiedziałem się, że samo 3D nie jest już takie młode i czar prysł. A mimo to, lubię od czasu do czasu pójść do kina na taki właśnie seans.
Pamiętam mój pierwszy film w trzecim wymiarze. ,,Podwodny las”, chyba tak to się nazywało. Robił wrażenie. Trwał może pół godziny, albo ciut więcej, ale nigdy nie zapomnę widoku rekina wypływającego z pierwszego rzędu… szybko się okazało, że ludzie to uwielbiają. Chociaż niedoskonałe, okulary niewygodne, czasem bolą oczy i trzeba płacić więcej – to i tak jest na to duży popyt. No i stało się – 3D zaczęło pojawiać się wszędzie.

Dziś mamy jasną sytuację – właściwie nie ma już filmu, który nie byłby robiony tą techniką. Ostatnio mój przyjaciel poszedł na randkę na nowych ,,Piratów z Karaibów”. Myślał, że to zwykły seans. A tu nagle okazało się, że rozdają okulary…
Postęp przybiera różne oblicza. W dobie pieniądza, kiedy liczy się to, by sprzedać jak najdrożej, jest oczywiste, że jeśli dany produkt możemy wycenić na więcej dzięki jakiejś technologii, to wkrótce ta będzie wykorzystywana do przesady, chociaż nie zawsze powinna. Tak właśnie moim zdaniem wygląda w tej chwili sytuacja kina.
No dobrze – ale co mam na myśli mówiąc, że nie zawsze technologia pasuje? W tym konkretnym przypadku, są filmy, gdzie 3D nie pasuje w ogóle. Ani – ani. Weźmy na ten przykład ,,Piratów” – z relacji Franka dowiedziałem się, że dzięki trójwymiarowemu obrazowi wiele szczegółów (np. kadłuby statków) zostało… rozmazanych. Ufam mu w tej kwestii, to grafik. Wie co mówi. No i co z tego – zapytasz. Ano to, że jeśli idę na film, to chciałbym, by widoki zaparły mi dech. Ze wszystkimi szczegółami. A do tego okularów nie potrzebuję. Wręcz przeciwnie – jak to udowodnił chociażby Peter Jackson we ,,Władcy Pierścieni”, wystarczy odpowiednia praca kamery, by człowiek został wciśnięty w fotel.

Ale przejdźmy już do Disneya i Króla Lwa. Kiedy dowiedziałem się, że mają zrobić wersje 3D – przyznam, wkurzyłem się. Po pierwsze dlatego, że ten film akurat należy do tej (pięknej) epoki, kiedy o czymś takim jak ,,trzeci wymiar” mało kto jeszcze słyszał, a twórcy skupiali się na fabule i jak najdokładniejszych rysunkach, tworząc coś naprawdę wartościowego. Może panikuję, ale według mnie 3D odwraca uwagę od fabuły, kładąc nacisk tylko i wyłącznie na obraz. Mam obawy,że skończy się to tak, jak wcześniej z nadmiernymi efektami specjalnymi w filmach, czy grafiką w grach komputerowych – zanikiem fabuły. Już mamy do czynienia z tworzeniem filmów tylko po to, by ładnie wyglądały. Mówię tu o Avatarze Jamesa Camerona. Jestem maniakiem fabuły. Film bez niej, albo tylko z marnym ochłapem – to gniot. A gdy widzę samonapędzającą się machinę ładnych obrazków, zaczynam się poważnie martwić, czy historia z fabułą aby się nie powtarza. Po raz n-ty.
Drugą sprawą jest fakt, że robienie kolejnego remakeu jest tylko potwierdzeniem tego, iż Disney stawia właśnie krok nad krawędzią przepaści. Dzisiejsze bajki? Żadna nie przypomina pod względem ambicji, fabuły czy dojrzałości takich tworów jak Mulan (pierwsza!), Herkules, czy Bocahontas (też pierwsza). Zwyczajnie zaczyna im brakować pomysłów. Tym bardziej chęć zbicia kasy na Królu Lwie tylko poprzez uczynienie go 3D wydaje mi się żałosna.

Jak ktoś już powiedział – no, ale takie są prawa rynku. Tyle, że mnie się nie podobają. I zamierzam o tym mówić.

 

Miałem przejść jeszcze do następnego, spokrewnionego tematu, ale chyba nie dam rady. Zbyt bardzo mi się ten wpis rozrósł. Dla ciekawskich – wstawiam zapowiedź.

Ciąg dalszy nastąpi.

Koniec Disney’a

Brakło mi słów.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Tim5nU3DwIE&feature=related[/youtube]

Czysta polskość

 

 

Jest coś magicznego w chwili, kiedy kończy się noc i zaczyna dzień. Ptaki śpiewają, nad wschodem pojawia się łuna, a niebo znów zaczyna być niebieskie. Odchodzą gwiazdy.
Dla mnie jest to znak, że powinienem iść w końcu spać, więc nie do końca lubię to zjawisko, ale z drugiej strony… z drugiej, jest to koniec mojego dnia pracy, czas do refleksji, odprężenia, posłuchania muzyki i puszczenia wodzy umysłu.
Taki jak i ten ranek, czy też wieczór (pamiętamy, że czas jest względny, a to, co widzimy zależy od naszego postrzegania i nazewnictwa), powinien być każdy koniec. Czas refleksji…

Tak się składa, że niedawno ukończyłem Wiedźmina 2 – tej gry nikomu przedstawiać nie muszę. Powinienem więc jakoś spuentować moje doznania. Nie, nie napiszę recenzji. W ogóle dziwię się, że piszę o grze, w końcu nie jestem już tak zapalonym graczem, jak kiedyś. No, ale Wiedźmin, to Wiedźmin, czyż nie? Nasza narodowa gra…
Pamiętacie wpis sprzed paru miesięcy? Martwiłem się wtedy o twarz Geralta, jako, że nie bardzo mi pasowała do bohatera. Dziś czas osądzić, czy faktycznie postać zmieniła się w tak niepozytywnie, czy też gra okaże się hitem większym, niż jej pierwsza część.

***

 

Dobrze. Twarz. Zacznijmy od dupereli. Otóż nie – nie przeszkadzała mi w grze tak, jak się tego spodziewałem. Czasami było nawet znośnie. Niepokojący jest tylko fakt, że – owszem – trochę drażniła. Szczególnie przy animacjach. Coś… jest nie tak. Nie wygląda już, jak na screenie z wpisu, który przytoczyłem. Jest o wiele bardziej wiedźmińska. Ale to wciąż nie jest facjata Geralta z Rivii. Płaska, tępa, czasem bez wyrazu. Całe szczęście, że w grze widzę głównie plecy Białowłosego, czego nie można powiedzieć o MPC-tach płci pięknej, które na widok naszego bohatera albo wybuchały śmiechem, albo wzdychały, czy też zbywały go natychmiast… nie wspominając o kurtyzanach (jakie to poniżające) otwarcie mówiących per „gołodupiec”, „brzydal” itd.

Idziemy dalej – system walki. Nie wiem, kto wpadł na znakomity pomysł, by z widowiskowego i skutecznego zabijania zrobić zwykłą siekankę, w której wygrywa ten, kto szybciej uderza w przycisk myszy (czyt. psuje ją), ale posłałbym na niego stado Nekkerów. W późniejszych stadiach rozwoju naszego wiedźmina, Geralt zyskuje jako taką płynność i zaczyna się poruszać mniej więcej tak, by nie hańbić dobrego imienia profesji, co nie zmienia faktu, że graczom proponuję kupić maści przeciwbólowe na palec. Szczególnie w QTE, kiedy Twoje życie i przejście do następnych części gry zależy już tylko od tego, jak szybki jesteś w klikaniu.

Jeszcze przed premierą, bardzo zaciekawiony byłem ,,nowościami”, jakie obiecywał CDP, takimi, jak interakcja ze światem. I owszem, coś się zmieniło – większość dialogów szarych postaci to zwroty typu ,,ech” albo ,,O, hahaha”. Co prawda napotkałem kilka ciekawych rozmów, ale kiedy zaczęły powtarzać się co kilka minut w ten sam sposób, poczułem znudzenie.

To wszystko są pierdoły, duperele. Nie przejmowałbym się tym zbytnio, gdyby nie… inne rzeczy. Przede wszystkim Wiedźmin jest grą polską. Wynikają z tego dwie rzeczy. Pierwsza, to wersja językowa. Otóż, choć dubbing polski jak zwykle stoi na bardzo wysokim poziomie, jest trochę dziwnie, gdy słowa nie pokrywają się z mimiką. Jest to winą takiej niewinnej rzeczy, jak to, że nasz szanowny CeDeProjekt dostosował grę do wersji anglojęzycznej. I znów – niby nic, ale wiele mówi o stanowisku firmy, które brzmi – patrzę na czyny – „Musimy dostosować grę do standardów Zachodu, musimy być dla nich, robić im dobrze”. Nie zamierzam wkładać tych słów w niczyje usta, chodzi tu bardziej o spuentowanie polityki. Zresztą… o tym samym mówi druga z rzeczy, a mianowicie folklor. Owszem, mamy tu dużo słowiańskich potworów, klimatu i widoków. Ale równocześnie zaczynają się wkradać smaczki nie nasze.
Gdyby był to zwyczajny RPG, biłbym brawo. Ale to, co wyróżniło Wiedźmina na tle światowym to specyficzny, słowiański klimat i nowatorstwo twórców. Tymczasem recepta na Wiedźmina 2 wydaje się być prosta – bierzemy wszystko, co sprawdzało się w wielu innych, rasowych RPG-ach, miksujemy, dodajemy szczyptę naszej kultury i gotowe!
Nic nowego. Wszystko ładnie, ale po zakończeniu gry chciało by się zaśpiewać; ,,Ale to już było…”.

Na koniec – jakże by inaczej – coś mocniejszego. Parę dni temu Viear podsunął mi LINK. Artykuł jest… fascynujący. Wynika z niego, że w wersji konsolowej gry mają znaleźć się nowe opcje oraz… Intro do gry, robione przez Platige Image. Czy muszę mówić, że wersja PC nie ma takowego? I czy muszę wspominać o tym, że grając miałem wrażenie, jakbym zainstalował wersję testową gry? Nie mówiąc, o bugach, oraz – skandalicznym, moim zdaniem – zabiegu marketingowym, mającym podbić liczbę ludzi na tchewitcher.com. Otóż, jeśli chce się przejść jedno z bardziej rozbudowanych zadań pobocznych, trzeba się najpierw na rzeczonym serwisie zarejestrować.
Szczerze? Poczułem się trochę oszukany. Jako gracz PC, ogólnie jako gracz (czyżbym kupił, za 250 zł, EK niepełnej wersji gry?!) i trochę narodowo. Bo Wiedźmin zamienia się w Witchera, stając w szeregu z innymi TYPOWYMI grami RPG.
Nie pozostaje mi powiedzieć nic innego, jak: Hańba, mości panowie. Równacie do szeregu. Moje kondolencje.

 

Ale żeby nie było, że marudzę… Na narzekania V. na ten sam temat, nasz przyjaciel, Sławek, zadał ponoć jedno pytanie: ,,Ale gra sprawia Ci frajdę?” – no tak, sprawia. Owszem, dobrze się grało i – też owszem – fabuła mnie wciągnęła.
Więc po co ja właściwie psioczę? Ano sam nie wiem. Tak po prostu, z całej swojej polskości. Bo mnie się tendencja spadkowa i równanie do szeregu nie podoba.
„Ale frajdę sprawia?”
Tak, cholera, sprawia . Mimo wszystko…
„Ale sprawia.”
Zamknij się.

 

Ech, idę spać, za stary na to jestem.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén