Pisząc mały felieton „Rzemieślnik czy Artysta” nie spodziewałem się, wyjdzie z tego dyskusja na około trzysta komentarzy i 200 „lajków”. Oczywiście, próżno ich szukać pod wpisem, w dobie FB większość spraw załatwia się tam, nad czym ubolewam, bo wnioski z samej dyskusji znikną gdzieś w otchłani „osi czasu”. Cóż, taki chyba los informacji w internecie.

Banalny temat jakim jest spór „Rzemieślnik Vs. Artysta” wyewoluował szybko w poważną (czasami) dyskusję literacką toczącą się na wielu frontach. Było o Zajdlu, o komercji, marketingu, piciu piwa na konwentach… Konrad Lewandowski perorował, jakoby Kuba Ćwiek był słabym rzemieślnikiem i tak dalej. Szybko pojawiła się też sugestia, bym napisał felieton niejako podsumowując całą dyskusję. To piszę.

Zanim jednak przejdę do głównego tematu, muszę zacząć od nakreślenia sytuacji na polskim rynku książki. Sytuacji złej, o czym się mówi… nie sądze też, bym potrafił tutaj cały temat przedstawić dogłębnie, gdyż o tym można by napisać przynajmniej jedną książkę.

Bo ludzie nie czytają!

O przyczynie słabej sprzedaży książek polskich autorów zacząłem myśleć już dawno. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy była banalna – polska książka się nie sprzedaje, bo ludzie nie czytają! Odkryłem Amerykę.
Prawda, jest duża część społeczeństwa, która książek nie lubi. A to dlatego, że nikt im książki nie pokazał, a to przeciwnie – w szkole wręcz im je wciskano do gardeł i teraz żadnej nie przełkną. Albo po prostu czytać nie lubią. I już. Za to kochają posłuchać sobie Mozarta, znajdują pasję gdzie indziej i nikt ich za to potępiać nie może.

Tymczasem wśród tych, którzy książek nie kupują i prawie nie czytają jest też grupa ludzi, którzy po prostu tego robić nie mogą. Sytacja finansowa wielu ludzi (także i w mojej rodzinie) jest taka, że stają przed oczywistym wyborem – dobro wyższe a chleb. I nie sądzę, by było wielu takich ciężkich zapaleńców, którzy przez cały dzień nie będą jesć, bo kupili sobie stare wydanie Davida Copperfield’a Karola Dickens’a. Poza tym – kiedy by mieli czytać? Cały dzień w biurze, odebrać dziecko z przedszkola, zrobić obiad, a wreszcie, kiedy wieczorem zostaje może godzina czasu są już zbyt zmęczeni – kładą się spać. Proza życia, banał, jak pewnie powiedziałby Konrad Lewandowski.

Nas jednak bardzoej interesują przecież ludzie, którzy czytają, lubią to robić i znajdują czas choćby na tą jedną książkę w tygodniu. Tutaj największą zorganizowaną grupą jest chyba polski fandom.

Problem e-booków.

To, czy dla książek e-książka jest problemem jest kwestią zupełnie odrębną, bo czym jest zmiana nośnika, jeśli interesuje nas treść? Osobiście sam wydawałem i będę wydawał także elektronicznie, byłoby to więc niewskazane z mojej strony, bym mówił o e-książce w złym kontekście. Niemniej, bardzo lubię czuć w ręce ciężar powieści i wąchać zapach starego papieru i druku. Nie sądzę, by pomogły mi w tym perfumy imitujące zapach książki, którymi można sobie spryskać swojego Kindla. E-booki są jednak bardzo wygodną rzeczą w podróży, wolę miec przy sobie jedno urządzenie z paroma tysiącami pozycji niż wielgachną torbę z 50 egzemplarzami książek, które łatwo mogą się w drodze zniszczyć i nie wiadomo, czy na urlopie mi ich nie braknie.

Wreszcie naświetlić można sprawę najważniejszą, jeśli chodzi o e-książkę, jaką jest piractwo. O ile bardzo trudno spiracić książkę papierową, o tyle wymiana plików elektronicznych między użytkownikami jest już bardzo łatwa. Jakkolwiek by nie były zabezpieczone. Książka spiracona nie przynosi pieniędzy. Wydawnictwo bez pieniędzy nie istnieje, a autor umiera z głodu albo idzie do pracy i nie ma czasu pisać. I choć to ekstrema, wszyscy wiemy o co chodzi.

Póki co jednak książka wciąż dzielnie się broni i nie wygląda, by miała upaść pod jażmem elektroniki.

Gdzie ci polscy autorzy?

Wreszcie docieram do sprawy która mnie osobiście wydaje się najważniejszą. Myślę, że zacznę od anegdoty:

Prowadziłem całkiem niedawno pogadankę będącą też moim spotkaniem autorskim w bibliotece we wsi koło Żywca (już dawno nie widzialem tak żywej i pełnej osób biblioteki!). Zapytałem się przybyłych osób, jakich kojażą autorów grozy. King! Ktoś wypalił. Niepewnie coś przebąknięto o Mastertonie ityle.  Ani słówka o polskich autorach.

Choć problem nie dotyczy tylko literackiego horroru, jest tutaj najlepiej widoczny. Polskich autorów, szczególnie tych młodszych po prostu nie ma. Nie istnieją. Jeśli już goszczą na półkach księgarń, to gdzieś przy poziomie podłogi, trzeba sie prawie położyć, by na nich trafić. Czasem jest to jeden, czasem pięc egzemplarzy. Oczywiście, można łatwo udowodnić, że polscy pisarze są dostępni w księgarniach. Wystarczy wejść do byle empiku i cyknąć fotkę półce (napisałem tutaj „bułce” – babol tak śmieszny, że go podkreślę ^^) z fantastyką. Jednak są to w zasadzie ciągle te same nazwiska. A nowa krew? Ta, która cały czas powinna napływac, ożywiac rynek i go powiększać? Nowa krew czasem coś usiłuje wydać ale głównie musi zarabiać na utrzymanie, bo do pisania to muszą często jeszcze z własnej kieszeni dokładać.

Czy to znaczy, że polscy autorzy piszą źle? Nie. Obecnemu stanowi rynku winne jest podejście do sprzedaży (które w głównej mierze ukształtował niestety empik), w którym książka stała się zwykłym szarym produktem. I o ile książka produktem istotnie jest, to trudno porównywać ją przecież z gwoździami czy kafelkami, prawda?

W naszej post-komunistycznej rzeczywistości natomiast ugrało się, że to, co zachodnie jest „lepsze”. O ile te piekne, błyszczące rzeczy istotnie były lepsze z PRL-u, tak teraz sami już jesteśmy bardzo „zachodni”, nasz rynek jest bogaty, ale stare trendy pozostały. Dochodzi więc do sytuacji w której książki zagraniczne to to, co polski czytelnik uwielbia. Istotnie, jest przecież za granicą dużo świetnych autorów. Polski czytelnik niestety nie jest jednak świadomy, że i w polsce jest takich autorów całe multum.

Postawmy się w roli wydawnictwa. Jeśli jest książka zagraniczna, którą łatwo wypromować, sprzedać i – co za tym idzie – zarobić, to po co inwestować w książkę polską, skoro istnieje groźba, że nikt jej nie kupi? Takie myślenie skutkuje w następujący sposób:

1. Istnieje tylko parę znanych nazwisk polskich pisarzy, którzy się przebili.
2. O nowych polskich pisarzach nikt nie wie.
3. Wydać książkę u nas jest młodym trudniej, niż gdziekolwiek indziej.
4. Nawet, jeśli zostaniesz wydany, wydawnictwo nie zainwestuje w ciebie zbyt wiele pieniędzy, o książce mało kto usłyszy, o tobie tyle samo osób. Twoja dalsza „kariera” stanie pod znakiem zapytania.
5. W księgarniach pierwsze pozycje zajmują ukochane przez czytelników (którym brak zdecydowanej alternatywy) książki zagraniczne, często typu „Zmierzch” krztałtujące ich gust.

Ponieważ znacznie lepiej jest wydać wypromowaną już na świecie powieść, niż nikomu nieznanego pisarza, a wydawnictwa groszem nie śmierdzą, mamy do czynienia z szerokim otwarciem polskiego rynku książki na pozycje zagraniczne. A to z kolei prowadzi do czystego absurdu:

Polski rynek książki szeroko otwarty jest na książki zagraniczne i zamyka się na książki polskich autorów, zaś zagraniczne rynku promują swoich autorów i zamykają się na naszych twierdząc, że przecież mają już swoich.

Rynek jest więc komercyjny i nastawiony tylko i wyłącznie na zysk. I jest to jak najbardziej w kapitaliźmie prawidłowe, szkoda tylko, że w polsce skutkuje to systematycznym niszczeniem polskiej kultury słowa.

I tu dochodzimy do głównego tematu, czyli wyboru (a może nie?) między komercją a artyzmem.
Już jutro będzie więcej o tym, czemu Kuba Ćwiek jest według Konrada Lewandowskiego nastawionym na zysk słabym rzemieslnikiem, co ma z tym wspólnego Fabryka Słów i Fabryczni autorzy, a także czy nagroda im. Janusza A. Zajdla dalej ma sens. I jeszcze więcej, a wszystko zawierające się w pytaniu „Komercja czy artyzm”, czyli pokłosie dyskusji na FB.
Zapraszam jutro :)

Comments

comments

Powered by Facebook Comments