Wczoraj pisałem o komercyjnym rynku. Wpis ten nie był bez znaczenia dla dzisiejszego felietonu, czy też – powiem lepiej – komentarza, gdyż niektórzy mogliby mnie oskarżyć, że niektóre przytoczone tu tezy wychodzą z moich ust, co prawdą nie jest.

W dobie komercyjnego rynku marketing jest niesamowitym narzędziem, dzięki któremu można się przebić praktycznie wszędzie. A skoro – jak pisałem wczoraj – pisarz, szczególnie młody, szczególnie polski i z niewyrobionym nazwiskiem o wydawniczej akcji marketingowej  może zapomnieć –  jeśli chce odnieść sukces – musi ten ciężar przyjąć na własne barki.  A kluczowym w marketingu jest znalezienie łączności z targetem, wytworzenie więzi z klientem. Pisze o tym Konrad Lewandowski, roboczo (pozwolicie?) nazwę to „Trzecią siłą Lewandowskiego”:

Kluczowe jest porozumienieautorai czytelników, nadawanienajednejfali„. Jeżeli to jest, bez talentu i rzemiosła można się doskonale obyć.

Czego chcesz, pisarzu?

No dobrze, ale co to jest ten sukces? Czego dzisiaj oczekuje pisarz? To oczywiste, że za pracę każdy pragnie wynagrodzenia. W naszej dyskusji pojawiła się strona – którą reprezentował także Przewodas – że właśnie na rynku i w pisaniu książek za dużo jest komercji, zbyt wiele pieniądza. Cóż jednak zrobić, kiedy o każdą złotówkę trzeba się niemal bić a pisanie wymaga dosyć dużo czasu?

Oczywiście, możemy powiedzieć, że sukces to uznanie czytelników. Może nim być też wywołanie odpowiednich emocji, jeśli to, co napisaliśmy jest „tą ambitną literaturą z przekazem” (do której jeszcze wrócę). Ale nie ma się co oszukiwać, że nie chodzi o rzeczy tak przyziemne, jak pieniądze i jakiś godny byt. Nie kryje się z tym Andrzej Pilipiuk, otwarcie mówiąc na spotkaniach autorskich i konwentach, że musi zapłacić raty za mieszkanie.

Mistrz marketingu

Niemniej, jakikolwiek sukces opiera się – dla każdego twórcy – na ilości wiernych odbiorców. Stąd też tak wielki nacisk na ich przyciąganie do siebie (poza tym to jest miłe). Dobrym przykładem jest tutaj Kuba Ćwiek. Według Konrada Lewandowskiego jest człowiekiem nie mającym w sobie artyzmu i miernym rzemieślnikiem, za to ze sporą ilością odbiorców (do których także i ja się zaliczam, tak samo, jak do odbiorców Przewodasa).  Kuba potrafi się wypromować, jest sympatyczny i szczery. Marketing ma w małym palcu, podobnie, jak przykład już ze strony horroru – Łukasz Śmigiel.

I tu padają oskarżenia, że taki stan rzeczy spowodował, że lieratura stała się tylko rozrywkowa, śmieszna i, jak wypomina Lewandowski, pozbawiona większej wartości, polotu, idei.

(…)waszeniskie gusty sprowadzają fantastykę do poziomujarmarcznejrozrywki. Oryginalność dzieła trzeba umieć dostrzec i docenić. Wam wystarczają odgrzewane kotlety, a na koniec dajecie Zajdle byle komu za byle co.

 

Półki literackie

Czy więc polska fantastyka ma być dziełem czysto komercyjnym, dostosowanym do jak największego spectrum gustu czytelników oscylującym koło poziomu „Zmierzchu”, czy też ambitniejsza, a może już zupełnie elitarna, tylko na poziomie Dukaja?

Odpowiedzią na to mogą być „półki literackie” czy też „poziomy”. Osobiście swoją przygodę z fantastyką zacząłem od Strugackich, Lema, Żwikiewicza, Zajdla i reszty, ale większość (jak się dowiedziałem) była jako dzieci wręcz katowana Lemem, którego nie rozumieli, który był jeszcze zbyt ambitny. I nie ma w tym nic złego, bo do każdej literatury trzeba doróść. Ja na ten przykład czekam, aż uda mi się dorosnąć do Dukaja.

Ale do rzeczy – w fantastykę czytelnik może „wchodzić” stopniowo, zaczynając od bardzo przystępnych rzeczy jak „Pan Lodowego Ogrodu” Jarka Grzędowicza (polecam!), później sięgając już po teksty Wolskiego, wreszcie Żwikiewicza, Zimniaka czy Lema.  Zaczynając od tej literatury, którą Przewodas nazywa tą złą „rozrywkową” i przechodząc ambitniejszej, bardziej ideowej.

Druga strona medalu

Nie  można jednak bronić komercji. Przesada w każdą stronę jest zła i jeśli pozwolimy, by to rynek przejął władzę całkowitą nad tym, co ma być wydawane, a co nie (co się przecież już dzieje), możemy odnaleźć się w sytuacji w której nasza literatura będzie tylko miałka, pisana  dla pieniędzy. W pogoni za popularnością i marketingiem twórcy sami sobie mogą zrobić krzywdę, sprowadzając się do roli żebrzących o uwagę i zainteresowanie fanów, mediów, celebrytów.

A co na to Zajdel?

W końcu powraca już wielokrotnie omawiany temat Nagrody Fandomu Polsckiego im. Janusza A. Zajdla, o której Zuzanna Lenska pisze tak:

(…)tylko wybitne utwory powinny dostawać Zajdle (ponieważ nazwisko Zajdel zobowiązuje i wyznacza pewną jakość).

Z drugiej strony, czy takie stanowisko nie zaprzecza samej idei nagrody? Choć nazwisko Zajdla nobilituje by nagradzać tych pisarzy, którzy faktycznie wznoszą się na szczyty „artyzmu”, to sama nagroda jest przecież – jak nazwa wskazuje – „Nagrodą Fandomu Polskiego”, plebiscytem. Dlatego przyznawana będzie właśnie tym pisarzom, którzy są najpopularniejsi, mają najwięcej oddanych fanów… i to – podpowiada logika – też się skądś musi brać.

Gadanie

Znów kończy się na tym, że najlepszą metodą jest znalezienie złotego środka, kompromisu by jednocześnie móc wydawać (i działać marketingowo) i nie popaść w przesadę, nie dać sobie dyktować co wydawać, ale dyktować co będzie wydawane.

Wypadałoby też zadać sobie pytanie jaki jest obecny cel polskiej fantastyki, czy literatury w ogóle. Dla Zajdla była to walka z Komuną, czy też po prostu ukazywanie prawdy na jej temat. Czasy się zmieniły. Jesteśmy w sytuacji, w której musimy nie tylko uleczyć chory rynek, ale i sami zdecydować czego tak naprawdę chcemy i poszukać kompromisów, by – tak po ludzku – nie zwariować i nie popaść w przesadę, w którąkolwiek ze stron.

Zaś najważniejszą kwestią jest – i to właśnie temat do dyskusji na teraz – co możemy i mamy w tej sytuacji zrobić, by nie skończyło się (jak wiele razy wcześniej) tylko na gadaniu. I na banałach, które tak bardzo Przewodas lubi :)

 

Dziękuję pięknie za przeczytanie obu felietonów, za wszystkie niedociągnięcia przepraszam – nie czuję sę alfą i omegą. Zachęcam do dyskusji i komentowania tu, na blogu.

 

Comments

comments

Powered by Facebook Comments