Smith

Ziemia. Jest rok 1984. We Francji feministki biją się o nowomowę „Rodzic 1, Rodzic 2”. W Londynie, Szkocji i Szwecji za wygłoszenie publicznie zbrodniczej krytyki homoseksualizmu policja zamyka ludzi w areszcie. W Polsce program ministerstwa edukacji z roku na rok ucina w szkołach lekcje historii. W przedszkolach realizowany jest program, mający za zadanie pozbawić dzieci tożsamości płciowej w imię chwalebnej tolerancji. Kraje cywilizacji zachodniej chwalebnie niszczą własną kulturę w imię tolerancji z innymi imigracyjnymi kulturami. Z powodzeniem działa amerykański program PRYZMAT szpiegujący wszystko i wszystkich, w każdy możliwy sposób, wychwytujący w korespondencji właściwe frazy, czego efektem są aresztowania ludzi, którzy kupili żelazko…
I wszystko, co napisałem to fakty – oprócz tego, że mamy rok 2013. 

Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie.
Czy jestem dziewczynką, czy jestem chłopakiem, mogę być pilotką, mogę być strażakiem
Czy jestem chłopakiem czy jestem dziewczynką, bawię się lalkami i olbrzymią piłką.
Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie!

~Katarzyna Nowakowska, Fundacja Feminoteka

Wyobrażam sobie, jak to jest być w przedszkolu, w którym pani przedszkolanka mówi mi, iż tutaj nie muszę być chłopcem – mogę być dziewczynką. I nie jest to nic złego, ba, jest to dobre. Powinienem być nawet dziewczynką od czasu do czasu. A potem dodaje jeszcze, że tak w zasadzie, to dziewczynki i chłopcy w przedszkolu nie istnieją – więc jestem po prostu sobą. Lubię być sobą – to dobrze, że ktoś mi mówi, że mogę sobą być. Tylko czemu ta pani chce mnie przebrać w spódniczkę, jak ja nie chcę? Teraz już muszę – bo to w ramach tego, by pokazać mi, że dziewczynką też jest fajnie być, czasem nawet lepiej. Ale ciągle mimo wszystko tak samo dobrze być dziewczynką i chłopakiem. Tyle, że mnie się już w głowie od tego kręci…

Jeszcze parę lat temu rzeczywistość, którą opisuję mógłbym spokojnie umieścić w opowiadaniu science-fiction. Dzisiaj to, co opisałem rozgrywa się w ponad osiemdziesięciu Polskich przedszkolach – i ta liczba ciągle rośnie. Akcja „Równowartościowe przedszkole” otrzymała od Unii Europejskiej 1mln 400tyś złotych dofinansowania. Jej autorkami są wojujące feministki. A obiektami – dzieci. Dzieci być może moich znajomych, być może w niedługim czasie moje. Być może – Twoje, Czytelniku.

Cele akcji są bardzo chwalebne – zniszczenie nietolerancji, stereotypów i nauka o równouprawnieniu. Ale na tym się kończy, bo gdy wejdzie się trochę głębiej w temat, okazuje się, że dzieci mają być wręcz bezpłciowe, idealnie równouprawnione – przy czym na zajęciach ciągle wpajane jest, że kobiety są poniżane, wykorzystywane, a jednocześnie silniejsze i lepsze. Czyli jednym słowem – absurd goni absurd, a dzieci mają zamieszanie w głowach.

By nie być gołosłownym, przyjrzałem się całemu projektowi trochę bliżej – przeczytałem parę artykułów, a potem zapoznałem się z 62-stronicowym dokumentem – wytycznymi całej akcji, którego autorkami są: Anna Dzierzgowska, Joanna Piotrowska i Ewa Rutkowska (dlaczego nie ma tu żadnego mężczyzny w ramach równości?).

Po spisie treści (niestety bez podanych stron, więc poruszać się trzeba „na czuja”) dowiedziałem się już, z czym konkretnie mam do czynienia. Rozdziały „Konsekwencje stereotypów płciowych„, „Pułapka przekazów„, czy „Edukacja przedszkolna – zapobieganie stereotypom (…)” mówią same za siebie, ale mnie najbardziej zainteresowały „Scenariusze zajęć” – czyli opis praktyk, jakim dzieci są poddawane (zabrzmiało tendencyjnie? Miało).

 wtf1

W trakcie zajęć, lekcji… czy jak to inaczej nazwać – dzieci często dostają także różne wierszyki, wymyślone przez panie twórczynie akcji, pełne takich zwrotów jak „Pilożka” czy „Górniczka”. Warto też się przyjrzeć uwagom co do poszczególnych scenariuszy, gdzie wyraźnie podkreśla się intencje autorek wobec dzieci – takich, jak kwestionowanie założeń na temat ról płciowych – i o ile samo kwestionowanie to bardzo dobry nawyk zwalczany przez obecny system edukacji, to jest on oczywiście narzędziem, który można użyć na wiele sposobów. W tym scenariuszu nauczycielka (bo przecież nie nauczyciel) delikatnie popycha dzieci w stronę „jedynej i słusznej konkluzji” by potem pochwalić, kiedy dziecko „samo” zda sobie sprawę ze strasznej i zbrodniczej nierówności płci, jaka panuje na świecie i przypasowań płci do poszczególnych ról. I oczywiście będzie to tylko jego „odkrycie”.

wtf2

Bardzo dobrze ten mechanizm „popychania” widać na przykładzie lekcji o rządzeniu – tu i w innych miejscach pozwoliłem sobie pozaznaczać niektóre fragmenty. Jak widać, nauczycielka musi znaleźć odpowiednie zdjęcie i – tak, jak to czyniła propaganda – wykorzystać do ukazania zgromadzonej dziatwie świata z pewnego punktu widzenia, rozbudzając ich wyobraźnie barwną historyjką (oczywiście bez męskiego bohatera, w imię równości).

A potem? Potem wystarczy po prostu zadać odpowiednie pytania. Oczywiście w trakcie „rozmowy”, nienachalnie – tak, że w zasadzie same się nasuną i odpowiedzi na nie będą jedynym logicznym wnioskiem.

wtf3

Czy takie praktyki coś przypominają? Jeszcze nie? No to idziemy dalej. Poprzez nowomowę…

wtf4

… i „ot tak, bez celu” rozmieszczone pewne słowa-klucze…

stereotypWTF

… aż wreszcie dochodzimy do kolejnego przystanku, gdzie dzieci wysłuchają zupełnie nowych wersji starych bajek – i nie mówię tu o „Historiach prawdziwych”. W nowych wersjach bajek księżniczki zamieniają się w książęta, książęta w księżniczki, a czasem zamiast tego pojawiają się dwie księżniczki, dwoje książąt i tak dalej.

wtf5

A tematy „lekcji”? Dzieci bardzo poważnie podchodzą do świata, mamy lekcje o rządzeniu, o pracy, o modelach rodzin (z wyszczególnieniem, że są one bardzo różne i najważniejsze jest, by wszędzie była miłość), o dziadkach i babciach, o męskich dziewczynkach i wrażliwych, delikatnych chłopcach, a także quizy i konkursy, podczas których podopieczni będą popisywać się nowo zdobytą wiedzą, przebierać za dziewczynki i chłopców i za wszystko to dostaną niesamowicie fajne nagrody, będą się świetnie bawić i będą fajni i nowocześni, pozbawieni stereotypów.

I wkrótce wszyscy będą chcieli być fajni i nowocześni, tacy sami, jednakowi i równouprawnieni, zwracający uwagę na niedolę i cierpienia silniejszych i wspanialszych kobiet w społeczeństwie. I będą dumni, nie będąc chłopcem, czy dziewczynką, ale „Onym”. Więc raz będą dziewczynką, raz chłopcem, a innym razem i jednym i drugim. Bo mogą. Bo jest to dobre a najważniejsze jest to, by być fajnym i kochanym.

I tylko mnie tak trochę w dołku ściska, a nawet zacząłem się troszkę… niepokoić.

Bo ja chyba fajny nie jestem.

A co się robi z niefajnymi?

Comments

comments

Powered by Facebook Comments