Kategoria: Gry

O tym, jak zrobiłem grę

Był taki czas, kiedy paru znajomych skrzyknęło się, by robić grę. Oczywiście, musiał to być RPG. Oczywiście, wielki, otwarty świat. Tych paru wkrótce anulowało projekt, by zrobić strategię. Oczywiście taką, która podbije rynek. Rozpadli się. A potem paru z nich spotkało się, by znów zrobić coś wspólnie. Mniejszego, ale możliwego do wykonania. Dzisiaj nasza pierwsza gra ma swoją premierę. 

Powitajcie Alrauna Studio. Jest nas mało. Dopiero zaczynamy – pomysłów mamy dużo. Zapału jeszcze więcej. W trakcie, gdy piszę te słowa w produkcji jest już następna gra pododdziału Alrauny „Bom Division”. A w rozpisce jest następna…

Wszystko mogłoby się skończyć, gdybyśmy teraz odpuścili. Gdyby nasza pierwsza gra nie opuściła naszych komputerów i głów. Pewnego razu nasz Lider, Łukasz Czechowicz potrzebował jednak grafika i zgłosił się do Franciszka Zglińskiego, mojego dobrego przyjaciela. Parę godzin później stałem nad jego ekranem marszcząc brwi.
– Jest tu w ogóle jakaś fabuła? – zapytałem.
I tak właśnie gra, która miała być projektem na miesiąc, stałą się projektem na ponad pół roku ciężkiej pracy zespołu, który nie wiedział, jak się robi gry. I dalej – nie ukrywajmy – nie wie.

1

W Hostile Dimension nie znajdziecie dużo rozwiązań fabularnych. Jest to, prawdę mówiąc, dopiero pierwszy krok, do rozwinięcia tejże. I pierwszy krok w kierunku naprawdę dużych produkcji (które, kiedy czytasz te słowa, pewnie rozpisuję). Jest tam za to całkiem sporo rozwiązań i pomysłów… ale nie wnikajmy w technikalia. Najbardziej napracowali się oczywiście grafik i programista – Franciszek Zgliński i Łukasz Czechowicz. Wielki wkład miał też Krzysztof Biliński, którego muzyka ożywiła tą grę. No i jestem też ja – skromny gryzipiórek i skrzat teamu.

Jestem dumny, że tego dokonaliśmy. Jestem dumny z projektów, które nadchodzą. Jestem wreszcie dumny z tego, co nam zaoferowano – bo wkrótce nasza gra znajdzie się także na Steamie, w pewnym czasopiśmie oraz w sprzedaży pudełkowej w sklepach Neonet i Mediaexpert.

A póki co, w dzień premiery możecie ściągać ją ze sklepu google play.

Pamiętajcie tylko, by od czasu do czasu obejrzeć jakąś reklamę. Chciałbym coś zjeść czasem :)

Aliance_logo_S

Zróbmy jakąś grę

Flying Bastards_HD_2

Nie jedną pasją człowiek żyje. Przykładowo, można pisać, ale jednocześnie znikać na nieokreślony czas w lasach… i można być też zapalonym graczem, jak ja. I chociaż na gry mam coraz mniej czasu, niecierpliwie wyczekuję nowego Wiedźmina, Dreamfalla (w wersji polskiej), czy choćby wczoraj zapowiedzianych Heroes III w wersji HD. Ciekawą rzeczą jest fuzja pasji – pisania i grania na ten przykład. Bo po co tylko grać, skoro można też tworzyć? 

Do ekipy Alrauna Studio dołączyłem już… jakiś czas temu. Sprawiedliwości trzeba oddać, że z początku nie wyglądało to cukierkowo. Było dużo planów, idei, ale też i chaosu i emocji. Ale chyba jest tak zawsze, kiedy coś się rodzi – są emocje i jest chaos. Ważne, by przy narodzinach nie zostać i się rozwijać – i tak się stało. Jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu lider zespołu wyczarował środki finansowe, które pozwoliły nam ruszyć pełną parą. I tak właśnie powstaje pierwsza gra z naszej stajni – Hostile Dimension. Nie będę się bardzo rozpisywał, bo szczegóły są już ujawnione – o czym za chwilę.

Przyznam, że nie zainteresowałbym się całą sprawą szerzej, gdyby nie to, że… już byłem zainteresowany. To chyba dobry moment, by napomknąć o pewnym projekcie, na który daliśmy sobie z moim przyjacielem (i grafikiem komputerowym) przynajmniej siedem lat, a który już od półtorej roku idzie… może nie pełną parą, ale idzie. To duża rzecz. I być może kiedyś będę mógł powiedzieć więcej, opatrując wszystko logiem Alrauny.

Pierwsza gra nie jest duża, ale nie można jej nazwać mało ambitną – i choć mój udział przy niej ogranicza się do paru pomysłów (z racji braku bardziej rozbudowanej fabuły), to dalej pracujemy jako zespół, którego każdy członek daje z siebie wszystko. A po co o tym piszę?

Bo warto się zainteresować. Hostile Dimension wejdzie na komórki już na początku roku 2015, a to dopiero początek. Przed nami wiele planów i większych projektów, którymi już umaczałem swoje palce. Z przyjemnością zapraszam na Gramsajt Alrauna Studio, gdzie zrobiłem nie tylko szatę graficzną, ale i panoszę się jako stukający w klawisze (i tam więcej szczegółów odnośnie samej gry), oraz na naszego Facebooka.

Pozostańcie w kontakcie. Bo warto.

Mrowienie w mózgu

Mrowienie topka

Grywam z reguły w dobre gry – posiłkuję się opinią znajomych, poleceniami i tak dalej. W ten sposób odkryłem takie cacuszka, jak „Antichamber”, czy „Dear Esther”. Z polecenia kumpla, zagrałem w mojego pierwszego RPGa „Might and Magic VIII”. W Heros III zagrałem, kiedy przebrnąłem przez pierwszą rozgrywkę u kolegi i tak dalej, i tak dalej. To były dobre gry, ale kończąc je, za każdym razem czułem się inaczej. I mało było takich, które mnie w jakiś sposób nie zmęczyły (w tym dobrym kontekście), a w jakiś taki dziwny sposób naładowały. 

Dziś się tak poczułem. Znacie ten dziwny stan, kiedy mózg zaczyna mrowić? To to uczucie. Jakby mi ktoś zakręcił korbką. Zresztą, być może tak się stało?

To nie jest recenzja, sam rzadko czytam recenzje, chyba, że dotyczą produktu, co do którego już jestem przekonany. To polecenie. Zwłaszcza, że „The Vanishing of Ethan Carter” to debiut polskiego studia „The Astronauts”. I choć sama gra jakimś dziwnym trafem dostosowana jest do dubbingu angielskiego, na czym straszliwie traci nasz polski język (słowa zupełnie nie pokrywają się z ruchem ust. Nawet nie próbują udawać), nie mogę powiedzieć o niej złego słowa. W niezrozumiały dla mnie sposób, już od pierwszych minut zostałem nią omotany. Co o tym zadecydowało? Czy to przepiękna grafika, stawiająca tę pozycję w absolutnej czołówce, jeśli chodzi o najpiękniejsze i najbardziej klimatyczne gry, w jakie udało mi się zagrać, czy muzyka, która… cóż, nie szarpnęła moją duszą. Nie zachwyciła – zrobiła coś lepszego. Stała się tłem, które idealnie skomponowało się z obrazem. Delikatnie sterowała moimi emocjami, czasem wzbudzała zachwyt, czasem napięcie. Jeśli mówimy o mózgach, to ścieżka dźwiękowa z gry mój mózg masowała.

I wreszcie fabuła. Prosta, ale wciągająca. Dobrze rozegrana, bo spotkałem się z zagadką, z dochodzeniem i sam musiałem poskładać całość do kupy. Fabuła literacka, bowiem już od początku „Zaginięcia Ethana Cartera” moim ruchom towarzyszył narrator – czyli moja postać, detektyw. I zawsze, kiedy się odzywał, słuchałem go tak, jak czytam dobrą książkę. A jeśli już przy nich jesteśmy – gra nie tylko oscyluje wokół literackości. Jest nią wręcz nasiąknięta. Wnikliwy gracz od razu dostrzeże nawiązania do Lovecrafta, Poego, czy paru innych pisarzy.

I tu skończę. Bo nie ma sensu mówić więcej – nie trzeba, kto miał zostać zachęcony – został. Nie jest to gra dla każdego, ale dla tych, co lubią wsiąknąć i się zrelaksować, by potem wyjść z przygody bogatszym o nowe doświadczenie.

Ogłoszenia

Korzystając z okazji.

W najbliższych miesiącach będę gościł na paru konwentach, na które serdecznie zapraszam:

Już 3-5 października będę gościem Krakowskiego Imladrisu. A tam:
Sobota
– 11:00 – 11:30 Michał Stonawski – spotkanie autorskie
– 20:00 – 21:00 Panel Groza w Krakowie, prowadzi Jakub Kumecki.

18 października będę gościem również Krakowskiego konwentu miłośników grozy KFASON. 
Gdzie opowiem trochę o Kanibalu z Rotenburga i wezmę udział w paru interesujących panelach.

24-26 października będę gościem Sosnowieckiego Porytkonu. 
Gdzie wezmę udział w panelach, będzie okazja przyjść na moje spotkanie autorskie (gdzie będzie mowa o Mapie Cieni)

7-10 listopada będę gościł na konwencie Falkon 2014
A tam parę paneli, kanibal z Rotenburga i Mapa Cieni.

O szczegółach będę oczywiście informował na swoim profilu autorskim, także nie zapomnijcie go obserwować.

Aha – i już niedługo, bo 14 października 2014 premierę będzie miała antologia wydawnictwa Replika „Oblicza Grozy”, w niej moje opowiadanie „Klatka”. I oczywiście nie jest to ostatnie, co w tym roku zostanie zaprezentowane – zostajemy w kontakcie?

To co, widzimy się na Krakonie?

Już jutro startujemy. A w sobotę najbardziej oczekiwany Blok Horroru i Sensacji, a wystąpią u mnie:

  • Krzystof Billiński, który opowie o książce okultystycznej
  • Michał Gacek zaprezentuje swoją powieść „Endemia”
  • Łukasz Śmigiel pokaże jak popełnić zbrodnie niemal doskonałą
  • Robert Cichowlas podpowie, jak zainteresować swoją osobą wydawcę (Tam będę na pewno :))
  • Krzysztof Maciejewski przybliży wszystkim wspaniały podgatunek horroru, jakim jest Bizarro (Jeśli spodobały Ci się „Owoce wiosny”, wiesz, gdzie masz przyjść :))
  • Krzysztof T. Dąbrowski przebiegnie maraton po drabblach 
  • Krzysztof Piskorski i Paweł Paliński poprowadzą w głąb grozy miejskiej
  • Ramsey Campbell… będzie straszył :)
  • Kazimierz Kyrcz i Dawid Kain opowiedzą o horrorze ekstremalnym (będzie ostro!)
  • Wydawnictwo Sine Qua Non ogłosi konkurs (łaaadne książeczki mają)
  • Zaś na koniec ja, Krzysztof Maciejewski, Kazimierz Kyrcz, Robert Cichowlas, Dawid Kain, Krzysztof T. Dąbrowski i Michał Gacek postaramy się wszystkich postraszyć swoimi opowieściami :)

Zaś…. na sam koniec, przez całą Sobotnią noc będziemy pić, jeść i biesiadować z wyżej wspomnianymi autorami, oraz innymi oraz uczestnikami przy wielkich kamiennych grillach na AGH.

Niech poleje się krew :)

a TUTAJ cały program.

 

Stonawski w Nowinkach – podcast już dostępny!

W piątek (30.08) miałeś okazje rano i po południu posłuchać mnie, oraz Adama Ochwata w radiu. Opowiadaliśmy o Krakonie, a ja napomknąłem coś o swojej twórczości.

Trochę terma była (co słychać, czasami mi się zabełkotało), ale i tak wyszedłem stamtąd z przeświadczeniem, że nie poszło aż tak źle :)

Zapraszam do przesłuchania.

 

 

Koniec tego!

 

Postanowiłem kończyć z pisaniem. Recenzje, felietony, opowiadania, książki – to nie dla mnie. Nawet ten mój blog.

Wczoraj, kiedy włączyłem u moich dziadków telewizor, dostałem objawienia. Oglądając parę serwisów informacyjnych udało mi się odnaleźć Prawdę o życiu, kosmosie i Kobietach, zaś prawdziwej intelektualnej rozrywki dostarczyły mi… programy rozrywkowe! Tak!
Telewizja okazała się tym, czemu chcę poświęcić życie.

Być może kiedyś podejmę nawet pracę przy tym intelektualnym źródle, póki co kończę, zbyt wiele bowiem czasu przeznaczam na wszystko inne. Muszę ograniczyć czytanie do napisów końcowych po filmach.

Dlatego odchodzę, nie będę więcej niczego publikował.

Niech Was dioda chroni.

Lets do this!

 

Sezon uważam za rozpoczęty. Na konwenty, oczywiście. Już w piątek – Pyrkon. W tym roku od tego się zacznie, wiecie – Achaja, tego nie można przegapić. A poza tym naprawdę świetny program. Stęskniłem się, muszę przyznać. Te parę miesięcy posuchy od ostatniego Falkonu zrobiły swoje. W dodatku – jak się niektórzy zorientowali – Facebooku poczynił pustki w fandomie. Innymi słowy – fora ledwo przędą, serwisy ciężko dyszą. Co nie jest fajne, bo młodzi nie mają gdzie się „zawiązać” z fandomową bracią (chyba, że przełamią strach i pojadą na konwent) skutkiem czego słyszę potem jak prowadzący spotkania zwracają się do pisarzy per „Pan”, a za nimi w ślad także i niektórzy konwentowicze (piję do Falkonu). Nie wiem, tetrykiem nie jestem, powiedziałbym, że fandomowo co dopiero osiągnąłem pełnoletność, ale nawet ja wiem, że powiedzieć do fantasty „Pan” jest czystym go obrażaniem. Zresztą, całą sprawę wytłumaczył całkiem dobrze Kuba Ćwiek na… Euroconie? Chyba tak. Poczekajcie, znajdę ten wywiad…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=VXU8t4SO_y4[/youtube]

Proszę bardzo. Akcja tak naprawdę od 5:35, ale polecam całość.

Ale, ale. Odchodzę od tematu – Sezon otwarty. Na dziś dzień wiem na pewno, że pojawię się na:

 

  • Pyrkonie
  • Fantazjadzie
  • Polconie
  • Grojkonie
  • Falkonie

Do tego dojdą pewnie Krakon (o ile będzie), inne Krakowskie konwenciki i… na pewno trafi się coś niespodziewanego. Jeśli będzie coś ze mną (jak w zeszłym roku) będę informował.

Tymczasem zapraszam wszystkich do czynnego udziału w konwentach. Ostatnio słyszałem, że zaczyna się katolicka nagonka (póki co na mangowe, ale jednak) na nie, więc nic nie wiadomo… jeden z conów się już nie odbył, gdyż dyrektor placówki uwierzył pewnym dwóm paniom psycholog zapewniających kuratorium o zbereźnych, niesmacznych i szatańskich akcjach mangowych…

Czysta polskość

 

 

Jest coś magicznego w chwili, kiedy kończy się noc i zaczyna dzień. Ptaki śpiewają, nad wschodem pojawia się łuna, a niebo znów zaczyna być niebieskie. Odchodzą gwiazdy.
Dla mnie jest to znak, że powinienem iść w końcu spać, więc nie do końca lubię to zjawisko, ale z drugiej strony… z drugiej, jest to koniec mojego dnia pracy, czas do refleksji, odprężenia, posłuchania muzyki i puszczenia wodzy umysłu.
Taki jak i ten ranek, czy też wieczór (pamiętamy, że czas jest względny, a to, co widzimy zależy od naszego postrzegania i nazewnictwa), powinien być każdy koniec. Czas refleksji…

Tak się składa, że niedawno ukończyłem Wiedźmina 2 – tej gry nikomu przedstawiać nie muszę. Powinienem więc jakoś spuentować moje doznania. Nie, nie napiszę recenzji. W ogóle dziwię się, że piszę o grze, w końcu nie jestem już tak zapalonym graczem, jak kiedyś. No, ale Wiedźmin, to Wiedźmin, czyż nie? Nasza narodowa gra…
Pamiętacie wpis sprzed paru miesięcy? Martwiłem się wtedy o twarz Geralta, jako, że nie bardzo mi pasowała do bohatera. Dziś czas osądzić, czy faktycznie postać zmieniła się w tak niepozytywnie, czy też gra okaże się hitem większym, niż jej pierwsza część.

***

 

Dobrze. Twarz. Zacznijmy od dupereli. Otóż nie – nie przeszkadzała mi w grze tak, jak się tego spodziewałem. Czasami było nawet znośnie. Niepokojący jest tylko fakt, że – owszem – trochę drażniła. Szczególnie przy animacjach. Coś… jest nie tak. Nie wygląda już, jak na screenie z wpisu, który przytoczyłem. Jest o wiele bardziej wiedźmińska. Ale to wciąż nie jest facjata Geralta z Rivii. Płaska, tępa, czasem bez wyrazu. Całe szczęście, że w grze widzę głównie plecy Białowłosego, czego nie można powiedzieć o MPC-tach płci pięknej, które na widok naszego bohatera albo wybuchały śmiechem, albo wzdychały, czy też zbywały go natychmiast… nie wspominając o kurtyzanach (jakie to poniżające) otwarcie mówiących per „gołodupiec”, „brzydal” itd.

Idziemy dalej – system walki. Nie wiem, kto wpadł na znakomity pomysł, by z widowiskowego i skutecznego zabijania zrobić zwykłą siekankę, w której wygrywa ten, kto szybciej uderza w przycisk myszy (czyt. psuje ją), ale posłałbym na niego stado Nekkerów. W późniejszych stadiach rozwoju naszego wiedźmina, Geralt zyskuje jako taką płynność i zaczyna się poruszać mniej więcej tak, by nie hańbić dobrego imienia profesji, co nie zmienia faktu, że graczom proponuję kupić maści przeciwbólowe na palec. Szczególnie w QTE, kiedy Twoje życie i przejście do następnych części gry zależy już tylko od tego, jak szybki jesteś w klikaniu.

Jeszcze przed premierą, bardzo zaciekawiony byłem ,,nowościami”, jakie obiecywał CDP, takimi, jak interakcja ze światem. I owszem, coś się zmieniło – większość dialogów szarych postaci to zwroty typu ,,ech” albo ,,O, hahaha”. Co prawda napotkałem kilka ciekawych rozmów, ale kiedy zaczęły powtarzać się co kilka minut w ten sam sposób, poczułem znudzenie.

To wszystko są pierdoły, duperele. Nie przejmowałbym się tym zbytnio, gdyby nie… inne rzeczy. Przede wszystkim Wiedźmin jest grą polską. Wynikają z tego dwie rzeczy. Pierwsza, to wersja językowa. Otóż, choć dubbing polski jak zwykle stoi na bardzo wysokim poziomie, jest trochę dziwnie, gdy słowa nie pokrywają się z mimiką. Jest to winą takiej niewinnej rzeczy, jak to, że nasz szanowny CeDeProjekt dostosował grę do wersji anglojęzycznej. I znów – niby nic, ale wiele mówi o stanowisku firmy, które brzmi – patrzę na czyny – „Musimy dostosować grę do standardów Zachodu, musimy być dla nich, robić im dobrze”. Nie zamierzam wkładać tych słów w niczyje usta, chodzi tu bardziej o spuentowanie polityki. Zresztą… o tym samym mówi druga z rzeczy, a mianowicie folklor. Owszem, mamy tu dużo słowiańskich potworów, klimatu i widoków. Ale równocześnie zaczynają się wkradać smaczki nie nasze.
Gdyby był to zwyczajny RPG, biłbym brawo. Ale to, co wyróżniło Wiedźmina na tle światowym to specyficzny, słowiański klimat i nowatorstwo twórców. Tymczasem recepta na Wiedźmina 2 wydaje się być prosta – bierzemy wszystko, co sprawdzało się w wielu innych, rasowych RPG-ach, miksujemy, dodajemy szczyptę naszej kultury i gotowe!
Nic nowego. Wszystko ładnie, ale po zakończeniu gry chciało by się zaśpiewać; ,,Ale to już było…”.

Na koniec – jakże by inaczej – coś mocniejszego. Parę dni temu Viear podsunął mi LINK. Artykuł jest… fascynujący. Wynika z niego, że w wersji konsolowej gry mają znaleźć się nowe opcje oraz… Intro do gry, robione przez Platige Image. Czy muszę mówić, że wersja PC nie ma takowego? I czy muszę wspominać o tym, że grając miałem wrażenie, jakbym zainstalował wersję testową gry? Nie mówiąc, o bugach, oraz – skandalicznym, moim zdaniem – zabiegu marketingowym, mającym podbić liczbę ludzi na tchewitcher.com. Otóż, jeśli chce się przejść jedno z bardziej rozbudowanych zadań pobocznych, trzeba się najpierw na rzeczonym serwisie zarejestrować.
Szczerze? Poczułem się trochę oszukany. Jako gracz PC, ogólnie jako gracz (czyżbym kupił, za 250 zł, EK niepełnej wersji gry?!) i trochę narodowo. Bo Wiedźmin zamienia się w Witchera, stając w szeregu z innymi TYPOWYMI grami RPG.
Nie pozostaje mi powiedzieć nic innego, jak: Hańba, mości panowie. Równacie do szeregu. Moje kondolencje.

 

Ale żeby nie było, że marudzę… Na narzekania V. na ten sam temat, nasz przyjaciel, Sławek, zadał ponoć jedno pytanie: ,,Ale gra sprawia Ci frajdę?” – no tak, sprawia. Owszem, dobrze się grało i – też owszem – fabuła mnie wciągnęła.
Więc po co ja właściwie psioczę? Ano sam nie wiem. Tak po prostu, z całej swojej polskości. Bo mnie się tendencja spadkowa i równanie do szeregu nie podoba.
„Ale frajdę sprawia?”
Tak, cholera, sprawia . Mimo wszystko…
„Ale sprawia.”
Zamknij się.

 

Ech, idę spać, za stary na to jestem.

Falkon 2010

Miały być refleksje, felieton. Miały. Będą. Ale później.
Jutro, w czwartek zaczyna się Falkon 2010. Chciałbym serdecznie zaprosić Was wszystkich – jako ja, autor i – tym bardziej – jako redaktor QFANTa.
Nie mam wiele czasu do pisania w tej chwili. Mam nadzieję, że zobaczymy się na Falkonie, a przynajmniej część z nas.

Jeszcze raz zapraszam!
Aha, no i przekażcie znajomym :)

A poniżej lista atrakcji na których będę obecny… niekiedy bardziej, niż jako część ,,widowni”.

Garść informacji

Kiedy wczoraj pisałem tekst na bloga, nie przypuszczałem, że tak szybko będę musiał robić to znów. Świat się jednak kręci i czas płynie, a okoliczności – zmieniają. W związku z czym, dziś krótko, ale na pewno ciekawie:

1. Na stronie kwartalnika QFANT pojawiła się zapowiedź siódmego numeru pisma, w którym to ma zaszczyt się znaleźć moje opowiadanie o tajemniczo brzmiącym tytule ,,Zabawa”, oto i ona:

Słówko „zabawa” kojarzy mi się z hulankami, napojami dla dorosłych i… pięknymi kobietami rzecz jasna (najlepsze dobrze zostawić na koniec). Zainteresował mnie fakt, że mające owy tytuł ostatnie z opowiadań Q7 jest gatunkowo… horrorem. Cóż za zabawy przygotował dla nas Michał Stonawski? Zapraszam do przeczytania fragmentu „Zabawy”:

Zosia spojrzała mu prosto w oczy. Małą rączką pogładziła po policzku.
– Nie musisz – powiedziała. Jej twarz była pusta, pozbawiona jakichkolwiek emocji. Mówiła zimnym, beznamiętnym głosem. – To mój przyjaciel – wskazała ręką na Maćka. – Mama mówi, że wymyślony – rączka przeniosła się na jego głowę. Pogłaskała go po włosach. – Muszę już iść. – Odwróciła się i podeszła do brata. Razem wyszli z pokoju. Trzasnęły drzwi.

Jego trzynastoletni syn siedział przy biurku pochylony nad zeszytem. Z głośników na półce wrzeszczał jakiś raper, klnąc co drugie słowo. Maciek potrząsał do taktu głową, prawie waląc nią w blat.
– Maciek, wychodzimy!
Nawet się nie odwrócił. Dalej kiwał głową. Marek podszedł do niego z tyłu i położył mu rękę na ramieniu. Młody odwrócił się zaskoczony. W uszach miał słuchawki. Wyjął jedną.
– Cześć, tato. […]
[…]

Wszystkie uśmiechy zgasły w jednym momencie. A potem dzieci zniknęły i w pustej klasie została sama Zosia, patrząca się na nią z twarzą bez wyrazu.
– Jest pani moją ulubioną nauczycielką – powiedziała beznamiętnym tonem.
Starsza kobieta patrzyła na nią bezrozumnie. Była jak sparaliżowana.
Zosia wykrzywiła twarz w beznamiętnym uśmiechu.
A potem znikąd nadciągnęła ciemność i stara kobieta przestała istnieć.
[…]

Marek wziął do ręki plastikowy klocek i obrócił go parę razy bezmyślnie w palcach.
– Kochanie, a gdzie jest Maciek? – zapytał.
– Kto? – zapytała, nie odrywając się od zabawy.
Przełknął ślinę. Coraz mniej mu się to podobało.
– Maciek, Zosiu. Twój rodzony brat.
– Tatusiu, ale ja nie mam brata. – Dalej przekładała klocki, z jednej kupki na drugą. Nie patrzyła się na niego.
[…]

Więcej już wkrótce…

LINK do zapowiedzi.

Mam nadzieję, że dacie się wciągnąć i zabawicie nieźle, czytając to, co udało mi się bazgrnąć. I nie tylko tutaj, bo od tego czasu będę Was straszył na wszelkie możliwe sposoby, w różnych miejscach…

2.  Na pocieszenie, postaram się Was także i trochę rozśmieszyć, a może nawet zaintrygować?  To już pewne – premiera antologii ,,Horyzonty Wyobraźni” – edycja 2009 odbędzie się 13 listopada AD 2010, a w niej – miedzy innymi – moje opowiadanie ,,Wyrok”, humoreska Sf z lekką nutą absurdu.
Mam nadzieję, że się spodoba, mimo, że ma już swoje..hm, miesiące.

3. I znów QFANT! Tak na zakończenie, zapraszam do wzięcia udziału w konkursie, w którym do zdobycia jest pięć zestawów drugiego tomu komiksów o rewolwerowcu Rolandzie, bohatera Mrocznej Wieży autorstwa S. Kinga.

Oto i LINK

4. A guzik. Jeszcze nie kończymy. Pomęczę Was troszkę. Muzycznie – Radio internetowe ,,Bez kitu”. Niedługo być może usłyszycie o nim trochę więcej, a teraz – polecam. Dla wszystkich, którzy mają dość chłamu pompowanego przez standardowe radia. Link w obrazku.

I teraz to już naprawdę koniec.
Ładną dziś mamy pogodę, prawda? :)

Wakacyjna gawęda: Na fantastyczny szlak!

Słońce świeci, z nieba leje się nieznośny żar i nawet tu, w górach, nie daje on wytchnienia. Dopiero w nocy, kiedy kula ognia chowa się za gdzieś za horyzontem, można odetchnąć. Ale i tak… jest ciepło. Ziemia paruje, nagrzany beton promieniuje, gwiazdy świecą. Nie ma co, czas na wakacyjne gawędy!

A zaczęło się to klasztorem. Do niego jeszcze wrócimy, w tej chwili jednak wracam myślami do innych dni, bliższych mojemu sercu.
Dni Fantastyki 2010. Ładna nazwa, ładne miejsce i czas. Wrocław, lato w pełni. I około dwa tysiące fantastów, nawiedzających zamek w Leśnicy. Jeśli – jak być powinno w każdym szanującym się zamku – były tu jakieś duchy, na wieść o zgrai wielbicieli książek, filmów i gier fantastycznych, oraz (w większości) mocniejszych brzmień , wyniosły się na urlop w trybie natychmiastowym. A dresy zostały. Dziwne… ale, ale, zacznijmy od początku.

Początek… cóż, jak chyba wszystkie zwykłe początki, zaczął się od pobudki. A potem standard – rozbiegane spojrzenie, nerwówka, przepakunek plecaka, mycie, wkurzanie na włosy, które nie chcą schnąć – bo długie. Szybki rzut oka za okno. Temperatura znośna (czyt. nie za ciepło). Dobrze.
Wychodząc z domu myślę już tylko o przyszłości.

Spotkaliśmy się z ekipą koło Galerii Krakowskiej. Byłem drugi, najwcześniej przybył Alak, któremu nie chciało się czekać na zewnątrz, więc wszedł do środka i gdyby patrzył przez szyby (czego nie robił) pewnie miałby ubaw, widząc, jak przez blisko pięć minut rozglądam się, czekając. Ubawu nie miał, za to – dzięki dobrodziejstwu komórek, w końcu się odnaleźliśmy.
Zaraz później na miejsce przytaszczył się Viear, obowiązkowo w skórzanej kurcie (więc było nas już trzech) i lekko niedogolony. Za nim, na długich nogach, kroczył długowłosy komandos w arafatce i stroju moro, z wielkim worem przerzuconym przez ramię. Raf, znaczy. Brat wspomnianego już czarnoskórego.
Jako, że do wyjazdu było jeszcze dużo czasu, zaczęliśmy debatować nad możliwością spożycia czegoś na kształt śniadania. Oczywiście, w McDonald’s. Oczywiście, nie było siły, byśmy z Viearem się nie poprztykali o to, gdzie znajduje się ta ambasada USA. Ja wskazywałem na dolny poziom, on gdzieś na prawo. Jak zwykle też, założyliśmy się o to i zostawiając tamtych dwóch na pastwę bagaży, rzuciliśmy się przed siebie, by udowodnić sobie nawzajem swoje racje. I – jak zwykle – obaj mieliśmy rację. McDonaldsy pyszniły się w obu wytypowanych miejscach. Do 100% chwały brakowało tylko powiewających amerykańskich flag.
Po – znów jak zwykle – chwili mierzenia się wzrokiem i prezentowania jak najbardziej kąśliwego uśmieszku, zdecydowaliśmy się na restaurację bliżej dworca, czyli tą wytypowaną przeze mnie. Kiedy wróciliśmy, do bagaży i reszty naszej małej, fantastycznej, rodzinki i obwieściliśmy im co i jak, z ust Alaka dosłyszeć można było tylko westchnienie ulgi.
W McDonalds przegryźliśmy szybko parę śniadaniowych bułek zawierających nie-mięso, ja przy okazji skorzystałem z Carrefura naprzeciw, kupując parę chińskich zupek. Wszak na konwencie czasem jednak trzeba coś zjeść. Potem kupiliśmy bilety i poczłapaliśmy na peron.
Czas do przyjazdu pociągu upłynął nam na czytaniu programu konwentu. W pewnej chwili podszedł też do nas jakiś człowiek, pytając, czy my aby nie zmierzamy na Dni Fantastyki. ,,To aż tak widać” – zdziwił się Viear. Głupie pytanie. Trzech metali plus komandos, stojący z plecakami i debatujący nad kartkami z wyrysowaną na nich jakąś tabelką, przy okazji głośno co jakiś czas wykrzykujący coś w stylu ,,Ćwiek! Trzeba zakreślić!” albo ,, A tu przerwa na piwo!” czy ,,Jak oni mogli nam dać te dwie prelekcje równocześnie?!”.  Zdziwiłbym się, gdyby ktoś z naszej dalszej lub bliższej ,,rodziny” nas nie rozpoznał. W tym przypadku był to kuzyn od strony brata matki, bo gość interesował się tylko bitewniakami… ale i tak było sympatycznie. A kiedy przyjechał pociąg, on wsiadł i okazało się, że to jednak jeszcze nie nasz (kto wymyślił te cholerne skróty na biletach?) znów zostaliśmy sami. I zaczęliśmy się niepokoić, bo nasza ,,dżdżownica” jeszcze nie nadjeżdżała, a czas był najwyższy.
W końcu pojawił się, ledwo słyszalny, komunikat, że pociąg stoi na peronie… innym. I się zaczęło. Szybkie wrzucanie na siebie plecaków, bieg po schodach, w dół, w górę, i jesteśmy. A pociągu niema. Odjechał.
Z szybkich wyliczeń wyszło, że biegliśmy może z 20-30 sekund.  Doliczyć czas na zakładanie plecaków – minęło może 45 do 60 sekund. W tym czasie pociąg zdążył już przyjechać i odjechać.  A my musieliśmy czekać na następny i pożegnać się z tortem rozpoczynającym oficjalnie Dni Fantastyki.
Ale o tym jak, kiedy i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, oraz to, co z tego wynikło –  w następnym odcinku wakacyjnej gawędy.

Prywatnie tak (2)

Tonight’s the night

Dziś. Noc, cisza i tylko zapach EarlGrey’a mącący spokój.
Dziś jest mój dzień pisania, noc właściwie. Tonight’s the night.  Te nocne godziny, kiedy świat zamiera, dla mnie stają się okazją do wyjścia z klatki.
Zawsze bardziej lubiłem noc i zawszę będę ją lubił. Lepiej mi się myśli, mam czystszy umysł. I wiem, że właśnie dzisiaj i jutro, tej nocy, z niczego powstanie coś.
Patos? A jak inaczej opisać coś tak wspaniałego, jak możliwość kreacji?
Tonighs’s the night, przyjacielu. Śpij dobrze.

I nie ma lepszego dnia, niż ten właśnie, by zawrzeć w paru słowach, prywatnie tak, coś od siebie.

Horyzonty Wyobraźni


Tak jak i rok temu, tak teraz, Qfant – portal i także pismo literackie organizuje ogólnopolski konkurs literacki – Horyzonty Wyobraźni. Co ważne – Enklawa Magii objęła patronat nad tym przedsięwzięciem. Jako redaktor serwisu mam więc obowiązek zachęcić Cię do wzięcia udziału.
Jako zeszłoroczny laureat i zdobywca drugiego miejsca (klik) – tym bardziej.
Czy ja wystartuję? Jeszcze się zastanawiam. Na moim horyzoncie pojawiły się nowe możliwości, nowe drogi do nich prowadzą. Nie wykluczam jednak, że jakiś tekst wyślę. A Ciebie gorąco do tego zachęcam. Warto.


Portal


Nie ukrywam – graczem jestem. Wirtualna rozrywka zawsze dawała mi wytchnienie. Zwłaszcza, jeśli jest to rozrywka trochę bardziej inteligentna i z klimatem.
Taki jest właśnie Portal. Oczarował mnie. Tak, jak w Mirrors Edge – nie stawia się tu na zabijanie kogokolwiek. Tu liczy się myślenie, kombinowanie, a przy okazji gra dostarcza niesamowitej rozrywki.
Twórcy CS-a i Half – Life’a i tym razem postarali się, by ich produkt był świetnej jakości. Bardzo mi się to podoba i bardzo to sobie cenie. Zwłaszcza, jeśli zakończenie zmusza mnie do przesiedzenia przed ekranem napisów końcowych.
Jedna z niewielu gier, do której chętnie powrócę i która na długo zagości w mej pamięci.
Teraz zabieram się z Half-Life 2 – i tutaj też (jak na razie) nie mam zastrzeżeń.

Wiedmolol bul

A skoro już o grach mowa…
Parę dni temu ukazał się pierwszy oficjalny trailer Wiedźmina 2. Ciekawe, bo nie dalej jak dwa tygodnie temu zastanawiałem się odnośnie 2-ki, bałem się, że REDzi ją mogą… spieprzyć.
I, po obejrzeniu trailera, nie jestem pewien, czy produkcja idzie w dobrą stronę. A nawet myślę, że tak nie jest.

Trochę się będę czepiał.
Trailer zrobiono w języku angielskim. Taki ukłon w stronę zachodu, szkoda tylko, że panowie z CDP nie dali nawet polskich podpisów.  Samo to nie byłoby złe… gdyby nie jeden, mały fakt. I nie chodzi mi tu o ,,kitkę” Geralta. Ona jest jeszcze do przecierpienia, choć nie tak dawno jeszcze REDzi zarzekali się, że kita zostanie usunięta.
Bo widzisz, panowie z CDPRED doszli do wniosku, że poprzedni projekt twarzy Geralta był zły, więc trzeba ją poprawić.
I jak postanowili – tak zrobili.

Jak widać białowłosy dostał nową twarz. Jak dla mnie – zupełnie nietrafioną. Martwi mnie to, bo czasu na poprawki jest mało, a ten starszy/młodszy Wiedźmin wygląda bardziej jak Książę z Bajki, ze Shreka, niż cyniczny, twardy Geralt którego polubiłem. Powiedziałbym nawet, że tutaj mamy pierwszego na świecie Wiedźmina metroseksualnego. W dodatku chyba ostatnio przeszedł operację ust, bo mu się tak seksownie uwydatniły…
Prosty przepis na ,,Epic Hero” kultury zachodu. Geralt podbije serca nastolatek, w nowej odsłonie ,,Zmierzchu”…
Tak, jestem wkurzony. Bo nawet, jeśli fabuła i świat gry będą świetne, nawet, jeśli zachowana zostanie taka ,,swojskość”, jaka zapamiętałem z jedynki, to i tak zawsze liczą się detale.
To tak, jak z promami kosmicznymi. Jest taki prom – wspaniała maszyna, szczyt technologii. Startuje. Nawala mała, prawie nic nie znacząca uszczelka… z promu zostaje chmura złomu. Detal, rzekłbyś. A jednak może decydować o całości.
Miejmy nadzieję, że REDzi się opamiętają i przestaną zmieniać wszystko na lepsze, bo to zawsze kończy się tragicznie.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén