Kategoria: ReCEDakcje (Page 1 of 4)

To był złobry rok.

To był… zły rok. To był dobry rok. To był rok tak samo złobry, jak ostatnie Star Wars.

To był rok, w którym udało nam się z Fundacja Horyzont Zdarzeń – Akademia Aktywności i Rozwoju zrealizować parę fajnych rzeczy, jak Krakowski Festiwal Na Falach, przy współudziale Lubiegroze.pl, czy rejs naszym Galar Boudicca.

To był rok, w którym pierwszy raz jechałem karetką. To był rok, w którym pierwszy raz sam sobie nastawiałem staw kolanowy. To był rok, kiedy pierwszy raz usłyszałem, że mogą mnie operować.

Read More

O tym, jak radzić sobie z kradzieżą

best

14 Grudnia 2013 roku zdumiałem się bardzo, widząc jak w niezwykłe zakątki polski mogą dojść moje słowa – na przykład do Wrocławia, na Uniwersytet Ekonomiczny, a jeszcze dokładniej – do gazety studenckiej „BEST”. Problem polegał na tym, że artykuł „Matrix dla opornych” został podpisany „Przemysław Trzaska” zamiast „Michał Stonawski”, zaś sam Michał Stonawski (czyli niżej podpisany autor) nic o tym fakcie nie wiedział.  

plagiat2

Z całej duszy nienawidzę złodziejstwa. Szczególnie złodziejstwa głupiego, bowiem jak można splagiatować artykuł okładkowy, w dodatku – splagiatować metodą kopiuj-wklej, nie zmieniając dosłownie niczego. No, może poza imieniem i nazwiskiem autora. Złodziej Trzaska na wstępie mnie więc porządnie wkurzył, by nie nazwać to inaczej. Niemniej, nie dowiedziałbym się o tym fakcie (albo dowiedział dawno po nim), gdyby nie mail od życzliwego czytelnika, któremu nie mogę podziękować imiennie, bo z imienia go nie znam… niemniej, z chęcią postawiłbym mu piwo. Więc jeśli mnie teraz czyta – niech o tym pamięta.

Oto, co zrobiłem:
– Dodałem informację o fakcie na swoim profilu autorskim, oraz prywatnym
– Napisałem na profilu pisma
– Napisałem do rzecznika prasowego Uniwersytetu Ekonomicznego, oraz Rektora tegoż. 
– Dodałem informację na wykop, celem zasięgnięcia pomocy (i nagłośnienia sytuacji). 

Z powyższych – nie udała się tylko akcja z Wykop.pl, gdzie mój „ból dupy”, jak to skomentowano, został prawie natychmiast zakopany, zaś ja pouczony, że z takimi rzeczami nie udaje się na Wykop.pl (jakbym nie widział tysięcy znalezisk polegających na sprawach złodziejskich. Tyle, że tam chodziło o rower, nie o własność intelektualną).

I tutaj także muszę podziękować – facebookowej (i blogowej i gram.pl-owej) grupie znajomych, rodziny, krytyków literackich, publicystów i pisarzy gatunków fantastyki i głównego nurtu, którzy natychmiast nagłośnili sytuację i stanęli za mną murem. Ale takim naprawdę wysokim i grubym. Takim na ponad 5000 osób z samego tylko jednego posta, która dowiedziała się o przestępstwie. Trudno by mi było wymienić z nazwiska wszystkich, dlatego (nie obraźcie się) wymienię parę nazwisk. O reszcie także pamiętam i obawiam się, że nie wypłacę się jeśli chodzi o stawianie piw wszystkim. Wyróżniam więc Konrada Staszewskiego za cenne rady prawne i Andrzeja Sawickiego z drugą połówką – za także cenne rady prawne i duuużo wsparcia. Dzięki. Serio. Piwo. Dwa piwa. Sami wiecie, zresztą.

Wracając do tematu – na efekty długo czekać nie było trzeba. Pod moim komentarzem na fanpage pisma pojawiła się nota o zaskoczeniu redakcji, chwilę później ze strony zniknęło samo pismo, a ja dostałem maila od red.nacz. Zresztą, co ja będę się rozpisywał – prowadziłem przecież dzienniczek, co i kiedy się stało. Oto i on:

14.12.13
– 14:48 – Dostaję maila od czytelnika.
– Piszę na Fanpage pisma
– Nagłaśniam sprawę na Facebooku
– Nagłaśniam sprawę na Wykopie – tu zostaję zakopany.
– Piszę maila do Rektora UE, oraz Rzecznika prasowego
– 18:12 – Parę godzin po mojej reakcji – pod moim komentarzem na głównej FB:
Opisana przez Pana sprawa jest dla nas ogromnym zaskoczeniem. Podjęliśmy stosowne kroki, w celu jej wyjaśnienia.
– 20:31 – Na maila dostaję prośbę o kontakt, numer do red. naczelnej pisma i prośbę o swój numer. Podaję swój numer i czekam na kontakt w sprawię wyjaśnienia i podjęcia kroków.
15.12.13
– Cisza ze strony rektora, rzecznika prasowego. Piszę także do radcy prawnego UE – dostaję wiadomość zwrotną, o niepowodzeniu. Czyżby mail nie istniał?
– Dalej czekam na kontakt ze strony pisma.
16.12.13
– 03:59 – Na stronie www pisma i pod moim komentarzem na ich fanpage (?!) pokazuje się „Wyjaśnienie w sprawie artykułu”:
Niezależna Gazeta Studentów B.e.s.t. informuje, iż tekst opublikowany w grudniowym wydaniu (str. 20-21), o tytule „Matrix dla opornych” nie został napisany przez osobę wskazaną w treści. Prawowitym autorem tekstu jest Pan Michał Stonawski, którego szczerze przepraszamy za zaistniałą sytuację. Jednocześnie podkreślamy, że redakcja pisma nigdy nie propagowała kradzieży i opisany incydent jest dla nas ogromnym zaskoczeniem. Dołożymy wszelkich starań, aby uniknąć podobnych problemów w przyszłości, co pociągnie za sobą również konsekwencje personalne.
– 07:25 – Piszę maila do red.nacz pisma z moimi postulatami i pytaniem, czemu nie było kontaktu telefonicznego.
– 11:25 – Dostaję maila od naczelnej pisma – z wyjaśnieniem i zgodą na warunki.
– 12:34 – Dostaję maila od rzecznika prasowego UE z informacją, iż sprawa jest wyjaśniana.
– 18:14 – Na fanpage pisma zostaje dodany oficjalny komunikat z przeprosinami, oraz oficjalne przeprosiny Przemysława Trzaski.

wyjaśnienie na stroniewww

przeprosiny

Złodziej został także wydalony z redakcji pisma. Dodatkowo, wedle dalszych moich żądań, przeprosiny ukażą się w następnym numerze pisma „Best” (nie omieszkam przeczytać), zaś w przywróconym numerze grudniowym artykuł „Matrix dla opornych” zostanie podpisany moim nazwiskiem (nie chciałem, by go całkiem usunięto – niech zostanie), oraz specjalną notą opisującą sprawę. Nie jest to jednak koniec – oprócz publicznego pokajania się i usunięcia z redakcji, Trzaska ma także zapewnione reperkusje na swojej uczelni, od której będę się domagał także noty na ich stronie głównej (o skutkach nie omieszkam poinformować na profilu autorskim). Czy to będzie wystarczająca lekcja? Być może.

Mógłbym, oczywiście, zgłaszać sprawę do sądu. Niemniej chciałbym zaznaczyć, że artykuł „Matrix dla opornych”, mimo niesamowitej wręcz oglądalności (8 tyś czytelników na blogu, wyróżnienie na głównej stronie serwisu Gram.pl) nie był artykułem mającym mi przynieść korzyści finansowe. Niewątpliwie mógłbym to zrobić… mógłbym. Zawczasu jednak przygotowałem sobie listę rzeczy, których mogę żądać w takiej sytuacji:

– Przeprosiny w nast. Numerze pisma.

– Przeprosiny na stronie pisma/ fanpage pisma

– Przeprosiny na stronie uniwersytetu

– Opatrzenie artykułu notą wyjaśniającą

– Wszystkie noty o treści, która wskazuje, że publikacji dokonano bez zgody i wiedzy autora.

– Domaganie się konsekwencji dla plagiatora, tak w piśmie, jak i na uczelni.

Wszystkie zostały, bądź zostaną spełnione. Nie odpuściłem, dopiąłem swego – tak, jak zapowiadałem. Nie myślę, by w sprawie niekomercyjnego wpisu na blogu robić rzeź i rąbankę – tu chodziło o lekcję i konsekwencje dla złodzieja, nie mordowanie i znęcanie się. I chyba ten cel udało się osiągnąć, niecierpliwie czekam zresztą na więcej informacji od rzecznika prasowego Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. I, a jakże, wiadomość od rektora.

Zostałem okradziony

best

Właśnie przed chwilą dowiedziałem się, że moje słowa sięgają daleko, bo aż do Wrocławia – a dokładnie gazety studenckiej Uniwersytetu Ekonomicznego BEST, gdzie pan (duże „P” usilnie nie chce mi się wcisnąć na klawiaturze) Przemysław Trzaska splagiatował mnie, a dokładnie mój wpis „Matrix dla opornych” słowo w słowo, zachowując nawet tytuł.

Matrix dla opornych

Oto, co teraz zrobię:
– Nagłośnię rzecz na FB i Wykopie
– Napiszę stosownego maila do dziekana UE we Wrocławiu
– Nagłośnię rzecz na swoim blogu
– Będę, jeśli prawo mi sprzyja, domagał się rekompensaty.

Jest pan, panie Trzaska, zwykłym złodziejem. To smutne dla pana, bo trafił pan na człowieka bardzo nietolerancyjnego. Szczególnie dla złodziei.

 

plagiat2

plagiat3

 

 

Rzeczpospolita Nienawistna

topkarzeczy

Fragment zdjęcia pochodzi od Marcin Wziontek Photography

11 listopada, jak co roku, trafił na czołówki gazet i do zagranicznych mediów jako dzień, w którym Polacy znów coś podpalili, zniszczyli i kogoś pobili. „Warszawa płonęła!” – krzyczy niemalże  w programie „Tak czy nie” Krzysztof Gawkowski z SLD, a mnie przed oczami stają zdjęcia z niemieckiego nalotu na stolicę. Warszawa płonęła – a zaraz po niej zapłonął kraj, zapłonęły dzienniki, telewizja, gazety, zapłonęli politycy, zapłonął Kreml, żądając natychmiastowych przeprosin za skandaliczny atak polski na ich ambasadę. Zapłonęła też opinia publiczna. Tłum żąda krwi. 

Tak wiele zostało powiedziane na temat samego marszu, tak wiele wymieniono Polsce ciosów, raz z lewej, raz z prawej, czasem podbródkowym, że aż przykro się na to patrzy – szczególnie w kontekście święta, jakim jest Święto Niepodległości. Dosyć ciekawie (mimo pieprzenia głupot) wypowiedział się rosyjski pisarz, German Sadułajew, w apelu do władz Rosyjskich:

Nie wolno wyrzekać się misji. Inaczej wpadniecie w nicość, tak jak Polska (…) półzdechły pies, którego depczą przechodnie, gospodynie oblewają wrzątkiem, a dzieci dla zabawy obrzucają kamieniami.

Czy polska jest takim właśnie psem, łaszącym się do wielkich braci USA, Rosji i UE? Tu można, oczywiście, spekulować. Mnie intryguje w całej sprawie zupełnie inny aspekt – bo Polska nie jest „półzdechła” z powodu ran odniesionych w walkach, lecz z powodu choroby toczącej jej układ nerwowy – media. I chyba na przykładzie wydarzeń z 11 listopada, a właściwie reakcji na nie, można bardzo dobrze fakt tej ułomności dostrzec.

Telewizja kłamie

Moją uwagę przykuł program publicystyczny „Tak czy Nie” emitowany w telewizji Polsat:

[youtube]http://youtu.be/2zfGP8O3K-Y[/youtube]

Osobami w studiu są kolejno – Krzysztof Gawkowski z SLD, Redaktor Agnieszka Gozdyra i Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego. Dwoje gości ustawiono w taki sposób, by – zgodnie z zasadą obiektywizmu – mieli skrajnie różne zdania, co niewątpliwie wywoła bardzo ognistą dysputę – i dobrze, bo także do tego są media.

Do czego media nie są pokazuje za to bardzo dobrze Agnieszka Gozdyra, od pierwszych sekund programu domagająca się przeprosin ze strony Krzysztofa Bosaka z powodu czynów karalnych, do jakich doszło w trakcie trwania Marszu w Warszawie.

Przerwę tutaj. Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął grzebać za faktami – które zresztą szybko znalazłem, bo nikt się z nimi specjalnie nie kryje. A fakty są takie:

trasai punkty

Powyższa mapka pokazuje trasę, jaką szedł marsz. Wystartowano na Rondzie Dmowskiego, by potem przez ulice: Marszałkowską, Waryńskiego, Gworka, Spacerową, Belwederską oraz Al. Ujazdowskie przejść wreszcie na Agrykolę, gdzie miało się odbyć przemówienie. Kropkami zaznaczyłem oba punkty zapalne, gdzie dokonały się zamieszki – pierwsza to Pl. Zbawiciela, na którym stała tęcza, druga – Ambasada Rosji.

Żaden z tych punktów nie jest na trasie marszu. Ciekawostką jest natomiast fakt, że tęcza została wcześniej zniszczona parę razy – i za każdym razem została odbudowana, zaś jej termin „wystawienia” z ograniczonego został zmieniony na „bez ograniczeń”. Ciekawostką też jest, że ostatnia odbudowa tęczy miała miejsce zaledwie parę dni przed marszem.

Nie wietrzę tutaj żadnego spisku – co najwyżej głupotę, gdyż jeśli złożymy ze sobą fakty: „Tęcza była już niszczona” oraz „Na każdym marszu w ostatnich latach wybuchały zamieszki” wnioski nasuwają się same.

Faszyści!

Winnych nie brakuje, lecz liczebnością nie dorównują oskarżycielom. Z filmów, których na szczęście zatrzęsienie możemy znaleźć w sieci, można wywnioskować, kim byli dewastatorzy – zasłonięte twarze, szaliki klubowe… faszyści? Zwykli chuligani, którzy przyjechali wywołać awanturę. Być może część z nich istotnie była nacjonalistami i faszystami – bo czemu nie, możemy przyjąć taką teorię.

Czy należy za to winić Ruch Narodowy i wręcz żądać jego rozwiązania, tak, jak rozwiązany został marsz? Po pierwsze, bandyci działali poza jurysdykcją ochrony marszu – na pewno w przypadku tęczy. Na filmach spod ambasady widzimy małą bandę krzyczących szalikowców i morze ludzi z flagami, którzy ich obchodzą, kierując się zgodnie z trasą marszu.

Prawda jest – jak w większości przypadków – smutna. Gdzie jest większe zbiorowisko ludzi, tam zawsze znajdą się tacy, którzy swoje niezadowolenie wyrażają niszcząc, co popadnie. Tacy też przyjechali do Warszawy z okazji marszu, czy coś jednak wiąże ich z Ruchem Narodowym? To tak, jakby zapytać się, co wiążę Ciebie z Pol Potem.

Myślę nawet, że za istnienie coraz silniejszych ruchów faszystowskich/nacjonalistycznych należy pośrednio winić polityków ostatnich lat, media, komunizm, wcześniej wojny i zabory – czyli zwyczajnie Czas Historyczny w którym przyszło nam żyć, parafrazując Szarleja z Trylogii Husyckiej. Faktem jest bowiem wieloletnie wyniszczanie polskiej inteligencji, faktem jest, że komunizm nauczył polski naród patrzenia na siebie z obrzydzeniem i nienawiścią, zaś na zachód z podziwem (skutek komunizmu, nie to, czego nauczał), czego skutki odczuwamy do dziś we wszystkich dziedzinach życia – od zniszczonego rynku, po tego rynku niszczenie i emigracje. Z czym dołożyli się politycy ostatnich lat, wywodzący się z braku inteligencji, bądź jej wyniszczonych resztek, patrzący modłą komunizmu, jak  się nie narobić, a zarobić? Więcej mówić chyba nie trzeba – każda przyczyna rodzi skutek, a im większa przyczyna, tym jej następstwa są większe (tę poruszę jeszcze w następnym wpisie).

Pytam teraz siebie – skąd właściwie te złe nastroje społeczne rodzące młodych kierujących wściekłość gdzie popadnie? I czy jest to na pewno wina Ruchu Narodowego, czy może właśnie Czasu Historycznego?

I tu właśnie do głosu dochodzą media – jak esencja kraju, sącząca się do wszystkich mieszkań, tworząc zatruty napar, którym żywią się tłumy.

Ta herbata jest zatruta

Wróćmy do Bosaka i Gozdyry, pomijamy pana z SLD, który w tym sporze mógłby być kimkolwiek innym, a więc mało wyrazistego i bez większego znaczenia. Głownie dlatego, że cały program w założeniu skupiał się na Krzysztofie Bosaku, a w zasadzie na wymaganiom, które wobec jego osoby postawiła redaktor Gozdyra.

Od pierwszych minut programu jest jasne, że Agnieszka Gozdyra ma swoje własne zdanie w kwestii winy Ruchu narodowego i Krzysztofa Bosaka, od którego już od początku zażądała wyjaśnień i przeprosin za (bandytyzm) skandaliczne czyny „na marszu niepodległości”.

Witam w „Tak czy Nie” w którym pytamy o odpowiedzialność, za wczorajszą zadymę w warszawie, a chodzi proszę państwa nie tylko o odpowiedzialność finansową, 120 tysięcy piechotą nie chodzi, oczywiście ktoś te pieniądze będzie musiał wyłożyć, pytamy też o to, czy po prostu zdelegalizować Ruch Narodowy, po tym, co się wczoraj wydarzyło w Warszawie

– Rozpoczyna.

Dalej jest już tylko ciekawiej – Pani Agnieszka Gozdyra nie zostaje w dyskusji tylko moderatorem, a wręcz jej czołowym uczestnikiem, co chwilę przerywając Bosakowi, pozostając milcząca, kiedy wypowiada się Sekretarz SLD. Na tym nie koniec – nie waha się przed jawnymi oskarżeniami w kierunku Bosaka i ciągłym podkreślaniu swojej opinii w tej sprawie, demagogii i staraniach ripostowania każdej z wypowiedzi Bosaka.

Pani Gozdyra zapomniała jednak, że nie jest u siebie na blogu, na twitterze, czy facebooku – jest w studiu w programie, w którym jest tylko i aż moderatorem dyskusji, którą mają między sobą przeprowadzać przedstawiciel SLD i Ruchu Narodowego.

W tym miejscu przypomnę trzy pierwsze zasady Karty Etycznej Mediów:

Zasada prawdy – co znaczy, że dziennikarze, wydawcy, producenci i nadawcy dokładają wszelkich starań, aby przekazywane informacje były zgodne z prawdą, sumiennie i bez zniekształceń relacjonują fakty w ich właściwym kontekście, a w razie rozpowszechnienia błędnej informacji niezwłocznie dokonują sprostowania

Zasada obiektywizmu – co znaczy, że autor przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów, rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia.

Zasada oddzielania informacji od komentarza – co znaczy, że wypowiedź ma umożliwiać odbiorcy odróżnianie faktów od opinii i poglądów.

Trzy zasady, które od wielu już lat są notorycznie łamane w mediach, czego przykładem stała się teraz Agnieszka Gozdyra, do której sformułowanie „redaktor” niestety nie pasuje, a która mimo wielu podobnych zachowań i wypowiedzi, dalej pracuje w Polsacie, ma się świetnie i jest jedną z twarzy tej stacji.

Pogrzebałem dalej i znalazłem dwie grafiki, które pokazują różnicę, pomiędzy mediami, a prawdą – w sprawie tegorocznego marszu.

Tak wyglądał marsz w relacjach medialnych:

marsz_niepodleglosci_w_warszawie_640x0_rozmiar-niestandardowy

A tak w filmach zrobionych przez zwykłych obywateli na marszu:

Marsz_Niepodleglosci_55665161

Zwróćmy też uwagę na stroje i twarze ludzi na obu zdjęciach.

Oraz bonus: Na czym polega obiektywizm według Pani Gozdyry:

comment_5hU3B0Y5WcmPIoIFPGh1IkKHhu1bQkyr,wat

Akcja – reakcja czyli Post Scriptum

Na reakcję w sprawie wydarzeń z 11 listopada nie trzeba było długo czekać – Rosja natychmiast zażądała przeprosin i zadośćuczynienia od strony polskiej za atak na ich placówkę – tak się też stało, Bronisław Komorowski przeprosił, dodając:

Władze rosyjskie mają absolutne prawo do formułowania bardzo ostrych ocen. To jest taka przykra sytuacja, że za ekscesy łobuzerii, na końcu musimy się wszyscy wstydzić i wszyscy przepraszać, przede wszystkim państwo polskie i jego władze

Tymczasem nie tak dawno polska ambasada w Moskwie została obrzucona racami i świecami dymnymi przez członków ugrupowania „Jedna Rosja”. Co na to Rosjanie?

Ambasador Rosji stwierdził, że sprawa jest wyjaśniania, lecz to nic w porównaniu z tym co działo się w Warszawie, ani pod względem rozmiarów, ani złożoności tego, co się stało. Marcin Wojciechowski z MSZ wypowiada się o ataku na polską ambasadę dosyć enigmatycznie, uspokajając, że nic nikomu się nie stało.

Wnioski pozostawiam do rozpatrzenia.

Zostaję tylko z pytaniem, czy też lekcją, której dostarczyło mi życie:

A kto cię będzie szanował? Jeśli sam siebie nie szanujesz…?

 

W przedszkolu byłem ONEM

Smith

Ziemia. Jest rok 1984. We Francji feministki biją się o nowomowę „Rodzic 1, Rodzic 2”. W Londynie, Szkocji i Szwecji za wygłoszenie publicznie zbrodniczej krytyki homoseksualizmu policja zamyka ludzi w areszcie. W Polsce program ministerstwa edukacji z roku na rok ucina w szkołach lekcje historii. W przedszkolach realizowany jest program, mający za zadanie pozbawić dzieci tożsamości płciowej w imię chwalebnej tolerancji. Kraje cywilizacji zachodniej chwalebnie niszczą własną kulturę w imię tolerancji z innymi imigracyjnymi kulturami. Z powodzeniem działa amerykański program PRYZMAT szpiegujący wszystko i wszystkich, w każdy możliwy sposób, wychwytujący w korespondencji właściwe frazy, czego efektem są aresztowania ludzi, którzy kupili żelazko…
I wszystko, co napisałem to fakty – oprócz tego, że mamy rok 2013. 

Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie.
Czy jestem dziewczynką, czy jestem chłopakiem, mogę być pilotką, mogę być strażakiem
Czy jestem chłopakiem czy jestem dziewczynką, bawię się lalkami i olbrzymią piłką.
Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie!

~Katarzyna Nowakowska, Fundacja Feminoteka

Wyobrażam sobie, jak to jest być w przedszkolu, w którym pani przedszkolanka mówi mi, iż tutaj nie muszę być chłopcem – mogę być dziewczynką. I nie jest to nic złego, ba, jest to dobre. Powinienem być nawet dziewczynką od czasu do czasu. A potem dodaje jeszcze, że tak w zasadzie, to dziewczynki i chłopcy w przedszkolu nie istnieją – więc jestem po prostu sobą. Lubię być sobą – to dobrze, że ktoś mi mówi, że mogę sobą być. Tylko czemu ta pani chce mnie przebrać w spódniczkę, jak ja nie chcę? Teraz już muszę – bo to w ramach tego, by pokazać mi, że dziewczynką też jest fajnie być, czasem nawet lepiej. Ale ciągle mimo wszystko tak samo dobrze być dziewczynką i chłopakiem. Tyle, że mnie się już w głowie od tego kręci…

Jeszcze parę lat temu rzeczywistość, którą opisuję mógłbym spokojnie umieścić w opowiadaniu science-fiction. Dzisiaj to, co opisałem rozgrywa się w ponad osiemdziesięciu Polskich przedszkolach – i ta liczba ciągle rośnie. Akcja „Równowartościowe przedszkole” otrzymała od Unii Europejskiej 1mln 400tyś złotych dofinansowania. Jej autorkami są wojujące feministki. A obiektami – dzieci. Dzieci być może moich znajomych, być może w niedługim czasie moje. Być może – Twoje, Czytelniku.

Cele akcji są bardzo chwalebne – zniszczenie nietolerancji, stereotypów i nauka o równouprawnieniu. Ale na tym się kończy, bo gdy wejdzie się trochę głębiej w temat, okazuje się, że dzieci mają być wręcz bezpłciowe, idealnie równouprawnione – przy czym na zajęciach ciągle wpajane jest, że kobiety są poniżane, wykorzystywane, a jednocześnie silniejsze i lepsze. Czyli jednym słowem – absurd goni absurd, a dzieci mają zamieszanie w głowach.

By nie być gołosłownym, przyjrzałem się całemu projektowi trochę bliżej – przeczytałem parę artykułów, a potem zapoznałem się z 62-stronicowym dokumentem – wytycznymi całej akcji, którego autorkami są: Anna Dzierzgowska, Joanna Piotrowska i Ewa Rutkowska (dlaczego nie ma tu żadnego mężczyzny w ramach równości?).

Po spisie treści (niestety bez podanych stron, więc poruszać się trzeba „na czuja”) dowiedziałem się już, z czym konkretnie mam do czynienia. Rozdziały „Konsekwencje stereotypów płciowych„, „Pułapka przekazów„, czy „Edukacja przedszkolna – zapobieganie stereotypom (…)” mówią same za siebie, ale mnie najbardziej zainteresowały „Scenariusze zajęć” – czyli opis praktyk, jakim dzieci są poddawane (zabrzmiało tendencyjnie? Miało).

 wtf1

W trakcie zajęć, lekcji… czy jak to inaczej nazwać – dzieci często dostają także różne wierszyki, wymyślone przez panie twórczynie akcji, pełne takich zwrotów jak „Pilożka” czy „Górniczka”. Warto też się przyjrzeć uwagom co do poszczególnych scenariuszy, gdzie wyraźnie podkreśla się intencje autorek wobec dzieci – takich, jak kwestionowanie założeń na temat ról płciowych – i o ile samo kwestionowanie to bardzo dobry nawyk zwalczany przez obecny system edukacji, to jest on oczywiście narzędziem, który można użyć na wiele sposobów. W tym scenariuszu nauczycielka (bo przecież nie nauczyciel) delikatnie popycha dzieci w stronę „jedynej i słusznej konkluzji” by potem pochwalić, kiedy dziecko „samo” zda sobie sprawę ze strasznej i zbrodniczej nierówności płci, jaka panuje na świecie i przypasowań płci do poszczególnych ról. I oczywiście będzie to tylko jego „odkrycie”.

wtf2

Bardzo dobrze ten mechanizm „popychania” widać na przykładzie lekcji o rządzeniu – tu i w innych miejscach pozwoliłem sobie pozaznaczać niektóre fragmenty. Jak widać, nauczycielka musi znaleźć odpowiednie zdjęcie i – tak, jak to czyniła propaganda – wykorzystać do ukazania zgromadzonej dziatwie świata z pewnego punktu widzenia, rozbudzając ich wyobraźnie barwną historyjką (oczywiście bez męskiego bohatera, w imię równości).

A potem? Potem wystarczy po prostu zadać odpowiednie pytania. Oczywiście w trakcie „rozmowy”, nienachalnie – tak, że w zasadzie same się nasuną i odpowiedzi na nie będą jedynym logicznym wnioskiem.

wtf3

Czy takie praktyki coś przypominają? Jeszcze nie? No to idziemy dalej. Poprzez nowomowę…

wtf4

… i „ot tak, bez celu” rozmieszczone pewne słowa-klucze…

stereotypWTF

… aż wreszcie dochodzimy do kolejnego przystanku, gdzie dzieci wysłuchają zupełnie nowych wersji starych bajek – i nie mówię tu o „Historiach prawdziwych”. W nowych wersjach bajek księżniczki zamieniają się w książęta, książęta w księżniczki, a czasem zamiast tego pojawiają się dwie księżniczki, dwoje książąt i tak dalej.

wtf5

A tematy „lekcji”? Dzieci bardzo poważnie podchodzą do świata, mamy lekcje o rządzeniu, o pracy, o modelach rodzin (z wyszczególnieniem, że są one bardzo różne i najważniejsze jest, by wszędzie była miłość), o dziadkach i babciach, o męskich dziewczynkach i wrażliwych, delikatnych chłopcach, a także quizy i konkursy, podczas których podopieczni będą popisywać się nowo zdobytą wiedzą, przebierać za dziewczynki i chłopców i za wszystko to dostaną niesamowicie fajne nagrody, będą się świetnie bawić i będą fajni i nowocześni, pozbawieni stereotypów.

I wkrótce wszyscy będą chcieli być fajni i nowocześni, tacy sami, jednakowi i równouprawnieni, zwracający uwagę na niedolę i cierpienia silniejszych i wspanialszych kobiet w społeczeństwie. I będą dumni, nie będąc chłopcem, czy dziewczynką, ale „Onym”. Więc raz będą dziewczynką, raz chłopcem, a innym razem i jednym i drugim. Bo mogą. Bo jest to dobre a najważniejsze jest to, by być fajnym i kochanym.

I tylko mnie tak trochę w dołku ściska, a nawet zacząłem się troszkę… niepokoić.

Bo ja chyba fajny nie jestem.

A co się robi z niefajnymi?

Przypowieść o stworzeniu arbuza

 

Jadłem przed chwilą arbuza, oglądając film o duchach. I tak mi przyszło na myśl, skąd też te arbuzy się wzięły. Posłuchajcie: 

Myślę, że było to tak:

Kiedyś Adam i Ewa się pokłócili – to już nie było w raju. Ewa była w pierwszej fazie ciąży i czasem miała zmiany nastrojów. Czasem często. Czasem częściej, niż często. Mniejsza. To nie ma za wiele wspólnego z tą historią. W każdym razie byli pokłóceni. I zerknął na nich Bóg i wiedział, że nie jest to dobre.
– Muszę im coś dać, bo są tylko we dwójkę (oczywiście nie licząc tych biedaków w Ameryce i Azji, ale nikt nie musi wiedzieć) i co będzie, jeśli się rozstaną? Cały misterny plan w łeb i będę miał przedwczesny potop.
Stworzył więc Bóg Arbuza. Owoc tak pyszny, tak soczysty i wspaniały, że nikt po jego zjedzeniu nie ma ochoty na kłótnie. No i dobrze robi kobietom w ciąży. W ogóle dobrze robi.
Zszedł więc Bóg z arbuzem na Ziemię i podszedł o Ewy, siedzącej gdzieś na pniaku z obrażoną miną.
– Ewo! – zagrzmiał. – Mam dla Ciebie coś wspaniałego, coś, co…
– Zostaw mnie w spokoju! – wrzasnęła Ewa. – Nie chcę Cię słuchać, nie podoba mi się tutaj, to niebo jest zbyt niebieskie! Ziemia zbyt ziemista! W ogóle idź sobie! Ja mam swoje prawa, ja się tak nie dam wykorzystywać! Nie! Wynoś się! WON! Masz może ogórki?
– Nie mam – zagrzmiał cichutko Bóg.
– To idź sobie!
Westchnął więc Bóg nad swoim dziełem, a ponieważ nie było takie złe (a nawet całkiem ładne, choć przecież na Jego podobieństwo czasami wybuchowe [i przypomniała się Bogu Sadoma i Gomora z przyszłości Ziemi i ciągłości Jego, oraz parę  innych przypadków, kiedy ludzie go po prostu wkurzyli i ginęli miliardami] więc rozumiał po części) poszedł więc na drugi koniec małego kraiku do Adama.
– Adamie, Adamie! – zamruczał burzowo.
– Zabierzesz ją ode mnie, Panie? – zapytał z nadzieją Adam.
– Nie, Adamie. Ale mam coś dla Ciebie. Popatrz. Cóż za wspaniały owoc.
To mówiąc, zaprezentował arbuza.
– Czy my już czasem tego nie przerabialiśmy? – zapytał podejrzliwie Adam.
– Ho, ho, ho… – zaśmiał się Bóg. – Nie. To znaczy tak. W pewnym sensie. Ale teraz jest inaczej. W końcu Jestem Który Jestem, prawda?
– No… chyba tak.
– Daj ten owoc Ewie. Idź prosto do niej i zjedźcie go i pogódźcie się. Oto owoc pokoju. Nazwałem go arbuzem. Sam nie wiem, czemu.
Wziął więc Adam arbuza od Pana i poszedł ku swej połowicy. Tymczasem Bóg wrócił do Wszędzie by nie wiedzieć Wszystkiego (dla odprężenia) i bawić się w kręgle planetami, czy co tam Bóg ma robi, kiedy ma przerwę. A była to przecież niedziela.
Adam szedł tymczasem dzielnie do Ewy, a że droga była kręta i długa, odpoczął chwilę w cieniu pod drzewem i tam też się zdrzemnął, myśląc jakże to byłoby fajnie napić się czegoś, co ma bąbelki i procenty i że szkoda, że nikt jeszcze czegoś takiego nie wymyślił.
I wtedy zsunął się z drzewa Wąż.
– Nogi, czemu nogi, były ładne nogi, czemu nogi – syczał w zadumie. I wtedy wyczuł Boski zapach. I spojrzał na Owoc w ręku śpiącego Adama.
– O nie – zasyczał. – Tak się nie będziemy bawić!
Dotknął więc arbuza swym nosem, szepnął coś niewyraźnie i zadowolony z siebie znikł w trawie, prawdopodobnie udając się do piekła by napalić w kotłach.
Adam obudził się wkrótce i już bez przeszkód dotarł do Ewy. Tam wspólnie otworzyli owoc.
I wtedy ich oczom ukazał się nie wspaniały, czerwony miąższ, ale wielkie ilości pestek i choć sam arbuz był wspaniały, to pestki niszczyły cały jego potencjał, nie smakowały, było ich za dużo (a nie jedna, jak stworzył to Bóg) a ich wydłubywanie skutkowało brudzeniem się sokiem, większość więc wspaniałego soku spłynęła na ziemię tworząc Morze Czerwone.
Ewa natomiast tak się zdenerwowała, że poruszyło się dziecko w jej łonie i Kain, jak go wkrótce nazwali, urodził się odrobinę niezrównoważony. Na skutki nie trzeba było długo czekać, jak wiemy.

I tak oto do dzisiaj arbuzy są najwspanialszymi owocami, lecz skażone przed dotyk diabła zawierają makabryczne ilości twardych pestek, od zarania dziejów wkurzając ludzi do tego stopnia, że diabelską technologią stworzyli odmianę bezpestkową, ale to już inna diabelska historia.

Ostatni dzień Telegrafu

Idea znana była od starożytności. Już Grecy posługiwali się prymitywnym telegrafem optycznym. Nasza cywilizacja używała go od 1794 roku, najpierw jako telegraf semaforowy, potem – elektryczny. Świat kojarzy go dzięki Samuelowi F.B. Morse’owi, który stworzył uniwersalny język nazywany do dziś jego imieniem, oraz opatentował telegraf elektromagnetyczny. To był 1837 rok. Wynalazek zrewolucjonizował komunikację, przyczynił do przyspieszenia tempa naszego rozwoju, przez 176 lat działał, wysyłając wiadomości pomiędzy krajami świata. 
Umarł w niedzielną noc 14 lipca 2013 roku.  

Ostatni na świecie międzynarodowy telegram wysłany za pomocą telegrafu został wysłany z Indii w niedzielną noc.

Tak chyba kończy się pewna epoka. I choć telegramy nadal istnieją w postaci usługi Poczty Polskiej, czy nawet wiadomości SMS, to telegraf jako urządzenie do przesyłania informacji na wielką skalę skończył się właśnie w nocy z niedzieli na poniedziałek.

I właśnie tak, bez oklasków i większego zainteresowania kończy się epoka telegrafu. Telegram został – w innej już formie, o jakiej nie śniło się starożytnym Grekom, o jakiej nawet nie marzył Chappe i jakiej nie podejrzewał Morse.

Jak brzmiała jedna z ostatnich wiadomości nadana przez działającą od 1851 roku firmę?

„TELEGRAM IS DEAD. LONG LIVE TELEGRAM.”

STOP

Wykopki zbożowe

 


Parę lat temu, kiedy WoW zaczynał dopiero swoją karierę najsławniejszego MMO w sieci, na kulejących jeszcze serwerach gry doszło do ciekawego zjawiska – epidemii. I to najprawdziwszej, nie był to event, ani też działanie napisanego przez któregoś z Hackerów kodu. Wszystko zaczęło się, kiedy gracze doszli do komnat specyficznych bossów – odbierających życie graczom, którzy są blisko siebie, tak, jakby się nawzajem zarażali. Pomysł był bardzo ciekawy, niemniej nikt nie wziął pod uwagę, iż ten „wirus” przeniesie się na zwierzęta graczy i w ten sposób trafi na inne mapy. 

To było jak apokalipsa – całe miasta ginęły, silniejsi i słabsi gracze umierali i nawet, jeśli się zalogowali powtórnie – czekało ich to samo piekło. Szybko też zaczęły powstawać specjalne ośrodki pomocy, zaczęto blokować dzielnice… niektórzy gracze uciekali, by w leśnej głuszy spróbować przeżyć epidemię, inni – zarażali chorobą wszystkich dookoła. Specjalnie.

Sytuacja stała się pierwszą w historii prawdziwą cyber-epidemią, nie wywołaną przez nikogo specjalnie. Idealnym wręcz modelem zjawisk społecznych, jakie zwykle w takich przypadkach zachodzą… i tak przeszła do historii.

Odwołałem się do tego przypadku specjalnie, bowiem to, z czym mamy do czynienia dzisiaj na jednym z największych polskich serwisów w sieci – Wykopie –  także przybiera (jeśli nie przybrało) znamiona idealnej symulacji, czyli – ogólnie rzecz biorąc – rzeczywistej rewolucji, powstania i wytworzenia się samoświadomej społeczności, która nie życzy sobie „być rządzona”  – to ona chce rządzić.

Wbrew pozorom, cała „afera” nie zaczęła się od nagich zdjęć Elfik32 (ale do tego jeszcze wrócimy), ale w momencie, kiedy grupa Allegro wykupiła udziały serwisu, wprowadzając tym samym nowy porządek. Wbrew oświadczeniom administracji, iż „nic się nie zmieni”, szybko zaczęło dochodzić do mniejszych, lub większych incydentów niewłaściwego banowania użytkowników. To, co wydarzyło się ostatnio to tylko następny, już większy kloc domina… tym razem już o wiele poważniejszy i cięższy w znaczeniu.

Jeśli wierzyć przesłankom, młoda administratorka Wykopu zapragnęła nagiej sesji na polu zboża. I nie ma w tym nic złego – jak się okazało dziewczyna jest naprawdę ładna. Poza tym, kiedy zdjęcia wyciekły do sieci, nie miała w zasadzie nic przeciwko. Do czasu.

I tutaj zatrzymamy się na moment, bowiem specyfika internetu polega w głównej mierze albo na wyśmiewaniu się, albo też na popularnym zjawisku hejtu. Zaznaczyć trzeba, że nie są to wszystkie zjawiska i że – jak zawsze – istnieje lepsza strona medalu, jednak to, co się uwypukla na serwisach społecznościowych nie świadczy wcale dobrze o nas samych. Hejt, czy trolling (zatracający swoje pierwotne, forumowe znaczenie) posługują się prostym zjawiskiem lawiny. Nie wiem, jak było w tym przypadku, niemniej musiało dojść tak do wielu miłych reakcji, jak i negatywnych. Te ostatnie zaczęły się jednak nawarstwiać tuż po tym, jak pierwszy użytkownik – bordowy, co stanowi wysoką rangę w społeczności Wykopu – został niesłusznie zbanowany.

W odpowiedzi ktoś wrzucił archiwalny komentarz Elfik32 nie świadczący o niej zbyt dobrze. Oczywiście, dostał bana. Kula śniegowa zaczęła się toczyć, użytkownicy i administracja zaczęli wymieniać coraz silniejsze ciosy. I o ile zwykły użytkownik jest wobec admina niczym, tak – jak to w przypadku rewolucji – większość to po prostu lewiatan, potwór nie do zatrzymania.

W internecie nic nie znika – znamy tą zasadę, ale mało kto ma ją na rozwadze. Elfik32 też nie miała. Jej kontrowersyjne komentarze stały się obiektem pytań, czy „ktoś taki” powinien rządzić serwisem. Oczywiście, w odpowiedzi posypały się permanentne bany. Administracja już bez wyczucia usuwała konta każdego, kto tylko nawinął się pod kursor myszki. Na efekty tych rozpaczliwych działań nie trzeba było długo czekać.

Zalewające serwis „wykopki” o zbożu (nawiązanie do sesji administratorki) zaczęły piąć się w górę prawie dwa dni temu, na mniejszych serwisach powstały „komórki” spiskowców, naganiające ludzi i natychmiast „wykopujące” ich „znaleziska”. Administracja zareagowała z opóźnieniem – wszystko zostało skasowane, rozdano setki banów. A trzy minuty później strona główna i „wykopalisko” znów zapełniły się zbożem.

Myślałem, że cała akcja ucichnie po paru godzinach, tymczasem od dwóch blisko dni Wykop.pl jest polem na którym ciągle uprawia się zboże i mimo niszczycielskiej mocy huraganowego wiatru adminów, jest go coraz więcej i więcej. Wymiana ciosów przerodziła się w przepychankę i ten, kto wykaże więcej siły – wygra.

Dla osób w gruncie rzeczy postronnych, jak ja, obserwowanie tych zmagań jest swoistą ciekawostką – idealnym modelem zrywu wolnościowego, cyber-powstania i walki już nie o bany, czy bardzo ładną sesję, ale o wolność właśnie.

Pytanie jest oczywiste – co stanie się teraz, kto będzie słabszy? Kto upadnie i jak będzie wyglądał Wykop.pl później? Czy będzie to nowy serwis, założony przez użytkowników, który – bardzo możliwe – za parę lat popełni te same błędy, czy ugnie się administracja i wygra społeczność?

Pozostaje podziwiać.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi…

Ziemia atakuje Marsa

No i stało się – ruszyły zapisy na pierwszy załogowy lot na Marsa. Tradycyjnie, jak przystało na nasz zadufany w sobie gatunek, jest to projekt parunastu pasjonatów, którym jakimś cudem udało się zgromadzić wokół siebie naukowców. Trudniejszym zadaniem jest sfinansowanie całej akcji – tutaj wkraczają możliwości dzisiejszej techniki rozrywkowej rodem z domu Wielkiego Brata, w jaki ma przeistoczyć się życie pierwszych pierwszych ludzi na Marsie. Dodatkowo, aplikujący otrzymują nakaz zapłacenia 38 dolców „wpisowego”, co przy fakcie iż już pierwszego dnia było tych ochotników  10 000 daje do myślenia.

A może by się tak zgłosić? Zostawić w tyle ten popieprzony świat, jego problemy i powolną agonię cywilizacji zachodu, która prawdopodobnie zginie do 2050 roku zgnieciona przez świat islamski? Nie bardzo chce mi się wstawać każdego ranka, słysząc nawoływanie z pobliskiego meczetu. Jak każdy człowiek, chcę też coś znaczyć – jeśli byłoby to zapisanie się w historii jako kolonista pierwszej obcej planety? Czemu nie? To chyba najwyższy czas – coś, co jeszcze 10 lat temu było czystym Sf, dzisiaj staje się tematem ogólnoświatowej debaty i poniżenia dla programów kosmicznych „mocarstw”, które bełkoczą coś o „powrocie na księżyc”.

Projekt Mars One jest szalony, ale czy szaleńcem nie był także Kolumb? I czy nie jest bardziej szalone siedzenie na jednym tylko kawałku skały, czekając, aż zabłąkany kamyk rozgniecie nas na nim jak mrówki? A to się prędzej czy później stanie – to, albo wojna. Te rzeczy nie należą do spekulacji, bo wydarzyły się w historii tak często, że wiadomo, iż wydarzą się znowu. Mamy siedzieć i czekać? Ten statek powoli tonie, dane demograficzne jasno mówią, że z islamem już przegraliśmy. To nie jest apokalipsa, jakiej oczekiwałem. To powolne konanie cywilizacji, zmiana warty, w której nie mam zamiaru uczestniczyć i na którą się nie godzę.

Czy Mars One jest wyjściem? Tak wygląda, lecz rozsądek mówi, że niekoniecznie. Że jest parę faktów, które zastanawiają, jak brak jasno określonych cech doboru kandydatów, jak dziwny system finansowania, dziwnie wyglądający na wyłudzaczy, którzy – kiedy już zbiorą kasę – znikną sobie obwołując projekt „fiaskiem” – fiaskiem za które my zapłacimy miliony dolarów. Do ich kieszeni. Całkowicie legalnie.

Nie wiem, jak mam odnaleźć prawdę i czy warto zapłacić te 120 ponad złotych, by dostać się w szeregi ochotników.

Kiedy byłem dzieckiem marzyłem sobie o wielu rzeczach, część z nich konsekwentnie teraz realizuję. Marzyłem, że kiedyś będę wydawał – i tak sie stało. Marzyłem też, że polecę na Marsa, zamieszkam tam. Czy właśnie teraz otwiera się przede mną szansa, czy to tylko fatamorgana, miraż, drgający obraz moich największych próśb?

I pytanie najważniejsze – czy mógłbym się tak poświęcić, jak poświęcał się prawdopodobnie Kolumb i jemu podobni, a nawet bardziej? Mars One to droga bez powrotu, małe szanse przeżycia… na co czekamy? – zapytałby Gimli.

Nie chodzi mi tu o pisanie, bo to wezmę ze sobą wszędzie, gdzie pójdę. Ale są rzeczy, których nigdy więcej bym ie zobaczył, jak niebieskie niebo, twarze rodziny, ukochanych osób, przyjaciół. Nie wykąpałbym się nigdy w jeziorze, pod moimi stopami nie uginała by się lekko gleba, ściółka lasu. Nigdy nie usłyszałbym śpiewu ptaków, ani nie poczułbym na twarzy lekkiego powiewu wiosennego wiatru. Nigdy nie poszedłbym już na piwo ze znajomymi. Nie zagrałbym w grę z kimś z ameryki. Nie pojechał w góry. Nie odetchnąłbym świeżym powietrzem, ani nie zaznał tego szczególnego uczucia, kiedy świeże łany zboża ocierają się o wnętrze dłoni.

Nie będzie powrotu do Shire, Frodo. Umrzesz w Mordorze, przez okno widząc wznoszącą się nad Tobą czerwoną górę, Olimpus Mons. A czym jest wędrówka, jeśli nie ma dokąd wracać?

Czy zrobiłbym to wszystko dla siebie i ludzi, których nigdy nie poznam, przyszłych kolonizatorów i budowniczych nowych miast?

Białe statki nie przypłyną, tam czeka tylko spieczone słońcem pustkowie.

Pustkowie, dla którego mógłbym oddać życie.

Mógłbym.

Czapki z głów, panowie!

 

Zawsze się zastanawiałem, jak to jest, że USA, mając tak skąpą – w stosunku do naszej – historię, umie jednocześnie sprzedać ją w tak niesamowity sposób… a my z kolei zupełnie gubimy się w tej naszej Polsce, mało wiemy (dzięki naszemu szkolnictwu), mało wiedzieć chcemy a o patriotyzmie uczą nas zagraniczne zespoły metalowe jak „Sabaton”.

Być może także dlatego polak wstydzi się swojego kraju, kiedy powinien dumnie wypiąć pierś. Być może dlatego także stąd uciekamy, bo nie widząc dobrych fundamentów trudno cokolwiek zbudować, zwłaszcza, kiedy rządzący usilnie starają się zasłaniać nam oczy.

Upada kultura, patriotyzm, polak wie, że to co Polskie jest złe, a to, co zagraniczne – dobre. Od małego nauczony jest, by kpić z innych polaków, którzy próbują coś osiągnąć i utwierdzać się  w beznadziei, w końcu wreszcie się ucząc, że „tego kraju już nic nie uratuje”.

A mamy z czego być dumni. Tyle, że podczas coraz bardziej ograniczonych lekcji historii mówi się o Pearl Harbor a o Wiznie nikt nie pamięta. Rozpamiętuje się Normandię i wspaniałość innych, zapominając, że Polska była kiedyś potęgą. I że może być nadal, jeśli tylko w nią uwierzymy.

Chociaż jak wierzyć, kiedy nie wie się w co?

Amerykanie wierzą. Ich kultura, ich filmy historyczne wychwalają Amerykę pod niebiosa. Często już do znudzenia eksponując flagę i hymn. Patos wylewa się z ekranu, i choć mamy tego dosyć, to wrażenie pozostaje – ta wielka Ameryka.

Szczególne w pamięci utknął mi początek filmu „Legenda 1990”, kiedy chyba 10 pierwszych minut zajmuje opis podróży do Ameryki i jej widok. Imigranci z Europy padają na kolana, krzyczą, rzucają kapeluszami, płaczą ze szczęścia. Bo to „Ta Ameryka!”.

Tymczasem nasze rodzime kino serwuje nam wątpliwej jakości romanse i filmy komediowe, polegające głównie na podkreślaniu absurdu naszego kraju i jego beznadziei. A jeśli już robi się film, który mógłby być naprawdę dobry, to wychodzi „Bitwa pod Wiedniem”.

Gorzkie to słowa, ale konkluzja jest optymistyczna, zapewniam.

Bo oto okazuje się, że jest jeszcze nadzieja – i tak – brzmi to patetycznie. I dobrze, tak ma brzmieć.  Bo jeśli w Polsce żyją ludzie, którzy potrafią zrobić taki film, jak „Gniew Husarii”, film z rodzimymi aktorami, takąż muzyką (Nasz kompozytor!), trwający co prawda ledwo ponad 4 minuty, jednak mocny, wręcz niesamowity.

Jeśli żyją ludzie, którzy umieją tak pokazać Polskę, to jest nadzieja. Wielu dzisiejszych rodzimych mistrzów kina może tym ludziom czyścić buty co najwyżej. Jeśli to jest film amatorski, to pomyśleć, co by było, gdyby Crusader Films i Studio Kobart, oraz Piotr Musiał, zrobili produkcję pełnometrażową!

Kiedy widzę takie filmy, wierzę, że jest nadzieja.
Brawo, najwyższe dowody uznania dla twórców.

Nawet szarża Rohanu wymięka.

Polecam oglądać w HD i na pełnym ekranie. 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=AyJdeSslnys[/youtube]

I bonus, 40:1 zespołu Sabaton.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xcFzsvnMmXY[/youtube]

Horrory to tylko bajki

… prawdziwy horror rozgrywa się za ścianą.

To nie będzie długi wpis, bo i wiele powiedzieć się nie da. Historia dziewczyny ze stanów.  Jedna z wielu i to nie tylko w USA, ale i u nas. W Twoim mieście. Być może u sąsiadów.

Warto jednak zauważyć. Osobiście zastanawiam się, czemu dopiero teraz o tym głośno. Niby odpowiedź prosta, ale… oddam głos Amandzie Todd, która miesiąc temu wpuściła swój film na You Tube, a dzisiejszej nocy się zabiła.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=vOHXGNx-E7E[/youtube]

Śledziłem strumień wiadomości z całego świata, komentarzy na YT pojawiających się w ilościach hurtowych co sekundę, przez dziesięć minut. Przetłumaczyłem niektóre z nich.

„wygląda na niezłą cipkę, szkoda, że umarła”,
„Dwa słowa: Selekcja naturalna, błehłehłe”,
„Co za marnotrawstwo ropy”,
„To jej wina!”
„Mam jej nagie zdjęcie i spuszczam się na nie”
” Chora cipa!”
„Ona była kurwą”
„Chora cipa, pieprzyć ją”
„(link do jej nagich zdjęć)”
„To śmieszne XD”
„Morał tej historii – nie wchodź do internetu, jeśli chcesz być samolubną dziwką”
” Niech idzie do piekła i płonie!”

Dziękuję, dobranoc.

Polacy nie gęsi, własne książki mają.

 

Wpis na potrzeby wykopu napisany, oraz pewnej akcji, o której więcej pod spodem.

Usłyszałem gdzieś,  że w naszym kraju literatura grozy nie jest popularna. Potem jednak okazało się, że jest – bardzo. Wiele osób kocha Kinga, Mastertona, Campbella, Lee, czy Ketchuma. Przekonuję się o tym na wielu forach, podczas rozmów z fanami literatury, w bibliotekach.

Miałem ostatnio spotkanie autorskie, pogadankę o horrorze w zasadzie. Spytałem się;
„A znacie, lubicie horrory?”
– Oczywiście! – Odparli słuchacze.
Zapytałem o autorów. Ketchum! King! Masterton! Lovecraft!
A polscy?
Cisza.

Przyczyna?

Czy nie mamy w kraju autorów grozy? Owszem, mamy i to nie jednego. Czy piszą źle? Oczywiście, że nie! Nasza literatura jest bardzo rozwinięta, ukierunkowana na „coś więcej”. W zasadzie każdy z naszych autorów pisze inaczej, o czym innym. I ciekawie.

Nie będę się tu wywnętrzać. O rynku książki pisałem szczegółowiej tu i tu. Uogólniając, przyczyna tkwi w niedoinformowaniu.

Kiedy – czy to na forach, czy spotkaniach – wymieniam polskich autorów grozy, ludzie zwykle robią wielkie oczy. To ich jest tylu? To oni istnieją? To piszą o tym w ten a nie inny sposób? Czemu nie słyszeliśmy? Mów dalej!

Polska książka jest na naszym rynku niejako wypierana przez książkę anglojęzyczną. Czemu? Łatwiej wydawcy zarobić na „sprawdzonym” autorze. To raz. Dwa, że panuje obecnie trend, iż co zachodnie, to lepsze. Coś tak „niszowego” jak polska groza nie doczeka się większej promocji, póki czytelnicy nie będą się jej domagać. A nie będą się domagać, jeśli nie będą o niej wiedzieć. Zamknięte koło.

Dlatego książki polskich autorów grozy często są w takim (na przykład) empiku ustawiane po dwa, trzy egzemplarze, na dolnych półkach. Musisz się bardzo schylić, by zobaczyć. A skoro nie znasz, to i tak pewnie wybierzesz Kinga. Tu przynajmniej masz pewność co do jakości.

Dochodzi do sytuacji, w której rynki zagraniczne są dla nas zamknięte „bo oni mają własnych autorów” a nasz własny, otwarty na zagranicznych (czego nie ganię, osobiście kocham Kinga, Ketchuma i spółkę), zamyka się na naszych autorów.
Widzisz absurd?

A gdzie ci autorzy?

Już, za chwilę podam szczegóły akcji. Póki co, chciałbym wymienić (z pamięci) paru autorów. Dla informacji właśnie. Popatrz, ilu ich jest. A to nie wszyscy przecież!

(mały edit. Jeden z użytkowników wykopu dał mi znać, iż powinienem napisać parę słów o każdym z autorów. Postaram się, choć najlepiej i tak samemu poszukać informacji :))

  • Łukasz OrbitowskiChyba najbardziej znany z pisarzy grozy. Warto zwrócić uwagę na takie książki jak „Tracę ciepło” czy „Święty Wrocław”. Pisze bardzo realistycznie. To on „wprowadził grozę na blokowiska”
    Kazimierz Kyrcz Jr.
    – Głównie pisze z młodszymi twórcami, głównie działa w duetach. Specjalizuje się we wprowadzaniu do polski nowego gatunku literackiego, pochodnej horroru – Bizarro, czyli im dziwniej, tym lepiej. Jeśli chodzi o samą grozę – jest to groza miejska. Warto przeczytać „Siedlisko”.
    Dawid Kain – O Dawidzie Kainie można by w sumie napisać książkę. Jeśli niepokoi cię rzeczywistość, jego książki będą dla ciebie manną z nieba. Groteska to jego drugie imię. Polecam na ten przykład „Punkt wyjścia” i darmowy e-book „Prawy, lewy, złamany”
    Stefan Darda – Wielokrotnie nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Skupia się na promocji Lubelszczyzny, grozie wiejskiej. Strzygi, upiory i znakomici bohaterowie.
    Warto zwrócić uwagę na „Dom na wyrębach” – na początek.
    Krzysztof T. Dąbrowski – Gdyby trzeba było zrobić komedię na motywach grozy, o scenariusz poproszono by tego pana. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest śmiesznie.
    Ostatnio ukazała się jego książka „Grobbing”.
    Łukasz Śmigiel – Mordercy. Psychopaci. Oszuści. Gwałty, rozboje i krew, to żywioł Łukasza Śmigla. Chcesz czegoś „prawdziwego”? To masz. Tylko potem nie krzycz.
    Polecam książkę „Mordercy”.
    Jarosław Urbaniuk – Specjalista głównie od spraw żywieniowych. Pisał w duecie z Łukaszem Orbitowskim. Przyjrzysz się mu w „Pies i klecha”.
    Magdalena Kałużyńska – Tak, to kobieta. Nie, nie pisze przez to łagodniej. A nawet… a, zresztą. Wątek kryminalny, a dalej już… „Ymar” :)
    Adam Zalewski – Oprócz Horrorów, Thrillery. Akcja powieści dzieje się w Ameryce. Czy jeśli powiem Ci, że nigdy jeszcze nie widziałem tak dobrze skonstruowanych psychologicznie bohaterów, uwierzysz? „Rowerzysta” – najbardziej polecę. I jeszcze „Biała Wiedźma”. I wszystko. Wszystko.
    Tomasz Konatkowski – A tu Ci wiele nie pomogę. Mam świadomość autora, ale póki co nie udało mi się go… poczuć. Jeszcze. Sprawdź sam :)
    Paweł Paliński – Mocna strona? Niesamowity klimat. Interesuje się inteligentnym horrorem, tzn. lekceważy przerażaczy zza ocenu, a kocha reżyserów w rodzaju Lucia Fulci i Daria Argento. Uwielbia „Suspirię” i „Profondo rosso”.
    Polecam zbiór opowiadań „4 pory mroku”.
    Paweł Siedlar – Podobnie jak u Tomka
    Izabela Szolc – Jak wyżej. Jak widzisz, ja też nie jestem alfą i omegą ^^
    Krzysztof Maciejewski – Opowiadania, jak na razie. Z reguły są „inne”. Głębokie. Dużo filozofii, dużo przemyśleń.
    Zygmunt Miłoszewski – Co można powiedzieć o autorze sławnego „Domofonu”? Że znakomicie odnajduje się w polskich realiach? Że prowadzi mistrzowsko swoje intrygi? Tylko czytać!
    Robert Cichowlas – To, że jest fanem Grahama Mastertona widać od razu. Jego proza jest bardziej krwawa, jest więcej seksu, więcej potworów. Ostatnio wydał książkę „Szósta era”, polecam też „Efemerydę” pisaną w duecie z Kazkiem Kyrczem.
    Michał Gacek – Właśnie wyszła jego książka „Endemia”. Dziwne zjawiska i krwawe mordy nie są mu obce.
  • (Edit2: Tu zaczynają się ci, o których zapomniałem. Proszę o wybaczenie :))
  • Łukasz Radecki – Głównie pisze opowiadania. Od siebie polecić mogę „Lek na Lęk”, zbiór opowiadań napisany z Kazimierzem Kyrczem. Za co go cenię? Za niesamowite pomysły i podejście do tematu.
  • Jakub Małecki – Nominowany do Zajdla, twórca opowiadań i powieści. Malecki patrzy na świat pod innym kątem, dzięki temu jego proza jest nietuzinkowa i „nowa”, a jednoczenie nie udziwniona. Polecam książkę „Przemytnik cudu”.
  • Rafał Kuleta – specjalizuje się w bardzo krótkich formach – drabblach. Reprezentuje nowy gatunek Bizarro Fiction. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest…intensywnie krwawo.
    Ale i tak najlepiej się go ogląda na żywo, czytającego swoją prozę. Wydał książkę „Krótkie dni i noce”.
  • Emil Strzeszewski – opowiadania, steampunk, horrory. Właśnie ukończył książkę :)
  • Anna Klejzerowicz – Kojarzona z kryminałem, ale zaczynała od grozy. Polecam książkę „Złodziej dusz”

i wielu, naprawdę wielu innych!

A co z tymi początkującymi, dopiero wchodzącymi na rynek? Też przecież  muszą być, by literatura żyła.

Mamy znakomitego tłumacza i też twórce, Bartka Czartoryskiego, mamy Aleksandrę Zielińską, Piotra Roemera, Roberta Ziębińskiego, Mateusza Zielińskiego, Katarzynę Szewczyk – znaną też ze świetnych kryminałów,Sylwię Błach, Mateusza Spychałę czy, jeśli pojawienie się nie będzie zbytnim natręctwem i niżej podpisanego – Michała Stonawskiego i także, wielu, wielu (naprawdę wielu) innych.

Warto też wspomnieć o pisarzach może i nie związanych ściśle z horrorem, ale także co jakiś czas w nim będących. Kto nie zna Mariusza Zielke, Jarosława Grzędowicza, Jakuba Ćwieka czy Romualda Pawlaka…?

Polski horror żyje!

No właśnie. Żyje, oddycha i nie umiera. Organizowane są różne akcje, wydawane książki. Kto słyszał o pospolitym ruszeniu autorów, jakim rok temu był e-book „31.10„?
– Cholera! – powiedział mój ojciec, fan fantastyki wszelakiej od lat przynajmniej 30. – Gdyby to było w stanach, cała akcja byłaby nagłośniona od razu przez media! A tu? Musicie walczyć o każde zwrócenie czyjejś uwagi!

Ciągle mało. Coś, gdzieś. Ale gdzie? I kto?
Tymczasem największe polskie wydawnictwa piszą mi w mailach wprost – nie wydajemy horrorów. Czasami polaków. Niekiedy, rzadko. A jak już, to kryminały i romanse.
I to jest właśnie horror.

Ale co ja mogę…?

Przechodzimy do części właściwej. Dlatego na wykopie oznaczyłem link „wykop effect”, i dlatego zaspamowałem Facebooka.

Każdy może zrobić dużo… a jednocześnie się nie zmęczyć. Sprawa jest prosta – skoro to dezinformacja, czy może bardziej niedoinformowanie jest problemem – należy informować.

Co więc możesz zrobić?
To proste – podaj dalej. Ten wpis, czy książkę, która Ci się spodobała, albo po prostu informacje o autorach. Następnym razem w księgarni (niekoniecznie empiku) kup książkę któregoś z powyższych autorów. A może Ci przypasują?
A może znasz innych polskich pisarzy grozy? Poinformuj o tym.

Jeśli jesteś zainteresowany, pomyśl co jeszcze możesz zrobić?

Banalne? Głupie? Zbyt proste? Oczywiście, bardzo prawdopodobne. Ale mur składa się z małych cegiełek, to wiemy wszyscy. Chcemy polską książkę grozy? To pokażmy, że chcemy!

No chyba, że w naszym kraju mają być czytane tylko książki angielskich autorów.
Cóż, byłaby naprawdę wielka szkoda.

 

Wieczny idealista,
Michał Stonawski

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén