Kategoria: Muzyka (Page 1 of 3)

Dwa spotkania autorskie i inne rzeczy

Pamiętacie, co oznacza to, że Stonawski milczy? Oznacza to, że coś szykuje. No i dzieje się – w  związku z premierą „Mapy Cieni” zapraszam Was na spotkania autorskie ze mną i z resztą ekipy książki. Pierwsze dwa (acz nie ostatnie) odbędą się już niebawem w Krakowie i Oświęcimiu! Ponadto zapraszam na inne wydarzenia, w których maczam w ten czy inny sposób swe paluchy. 

Krakowskie odbywać się będzie w Artetece Wojwódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, 19 maja o 18:00. Więcej na facebookowym wydarzeniu pod tym linkiem: https://web.facebook.com/events/205412313309984/

Mapa Cieni spotkanie arteteka

Oświęcimskie spotkanie z kolei odbędzie się 24 maja o 18:00 w Auli Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu. A tutaj jest plakat:

Mapa Cieni - spotkanie Oświęcim

Czy to wszystko? Jasne, że nie!

27 maja będzie można łapać na stopa… nasz statek! Galar wiślany, który jest tak naprawdę historycznym okrętem wojennym. O co chodzi? Kliknijcie tu: https://web.facebook.com/events/1358442490875970/

Galar

Dość? Ani trochę! Od 16 czerwca trwał będzie (także na galarze) festiwal na falach – bezprecedensowe wydarzenie kulturalne, ale tutaj na szczegóły musicie jeszcze poczekać.

Póki co klikajcie tutaj: https://web.facebook.com/KrakowskiFestiwalNaFalach/ 

Radio Stonawski

Nie, nie. Nie zakładam radia, choć być może będziesz mnie mógł kiedyś usłyszeć na antenie… ale sza, póki co. Ja nie o tym miałem.

Mamy piękny ranek, przepracowana noc za mną (za mało, ciągle za mało) a przede mną jeszcze parę godzin mniejszej, lub większej pracy. Nie wiem, jak Ty, ale ja bardzo lubię posłuchać sobie przy różnych zajęciach muzyki. Często szukam, nie wystarcza mi jeden schemat (no chyba, że chodzi o pisanie beletrystyki. Tylko soundtrack z „Solaris” jest w stanie mnie odpowiednio nastroić). Kto szuka, ten znajdzie – mawia stare porzekadło. Ma rację. Niemniej, w Internecie sprawa ślepych poszukiwań wygląda jak macanie na oślep w ciemnym pokoju wypełnionym Swingersami – raz trafisz dobrze, innym razem to coś pod dłonią na pewno nie będzie tym, czego szukałeś. A czasem po prostu czeka cię zaskoczenie.

Takie właśnie, mniejsze lub większe moje „zaskoczenia” chciałbym Ci teraz pokazać. I bez obaw, nie ma to nic wspólnego z Swingersami :)

Muzyka nie jedno ma imię, nie jeden raz może zaskoczyć. Najlepszym przykładem zaskoczenia będzie film przedstawiający… zaskoczenie właśnie. A było to tak:
Michael Buble, znany większości kanadyjski wokalista został poproszony przez matkę 15-letniego chłopaka o to, by zaśpiewali razem. On i ten młody człowiek. A czemu? Bo urodziny. Buble był na tyle wyluzowany, że zgodził się, chcąc przy okazji lekko pożartować.

I to by było na tyle jego udziału. Bowiem ten młody chłopak śpiewając „Feeling Good” po prostu powalił publikę. A poza tym… „Feeling Good”? Mmmm…!

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=4R4vWhVL_YM&feature=share&list=LLOtE1DzlvbaTi5jI6QxqAww[/youtube]

Innym przykładem na naprawdę niesamowity głos będzie Sir Christopher Lee, czyli po prostu Chrabia Dooku. Saruman. Dracula. Kardynał Wyszyński. I jeszcze około 200 innych postaci, które zdążył zagrać w swoim ponad 90-letnim życiu, a prócz tego chyba jedyny członek obsady „Władcy Pierścieni” który spotkał samego Tolkiena oraz znakomity wokalista metalowy.

Sir Lee, najbardziej zajebisty aktor we wszechświecie. A poniżej próbka tego, co potrafi:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HvkbLAFkIJ0[/youtube]

Koniec epickości. Następnym, co Radio Stonawski nada, będzie chłopiec walący rękami w pralkę.
A że to internet, więcej mówić chyba nie muszę.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=_viuM_sEOOU[/youtube]

Gotów na jeszcze większe zaskoczenie? Dobrze, bo teraz czas na Dodę, którą w tym jednym kawałku wyjątkowo nazwę (z ukłonem) – Dorotą Rabczewską, tak, jak powinna być prezentowana ze swoim głosem. Doda? Nic ciekawego. Ale wysłuchaj proszę Doroty.
Dorota to ma głos. Szkoda, że Doda go tak marnuje.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=1k7E2QQ0mww[/youtube]

Głos ma też Włoski wokalista, Giuseppe Povia. Ma też tupet i przekorę, wypuszczając piosenkę, którą większość okrzyknie „Anty homo”, a która, jeśli tylko umiesz myśleć, okazuje się opisem głębokiej, dramatycznej historii… ani trochę anty homo.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=TWHCfh5XRmY[/youtube]

Możesz słuchać muzyki, jakiej chcesz, możesz tworzyć, jaka chcesz i z dowolnym przesłaniem. Na tym polega jej piękno, a kto je pojmie w pełni będzie zdolny otwierać ludzkie serca i bawić się duszami.

Ważne tylko, by nigdy nie skończyć w taki sposób:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ddSGvnj9LaA[/youtube]

Dziękuję, kończymy nadawanie.

Szyszki pod Choinką

Każdy, kto siedzi w środowisku rockowo/metalowo/punkowym wie, co to Szyszki. Ręcznie robione glany sławne w całej Polsce (jeśli nie europie). Zamówiłem, odebrałem, jestem niesamowicie zadowolony.

Dobre buty dla wędrowca? Już pisałem, że jest to skarb. A tu mam buty najlepsze, zrobione dokładnie w pięć dni. Za co ukłony dla całej Szyszkowej ekipy!

Ale. Ale przy okazji, jak to ja, głębiej (czy też uważniej po prostu) przyjrzałem się  całej otoczce. Nie, żebym nie znał historii Szyszek, choć bardziej ze słyszenia, niż z tekstu, czy filmu.

Glany, podobnie jak polskie książki  czy inne produkty, mają problem. Jako buty – bądź co bądź – niszowe, Szyszki są niszą w niszy. Raz, że Polskie, dwa, że jest to but ręcznie robiony. Ruch w interesie jest więc przed świętami, a reszta roku to posucha, przerywana co jakiś czas okresem deszczy.

Nie jestem pewien, czy miałbym coś dodać. Bo są rzeczy, które trzeba samemu doświadczyć… dlatego zapraszam do obejrzenia filmu o Szyszkach – „The Boot Factory”.
To film dokumentalny, świetnie przedstawiający polską rzeczywistość. Twardą, ciężką,  szarą, ale  w pewien sposób urzekającą, klimatyczną.
Tylko dlaczego tak bardzo kojarzy mi się z klimatem wpisów „Tydzień z głowy” Łukasza Orbitowskiego?

Film dostępny jest TUTAJ

A tu strona Szyszek. 

I tak doszedłem do drugiego tematu. Widzisz, święta się zbliżają, a co za tym idzie więcej wolnego czasu. Dlatego zapraszam Cię serdecznie do pobrania antologii e-book „O, choinka” zawierającej moje opowiadanie „Najcenniejszy Prezent”.

Antologia jest oczywiście darmowa. Przejdziesz do niej przez tą stronę

I to wszystko na dziś.
No, może oprócz tych, którzy zasubskrybowali bloga. Do nich niedługo dotrą następne „Wieści Literackie” :)

Komercja czy artyzm? cz.1 – Polski rynek

Pisząc mały felieton „Rzemieślnik czy Artysta” nie spodziewałem się, wyjdzie z tego dyskusja na około trzysta komentarzy i 200 „lajków”. Oczywiście, próżno ich szukać pod wpisem, w dobie FB większość spraw załatwia się tam, nad czym ubolewam, bo wnioski z samej dyskusji znikną gdzieś w otchłani „osi czasu”. Cóż, taki chyba los informacji w internecie.

Banalny temat jakim jest spór „Rzemieślnik Vs. Artysta” wyewoluował szybko w poważną (czasami) dyskusję literacką toczącą się na wielu frontach. Było o Zajdlu, o komercji, marketingu, piciu piwa na konwentach… Konrad Lewandowski perorował, jakoby Kuba Ćwiek był słabym rzemieślnikiem i tak dalej. Szybko pojawiła się też sugestia, bym napisał felieton niejako podsumowując całą dyskusję. To piszę.

Zanim jednak przejdę do głównego tematu, muszę zacząć od nakreślenia sytuacji na polskim rynku książki. Sytuacji złej, o czym się mówi… nie sądze też, bym potrafił tutaj cały temat przedstawić dogłębnie, gdyż o tym można by napisać przynajmniej jedną książkę.

Bo ludzie nie czytają!

O przyczynie słabej sprzedaży książek polskich autorów zacząłem myśleć już dawno. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy była banalna – polska książka się nie sprzedaje, bo ludzie nie czytają! Odkryłem Amerykę.
Prawda, jest duża część społeczeństwa, która książek nie lubi. A to dlatego, że nikt im książki nie pokazał, a to przeciwnie – w szkole wręcz im je wciskano do gardeł i teraz żadnej nie przełkną. Albo po prostu czytać nie lubią. I już. Za to kochają posłuchać sobie Mozarta, znajdują pasję gdzie indziej i nikt ich za to potępiać nie może.

Tymczasem wśród tych, którzy książek nie kupują i prawie nie czytają jest też grupa ludzi, którzy po prostu tego robić nie mogą. Sytacja finansowa wielu ludzi (także i w mojej rodzinie) jest taka, że stają przed oczywistym wyborem – dobro wyższe a chleb. I nie sądzę, by było wielu takich ciężkich zapaleńców, którzy przez cały dzień nie będą jesć, bo kupili sobie stare wydanie Davida Copperfield’a Karola Dickens’a. Poza tym – kiedy by mieli czytać? Cały dzień w biurze, odebrać dziecko z przedszkola, zrobić obiad, a wreszcie, kiedy wieczorem zostaje może godzina czasu są już zbyt zmęczeni – kładą się spać. Proza życia, banał, jak pewnie powiedziałby Konrad Lewandowski.

Nas jednak bardzoej interesują przecież ludzie, którzy czytają, lubią to robić i znajdują czas choćby na tą jedną książkę w tygodniu. Tutaj największą zorganizowaną grupą jest chyba polski fandom.

Problem e-booków.

To, czy dla książek e-książka jest problemem jest kwestią zupełnie odrębną, bo czym jest zmiana nośnika, jeśli interesuje nas treść? Osobiście sam wydawałem i będę wydawał także elektronicznie, byłoby to więc niewskazane z mojej strony, bym mówił o e-książce w złym kontekście. Niemniej, bardzo lubię czuć w ręce ciężar powieści i wąchać zapach starego papieru i druku. Nie sądzę, by pomogły mi w tym perfumy imitujące zapach książki, którymi można sobie spryskać swojego Kindla. E-booki są jednak bardzo wygodną rzeczą w podróży, wolę miec przy sobie jedno urządzenie z paroma tysiącami pozycji niż wielgachną torbę z 50 egzemplarzami książek, które łatwo mogą się w drodze zniszczyć i nie wiadomo, czy na urlopie mi ich nie braknie.

Wreszcie naświetlić można sprawę najważniejszą, jeśli chodzi o e-książkę, jaką jest piractwo. O ile bardzo trudno spiracić książkę papierową, o tyle wymiana plików elektronicznych między użytkownikami jest już bardzo łatwa. Jakkolwiek by nie były zabezpieczone. Książka spiracona nie przynosi pieniędzy. Wydawnictwo bez pieniędzy nie istnieje, a autor umiera z głodu albo idzie do pracy i nie ma czasu pisać. I choć to ekstrema, wszyscy wiemy o co chodzi.

Póki co jednak książka wciąż dzielnie się broni i nie wygląda, by miała upaść pod jażmem elektroniki.

Gdzie ci polscy autorzy?

Wreszcie docieram do sprawy która mnie osobiście wydaje się najważniejszą. Myślę, że zacznę od anegdoty:

Prowadziłem całkiem niedawno pogadankę będącą też moim spotkaniem autorskim w bibliotece we wsi koło Żywca (już dawno nie widzialem tak żywej i pełnej osób biblioteki!). Zapytałem się przybyłych osób, jakich kojażą autorów grozy. King! Ktoś wypalił. Niepewnie coś przebąknięto o Mastertonie ityle.  Ani słówka o polskich autorach.

Choć problem nie dotyczy tylko literackiego horroru, jest tutaj najlepiej widoczny. Polskich autorów, szczególnie tych młodszych po prostu nie ma. Nie istnieją. Jeśli już goszczą na półkach księgarń, to gdzieś przy poziomie podłogi, trzeba sie prawie położyć, by na nich trafić. Czasem jest to jeden, czasem pięc egzemplarzy. Oczywiście, można łatwo udowodnić, że polscy pisarze są dostępni w księgarniach. Wystarczy wejść do byle empiku i cyknąć fotkę półce (napisałem tutaj „bułce” – babol tak śmieszny, że go podkreślę ^^) z fantastyką. Jednak są to w zasadzie ciągle te same nazwiska. A nowa krew? Ta, która cały czas powinna napływac, ożywiac rynek i go powiększać? Nowa krew czasem coś usiłuje wydać ale głównie musi zarabiać na utrzymanie, bo do pisania to muszą często jeszcze z własnej kieszeni dokładać.

Czy to znaczy, że polscy autorzy piszą źle? Nie. Obecnemu stanowi rynku winne jest podejście do sprzedaży (które w głównej mierze ukształtował niestety empik), w którym książka stała się zwykłym szarym produktem. I o ile książka produktem istotnie jest, to trudno porównywać ją przecież z gwoździami czy kafelkami, prawda?

W naszej post-komunistycznej rzeczywistości natomiast ugrało się, że to, co zachodnie jest „lepsze”. O ile te piekne, błyszczące rzeczy istotnie były lepsze z PRL-u, tak teraz sami już jesteśmy bardzo „zachodni”, nasz rynek jest bogaty, ale stare trendy pozostały. Dochodzi więc do sytuacji w której książki zagraniczne to to, co polski czytelnik uwielbia. Istotnie, jest przecież za granicą dużo świetnych autorów. Polski czytelnik niestety nie jest jednak świadomy, że i w polsce jest takich autorów całe multum.

Postawmy się w roli wydawnictwa. Jeśli jest książka zagraniczna, którą łatwo wypromować, sprzedać i – co za tym idzie – zarobić, to po co inwestować w książkę polską, skoro istnieje groźba, że nikt jej nie kupi? Takie myślenie skutkuje w następujący sposób:

1. Istnieje tylko parę znanych nazwisk polskich pisarzy, którzy się przebili.
2. O nowych polskich pisarzach nikt nie wie.
3. Wydać książkę u nas jest młodym trudniej, niż gdziekolwiek indziej.
4. Nawet, jeśli zostaniesz wydany, wydawnictwo nie zainwestuje w ciebie zbyt wiele pieniędzy, o książce mało kto usłyszy, o tobie tyle samo osób. Twoja dalsza „kariera” stanie pod znakiem zapytania.
5. W księgarniach pierwsze pozycje zajmują ukochane przez czytelników (którym brak zdecydowanej alternatywy) książki zagraniczne, często typu „Zmierzch” krztałtujące ich gust.

Ponieważ znacznie lepiej jest wydać wypromowaną już na świecie powieść, niż nikomu nieznanego pisarza, a wydawnictwa groszem nie śmierdzą, mamy do czynienia z szerokim otwarciem polskiego rynku książki na pozycje zagraniczne. A to z kolei prowadzi do czystego absurdu:

Polski rynek książki szeroko otwarty jest na książki zagraniczne i zamyka się na książki polskich autorów, zaś zagraniczne rynku promują swoich autorów i zamykają się na naszych twierdząc, że przecież mają już swoich.

Rynek jest więc komercyjny i nastawiony tylko i wyłącznie na zysk. I jest to jak najbardziej w kapitaliźmie prawidłowe, szkoda tylko, że w polsce skutkuje to systematycznym niszczeniem polskiej kultury słowa.

I tu dochodzimy do głównego tematu, czyli wyboru (a może nie?) między komercją a artyzmem.
Już jutro będzie więcej o tym, czemu Kuba Ćwiek jest według Konrada Lewandowskiego nastawionym na zysk słabym rzemieslnikiem, co ma z tym wspólnego Fabryka Słów i Fabryczni autorzy, a także czy nagroda im. Janusza A. Zajdla dalej ma sens. I jeszcze więcej, a wszystko zawierające się w pytaniu „Komercja czy artyzm”, czyli pokłosie dyskusji na FB.
Zapraszam jutro :)

Wieści Literackie? Można, a nawet trzeba :)

Czym są „Wieści Literackie”? Poza opisami na blogu niewiele o nich wiedzą ci, którzy jeszcze nie zdecydowali się na bezpłatną „prenumeratę” w postaci subskrybcji.

Tymczasem sprawa jest prosta – po zapisaniu się, wystarczy przeczytać krótki tekst, a następnie czekać, aż automat wyśle na Waszego maila tekst utrzymany w konwencji RPG. Mozna go przeczytać, albo od razu kliknąć link potwierdzający. To bardzo ważne, wiele osób tego nie zrobiło i dlatego WL do nich nie docierają.

No dobrze. Tyle, jeśli chodzi o część teoretyczną. Dziś rano udało mi się wysłać numer 5 tej mojej gazetki, tymczasem zaprezentuję Wam – dla zachęty – jak wyglądał numer pierwszy.
No i, zachęcam do klikania :)

………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Kraków, 8 maja 2012

Drogi Czytelniku!

Minęło już trochę czasu, odkąd zacząłem nosić się z zamiarem stworzenia czegoś takiego, jak „Wieści literackie”. Wreszcie ten pomysł zyskał ciało. Wirtualneale jednak ciało.
Czytając, szybko się zorientujesz, że WL nie są tylko tym, co jest napisane w tytule. Jest to zbiór ciekawych linków, być może także spostrzeżeń, który w moim zamyśle ma dojrzewać i zyskiwać ciągle nową graficzną formę .

Przeglądając sieć znalazłem bardzo ciekawy wywiad z Michałem Witkowskim, zdobywcą trzeciego miejsca w plebiscycie Gazety Wyborczej na najlepszego Polskiego pisarza przed czterdziestką… choć GW w zasadzie pominęła w swoich poszukiwaniach pisarzy fantastycznych wyróżniając z nich tylko Jacka Dukaja (dobre i to), to wywiad jak i sam autor są warci by poświęcić im chociaż chwilę.

Inne zgoła podejście do Fandomu ogólnie ma już Gazeta Polska. Tu przeczytać można nawet artykuł o konwencie Pyrkon w Poznaniu (na którym i ja byłem). Co prawda autor tekstu ma dziwne życzenia, jak na przykład by na konwencie było więcej religii i Jezusa (przypominam, że Fandom dlatego jest równy, że wyznania, religie, poglądy są traktowane jednako – znaczy, w ogóle nie są. Liczy się Fantastyka, a każdy z nas jest wobec niej równy… reszta jest kwestią indywidualną)… ale i tak miło jest przeczytać tego typu tekst.

Tymczasem miło mi zawiadomić, że rusza druga edycja „Halloween”. Pamiętasz tego e-booka? Wiele zdziałał ostatnio w świecie.
Druga edycja jest szczególna, gdyż także i Ty możesz wziąć w niej udział. Będę o tym jeszcze pisał w następnym wpisie… ale jako subskrybent, masz dostęp jako pierwszy do tego typu informacji, więc łap.
Być może zobaczymy się w spisie treści? :)

Pojadę trochę z prywatą. Na blogu literackim „Gryzipiórek” ukazał się ze mną wywiad. Ach, nawet ma już za sobą pewną burzę… haters gonna hate, jak to mówią.

Na koniec zostawiam coś wesołego. Jest to film o przygodach małej sondy Voyager, którą chyba każdy kojarzy… sympatyczna animacja z naprawdę OGROMNĄ ilością nawiązań do filmowej części Sf.

A już na sam koniecodstresowywacz. Mała niespodzianka :)

Mam nadzieję, że zdrowie dopisuje. Widzimy się już niedługo, czy to na blogu, facebooku, WL czy… gdzieś indziej.

Pozdrawiam Cię serdecznie,

Michał Stonawski

To co, widzimy się na Krakonie?

Już jutro startujemy. A w sobotę najbardziej oczekiwany Blok Horroru i Sensacji, a wystąpią u mnie:

  • Krzystof Billiński, który opowie o książce okultystycznej
  • Michał Gacek zaprezentuje swoją powieść „Endemia”
  • Łukasz Śmigiel pokaże jak popełnić zbrodnie niemal doskonałą
  • Robert Cichowlas podpowie, jak zainteresować swoją osobą wydawcę (Tam będę na pewno :))
  • Krzysztof Maciejewski przybliży wszystkim wspaniały podgatunek horroru, jakim jest Bizarro (Jeśli spodobały Ci się „Owoce wiosny”, wiesz, gdzie masz przyjść :))
  • Krzysztof T. Dąbrowski przebiegnie maraton po drabblach 
  • Krzysztof Piskorski i Paweł Paliński poprowadzą w głąb grozy miejskiej
  • Ramsey Campbell… będzie straszył :)
  • Kazimierz Kyrcz i Dawid Kain opowiedzą o horrorze ekstremalnym (będzie ostro!)
  • Wydawnictwo Sine Qua Non ogłosi konkurs (łaaadne książeczki mają)
  • Zaś na koniec ja, Krzysztof Maciejewski, Kazimierz Kyrcz, Robert Cichowlas, Dawid Kain, Krzysztof T. Dąbrowski i Michał Gacek postaramy się wszystkich postraszyć swoimi opowieściami :)

Zaś…. na sam koniec, przez całą Sobotnią noc będziemy pić, jeść i biesiadować z wyżej wspomnianymi autorami, oraz innymi oraz uczestnikami przy wielkich kamiennych grillach na AGH.

Niech poleje się krew :)

a TUTAJ cały program.

 

Pojedynek – film, który zawsze warto oglądnąć.

Dawno już nie pisałem notki blogowej w Wordzie. Niestety, tu gdzie jestem sieć poszła się… huśtać, powiedzmy, więc jest to konieczność.

Dziś chciałbym opowiedzieć Ci o filmie, który zaraz po obejrzeniu (a oglądałem go w sumie dwa razy) trafił do ścisłej czołówki mojego TOP, zaraz obok „Into The Wild” (Jak zawsze numeru jeden) i „Fight Club”.

„Sleuth” jest filmem zupełnie innym, niż większość. Przed wszystkim poprzez wyjątkowo małą ilość aktorów obecnych na planie. Zresztą, już patrząc na obsadę, można stwierdzić, że widza czeka znakomita uczta dla oczu (i nie tylko).

W główną rolę, arcybogatego, ekscentrycznego pisarza kryminałów Andrew Wyke’a wciela się znany i lubiany (w tej chwili głównie za sprawą Batmana Christophera Nolana) Michael Caine. Nawiasem mówiąc jeden z moich ulubionych aktorów kinowych.

Fabuła filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy młody mężczyzna, Milo Tindle, przybywa do dworu ekstrawaganckiego pisarza. Jak się okazuje, on i żona pana Wyke są kochankami, teraz pragnącymi się pobrać. Jedyną przeszkodą jest właśnie Wyke, nie zamierzający dać żonie rozwodu.
Tindle nalega. Wreszcie pisarz przystaję na propozycje, nawet dorzucając pewien… wartościowy bonus. Jedynym warunkiem jest podjęcie przez kochanka żony wyzwania, czy też swoistej gry…

Proste, prawda?

Owszem. Sama fabuła, choć intrygująca, nie była by jednak wystarczająca, by film został tak wysoko przeze mnie oceniony. Tym, co zagwarantowało mu sukces w moim rankingu była, czy też jest nawet, absolutnie wspaniała gra aktorska połączona z fenomenalnymi dialogami.
A to wszystko złączone z nastrojową muzyką Patricka Doyle. Warto zaznaczyć, że na YouTube, mimo 35 tyś. odsłon soundtrack ten nie uzyskał żadnego głosu negatywnego.

W rzeczy samej – jest czego posłuchać.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=nrTkxmDLUZY[/youtube]

„Sleuth”, po naszemu zatytułowany jako „Pojedynek” jest jak kompozycja wyżej wymienionego twórcy – wszystko tutaj gra w odpowiedni sposób. Osobiście spijałem każde słowo z ust aktorów, cały film albo siedząc w napięciu, albo wybuchając nagłym śmiechem, w zasadzie bez powodu. No, prawie.

Ciekawostką może być to, iż „Sleuth” z 2007 roku jest tak naprawdę remake’iem filmu o tej samej nazwie z roku 1972, także bardzo dobrego, jeśli chodzi o wykonanie, choć dla mnie to remake właśnie zasłużył na oklaski.
Nie zapominajmy też, że samo dzieło powstało na podstawie sztuki Anthony’ego Shaffer’a, co znacznie wpływa na jej odbiór.

W rzeczy samej, „Sleuth” ogląda się jak teatralną sztukę.
Sztukę, do której warto wrócić, by odkryć nowe podteksty, dna i smaczki. Są tam, zaręczam!

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=eDrdGPhs7vg[/youtube]

Krakon się zbliża…!

Lato w pełni. Pisanie też. Nie spałem od… wielu godzin. Piszę. To okrutne, co człowiek potrafi robić ze swoim organizmem dla pasji.
Ale do rzeczy. Może najpierw notka zgodna z nazwą bloga?

Na głównej stronie Krakonu 2012 pojawił się news o nowych gościach. I już teraz mogę zacytować, co następuje:

Stonawski Michał – najmłodszy z naszych autorów i jednocześnie współorganizator Festiwalu Krakon, który w swoim dorobku ma publikacje w takich antologiach jak 31.10: Halloween po polsku, City 2, Horyzonty Wyobraźni 2010, czy O, choinka: Czyli jak przetrwać święta. Jest twórcą opowiadań: Wyrok, Zabawa, Lalka, Mężczyzna z teczką, Jego Wola, Magiczne Słówka, Nagroda, Najcenniejszy prezent, a także Epilog.

A jako, że organizuję w sobotę, 11 sierpnia blok horroru i sensacji, można spodziewać się z mojej strony takich gości jak:

(zaczynamy z grubej rury):

  • Ramsey Campbell
  • Dawid Kain
  • Kazimierz Kyrcz Jr.
  • Konrad Staszewski
  • Katarzyna Szewczyk
  • Jacek Skowroński
  • Robert Cichowlas
  • Krzysztof Dąbrowski
  • Michał Gacek
  • Krzysztof Maciejewski

A wieczorem, razem ze wszystkimi autorami Krakonu (podanymi zaraz pod wpisem… chyba wszystkimi? Nie, jeszcze nie :>) wielkie grillowanie. Piwo, piwo, piwo, może jakieś kiełbaski.
No, wakacje, po prostu :)
Ze swojej strony obiecuję naprawdę horrorowy dzień sobotni, kryminalny dzień sobotni i szaloną sobotnio-niedzielą zabawę.

A oto lista autorów już ujawnionych, którzy zjawią się na Krakonie:

Tomasz Bochiński, Paweł Ciećwierz, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr., Robert Cichowlas, Paweł Paliński, Ramsey Campbell, Michał Stonawski, Krzysztof Piskorski, Konrad Staszewski, Katarzyna Szewczyk, Robert Szmidt, Piotr Rogoża, Jarosław Urbaniuk, Marcin Zwierzchowski, Marcin Przybyłek, Krzysztof Dąbrowski, Dariusz Domagalski, Michał Gacek, Krzysztof Maciejewski, Jacek Skowroński, Sebastian Uznański.

Kłaniam się, piórkiem ziemię zamiatam i zapraszam serdecznie, groźnie i morderczo :>

Polska koko, już nie spoko

Ależ się posypały gromy! Wybór „Koko euro spoko” na hymn naszej reprezentacji (przypominam, że hymnem całego Euro 2012 jest wciśnięty nie wiadomo skąd i dlaczego Endless Summer) podziałał wręcz elektryzująco na większość Polaków.
Na mnie też.

Kibicem nie jestem, a z piłką mam tyle do czynienia, co w szkole kopałem na WF-ie. Krótko – nie mój cyrk i nie moje małpy. Zawsze jednak podziwiałem w tym wszystkim atmosferę. Coś sprawia, że w tych naszych polskich kibicach pojawia się jedność, czy to w obrębie klubu, czy też całego kraju. Miło się patrzy na zdjęcia z biało-czerwonymi trybunami. Bo to oznacza, że wciąż jesteśmy jednym narodem.
Już samo to świadczy o poczuciu polskości, patriotyzmie i wspólnej sile. I wtedy z głośników, na cały świat wybucha „koko euro spoko”…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=MIsX5Rh1ktE[/youtube]

Jest to swoista wizytówka (jedna z paru) Polski na Euro 2012. Nie mam nic do folkloru, wsi i wiejskich potańcówek, ale tą piosenką dajemy światu znać, że tak ma właśnie nas postrzegać.
I – co uważam za najbardziej oburzające w tym wszystkim – robimy to sami, bez przymusu i z uśmiechem na ustach.
Pomijając oczywiste skojarzenia z wiejską potańcówką, tekst „koko euro spoko” jest nie tyle mało skomplikowany, co po prostu głupi. Zresztą, sam tytuł mnie przeraża. Sens ma tylko słowo „euro”. Reszta do pomieszanie mowy pseudo młodzieżowej i… imitacji dźwięków wydawanych przez kurę? Bo nie mam pojęcia, co to by jeszcze mogło być.
Całość wygląda jak połączenie łomotu techno, muzyki zespołu ludowego i tekstu ułożonego przez jakiegoś dziesięciolatka w piaskownicy.
Na obronę można tylko powiedzieć, że muzyka jest skoczna a wykonawczynie bardzo pozytywne (serio. Te starsze panie zasługują na szacunek). Gdyby zaśpiewały na festynie, przyklasnąłbym i majdał nogami do taktu.
Ale „koko euro spoko”jako utwór polskiej reprezentacji z okazji Euro 2012 nie pasuje ani trochę.

Rodzi się pytanie, dlaczego „koko euro spoko” wygrało w konkursie sms-owym? Jednym z wytłumaczeń jest, że w czasie głosowania prawie nikt nie siedział w domu przed telewizorem. Możliwe, sam w tym czasie prawdopodobnie zdzierałem sobie kostur o jeden z traktów…
Drugie z rozwiązań jest jednak o wiele bardziej prawdopodobne; na tle wystawionych propozycji babcie z Jarzębiny wypadły żywo, sympatycznie i oryginalnie.

Problem pozostał. Mamy w naszym kraju tylu wspaniałych twórców, a na euro został wybrany kawałek mówiący obcokrajowcom, że jesteśmy rolnikami i znamy się nie na kopaniu piłki a ziemniaków?
Trochę kłóci mi się to z dumą narodową.

Utwór na Euro 2012 powinien być pieśnią zagrzewającą do boju, wzmacniającą poczucie braterstwa i polskości. Coś, przy czym chce się śpiewać pełnym gardłem, z dumą mówiąc o sobie „jestem Polakiem”.

Postanowiłem znaleźć taki utwór. Nieskomplikowany, a oddziaływający na emocje, odwołujący się do symboli narodowych i… dumny. Tak, jak orzeł, którego mamy w godle.
Trwało to może dwadzieścia sekund.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kqwg9cV9wOs&feature=colike[/youtube]

Dalej więc pytam sam siebie – w czym problem?

I dostaję odpowiedź – ponieważ zapomnieliśmy, że naszym godłem nie jest kura, a dumny orzeł.
Zapomnieliśmy, co to znaczy.

Koniec tego!

 

Postanowiłem kończyć z pisaniem. Recenzje, felietony, opowiadania, książki – to nie dla mnie. Nawet ten mój blog.

Wczoraj, kiedy włączyłem u moich dziadków telewizor, dostałem objawienia. Oglądając parę serwisów informacyjnych udało mi się odnaleźć Prawdę o życiu, kosmosie i Kobietach, zaś prawdziwej intelektualnej rozrywki dostarczyły mi… programy rozrywkowe! Tak!
Telewizja okazała się tym, czemu chcę poświęcić życie.

Być może kiedyś podejmę nawet pracę przy tym intelektualnym źródle, póki co kończę, zbyt wiele bowiem czasu przeznaczam na wszystko inne. Muszę ograniczyć czytanie do napisów końcowych po filmach.

Dlatego odchodzę, nie będę więcej niczego publikował.

Niech Was dioda chroni.

Lets do this!

 

Sezon uważam za rozpoczęty. Na konwenty, oczywiście. Już w piątek – Pyrkon. W tym roku od tego się zacznie, wiecie – Achaja, tego nie można przegapić. A poza tym naprawdę świetny program. Stęskniłem się, muszę przyznać. Te parę miesięcy posuchy od ostatniego Falkonu zrobiły swoje. W dodatku – jak się niektórzy zorientowali – Facebooku poczynił pustki w fandomie. Innymi słowy – fora ledwo przędą, serwisy ciężko dyszą. Co nie jest fajne, bo młodzi nie mają gdzie się „zawiązać” z fandomową bracią (chyba, że przełamią strach i pojadą na konwent) skutkiem czego słyszę potem jak prowadzący spotkania zwracają się do pisarzy per „Pan”, a za nimi w ślad także i niektórzy konwentowicze (piję do Falkonu). Nie wiem, tetrykiem nie jestem, powiedziałbym, że fandomowo co dopiero osiągnąłem pełnoletność, ale nawet ja wiem, że powiedzieć do fantasty „Pan” jest czystym go obrażaniem. Zresztą, całą sprawę wytłumaczył całkiem dobrze Kuba Ćwiek na… Euroconie? Chyba tak. Poczekajcie, znajdę ten wywiad…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=VXU8t4SO_y4[/youtube]

Proszę bardzo. Akcja tak naprawdę od 5:35, ale polecam całość.

Ale, ale. Odchodzę od tematu – Sezon otwarty. Na dziś dzień wiem na pewno, że pojawię się na:

 

  • Pyrkonie
  • Fantazjadzie
  • Polconie
  • Grojkonie
  • Falkonie

Do tego dojdą pewnie Krakon (o ile będzie), inne Krakowskie konwenciki i… na pewno trafi się coś niespodziewanego. Jeśli będzie coś ze mną (jak w zeszłym roku) będę informował.

Tymczasem zapraszam wszystkich do czynnego udziału w konwentach. Ostatnio słyszałem, że zaczyna się katolicka nagonka (póki co na mangowe, ale jednak) na nie, więc nic nie wiadomo… jeden z conów się już nie odbył, gdyż dyrektor placówki uwierzył pewnym dwóm paniom psycholog zapewniających kuratorium o zbereźnych, niesmacznych i szatańskich akcjach mangowych…

Jak umilić sobie zimę

 

Wiatr i mróz smagają świat za oknami. Stare okna przepuszczają chłód, piecyki ledwo dyszą. Nawet mój kaflowy, który – dzięki swoim umiejętnościom – zwie się Mefisto, ciągnie na ostatnich grzałkach. Kiedy wyglądam na ulice, na termometrze kreska opada na -16 stopni. W środku miasta.
Nie, żeby mi to przeszkadzało.

Ten czas jest idealny na książkę. Dobrą powieść, którą odkładałeś już zbyt długo – bo praca, bo szkoła, bo studia, bo obowiązki. Nie. Jest środek zimy – tej dobrej, z mrozem i śniegiem (choć tego jak na lekarstwo niestety). Ogrzać nas może słowo i odpowiedni nastrój.

Proponuję Ci dwie drogi – jedną jest ogień, drugą woda. Każda prowadzi do miejsca, w którym się zrelaksujesz. To, co Ci bardziej pasuje, to już Twoja sprawa, prawda?

 

Osobiście preferuję wodę, więc… na niej skończymy. Ogień. Ciepły, ujarzmiony, pachnący drewnem i dymem. Jeśli nie masz kominka, oferuję Ci namiastkę (jeśli masz, to co, u ciężkiej cholery tu jeszcze robisz?!)… wystarczającą do odpowiedniego nastroju.

Po pierwsze włącz sobie to wideo, zapętl na jakiejś playliście YT ( osobiście robię osobną, z dwoma tymi samymi nagraniami i daję opcję zapętlenia) i włącz pełny ekran.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw&feature=related[/youtube]

To samo zrób z tym plikiem:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

A teraz książka, łóżko lub fotel, kołdra i… nie czytaj już dalej. Po prostu baw się dobrze.

 

A teraz – jeśli wybrałeś wodę (masz u mnie wielkiego plusa), proponuję Ci tą stronę:

www.rainymood.com

I dobrze Ci już znany plik, który zapętlasz:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

 

I tyle. Jeśli nie masz już uśmiechu na twarzy, to jestem bardzo zdziwiony. Masz? No to…co Ty tu jeszcze robisz?
Miłej zabawy :)

Page 1 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén