Kategoria: Absurdy świata (Page 1 of 4)

Płaska ziemia systemu edukacji

Dyskutując, lub też przyglądając się rozmowom „płaskoziemców”, czyli wyznawców poglądu, że Ziemia jest płaska, zacząłem zastanawiać się, z czego to wynika – że wykształceni, wydawałoby się, ludzie twierdzą, że planeta Ziemia ma kształt zbliżony do talerza, a słońce to jakaś żarówka. I mówią to całkiem na serio. I jest ich coraz więcej – bo „płaskoziemców” przybywa w zastraszającym tempie. 

Zadałem sobie takie pytanie – skąd większość osób bierze swoją wiedzę? Ano, ze szkoły. Część, tak jak i ja, uzupełnia ją książkami i filmami dokumentalnymi, próbując załagodzić niemożliwy do powstrzymania głód wiedzy. Jednak rozglądając się nawet w swoim bliskim otoczeniu widzę, że nie jest to duży odsetek ludzi. Większość przyjmuje to, co wpojono im w szkole.

No ale dobrze – czy w szkole uczą, że Ziemia jest płaska? Wręcz przeciwnie. Ale myślę, że dzieją się tam o wiele gorsze rzeczy: pruski system nauczania próbował zrobić ze mnie idealnego „robotnika”, człowieka, który nie dyskutuje z tym, co mu się powie – nie wychodzi przed szereg. Jest tak, ponieważ lepiej poinformowani ci mówią. Dlaczego? Bo tak mówią – i zamknij mordę. Czasy się jednak zmieniły od kiedy system pruski został wprowadzony – i chociaż podwaliny są pruskie, polski rząd próbował „dostosować” system edukacji do nowych czasów (zawsze się przy tym spóźniając w stosunku do czasów właśnie). W tym wypadku oznacza to „reformy”. Każdy kolejny rząd wprowadzał reformy – raz z jednej, raz z drugiej strony, tak jak wahało się polityczne wahadło. Efekt? Wyobraźcie sobie budynek: jego fundamenty i pierwsze piętro to sposób budowania z XIX wieku, a następne to różnorakie bohomazy – w różnych kolorach i stylach, jedne przesunięte na prawo, inne trochę na lewo… co wychodzi? Ano – system edukacji właśnie.

Znów cofam się pamięcią do czasów szkolnych. Wychodzenie przed szereg – zabronione. Posiadanie własnego zdania – także. I to ostatnie nawet przemawiałoby przeciwko argumentowi, jakoby system edukacji ponosił część odpowiedzialności, za głupotę niektórych osób. Gdyby nie jeden, mały fakt – każdy przedmiot i każdy trend był najważniejszy. Najlepszy. Niektóre wpajane tezy kłóciły się ze sobą. Każdy przedmiot to co innego – i każdy ważniejszy, niż wszystkie inne. Zrozumieć? Nie możesz – trzeba wykuć, zdać i zapomnieć. Zaprotestować? Nie możesz – nie wychodź przed szereg. W niektórych osobach taki system niszczył całkowicie asertywność.

Wykuć, zdać i zapomnieć. Nie zrozumieć i się nauczyć – bo to nie było wymagane. Trzeba to tylko zdać. I zastanawiam się, gdzie taki człowiek, który ma po prostu tego dość – i nie ma ochoty zgłębiać nauki – gdzie taki człowiek ma wyrobić sobie odporność na wciskany mu kit, kiedy sama szkoła wciska ten kit na okrągło? Kiedy okazuje się, nie nauczono go niczego o świecie, ani o dostosowaniu do niego, za to napełniono mu głowę tysiącami informacji, które i tak długo się tam nie utrzymają? Kiedy nie nauczono go – jak do informacji docierać samemu, zamiast tego każąc przyjmować bezkrytycznie wszystko, co się do niego mówi?

I to właśnie te rzeczy – bezkrytyczność, zrobienie z ludzi posłusznych „szeregowych”, przepełnienie informacjami i gonienie z jednej strony na drugą – od jednego „najlepsiejszego” przedmiotu do drugiego, kiedy trafiają na podatny grunt stają się jedną z przyczyn (może nawet największą) postępującej głupoty. Albo też braku na tą głupotę odporności.

Bo może Ziemia jest płaska? Skoro wszyscy kłamią – skoro wszędzie są spiski i afery, politykom nie można ufać, a politycy utrzymują naukowców… no to może wszystko jest tylko jakąś „narracją”, jakąś wiarą. Może faktów nie ma – a grawitacja nie istnieje. Może NASA oszukuje ludzi. Może nigdy ludzi na Księżycu nie było. No i jak to stwierdzić – byłeś kiedyś na księżycu? Ktoś z twoich znajomych był?

Nie wychylaj się. Nie dyskutuj. Mądrzejsi powiedzą ci co myśleć.

Ty musisz wybrać tylko swoją „narrację”. Swoją wiarę. Swoje przekonania.

Bo przecież możesz wierzyć w co chcesz. I być kim chcesz. Jeśli ktoś ci tego broni, to nastaje na twoją wolność. Zaściankowiec jeden.

Kolor skóry zmienia wszystko.

Myślę, że pewna część osób po przeczytaniu tytułu mogła pomyśleć sobie o autorze tego tekstu (czyli mnie) pewne niemiłe rzeczy. Te osoby zapraszam do lektury poprzedniego wpisu, która powinna coś w tej materii wyjaśnić. Do rzeczy – jakiś czas temu Youtuber, Paweł Opydo, nagrał film prezentujący pogląd, jakoby nagła zmiana wyglądu – opierająca się głównie na zmianie koloru skóry danego aktora – była poza dyskusją, ponieważ odgrywanych bohaterów nie cechuje kolor skóry.

Jestem całkowicie skory do tego, by przyjąć taką argumentację. To prawda – bohatera popkultury, ale nie tylko, przecież i nas samych – definiują cechy charakteru, uosobienie, reakcje, psychika. I to jest bardzo rozumowa argumentacja nie pozbawiona logiki wywodu i w zasadzie niemożliwa do obalenia. Pozostaje jednak tylko mały problem. To „ale”, z którego większość obrońców liberalnego stylu myślenia zawsze się wyśmiewa – zupełnie niepotrzebnie, bo samo „ale” podobnie jak „po co” i „dlaczego” jest motorem wielu rewolucyjnych odkryć w historii naszego gatunku. Dowodzi mianowicie, że osoba posługująca się tym spójnikiem (lub partykułą, to zależy) dostrzega różne odcienie i niejednoznaczności. Innymi słowy – jest istotą myślącą. To, czy myślącą moralnie – to już oczywiście inna kwestia.

Wracając do tematu – jest jeden problem, jedno „ale” z tym logicznym i pełnym racji wywodem. Jest nim czynnik ludzki.

Kiedy poznajesz jakąś osobę, nie szeregujesz jej w pamięci jako zbiór cech osobowości. Ten zbiór ma pewno imię, a to imię ma powiązany z nim obraz naszego znajomego. To, jak jest zbudowany, jak się porusza a przede wszystkim – jaką ma twarz, jakiego koloru oczy, czy też skórę. Jeśli by podążyć za logicznym wywodem fanów multikulturalizmu (który – podkreślę – sam w sobie nie jest niczym złym [chyba, że następuje czynnik ludzki]), identyfikowanie jakiejś osoby głównie po tym jak wygląda – jaki kolor ma jej skóra – lub czy jest kobietą, czy mężczyzną to rasizm i seksizm. Tu wkraczamy w sferę absurdu, bo okazuje się, że mózg ludzki jest rasistowski i seksistowski. Tak myślimy, tak zapamiętujemy – tak katalogujemy poznane osoby. Ba, nasz zaściankowy umysł (mówię tu o mężczyznach) kataloguje kobiety pod względem atrakcyjności seksualnej – chociaż to moim zdaniem nie ogranicza się tylko do cech wyglądu.

Oczywiście to co opisuję to absurd i wątpię, by ktokolwiek ze zdrowo myślących osób podążał takimi ścieżkami. Zagadnienie to jest jednak ważne przy rozpatrywaniu problemu nagłej zmiany postaci – aktora – w danym filmie, czy całej franczyzie. Przykładowo, kiedy postać Rolanda z „Mrocznej Wieży” ma odegrać (skądinąd świetny aktor) Edris Elba. Kiedy Hermionę Granger odgrywa czarnoskóra aktorka. Kiedy Juliusza Cezara ma zagrać czarnoskóry aktor – przypadki, szczególnie w dzisiejszych czasach, można mnożyć.

loool

Zadaję sobie pytanie – czy to źle, że czarnoskóry aktor ma zagrać główną (lub jedną z głównych) postać w filmie? Absolutnie nie! Czy zagra taką postać gorzej z uwagi na swój kolor skóry? Także nie. To zależy od jego umiejętności. Gdzie więc problem?

Problem leży w dysonansie poznawczym. Zjawisku doskonale znanym chyba każdej dorosłej osobie. Gdyby twój dobry znajomy nagle zmienił kolor skóry – przy spotkaniu z nim doszłoby do dysonansu poznawczego. Informacja – zapis – nie zgadzałby się z rzeczywistością. Podobne zjawisko następuje w odniesieniu do bohaterów popkultury. To nie są rzeczywiste postacie – powiecie – ale cóż z tego, jeśli ich określony obraz wyrył się już w naszej podświadomości? No to nie mamy być niewolnikami takich obrazów, bo to rasistowskie – powiedzą niektórzy i tym samym stwierdzą też, że umysł ludzki jest rasistowski… co, jak wiemy jest absurdem. Tymczasem sprawa jest skomplikowana – może i dany bohater nie istnieje w naszej rzeczywistości, ale nasze wyobrażenie o nim – podyktowane materiałem źródłowym, nasza sympatia bądź antypatia są już zupełnie rzeczywiste. Jeśli Hermiona jest opisana, jako biała dziewczyna, to ujrzenie jej jako czarnoskórej budzi mieszane uczucia. Jeśli Roland jest określany jako „Białas” i jest to nawet jeden z wątków w powieści, to ogrywanie go przez czarnoskórego Elbę będzie budzić niechęć. Zaś tłumaczenie, jakie ostatnio znalazłem, jakoby był to „inny” Roland, jest dla każdego fana „Mrocznej Wieży”, który od lat czekał na ekranizację, jak wielki środkowy palec wymierzony prosto w twarz.

Przypadek Juliusza Cezara, podobnie jak i Hermiony to przypadek teatru. Powiecie, że teatry rządzą się własnymi prawami – nawet kobiety grały mężczyzn. I znów – będzie to racja. Płeć jednak można było zatuszować, aby dysonans był mniejszy, trudno zaś ukryć kolor skóry. To niebezpieczne, co mówię, bo brzmi to „źle” w dzisiejszym świecie i może być opacznie zrozumiane, co samo w sobie uznaję za dosyć niepokojący znak czasów.

Tak samo niepokojący jest trend, aby tak wielu bohaterów było granych przez czarnoskórych aktorów. Tak samo niepokojąca była także i afera związana z Oscarami, kiedy wielu aktorów uznało, że brak nominacji dla Afroamerykanów jest podyktowany rasizmem. W podobnym tonie prowadzona była afera o „polityczność” – Sad Puppies i Hugo, czy nie tak dawna decyzja o usunięciu statuetki Lovecrafta (World Fantasy Award), z uwagi na to, że wedle dzisiejszych kryteriów jest on podejrzany o rasizm. W ostatnich latach światopoglądy zaczęły gęstnieć i wywierać coraz większy nacisk – znów pojawia się ludzki umysł i zdolność do łączenia wszystkiego we wzorce. Wzorzec w tej sytuacji nasuwa się sam. Nie można się więc dziwić dosyć gorącym dyskusjom – ludzie kierujący castingami dobrze o tym wiedzą.

Do czego zmierzam? Do tego, że kontrowersja dobrze się sprzedaje. Umieszczając czarnoskórego Edrisa Elbę w „Mrocznej Wieży” w roli Nie-Tego-Rolanda-O-Którym-Myślisz twórcy jednocześnie uspokajają pewne lobby, oraz gwarantują sobie, że o filmie usłyszy dużo więcej osób.

Dysonans poznawczy – a z nim poczucie zafałszowania danej postaci-  pozostanie – i będzie to zupełnie naturalna rzecz, nie mająca nic wspólnego z rasizmem. Być może film okaże się hitem. Być może Elba będzie świetnym rewolwerowcem.

Nigdy jednak nie będzie Rolandem Deschain, „białasem”, który podążał za Człowiekiem w Czerni.

Ponieważ zmienił to kolor skóry. Roland jest fałszywy.

Dla uzupełnienia proponuję tutaj felieton Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego Nowej Fantastyki. 

Krótka historia o feministce

topka taka ma byc

[divider type=”white”]

Opowiem Ci pewną historię.

Pewnego razu, dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem (uważającym się za dorosłego, ale jednak – dzieckiem), ponad dziesięć lat temu grupa naukowców wysłała w kosmos pewną sondę. Nazwali ją „Rosetta”. Jej misja miała potrwać ponad dekadę i być jedną z tych najbardziej ambitnych i jednocześnie najbardziej niepewnych. Naukowcy porównywali ją nawet do lądowania człowieka na księżycu. Zanim sonda trafiła w kosmos, a stało się to 2 marca 2004 roku, zespół naukowców pracował w pocie czoła, by przeciwdziałać wszystkim technicznym i logistycznym problemom, jakie ich dzieło mogło napotkać na swojej drodze. A potem? Sonda leciała, wykonując mniejsze, lub większe obliczenia i obserwacje. Przez ponad dziesięć długich lat oddalała się od Ziemi, aż ta stała się tylko małą kropką wśród gwiazd. Wtedy, parę dni temu – napotkała wreszcie swój cel. Kometę. To na tej komecie wylądował specjalnie przygotowany lądownik – wszystko to na ciele niebieskim lecącym z wielką prędkością w kierunku słońca, cały czas wypuszczającym pył i fragmenty skalne. Wszystko dla większego poznania i dobra gatunku ludzkiego. Wzniosłe idee i wielkie pieniądze. Ambicja.

Wyobraź sobie teraz naukowca – człowieka, który sporą część życia oddał, by ta misja się powiodła. Wyobraź sobie, jak się cieszy – to ten pan na zdjęciu. Nazywa się Matt Taylor i – jak widać – jest lekkoduchem. Trudno nie być, mając tak skomplikowaną i pełną stresów pracę. Albo zwariujesz, albo sobie odbijesz. Dr. Matt Taylor cieszy się, ponieważ od 12 listopada 2014 roku będzie się o nim i jego kolegach pisać w podręcznikach. Zyskał sławę, odniósł sukces, ba – dla niektórych stał się bohaterem.

Nie mijają dwa dni i ten sam uśmiechnięty facet ze zdjęcia płacze i zdławionym głosem przeprasza przed kamerą za swoje „grzechy”. Dlaczego? Bo wśród dziennikarzy wypowiadających się o całej sprawie, jest pewna feministka, której nie obchodzi Rosetta, czy wielkie wydarzenia. Nie, panią Rose Eveleth wyjątkowo interesuje moda – konkretnie koszulka Dr. Matta Taylora. Otóż według pani Eveleth koszulka ta jest seksistowska i obraża kobiety. Szybko więc pisze o całej sprawie na twitterze i już po kilku godzinach na naukowca zwala się parę tysięcy osób wielbiących wszechrówność i tolerancję.

Dlatego właśnie 14 listopada 2014 roku badacz siedzi w studiu i zamiast się cieszyć – jest załamany. Zamiast świętować, głos się mu łamie i w pewnym momencie ma łzy w oczach, twierdząc, że popełnił błąd i przepraszając. Ewidentnie – został zniszczony. Gratulacje, pani Eveleth.

W moich długich dyskusjach o feminizmie pojawiło się parę kobiet, które powiedziały mi, że są feministki dobre i złe. Tak jak wszędzie – są też geje, którzy zamiast chodzić na parady i domagać się wszystkiego, po prostu się kochają i tyle. Są też feministki, które mają swoje przekonania. Są też i takie, które łapą się za głowę widząc sprawę opisaną wyżej. Pewnie tak jest – ale dopóty do głosu dopuszczane są takie osoby, jak pani Eveleth, dopóty ta filozofia będzie dla mnie czymś nie do przełknięcia. Jak – jak ktokolwiek ma w ogóle dowiedzieć się (nie mówię o daniu wiary), że feministki nie są (jeśli nie są) krzykliwymi, naładowanymi ideologią jak nazistowskie bombowce, rozhisteryzowanymi babami? Jak…  zresztą, co ja mówię – ta sprawa już dawno przekroczyła wszelkie granice absurdu, mojego poznania, wyobraźni, czy strzępków tolerancji.

To jest czyste szaleństwo. Coś, co sprawia, że krew się we mnie gotuje. Coś tak abstrakcyjnego, że trudno mi w to uwierzyć.

Z zasady nie powinienem używać wulgarnego języka, ale to można określić właśnie w ten sposób – granice skurwysyństwa zostały przekroczone.

O wyrodnym ojcu

topka

Byłem zawsze bardzo żądny wiedzy, jako mały chłopiec. O wszystkim, od makro po mikro (nie odwrotnie). Lubiłem opowieści, lubiłem je tworzyć  i „przebywać w nich” – tworząc sobie wymyślone historie w głowie, nimi zaś przekształcać świat wokół. Przykładowo – będąc na spacerze, poszukiwałem skrzatów, wilkołaków, gadających zwierząt. Będąc w domu – szafy, w której czeka na mnie Narnia. Wiele osób się do tego przyczyniło, bym taki był. Mój tata, czytając mi książki, moja babcia, robiąc to samo. Moja mama, karmiąc mnie astronomią i wiedzą o człowieku. Mój dziadek, który opowiadał mi o tym, jak był chłopcem i zabierał na wędrówki po górskim, Orawskim lesie. Smutne jest to, że gdybym urodził się trochę później dziadka mogliby za to zamknąć. 

Uwielbiałem przygody, dalej uwielbiam. Dlatego rozumiem 4,5 letniego chłopca, dla którego przygodą było wyjście z tatą na dwudniowy biwak do „lasu” – do szałasu. Co prawda las, to nic innego, jak tereny zielone wokół Fortu Blizne w Warszawie, parę minut od domu, a na pewno od najbliższego sklepu, ale przecież – to jest las, to przygoda! Do czasu, aż na miejsce obozu nie przyjdzie policja i nie zgarnie tatusia, za narażenie dziecka na utratę życia a na pewno zdrowia. Należy też dodać straszliwy fakt, że dziecko miało ślady ukąszeń komarów!

Tak się stało parę dni temu – zaniepokojeni przechodnie donieśli o dziecku „w lesie”, które widują od dwóch dni. Zaniepokojona policja wybawiła pokąsane, przestraszone dziecko z rąk wyrodnego rodzica. Sam (myślę, że także zaniepokojony) mężczyzna trafił do pokoju przesłuchań, a sprawa zawędrowała do (zaniepokojonej) prokuratury.

Ja też jestem zaniepokojony.

Bo kiedy byłem chłopcem i chodziłem z moim dziadkiem po prawdziwych, górskich lasach (wiecie, rysie, wilki, niedźwiedzie i inne stwory z bajek) przydarzyło się pewnego razu, że spotkałem dzika. A było to tak:

Nie pamiętam, jak nasza rozmowa zeszła na dziki. Może po prostu dziadek opowiadał mi o zwierzętach lasu. Więc opowiada, że dziki są groźne wiosną, kiedy mają małe, że kiedy się spotka dzika, wcale się na drzewo nie umyka, tylko powoli wycofuje, że dzik też się boi – a nawet bardziej, że nie dąży do konfrontacji, bo dzik dobrze wie, że to człowiek jest dziki i ma ostre kły… i tak idziemy sobie przez las i w pewnym momencie mówię:

– Dziadku, ale tam jest dzik w paśniku!

– E, wydaje ci się, to siano.

I w tym momencie siano zaczęło się ruszać i wydawać chrumknięcia. Raz jeden widziałem dziadka bladego na twarzy.

Przeżyłem. I dzik przeżył – chociaż (jeśli mnie pamięć nie myli) po powrocie do domu dziadek poinformował o zwierzu odpowiednie osoby. Bo wyglądało na to, że dzik się po prostu przestraszył, wskoczył do paśnika i nie za bardzo wiedział, jak z niego potem ma wyjść.

Jak się to ma do historii z miejskiej dżungli? Ano ma się tak, że naprawdę cieszę się, że urodziłem się na początku lat 90, a nie po roku 2000, ani później. Bo tak, mam dziś o czym opowiadać, a moje dzieciństwo było naprawdę magiczne i pasjonujące, w konsekwencji czego w szkole mogłem się pochwalić, że wiem co znaczą takie wyrazy jak „paśnik” czy „szynkwas”, podczas, kiedy ludzie w wieku lat 18 nie mieli bladego pojęcia, że takie słowa w ogóle istnieją.

Myślę sobie, o jakiej przygodzie pamiętał będzie ten chłopiec. Bo zamiast dzika przyszli jacyś umundurowani i złapali jego tatę, który najwyraźniej zrobił coś złego. I to zrobił coś złego jemu – zabierając go do „lasu”. Naraził jego życie i zdrowie.

Na szczęście zaraz obok było „państwo”. A państwo wie lepiej, jak należy wychowywać dzieci.

A dzik wcale nie taki zły i dziki, jak mówią.

Lista lekarzy złych.

Topka

Parę dni temu Gazeta Wyborcza opublikowała listę lekarzy, którzy zadeklarowali się jako chrześcijanie i na Jasnej Górze podpisali „deklarację wiary”. Oczywiście, szybko przerodziło się to w medialną burzę. No bo jak to tak, lekarz nie może przecież wyznawać chrześcijańskich wartości. 

Krzyk podniósł się oczywiście o to, że tacy lekarze sprzeciwiają się aborcji, in vitro, czy antykoncepcji. A przecież nie mają prawa. Czyżby?

Przysięga Hipokratesa, czy jej pochodna – obowiązujące w Polsce „Przyrzeczenie lekarskie”, mówi, co następuje:

Przyjmuję z szacunkiem i wdzięcznością dla moich Mistrzów nadany mi tytuł lekarza i w pełni świadomy związanych z nim obowiązków przyrzekam:

  • obowiązki te sumiennie spełniać;
  • służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu;
  • według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek;
  • nie nadużywać ich zaufania i dochować tajemnicy lekarskiej nawet po śmierci chorego;
  • strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić, a do kolegów lekarzy odnosić się z należną im życzliwością, nie podważając zaufania do nich, jednak postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych;
  • stale poszerzać swą wiedzę lekarską i podawać do wiadomości świata lekarskiego wszystko to, co uda mi się wynaleźć i udoskonalić.

Przyrzekam to uroczyście!

I jest to także część kodeksu etyki lekarskiej. Przyrzeczenie nakazuje nieść pomoc i nie szkodzić – bez względu na religię, płeć etc. Tymczasem kwestie, o których chrześcijańscy lekarze mówią w swojej deklaracji nie są do końca wyjaśnione z punktu widzenia etyki.

Czy zatem lekarz ma prawo odmówić wykonania aborcji, jeśli wedle jego osądu nie jest to ani lek, ani kuracja, ani pomoc, a szkoda wyrządzona pacjentowi? Być może ktoś, kto z definicji ma ratować życie, w ogóle nie powinien być stawiany przed takim wyborem.

Tymczasem dochodzimy do absurdu, kiedy lekarze odmawiający, wedle ich osądu, szkodzenia życiu są stawiani pod ścianą. Ba, tworzy się ich listy i rozdmuchuje całą sprawę – oczywiście, w imię tolerancji. A wystarczyłoby przecież, gdyby pacjent grzecznie podziękował i udał się do innego lekarza.

No, ale dobrze. Skoro tak, skoro żyjemy w tolerancyjnych czasach równości, chciałbym, by powstały także inne listy. Lekarzy – gejów na ten przykład. Albo lekarzy czarnych i lekarzy białych. Lekarek lesbijek. Lekarek feministek. Lekarzy za tą, czy inną opcją polityczną, bo czemu nie?

W końcu – kiedy takie listy powstaną, każdy pacjent będzie mógł sobie wybrać, do jakiego lekarza chciałby chodzić. Czy do lekarza chrześcijańskiego, czy też takiego, który za drobną opłatą zrobi wszystko, o co się go poprosi. Albo do takiego, który będzie po prostu pacjentowi odpowiadał w ten, czy inny sposób. Komfort psychiczny powinien być przecież na pierwszym miejscu.

W końcu żyjemy w czasach równości. Zróbmy więc listy i je gdzieś wywieśmy.

Tryumf brody, cycków zmierzch.

pieknaslowianie

Prawdziwą sensacją ostatnich godzin stała się wygrana kobiety z brodą w tegorocznej Eurowizji. Pytanie, jakie zadają sobie wszyscy jest następujące – czy wygrała dlatego, że doceniono jej kunszt muzyczny, czy też z uwagi na szeroko pojętą, źle zrozumianą i gloryfikowaną równość i tolerancję, czyli synonimy postępu i cywilizacji. Pytanie pozostanie tylko pytaniem, bo ja troszeczkę odbiję od tematu. 

Nie oglądałem Eurowizji z dwóch powodów – po pierwsze nie mam telewizora. Po drugie – ten temat przestał mnie interesować jakieś dziesięć, dwanaście lat temu – czyli mniej więcej wtedy, kiedy zaczął kształtować się mój gust. Co oczywiście nie oznacza, że zamknąłem się na to, co się podczas takich wydarzeń działo.

To, czy kobieta z brodą powinna wygrać, czy nie, jest właśnie kwestią gustu muzycznego. Dlaczego wygrała (czy nawet została dopuszczona do konkursu) pozostaje w kwestii domysłów. Ilu osobom podobał się jej występ? Ile osób stwierdziło, że musi okazać tolerancję? Czy w przegranej Polek i wygranej przedstawiciela/ki Austrii zadziałał znany już dobrze mechanizm, kiedy cenzuruje się kobiece piersi, a pomija milczeniem palenie flagi, wyśmiewanie się z chrześcijan, czy dwóch nagich facetów trzymających się za ręce?  I czy właśnie przez to przeszła przez eliminacje – tego się raczej nie dowiemy. Polecam więc skupić się na faktach.

Fakty mówią same za siebie – nie w kontekście występu Conchity Wurst, ale duetu Cleo-Donatan, choć tego drugiego członu za wiele nie widać. Ale fakty. Przypomnijmy sobie, jak to było z kawałkiem „My Słowianie” i jaki był na niego odzew publiki.

yeden

Po ukazaniu się teledysku w sieci, Cleo-Donatan szybko wspięli się na szczyty popularności, co potwierdziły zagraniczne (szczególnie brytyjskie) media, rozpisując się o fenomenie pięknych słowianek. Przecież to dzięki temu zjawiskowa i seksowna (w teledysku) Luxuria astaroth zagościła najpierw w Pytaniu na śniadanie, potem u Kuby Wojewódzkiego, gdzie zabłysnęła intelektem, a potem wpadła na małą rozbieraną sesyjkę do Playboya, gdzie już błyszczeć nie musiała.

Jak szybko Cleo-Donatan zdobyli popularność, tak w podobnym tempie przybyło im zagorzałych wrogów. Kiedy zachodnie media rozpływały się nad pięknymi Polkami, w kraju wrzało jak w ulu, bo oto znów jest wstyd na całą Europę a może i nawet świat. Oto Polska ma do zaoferowania tylko cycki i rolniczy tryb życia. Hańba – krzyczano i wymachiwano szablami. Szczucie cycem i epatowanie nagością.

A co się później stało?

Kiedy kawałek „My Słowianie” dostał się na Eurowizję, znów zawrzało. Do czasu przejścia duetu do finału. Na chwilę Cleo-Donatan stali się powodem do dumy i nadziei. Ale czy gdyby wygrali, byłoby tak nadal? Śmiem twierdzić, że nie.

Pofantazjujmy – wyobraźmy sobie, jak by to było, gdyby polskie dziewczyny wygrały Eurowizję. Myślę, że fala entuzjazmu szybko by przygasła, bo Cleo-Donatan byliby wszędzie – w tramwajach, w pismach, w telewizji, w co drugim kawałku radiowym… a jak wiadomo, co popularne i Polskie – jest złe. Prędzej, czy później zaczęliby przynosić nam ten mityczny „wstyd narodowy”, podniosłyby głowy feministki, krzycząc o epatowaniu cycem, Internet wrzałby od okrzyków „dosyć już Cleo-Donatana!”… a show-biznes toczyłby się coraz szybciej. Wkrótce zobaczylibyśmy Duet w „gwiazdy tańczą na lodzie”, czy innym „Mam talent” – jako jurorów. Wkrótce też zespół byłby jednym z najbardziej znienawidzonych w kraju, a jednocześnie tłumy szalałyby na koncertach i – kto wie – czy nie zaśpiewaliby hymnu na Olimpiadzie zimowej w Krakowie…

W końcu znalazłyby się nowe gwiazdki i sława by przebrzmiała – bo ile można działać na jednym kawałku z Eurowizji? Być może po drodze mielibyśmy parę skandali, a w rezultacie Cleo-Donatan odeszliby w niebyt w niesławie i powszechnym zniechęceniu społecznym – zniechęceniu całkiem zrozumiałym, bo ludzie byliby po prostu nimi zmęczeni.

Paradoksalnie więc przegrana w Eurowizji z kobietą z brodą (która tak naprawdę jest facetem przerobionym na kobietę) może wyjść zespołowi na dobre – w końcu stali się męczennikami.

A kto nie lubi męczenników?

O Polaczkach Cebulaczkach

cebulaki

Jak cię widzą, kiedy jesteś polakiem? Jako złodzieja? Pijaka? Biedaka, zabierającego robotę uczciwym obywatelom, tylko dlatego, że dla ciebie psie pieniądze, to fortuna, jakiej nie zarobiłbyś w kraju? Kiedyś czytałem wywiad z pewną dziewczyną, której wstyd było się przyznać do narodowości – nie dlatego, że ktoś źle polaków postrzega, ale dlatego, że sami siebie źle postrzegają. A skoro tak swojego kraju i innych polaków nie kochają, to coś musi być na rzeczy. Polska musi być straszny krajem, a Polacy (może nie ten, ten to całkiem sympatyczny gościu) to straszni ludzie. 

Dosyć zabawny wydaje mi się fakt, że kiedy ktoś z zagranicy przyjeżdża do nas, bardzo staramy się, by okazać mu gościnność, nie urazić go, pokazać się z jak najlepszej strony – bo wstyd. Kiedy z kolei „my” jesteśmy „tam” też chcemy pokazać się w jak najlepszym świetle. Bardzo surowo oceniamy polityków, ponieważ robią nam „wstyd” na arenie międzynarodowej. Cokolwiek robią nasi artyści, mamy zwykle to w dupie, póki nie wyjdzie poza granice naszego kraju – wtedy zaczynają zbierać baty – bo wstyd. W zasadzie wydawałoby się, że chcemy zrobić cokolwiek, by inne narody nas po prostu lubiły. Taki (zupełnie przecież zrozumiały) mechanizm. Polak musi być najlepszy – a przynajmniej o polaku ma się tak mówić.

A tymczasem nikt tak polaka nie nienawidzi, jak drugi polak.

Jakieś dwa dni temu Hugh Laurie na swoim twitterze powiedział, że rosyjska wódka nadaje się tylko do przemywania zlewów, zaś polska czysta jest najlepsza na świecie. Nie czytam twittera Lauri’ego, skąd zatem o tym wiem? Ponieważ w parę godzin napisały o tym Gazeta Polska, Wprost, WSieci, Onet, Interia, o2, Wykop (…). Wczoraj wieczorem wicepremier Beńkowska broniąc PKP w TVN-ie przyznała, że dwa pociągi zamarzły, zaś pozostałe 3998 dojechały do miejsca przeznaczenia. Nie wdając się w słuszność dyskusji, która odbiegła od tematu – tj. fatalnego działania zarządu PKP w obliczu awarii (ludzie zostawieni na lodzie, bez zadośćuczynienia, jedzenia i wody), od dziś rana Beńkowska atakowana jest, ponieważ przyniosła Polsce wstyd na arenie międzynarodowej i wszyscy się z nas śmieją. Jeszcze lepszym przykładem było pamiętne pobicie biednych marynarzy meksykańskich przez kiboli Ruchu na plaży, czego skutkiem polski rząd przez parę dni przepraszał cały świat, zupełnie pomijając fakt, kto zaczął i o co poszło. Jeszcze lepszym przykładem było spalenie budki koło ambasady Rosji – tu też polska padła na kolana, zgięła się w pokłonie i z płaczem lizała stopy Rosji.

Przykłady można mnożyć. Wniosek nasuwa się sam – polska stała się popychadłem narodów. I jest to wniosek błędny, bo należałoby powiedzieć – z polski zrobiliśmy popychadło narodów. My, Polacy.

Zastanawiam się często, dlaczego tak jest, że jako naród cierpimy na zanik własnej wartości do tego stopnia, że możemy zaobserwować przypadki autoagresji. Już nikt nas nie musi osłabiać, podbijać, nikt nie musi bombardować naszej ekonomii – sami to robimy. W poszukiwaniu lepszego życia, czy też po prostu – życia godnego, z kraju uciekło pół narodu i mało kto wraca. Ci, którzy zostali biegają od granicy do granicy jak zapracowane mrówki, dzieląc się na dwa (lub więcej) obozów i zagryzając się wzajemnie. Ci, którzy siedzą za granicą często odcinają się od polskości, tęskniąc za domem – owszem, ale jednocześnie nienawidząc „polaczków cebulaczków” z całego serca. Dlaczego?

Myślę, że określenie „cebulaczki” wykuli właśnie emigranci. Być może właśnie dlatego, że wyjechali – zakosztowali innego życia, innego świata. Innego myślenia. Nagle znaleźli się w kraju, w którym ludzie są dla siebie uprzejmi, mili, w którym urzędy działają szybko, a odpowiedzi na maile od instytucji dostaje się nawet tego samego dnia. Gdzie, jeśli chcesz coś załatwić i dostajesz odpowiedź odmowną, to ją dostajesz, a nie zostajesz wrzucony do kosza i czekasz, tracąc nadzieję.

Myślę, że wiele emigrantów odczuwa coś w rodzaju poczucia mściwej satysfakcji z wygranego życia, jednocześnie tęskniąc przecież za polską, polskimi tradycjami i zwyczajami, których na obczyźnie nie rozumieją. Myślę, że to poczucie wprowadza w swego rodzaju dysonans. Niektórzy muszą się wyładować, co prowokuje agresję w stosunku do „przegranych” – czyli tych, którzy zostali w kraju i na wysokich stanowiskach zarabiają podobnie, jak zamiatacz ulic, a żyją gorzej. I tu – przypuszczam – jest część prawdy o tym, dlaczego polak polaka nienawidzi.

Gdzie znajduje się następny fragment układanki? Być może w historii.

A może to było tak? 

Zastanawiam się, jak może nie być „u nas” źle, kiedy, cóż, żyjemy w Polsce? – i to byłby obraz przeciętnego komentarza internetowego, gdyby go nie rozwinąć. Żyjemy w Polsce, a to oznacza, że przez nasz kraj w dosyć krótkich odstępach czasu przetoczyły się dwie wojny światowe, wybijając większość inteligencji, paląc biblioteki, zatrzymując rozwój, który tymczasem kwitł (tak, jak to rozwój kwitnie w czasie wojny) w USA, Niemczech, Rosji…

Żyjemy w Polsce oszukanej – najpierw przez „sprzymierzeńców” którzy kierując się swoim interesem nie pomogli w ’39 roku, potem przez tych samych „sprzymierzeńców” – w Jałcie, kiedy Churchill pozwolił Stalinowi zorganizować „wolne wybory”, a tym samym zniewolić nasz naród. Kierując się dalej – a jakże! – interesem swoim i swojego narodu.

Żyjemy w Polsce po chemioterapii – osłabionej długim i wyniszczającym rakiem komunizmu. Komunizmu, przez który naród zatracił poczucie własnej wartości i nauczył się patrzeć na błyszczący Zachód, który w czasie, kiedy my byliśmy wyniszczani, pławił się w coraz większych powojennych luksusach, glorii i chwale zwycięstwa.

Żyjemy wreszcie w Polsce patologicznej – skołowanej, miękkiej, na kolanach, jak kurwa narodów uzależnionej od innych, nie mającej wartości – albo lepiej, nie znającej jej i nie chcącej znać. W Polsce autoagresywnej, wyniszczającej się od środka, w miarę jak odpływają siły i na Zachód, do lepszych krajów, odjeżdżają autokary pełne ludzi stających przed wyborem „miłość do ojczyzny albo godne życie”.

Żyjemy w Polsce demokratycznej, w której demokracja się nie narodziła, ale została zaszczepiona, jako obietnica lepszego życia po 89 roku. Demokracja, która została zbudowana na gruzach, na niepewnym gruncie i przez ludzi, którzy tylko naśladowali „umiłowany zachód”. Demokracja, która ma ledwo ponad 20 lat, dziecko w zasadzie, wrzucone na głęboką wodę. Demokracja która jest, ponieważ nie ma lepszej alternatywy. Bo tak jest lepiej, niż było. Co wcale nie znaczy, że jest dobrze.

Dlaczego zatem? 

Ciągle zastanawiam się, dlaczego zatem Polacy tak bardzo siebie nienawidzą. Za historie, czy przez historię? Za to, że by godnie żyć muszą pracować w trybikach ekonomii krajów, które wcześniej Polskę zdradziły i ze wzruszeniem ramion zrobiłyby to podobnie, za co nie można ich winić, bo działają we własnym interesie?  Czy może za to, że to właśnie te kraje były przez ostatnie parędziesiąt lat synonimem słowa „utopia” – utopia, do której jedziesz po to, by zostać robolem i żyć lepiej, niż udałoby ci się to w kraju. Grecka tragedia się chowa.

Czy wreszcie – nienawidzimy siebie za to, że wiemy o tym wszystkim, czy że o tym nie wiemy? A może są jeszcze inne powody, o których nie pomyślałem – bo pewnie są. Nienawiść to bardzo złożone uczucie.

Paradoksalnie (jakby było tych paradoksów mało) bycia polakami możemy się nauczyć przyswajając niektóre zachodnie wartości – takie, jak właśnie poszanowanie własnego narodu, kochanie kraju, zamknięcie na wpływy i odzyskanie wartości.

Ale do tego trzeba czasu, podejrzewam, że nawet śmierci i narodzin kilku pokoleń. I oby w tym czasie wojny i zbrodnicze systemy przewalały się przez inne kraje, zostawiając Europę środkową w spokoju. Może wtedy znów odnajdziemy sens w słowach „będziem polakami”.

W przedszkolu byłem ONEM

Smith

Ziemia. Jest rok 1984. We Francji feministki biją się o nowomowę „Rodzic 1, Rodzic 2”. W Londynie, Szkocji i Szwecji za wygłoszenie publicznie zbrodniczej krytyki homoseksualizmu policja zamyka ludzi w areszcie. W Polsce program ministerstwa edukacji z roku na rok ucina w szkołach lekcje historii. W przedszkolach realizowany jest program, mający za zadanie pozbawić dzieci tożsamości płciowej w imię chwalebnej tolerancji. Kraje cywilizacji zachodniej chwalebnie niszczą własną kulturę w imię tolerancji z innymi imigracyjnymi kulturami. Z powodzeniem działa amerykański program PRYZMAT szpiegujący wszystko i wszystkich, w każdy możliwy sposób, wychwytujący w korespondencji właściwe frazy, czego efektem są aresztowania ludzi, którzy kupili żelazko…
I wszystko, co napisałem to fakty – oprócz tego, że mamy rok 2013. 

Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie.
Czy jestem dziewczynką, czy jestem chłopakiem, mogę być pilotką, mogę być strażakiem
Czy jestem chłopakiem czy jestem dziewczynką, bawię się lalkami i olbrzymią piłką.
Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie!

~Katarzyna Nowakowska, Fundacja Feminoteka

Wyobrażam sobie, jak to jest być w przedszkolu, w którym pani przedszkolanka mówi mi, iż tutaj nie muszę być chłopcem – mogę być dziewczynką. I nie jest to nic złego, ba, jest to dobre. Powinienem być nawet dziewczynką od czasu do czasu. A potem dodaje jeszcze, że tak w zasadzie, to dziewczynki i chłopcy w przedszkolu nie istnieją – więc jestem po prostu sobą. Lubię być sobą – to dobrze, że ktoś mi mówi, że mogę sobą być. Tylko czemu ta pani chce mnie przebrać w spódniczkę, jak ja nie chcę? Teraz już muszę – bo to w ramach tego, by pokazać mi, że dziewczynką też jest fajnie być, czasem nawet lepiej. Ale ciągle mimo wszystko tak samo dobrze być dziewczynką i chłopakiem. Tyle, że mnie się już w głowie od tego kręci…

Jeszcze parę lat temu rzeczywistość, którą opisuję mógłbym spokojnie umieścić w opowiadaniu science-fiction. Dzisiaj to, co opisałem rozgrywa się w ponad osiemdziesięciu Polskich przedszkolach – i ta liczba ciągle rośnie. Akcja „Równowartościowe przedszkole” otrzymała od Unii Europejskiej 1mln 400tyś złotych dofinansowania. Jej autorkami są wojujące feministki. A obiektami – dzieci. Dzieci być może moich znajomych, być może w niedługim czasie moje. Być może – Twoje, Czytelniku.

Cele akcji są bardzo chwalebne – zniszczenie nietolerancji, stereotypów i nauka o równouprawnieniu. Ale na tym się kończy, bo gdy wejdzie się trochę głębiej w temat, okazuje się, że dzieci mają być wręcz bezpłciowe, idealnie równouprawnione – przy czym na zajęciach ciągle wpajane jest, że kobiety są poniżane, wykorzystywane, a jednocześnie silniejsze i lepsze. Czyli jednym słowem – absurd goni absurd, a dzieci mają zamieszanie w głowach.

By nie być gołosłownym, przyjrzałem się całemu projektowi trochę bliżej – przeczytałem parę artykułów, a potem zapoznałem się z 62-stronicowym dokumentem – wytycznymi całej akcji, którego autorkami są: Anna Dzierzgowska, Joanna Piotrowska i Ewa Rutkowska (dlaczego nie ma tu żadnego mężczyzny w ramach równości?).

Po spisie treści (niestety bez podanych stron, więc poruszać się trzeba „na czuja”) dowiedziałem się już, z czym konkretnie mam do czynienia. Rozdziały „Konsekwencje stereotypów płciowych„, „Pułapka przekazów„, czy „Edukacja przedszkolna – zapobieganie stereotypom (…)” mówią same za siebie, ale mnie najbardziej zainteresowały „Scenariusze zajęć” – czyli opis praktyk, jakim dzieci są poddawane (zabrzmiało tendencyjnie? Miało).

 wtf1

W trakcie zajęć, lekcji… czy jak to inaczej nazwać – dzieci często dostają także różne wierszyki, wymyślone przez panie twórczynie akcji, pełne takich zwrotów jak „Pilożka” czy „Górniczka”. Warto też się przyjrzeć uwagom co do poszczególnych scenariuszy, gdzie wyraźnie podkreśla się intencje autorek wobec dzieci – takich, jak kwestionowanie założeń na temat ról płciowych – i o ile samo kwestionowanie to bardzo dobry nawyk zwalczany przez obecny system edukacji, to jest on oczywiście narzędziem, który można użyć na wiele sposobów. W tym scenariuszu nauczycielka (bo przecież nie nauczyciel) delikatnie popycha dzieci w stronę „jedynej i słusznej konkluzji” by potem pochwalić, kiedy dziecko „samo” zda sobie sprawę ze strasznej i zbrodniczej nierówności płci, jaka panuje na świecie i przypasowań płci do poszczególnych ról. I oczywiście będzie to tylko jego „odkrycie”.

wtf2

Bardzo dobrze ten mechanizm „popychania” widać na przykładzie lekcji o rządzeniu – tu i w innych miejscach pozwoliłem sobie pozaznaczać niektóre fragmenty. Jak widać, nauczycielka musi znaleźć odpowiednie zdjęcie i – tak, jak to czyniła propaganda – wykorzystać do ukazania zgromadzonej dziatwie świata z pewnego punktu widzenia, rozbudzając ich wyobraźnie barwną historyjką (oczywiście bez męskiego bohatera, w imię równości).

A potem? Potem wystarczy po prostu zadać odpowiednie pytania. Oczywiście w trakcie „rozmowy”, nienachalnie – tak, że w zasadzie same się nasuną i odpowiedzi na nie będą jedynym logicznym wnioskiem.

wtf3

Czy takie praktyki coś przypominają? Jeszcze nie? No to idziemy dalej. Poprzez nowomowę…

wtf4

… i „ot tak, bez celu” rozmieszczone pewne słowa-klucze…

stereotypWTF

… aż wreszcie dochodzimy do kolejnego przystanku, gdzie dzieci wysłuchają zupełnie nowych wersji starych bajek – i nie mówię tu o „Historiach prawdziwych”. W nowych wersjach bajek księżniczki zamieniają się w książęta, książęta w księżniczki, a czasem zamiast tego pojawiają się dwie księżniczki, dwoje książąt i tak dalej.

wtf5

A tematy „lekcji”? Dzieci bardzo poważnie podchodzą do świata, mamy lekcje o rządzeniu, o pracy, o modelach rodzin (z wyszczególnieniem, że są one bardzo różne i najważniejsze jest, by wszędzie była miłość), o dziadkach i babciach, o męskich dziewczynkach i wrażliwych, delikatnych chłopcach, a także quizy i konkursy, podczas których podopieczni będą popisywać się nowo zdobytą wiedzą, przebierać za dziewczynki i chłopców i za wszystko to dostaną niesamowicie fajne nagrody, będą się świetnie bawić i będą fajni i nowocześni, pozbawieni stereotypów.

I wkrótce wszyscy będą chcieli być fajni i nowocześni, tacy sami, jednakowi i równouprawnieni, zwracający uwagę na niedolę i cierpienia silniejszych i wspanialszych kobiet w społeczeństwie. I będą dumni, nie będąc chłopcem, czy dziewczynką, ale „Onym”. Więc raz będą dziewczynką, raz chłopcem, a innym razem i jednym i drugim. Bo mogą. Bo jest to dobre a najważniejsze jest to, by być fajnym i kochanym.

I tylko mnie tak trochę w dołku ściska, a nawet zacząłem się troszkę… niepokoić.

Bo ja chyba fajny nie jestem.

A co się robi z niefajnymi?

NIE BĘDĘ

 

Zastanawiam się.

 Zastanawiam się, kto i kiedy dokładnie wymyślił ten idiotyzm, ten czysty debilizm że mam tolerować. Wszystkich i zawsze, bez znaczenia, czy jest czerwony, zielony, bury w kwiatki, czy wymachuje tęczową flagą, krzycząc mi w twarz, że jest homo. W świecie, gdzie wszystko jest w porządku, ścieram radośnie ślinę z policzków i całuję go w policzek. „Toleruję cię” – mówię. – „Popluj na mnie jeszcze, proszę”.

W tym idealnym świecie, w którym wszyscy są szczęśliwi i wszystko jest w całkowitym porządku. Syria znika z mapy świata. Na chwilę, Syryjczycy mają przelotne problemy ze szczęściem, ale to nie potrwa długo. My wiemy, że przecież są szczęśliwi. W Turcji szczęście aż rozlewa się po ulicach, dławiąc ludzi z różowych armatek. Kiedy wchodzę do domu, włączam telewizor i oglądam kolejny odcinek „S jak szczęście”, nie interesuje mnie, co się dzieje na świecie.  Ja to dobrze wiem – na świecie wszyscy są szczęśliwi.

Świat nie jest niestety idealny, a ja nie oglądam telewizji. A że ten świat jest podły, nie jestem też człowiekiem tolerancyjnym i ciągle nie mogę, lub też nie umiem, zrozumieć – kto i kiedy wymyślił, że mam i powinienem tolerować wszystko. Nie chcę tolerować, nie będę. Nie mam zamiaru podchodzić do życia bezkrytycznie – ja zwyczajnie tolerancji nie toleruję.

Nie mam najmniejszego zamiaru nazywać afroamerykaninem murzyna, który w życiu nie widział ani Afryki, ani tym bardziej Ameryki, bo zwyczajnie – jest francuzem.
Nie będę nazywał geja homoseksualistą, tylko dlatego, że ktoś mi tak każe.
Nie będę tolerował geja, którzy narzuca mi się ze swoim gejostwem, zwyczajnie mnie to nie obchodzi.
Nie toleruję wiecznie skrzywdzonych feministek wydających wojnę innej płci, tylko dlatego, że są inne, a chcą być takie same a nawet lepsze.
Nie będę tolerował tolerancji, która każe mi tolerować wszystkich, poza sobą.
Nie mam najmniejszego zamiaru oddawać świata islamskiej nacji i w imieniu tolerancji rezygnować z własnej kultury.

Nie będę podchodził do życia bezkrytycznie, bezmyślnie akceptując wszystko – korupcję, zwyczajnie głupie przepisy i zabijających w biały dzień Muzułmanów. Nie obchodzi mnie, czy jesteś, bądź uważasz się za „tego dobrego”. Twoi ludzie są przeze mnie postrzegani jako śmiertelne zagrożenie. Twoja kultura jest zagrożeniem dla mojej. Twoja moralność jest przeciwna mojej.

Akceptuję to. Nie toleruję. Odejdź w pokoju.

To ty musisz tolerować – to mój dom i moje zasady. Jeśli przyjadę do ciebie, będę musiał tolerować twoje. A ty akceptować moją inność.

Nie będę więc tolerował tego, co mi się nie podoba. Będę o tym mówił i będę krytykował. Świat nie jest idealny, ja nie jestem tolerancyjny.

Nie toleruję też ludzi, którzy wymyślili tą tolerancję, którą teraz krztusi się Europa, nie tolerująca swojej kultury, swoich obywateli, samej siebie tak bardzo, iż musi tolerować wszystkich innych.

Tego też nie będę tolerował.

Bo jeszcze mogę być nietolerancyjny.

Wielka Sztuka tworzyć sztukę…

 

… za to mniejsza, tworzyć Sztukę. 

Poniższy wpis przeznaczony jest wyłącznie dla czytelników dorosłych. 

Oglądałem kiedyś taki film – łysy mężczyzna wynajął się – w imię Sztuki oczywiście – jako przedmiot. Można było na nim siedzieć, jeść, wozić cegły, uprawiać seks i deptać. Nie miał nic do powiedzenia – był przedmiotem, artystą uprawiającym performance.  Nie wiem, czy mu ktoś za to zapłacił – chyba nie. On porostu tworzył tą wielką , niezrozumiałą Sztukę przez duże S.

Fiutem w takt piosenki.

Film albo zniknął, albo nie umiem go już znaleźć. Za to powrócił do mnie we wspomnieniu, kiedy natknąłem się na nagranie przedstawiające jednego z profesorów uczelni wyższej w jednym z większych miast w Polsce. Cóż takiego robi ten człowiek?

Ano, w zasadzie nic – zmywa naczynia, śpiewając, czy też fałszując niemiłosiernie. Robi to nago, co jakiś czas machając przyrodzeniem w takt melodii (czyt. nie do rymu)

http://www.artmuseum.pl/filmoteka/?l=0&id=1267 

Tu pojawia się powracające jak bumerang pytanie – co tak naprawdę definiuję Sztukę (tą przez duże S)? Jeśli wybierzemy odpowiedź najprostszą, czyli „My” dochodzimy do rozdroża, na którym w jedną stronę idą obrazy Leonarda Da Vinci, czy symfonie Mozarta, w drugą zaś… gówno w puszce.

I obie te rzeczy są Sztuką! Wyobrażasz sobie? Mona Lisa jest taką samą sztuką, jak machający fiutem fałszujący mężczyzna przy zmywaku, czy gówno w puszce.

Powiesz – Może i my definiujemy Sztukę, ale ona także definiuje nas, opisuje rzeczywistość, wchodzi głębiej by ukazać nam pewne prawdy o nas samych. Mozart w swoich symfoniach umiał wyrazić tysiące emocji, ukazać cały ich świat, poruszyć serca…

Ale co w takim razie powiemy o

MĘŻCZYŹNIE SIKAJĄCYM NA KRZESŁO (Tak, to jest link)

 o którym pani Karolina Breguła, twórczyni strony „Biuro tłumaczeń sztuki” mówi tak:

Karolina Breguła: „Man pissing on chair” to, jak w wiele fotografii Tillmansa, wyraz buntu młodego człowieka przeciw rzeczywistości swojego pokolenia. Chłopak teatralnie sikający na krzesło reprezentuje młodych idealistów, którzy nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów, olewają walkę o stołki.

Więc i to… ten performance, da się wytłumaczyć i to tak, że pasuje do wcześniejszych definicji.
Ciekawe.

 Złoty interes

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za posikanymi krzesłami, żył sobie Włoch – Pier Manzoni. Był rok 1961. Artysta (czując najpewniej niesamowitą chęć wysrania z siebie czegoś) napełnił swoimi własnymi odchodami 90 puszek i opatrzył je etykietką „Gówno artysty” w trzech językach.

Ten gówniany pomysł okazał się wręcz na wagę złota, bowiem nasz bohater w niedługi czas potem sprzedał całe to gówno za cenę jego wagi w złocie. Inwestycja, przyznasz, jak marzenie.

Minęło parę lat. W wyniku korozji metalu część z puszek pękła, lub zwyczajnie eksplodowała, a złote gówno artysty znalazło swoje miejsce na kompoście, gdzie jego wartość doceniły drobnoustroje, wznosząc zapewne pochwalne toasty na cześć ich bogatego dobrodzieja.

Nie ma nic na ziemi lepszego dla bakterii, niż przeterminowane gówno o wartości 120 tyś. złotych.

Jeśli myślałeś, że takie rzeczy to tylko za granicą, to przypatrz się temu wspaniałemu obrazowi u góry. Mój 11-letni brat umie robić takie rzeczy na poczekaniu i z przykrością zaznaczę, że póki co nie wykazuje większych zdolności plastycznych. Tymczasem obraz budynku z wieżą jest dziełem – a jakże by inaczej – Sztuki, wybitnego malarza Jerzego Nowosielskiego, wycenionym na  marne 50 000, 00 złotych. Nie znam innych prac pana Nowosielskiego i sądzę, że większość z nich jest Sztuką, niemniej mam wielką ochotę sam coś takiego namalować i zarobić choćby 1/4 podanej wyżej ceny. Potrafię. Ale niestety nie jestem uznanym malarzem (znaczy – nie mam papierka na którym jakiś ktoś napisał, iż jestem, bo do tego się to obecnie sprowadza)

Oko w waginie 

Przykładem tej „Sztuki przez duże S” jest także niebagatelna ekspozycja pani Alicji Żebrowskiej, która nakręciła dwa (a nawet więcej) filmy, w których zaznajamia widownie bliżej z okolicami swojego odbytu i pochwy.

Tajemnica PATRZY (taak, to tez jest link)

I znów można mówić o próbie ucieleśnienia męskiego lęku przed pochwą i tajemnicą kobiecości, a jednocześnie niezwykłym pożądaniu. Można nawet pochwalić autorkę za odwagę w realizacji takiego, niewątpliwie niebagatelnego, widowiska.

Podobnie jest zresztą z filmem

GRZECH PIERWORODNY

w którym pani Alicja wsadza sobie w pochwę naprawdę różne rzeczy, a nawet zabawia się przez chwilę sztucznym penisem. Dalej pod sztandarem Sztuki, oczywiście.

Można też się zastanowić nad programem dwóch z kolei artystek, które w TVP Kultura robiły z sobą wszystko, co telewidzowie chcieli, by zrobiły, a skończyło się oczywiście na tym, że się po prostu musiały rozebrać.

LINK dla zainteresowanych.

I dochodzimy do pierwszego i ostatniego pytania

A gdzie tutaj sztuka…? 

Skoro sztuką nie jest jednoznacznie to, co opisuje nas, streszcza i ukazuje naszą rzeczywistość, bowiem każdy z nas ma dowolność interpretacji, ani też to, co zostanie nam pokazane i ktoś z góry powie : To jest sztuka! to co w takim razie nią jest i czy można jednoznacznie ją zinterpretować?

I odpowiadam, sam sobie, na to pytanie:

I tak – i nie. Po pierwsze sztuka nie jest w drzewie, ani w obrazie, ani też w gównie, czy waginie. To są tylko pewne przełączniki, które mogą podziałać, lub nie – w zależności od danego człowieka. Sztuka jest więc sama w sobie sprawą jak najbardziej osobistą.

Niemniej – skoro nie wychodzi od dzieła, ani od artysty, to także nikt nie może z góry narzucić nam czegoś jako sztuki. I na takim założeniu gówno w puszce miałoby pełne prawo działać, gdyby nie jeszcze jeden prosty fakt… a nawet dwa:

Po pierwsze sztuka musi przetrwać próbę czasu. I nie mam tu na myśli zwykłego nośnika, jak  te nieszczęsne puszki, dzięki którym parę miliardów bakterii miało obiad. Mam na myśli ideę, którą dana rzecz zdołała zaszczepić, jak chociażby dziewiąta symfonia Beethovena.

Po drugie – żadna prawdziwa sztuka nie potrzebuje tłumaczeń. To obiekt, dźwięk, czy też inny nośnik, który potrafi wywrzeć na nas, odbiorcach pewien wpływ, tak, abyśmy poczuli, iż dotykamy niezwykłej idei. To po prostu ten „przycisk”, który buduje artysta, by włączyć w nas odpowiednie brzmienie, zagrać na nas, jak na instrumentach. I to nie dzieło jest jego „dziełem”, lecz my właśnie.

Jak tutaj wypada gówno w puszce? Czy wywołało w nas tak niesamowite drgania, iż poczuliśmy dziwne uniesienie w środku – uniesienie odkrywcy, który właśnie zobaczył brzegi nowego świata, czy też zwykły – chwilowy – wstrząs, o którym zapomnimy w następnych latach, a jeśli kiedykolwiek sobie przypomnimy, będzie to bardziej ciekawostką?

I chyba na tym – jak dla mnie – polega właśnie rozróżnienie, co sztuką jest, a co nie. Możecie się oczywiście nie zgodzić, albo też przyjąć moją tezę.

Ale pamiętajcie, że sztuka nie potrzebuje się tłumaczyć. Dlatego właśnie „Biuro tłumaczeń sztuki” przestało istnieć.

Koniec już blisko

 

Jako, że dzisiaj mamy z lubą drugą rocznicę (co ja tu jeszcze robię?), zaś jutro szykuje się wielkie, całonocne świętowanie końca świata (Aporicon), już dziś chciałem Ci złożyć życzenia z okazji Końca.

Tak sobie ostatnio dyskutowaliśmy w gronie przyjaciół. 21 grudnia jest wręcz idealną datą na Armageddon. Wszyscy wiedzą, nikt nie wierzy. A jednocześnie pojawia się pytanie „A jeśli?”.
Więc, jeśli „a jeśli” się spełni i przeżyjesz, kieruj się na południe, w stronę Żywca. A kiedy dotrzesz sprawdź, gdzie biegnie kolejka :>

 Jest taka anegdota, wiesz? O francuskim generale, który zostaje obudzony w pierwszych dniach II Wojny Światowej przez swoich adiutantów. Stojąc na baczność przed łóżkiem generała meldują, iż Niemcy właśnie rozpoczęli atak. Generał, nie otwierając oczu ziewa i macha ręką w stronę półek z książkami.
– Trzecia półka po lewej stronie –  mówi. – Taka brązowa książka.
Po czym idzie spać dalej.

Można oczywiście debatować, czy w planie obrony była instrukcja jak się rozkłada białą flagę, czy też jak bezpiecznie rzucić karabinem o ziemię, niemniej planowanie i pytanie samego siebie „A co, jeśli”, przydaje się w życiu zawsze. A i zastanawianie się nad różnymi możliwościami też potrafi być przydatne.

Poniekąd moją pracą jest pytanie siebie ciągle „a co, jeśli?”. A i jest to też jedną z czynności, jakie wykonuje każdy fantasta w swoim życiu.  Myślenie, zastanawianie się, planowanie. Jeśli jesteś przygotowany na większość ewentualności, niewiele rzeczy powinno Cię zaskoczyć.

Jak się to ma do Końca Świata? Będzie. Czy jutro, tego nie wiem, ale przydarzyć się może zawsze. Wystarczy, że przejedzie mnie ciężarówka, albo któryś z Rosyjskich, Amerykańskich, czy innych wojskowych przez przypadek wciśnie nie ten przycisk…

Wszystko, co ma swój początek, ma też i koniec. Być może historia naszego gatunku skończy się równo z historią wszechświata (choć nie wiadomo, ile cywilizacji w tym czasie przeżyjemy [mała autoreklama – na końcu świata skupiłem się w opowiadaniu „Epilog” które niniejszym Ci proponuję]), być może wcześniej. Póki siedzimy na jednej tylko planecie szanse na nasze szybkie zniknięcie z kart historii są bardzo duże a to, dzięki naszym politykom, nieprędko się zmieni.

A kto wie, może to właśnie jutro?

Jakkolwiekby nie było, mam nadzieję, że czas, który Ci pozostał spędzisz tak, jakby to właśnie jutro miał nastać Koniec.

Tymczasem miła dla ucha umilająca oczekiwanie muzyczka:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=IJNR2EpS0jw[/youtube]

Aborcja, by żyło się lepiej.

 

Długo zastanawiałem się, czy poruszać ten temat. Już kiedyś to zrobiłem i wywołało to naprawdę wielką burzę niekoniecznie dobrych emocji. Temat aborcji jest jednak ciągle nurtującym mnie  problemem… i prawdopodobnie będzie, gdyż ta kwestia nie zostanie społecznie rozwiązana jeszcze bardzo długo, aczkolwiek moralnie nad nią zastanawiać się trzeba. Nawet, jeśli feministki sądzą inaczej.

Chciałbym tym razem podejść do tematu rozumowo. Już więc na wstępie zaznaczam, że zgodnie ze swoją ideologią nie jestem związany z żadną znaną religią na Ziemi, bardziej, niż wynikało by to z mojego kręgu kulturowego. Nie jestem też ani ateistą, ani feminist(k)ą. Mimo oczywistych sympatii, czy antypatii dla poszczególnych religii, ruchów, etc. 

1. Najważniejsze jest życie.

Widzisz, zastanawiałem się nad tym wszystkim naprawdę wiele, wiele dni (jeśli nie tygodni czy lat). Przejrzałem trochę stron, oglądałem nawet film Kazimierzy Szczuki, do którego jeszcze się odniosę.  Przejrzałem paręset stron rozmów na forach internetowych, z trudem przegryzając się przez pokłady nienawiści. I wydaję mi się, że w większości tych dyskusji zapominamy o podstawach, a bez nich chyba nic konstruktywnego powiedzieć nie idzie, prawda?

Cały moralny problem aborcji wynika stąd, że według naszej europejsko-chrześcijańskiej moralności kobieta jej dokonująca zabija swoje własne dziecko. Z drugiej strony wyzwolone feministki wygrażają pięściami, że nie można mówić o dziecku w łonie matki, że jest to tylko zlepek komórek i jej własność. Najchętniej powiedziałyby chyba, że to coś tak w ogóle nie żyje.

Mamy z tym problem, wiesz? Nie mając punktu odniesienia, mimo, że intuicyjnie potrafimy rozpoznać części samego życia, tak naprawdę nie umiemy powiedzieć, co jest żywe, a co nie. Wedle teraźniejszych definicji, niektóre roboty są żywe. Wszystkie miasta i wioski też, a nawet prawdopodobnie sam wszechświat także jest istotą żywą.

Przenosząc się o poziom wyżej, nie potrafimy zdefiniować siebie samych. Zastanawiając się, co czyni nas ludźmi i czy w ogóle jesteśmy istotami świadomymi lub inteligentnymi znów brakuje nam punktów odniesienia. Znamy przecież tylko jedną podobno inteligentną istotę we wszechświecie – nas samych. A co, jeśli nasza tak zwana inteligencja to tylko, bo ja wiem, zachowania zwierząt kategorii X?

Nie mogąc zdefiniować, kiedy mamy do czynienia z człowiekiem, a kiedy nie, nie możemy też zdefiniować kiedy „zaczyna” się człowiek i co go określa. Cel? Świadomość? Umiejętność myślenia? A może po prostu tylko nazwa?

Wobec tego pojawia się wniosek, że prawdopodobieństwo, że dokonując aborcji zabija się człowieka wynosi dokładnie:

50/50

2. Macica jest tylko moja, odwalcie się!

Często słyszę ten argument. To w środku, macica, płód, w każdym razie na pewno nie dziecko należy tylko do tej kobiety i ona może z nim zrobić, co jej się żywnie podoba. To tak, jakby ten płód (niech będzie) stanowił jakąś narośl w ciele, której można się pozbyć. Z takim samym skutkiem feministka może powiedzieć, że tasiemiec także jest jej częścią, nie odrębnym organizmem. Tymczasem już od pierwszego dnia po zapłodnieniu celem procesów budujących życie jest autonomiczny organizm, który wkrótce przeistacza się w coś, co jest wyraźnie oddzielone od ciała matki. Zamknięte w macicy, mające własny układ nerwowy i wszystkie funkcje normalnego organizmu. Różnica polega na tym, że ciało matki pośredniczy w układzie odżywiania i wydalania.

Nie mamy tu do czynienia ani z częścią organizmu matki, ani też z osobistą własnością, bo póki co do „produkcji” następnej istoty żywej potrzebna jest dwójka ludzi odmiennej płci. Tak to wygląda u Homo Sapiens i jeśli ktoś się przeciw temu buntuje, to może popełnić własnoręczną eutanazję, po-porodową aborcję, czyli mówiąc po ludzku i bez używania politycznie poprawnych słówek – zabić się bez udziału osób trzecich.

3. Nie masz prawa wypowiadać się na ten temat, bo jesteś mężczyzną! 

Zastanawiam się, jak daleko można posunąć się w hipokryzji, walcząc o „równość płci”, kosztem ograniczenia tej drugiej, jednocześnie samemu ubolewając nad swoim pokrzywdzeniem przez los/boga/społeczeństwo/wrednych mężczyzn.

Ten częsty argument bawi mnie także z innego powodu. Nie dość, że mam takie same prawa, jak każdy w naszej cywilizacji, to z podstawówki, a nawet przedszkola wiem o tym, że do zapłodnienia potrzeba dwóch osób. To, że jedna z nich później nosi w sobie życie jest sprawą czysto biologiczną. To jedna z tych rzeczy, przy których jeśli się zapytamy „dlaczego?” uzyskujemy odpowiedź „Bo tak po prostu jest”, tak jak niepodważalne są podstawowe prawa fizyki w naszym wszechświecie. I buntowanie się przeciwko temu to buntowanie się przeciwko sobie. Zwłaszcza, jeśli żyjemy w czasach, w których, jeśli ktoś chce, może zmienić płeć, albo po prostu poddać się zabiegom uniemożliwiającym zapłodnienie.

4. O co więc tu chodzi?

Oglądając film Kazimiery Szczuki o społecznych męczennicach, feministkach często słyszałem, jak to się muszą nacierpieć, by znaleźć lekarza, który podejmie się zabiegu aborcji, czyli, wedle Pani Szczuki, nie jest zindoktrynowany przez Kościół. Usłyszałem też kobiety mówiące o tym, że popełniły aborcję, bo nie mogły zająć się dzieckiem. „Ja mam karierę, muszę zarabiać pieniądze, nie mam czasu na dziecko” – mówi do kamery jedna z nich. Następna cześć dokumentu poświęcona jest pokazaniu szaleńczej wręcz radości z faktu popełnienia aborcji. W zasadzie miałem wrażenie, że nic tak nie uszczęśliwia kobiet jak mała aborcja raz po raz.

Szperając w internecie dowiedziałem się za to jednej dosyć ciekawej rzeczy – jeśli kobieta chce to zrobić, z łatwością znajdzie odpowiedniego lekarza, czy też po prostu środki chemiczne. Wystarczy w pewnym momencie wziąć parę tabletek, a cała sprawa, jak zapewniają się na forach kobiety, zakończy się bólem głowy i sraczką.

Poddaję więc pod rozwagę pytanie: skoro tak łatwo jest zrobić ten zabieg, o co jeszcze feministkom chodzi?

Wyciągam wniosek: Chodzi o całkowitą, bezkompromisową społeczną akceptację. Te kobiety to nie są kretynkami i ukończyły dobre szkoły. Świetnie zdają sobie sprawę z biologicznych faktów i niepewności moralnych. Jeśli bowiem szanse, że zabijasz człowieka, a nie tylko wyrywasz z siebie parę niepotrzebnych komórek wynoszą 50/50, jest to o wiele za dużo, by wiedząc o tym zgodzić się „tak po prostu” na zabieg.

Ponad rok temu mówiłem już o społecznym przyzwoleniu, a moją bohaterką była Pani Barbara, która domagała się pozwolenia, by mogła zabić swojego syna i nazwać to eutanazją. W przypadku aborcji jest podobnie. Środowisko, a w szczególności społeczeństwo ma powiedzieć wyraźnie – nie zabijasz. To tylko drobny zabieg, po którym możesz wracać do zabawy i pracy nad karierą. Ma się pojawić prawne przyzwolenie.

5. Inne okoliczności

Pierwszym argumentem, dla którego będę nazywać aborcję zabijaniem jest fakt tych 50/50. Dopóki nie będziemy mogli z całą pewnością powiedzieć, co jest, a co nie życiem, oraz zdefiniować człowieka w swojej istocie, szanse, że go zabijamy są zbyt duże, bym mógł to w swojej własnej moralności zaakceptować.

Polskie prawo mówi wyraźnie, że przerwanie ciąży dopuszczalne jest w trzech przypadkach:

– Zagrożenia życia matki
– Zagrożenia płodu nieodwracalnymi zmianami chorobowymi, uszkodzeniem mózgu, etc.
– Ciąża powstała w wyniku gwałtu

I choć nie mogę się w związku z powyższym całkowicie z tym zgodzić, muszę przyznać, że jest tutaj dosyć restrykcyjne, w stosunku do innych krajów, co odbieram pozytywnie.

Nie mogę jednak nikogo zmusić, by wyznawał taką samą moralność, jak ja, myślał jak ja, a nawet gdybym mógł, raczej bym tego nie zrobił. Największą z moich idei jest wolność, choć nie znaczy to oczywiście braku konsekwencji…

Zastanawiam się, co w zasadzie chcę przez to powiedzieć. Jeśli ktoś dalej będzie chciał popełnić aborcje – zrobi to. Ważna jest jednak świadomość. Feministki walczące o prawo do całkowitej aborcji nie dostaną społecznego przyzwolenia. Jednak, ważne jest, by przez zabiegiem każda z nich zdawała sobie sprawę jakie jest prawdopodobieństwo, że popełniają czyn, którego popełnić by raczej nie chciały. A jeśli mimo to, świadome ryzyka będą chciały to zrobić, cóż, jest to ich sprawa i w razie czego – wina (oczywiście, mówimy tutaj o legalnym rozwiązaniu).

Z drugiej strony, jest też prawdopodobieństwo, że się mylę. Zdawałoby się, takie samo.

Pozostaje jednak pytanie, którego czynu następstwa są poważniejsze?

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén