Kategoria: ReCEDakcje (Page 2 of 4)

Komercja czy Artyzm cz.2 – właściwa

 

Wczoraj pisałem o komercyjnym rynku. Wpis ten nie był bez znaczenia dla dzisiejszego felietonu, czy też – powiem lepiej – komentarza, gdyż niektórzy mogliby mnie oskarżyć, że niektóre przytoczone tu tezy wychodzą z moich ust, co prawdą nie jest.

W dobie komercyjnego rynku marketing jest niesamowitym narzędziem, dzięki któremu można się przebić praktycznie wszędzie. A skoro – jak pisałem wczoraj – pisarz, szczególnie młody, szczególnie polski i z niewyrobionym nazwiskiem o wydawniczej akcji marketingowej  może zapomnieć –  jeśli chce odnieść sukces – musi ten ciężar przyjąć na własne barki.  A kluczowym w marketingu jest znalezienie łączności z targetem, wytworzenie więzi z klientem. Pisze o tym Konrad Lewandowski, roboczo (pozwolicie?) nazwę to „Trzecią siłą Lewandowskiego”:

Kluczowe jest porozumienieautorai czytelników, nadawanienajednejfali„. Jeżeli to jest, bez talentu i rzemiosła można się doskonale obyć.

Czego chcesz, pisarzu?

No dobrze, ale co to jest ten sukces? Czego dzisiaj oczekuje pisarz? To oczywiste, że za pracę każdy pragnie wynagrodzenia. W naszej dyskusji pojawiła się strona – którą reprezentował także Przewodas – że właśnie na rynku i w pisaniu książek za dużo jest komercji, zbyt wiele pieniądza. Cóż jednak zrobić, kiedy o każdą złotówkę trzeba się niemal bić a pisanie wymaga dosyć dużo czasu?

Oczywiście, możemy powiedzieć, że sukces to uznanie czytelników. Może nim być też wywołanie odpowiednich emocji, jeśli to, co napisaliśmy jest „tą ambitną literaturą z przekazem” (do której jeszcze wrócę). Ale nie ma się co oszukiwać, że nie chodzi o rzeczy tak przyziemne, jak pieniądze i jakiś godny byt. Nie kryje się z tym Andrzej Pilipiuk, otwarcie mówiąc na spotkaniach autorskich i konwentach, że musi zapłacić raty za mieszkanie.

Mistrz marketingu

Niemniej, jakikolwiek sukces opiera się – dla każdego twórcy – na ilości wiernych odbiorców. Stąd też tak wielki nacisk na ich przyciąganie do siebie (poza tym to jest miłe). Dobrym przykładem jest tutaj Kuba Ćwiek. Według Konrada Lewandowskiego jest człowiekiem nie mającym w sobie artyzmu i miernym rzemieślnikiem, za to ze sporą ilością odbiorców (do których także i ja się zaliczam, tak samo, jak do odbiorców Przewodasa).  Kuba potrafi się wypromować, jest sympatyczny i szczery. Marketing ma w małym palcu, podobnie, jak przykład już ze strony horroru – Łukasz Śmigiel.

I tu padają oskarżenia, że taki stan rzeczy spowodował, że lieratura stała się tylko rozrywkowa, śmieszna i, jak wypomina Lewandowski, pozbawiona większej wartości, polotu, idei.

(…)waszeniskie gusty sprowadzają fantastykę do poziomujarmarcznejrozrywki. Oryginalność dzieła trzeba umieć dostrzec i docenić. Wam wystarczają odgrzewane kotlety, a na koniec dajecie Zajdle byle komu za byle co.

 

Półki literackie

Czy więc polska fantastyka ma być dziełem czysto komercyjnym, dostosowanym do jak największego spectrum gustu czytelników oscylującym koło poziomu „Zmierzchu”, czy też ambitniejsza, a może już zupełnie elitarna, tylko na poziomie Dukaja?

Odpowiedzią na to mogą być „półki literackie” czy też „poziomy”. Osobiście swoją przygodę z fantastyką zacząłem od Strugackich, Lema, Żwikiewicza, Zajdla i reszty, ale większość (jak się dowiedziałem) była jako dzieci wręcz katowana Lemem, którego nie rozumieli, który był jeszcze zbyt ambitny. I nie ma w tym nic złego, bo do każdej literatury trzeba doróść. Ja na ten przykład czekam, aż uda mi się dorosnąć do Dukaja.

Ale do rzeczy – w fantastykę czytelnik może „wchodzić” stopniowo, zaczynając od bardzo przystępnych rzeczy jak „Pan Lodowego Ogrodu” Jarka Grzędowicza (polecam!), później sięgając już po teksty Wolskiego, wreszcie Żwikiewicza, Zimniaka czy Lema.  Zaczynając od tej literatury, którą Przewodas nazywa tą złą „rozrywkową” i przechodząc ambitniejszej, bardziej ideowej.

Druga strona medalu

Nie  można jednak bronić komercji. Przesada w każdą stronę jest zła i jeśli pozwolimy, by to rynek przejął władzę całkowitą nad tym, co ma być wydawane, a co nie (co się przecież już dzieje), możemy odnaleźć się w sytuacji w której nasza literatura będzie tylko miałka, pisana  dla pieniędzy. W pogoni za popularnością i marketingiem twórcy sami sobie mogą zrobić krzywdę, sprowadzając się do roli żebrzących o uwagę i zainteresowanie fanów, mediów, celebrytów.

A co na to Zajdel?

W końcu powraca już wielokrotnie omawiany temat Nagrody Fandomu Polsckiego im. Janusza A. Zajdla, o której Zuzanna Lenska pisze tak:

(…)tylko wybitne utwory powinny dostawać Zajdle (ponieważ nazwisko Zajdel zobowiązuje i wyznacza pewną jakość).

Z drugiej strony, czy takie stanowisko nie zaprzecza samej idei nagrody? Choć nazwisko Zajdla nobilituje by nagradzać tych pisarzy, którzy faktycznie wznoszą się na szczyty „artyzmu”, to sama nagroda jest przecież – jak nazwa wskazuje – „Nagrodą Fandomu Polskiego”, plebiscytem. Dlatego przyznawana będzie właśnie tym pisarzom, którzy są najpopularniejsi, mają najwięcej oddanych fanów… i to – podpowiada logika – też się skądś musi brać.

Gadanie

Znów kończy się na tym, że najlepszą metodą jest znalezienie złotego środka, kompromisu by jednocześnie móc wydawać (i działać marketingowo) i nie popaść w przesadę, nie dać sobie dyktować co wydawać, ale dyktować co będzie wydawane.

Wypadałoby też zadać sobie pytanie jaki jest obecny cel polskiej fantastyki, czy literatury w ogóle. Dla Zajdla była to walka z Komuną, czy też po prostu ukazywanie prawdy na jej temat. Czasy się zmieniły. Jesteśmy w sytuacji, w której musimy nie tylko uleczyć chory rynek, ale i sami zdecydować czego tak naprawdę chcemy i poszukać kompromisów, by – tak po ludzku – nie zwariować i nie popaść w przesadę, w którąkolwiek ze stron.

Zaś najważniejszą kwestią jest – i to właśnie temat do dyskusji na teraz – co możemy i mamy w tej sytuacji zrobić, by nie skończyło się (jak wiele razy wcześniej) tylko na gadaniu. I na banałach, które tak bardzo Przewodas lubi :)

 

Dziękuję pięknie za przeczytanie obu felietonów, za wszystkie niedociągnięcia przepraszam – nie czuję sę alfą i omegą. Zachęcam do dyskusji i komentowania tu, na blogu.

 

Komercja czy artyzm? cz.1 – Polski rynek

Pisząc mały felieton „Rzemieślnik czy Artysta” nie spodziewałem się, wyjdzie z tego dyskusja na około trzysta komentarzy i 200 „lajków”. Oczywiście, próżno ich szukać pod wpisem, w dobie FB większość spraw załatwia się tam, nad czym ubolewam, bo wnioski z samej dyskusji znikną gdzieś w otchłani „osi czasu”. Cóż, taki chyba los informacji w internecie.

Banalny temat jakim jest spór „Rzemieślnik Vs. Artysta” wyewoluował szybko w poważną (czasami) dyskusję literacką toczącą się na wielu frontach. Było o Zajdlu, o komercji, marketingu, piciu piwa na konwentach… Konrad Lewandowski perorował, jakoby Kuba Ćwiek był słabym rzemieślnikiem i tak dalej. Szybko pojawiła się też sugestia, bym napisał felieton niejako podsumowując całą dyskusję. To piszę.

Zanim jednak przejdę do głównego tematu, muszę zacząć od nakreślenia sytuacji na polskim rynku książki. Sytuacji złej, o czym się mówi… nie sądze też, bym potrafił tutaj cały temat przedstawić dogłębnie, gdyż o tym można by napisać przynajmniej jedną książkę.

Bo ludzie nie czytają!

O przyczynie słabej sprzedaży książek polskich autorów zacząłem myśleć już dawno. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy była banalna – polska książka się nie sprzedaje, bo ludzie nie czytają! Odkryłem Amerykę.
Prawda, jest duża część społeczeństwa, która książek nie lubi. A to dlatego, że nikt im książki nie pokazał, a to przeciwnie – w szkole wręcz im je wciskano do gardeł i teraz żadnej nie przełkną. Albo po prostu czytać nie lubią. I już. Za to kochają posłuchać sobie Mozarta, znajdują pasję gdzie indziej i nikt ich za to potępiać nie może.

Tymczasem wśród tych, którzy książek nie kupują i prawie nie czytają jest też grupa ludzi, którzy po prostu tego robić nie mogą. Sytacja finansowa wielu ludzi (także i w mojej rodzinie) jest taka, że stają przed oczywistym wyborem – dobro wyższe a chleb. I nie sądzę, by było wielu takich ciężkich zapaleńców, którzy przez cały dzień nie będą jesć, bo kupili sobie stare wydanie Davida Copperfield’a Karola Dickens’a. Poza tym – kiedy by mieli czytać? Cały dzień w biurze, odebrać dziecko z przedszkola, zrobić obiad, a wreszcie, kiedy wieczorem zostaje może godzina czasu są już zbyt zmęczeni – kładą się spać. Proza życia, banał, jak pewnie powiedziałby Konrad Lewandowski.

Nas jednak bardzoej interesują przecież ludzie, którzy czytają, lubią to robić i znajdują czas choćby na tą jedną książkę w tygodniu. Tutaj największą zorganizowaną grupą jest chyba polski fandom.

Problem e-booków.

To, czy dla książek e-książka jest problemem jest kwestią zupełnie odrębną, bo czym jest zmiana nośnika, jeśli interesuje nas treść? Osobiście sam wydawałem i będę wydawał także elektronicznie, byłoby to więc niewskazane z mojej strony, bym mówił o e-książce w złym kontekście. Niemniej, bardzo lubię czuć w ręce ciężar powieści i wąchać zapach starego papieru i druku. Nie sądzę, by pomogły mi w tym perfumy imitujące zapach książki, którymi można sobie spryskać swojego Kindla. E-booki są jednak bardzo wygodną rzeczą w podróży, wolę miec przy sobie jedno urządzenie z paroma tysiącami pozycji niż wielgachną torbę z 50 egzemplarzami książek, które łatwo mogą się w drodze zniszczyć i nie wiadomo, czy na urlopie mi ich nie braknie.

Wreszcie naświetlić można sprawę najważniejszą, jeśli chodzi o e-książkę, jaką jest piractwo. O ile bardzo trudno spiracić książkę papierową, o tyle wymiana plików elektronicznych między użytkownikami jest już bardzo łatwa. Jakkolwiek by nie były zabezpieczone. Książka spiracona nie przynosi pieniędzy. Wydawnictwo bez pieniędzy nie istnieje, a autor umiera z głodu albo idzie do pracy i nie ma czasu pisać. I choć to ekstrema, wszyscy wiemy o co chodzi.

Póki co jednak książka wciąż dzielnie się broni i nie wygląda, by miała upaść pod jażmem elektroniki.

Gdzie ci polscy autorzy?

Wreszcie docieram do sprawy która mnie osobiście wydaje się najważniejszą. Myślę, że zacznę od anegdoty:

Prowadziłem całkiem niedawno pogadankę będącą też moim spotkaniem autorskim w bibliotece we wsi koło Żywca (już dawno nie widzialem tak żywej i pełnej osób biblioteki!). Zapytałem się przybyłych osób, jakich kojażą autorów grozy. King! Ktoś wypalił. Niepewnie coś przebąknięto o Mastertonie ityle.  Ani słówka o polskich autorach.

Choć problem nie dotyczy tylko literackiego horroru, jest tutaj najlepiej widoczny. Polskich autorów, szczególnie tych młodszych po prostu nie ma. Nie istnieją. Jeśli już goszczą na półkach księgarń, to gdzieś przy poziomie podłogi, trzeba sie prawie położyć, by na nich trafić. Czasem jest to jeden, czasem pięc egzemplarzy. Oczywiście, można łatwo udowodnić, że polscy pisarze są dostępni w księgarniach. Wystarczy wejść do byle empiku i cyknąć fotkę półce (napisałem tutaj „bułce” – babol tak śmieszny, że go podkreślę ^^) z fantastyką. Jednak są to w zasadzie ciągle te same nazwiska. A nowa krew? Ta, która cały czas powinna napływac, ożywiac rynek i go powiększać? Nowa krew czasem coś usiłuje wydać ale głównie musi zarabiać na utrzymanie, bo do pisania to muszą często jeszcze z własnej kieszeni dokładać.

Czy to znaczy, że polscy autorzy piszą źle? Nie. Obecnemu stanowi rynku winne jest podejście do sprzedaży (które w głównej mierze ukształtował niestety empik), w którym książka stała się zwykłym szarym produktem. I o ile książka produktem istotnie jest, to trudno porównywać ją przecież z gwoździami czy kafelkami, prawda?

W naszej post-komunistycznej rzeczywistości natomiast ugrało się, że to, co zachodnie jest „lepsze”. O ile te piekne, błyszczące rzeczy istotnie były lepsze z PRL-u, tak teraz sami już jesteśmy bardzo „zachodni”, nasz rynek jest bogaty, ale stare trendy pozostały. Dochodzi więc do sytuacji w której książki zagraniczne to to, co polski czytelnik uwielbia. Istotnie, jest przecież za granicą dużo świetnych autorów. Polski czytelnik niestety nie jest jednak świadomy, że i w polsce jest takich autorów całe multum.

Postawmy się w roli wydawnictwa. Jeśli jest książka zagraniczna, którą łatwo wypromować, sprzedać i – co za tym idzie – zarobić, to po co inwestować w książkę polską, skoro istnieje groźba, że nikt jej nie kupi? Takie myślenie skutkuje w następujący sposób:

1. Istnieje tylko parę znanych nazwisk polskich pisarzy, którzy się przebili.
2. O nowych polskich pisarzach nikt nie wie.
3. Wydać książkę u nas jest młodym trudniej, niż gdziekolwiek indziej.
4. Nawet, jeśli zostaniesz wydany, wydawnictwo nie zainwestuje w ciebie zbyt wiele pieniędzy, o książce mało kto usłyszy, o tobie tyle samo osób. Twoja dalsza „kariera” stanie pod znakiem zapytania.
5. W księgarniach pierwsze pozycje zajmują ukochane przez czytelników (którym brak zdecydowanej alternatywy) książki zagraniczne, często typu „Zmierzch” krztałtujące ich gust.

Ponieważ znacznie lepiej jest wydać wypromowaną już na świecie powieść, niż nikomu nieznanego pisarza, a wydawnictwa groszem nie śmierdzą, mamy do czynienia z szerokim otwarciem polskiego rynku książki na pozycje zagraniczne. A to z kolei prowadzi do czystego absurdu:

Polski rynek książki szeroko otwarty jest na książki zagraniczne i zamyka się na książki polskich autorów, zaś zagraniczne rynku promują swoich autorów i zamykają się na naszych twierdząc, że przecież mają już swoich.

Rynek jest więc komercyjny i nastawiony tylko i wyłącznie na zysk. I jest to jak najbardziej w kapitaliźmie prawidłowe, szkoda tylko, że w polsce skutkuje to systematycznym niszczeniem polskiej kultury słowa.

I tu dochodzimy do głównego tematu, czyli wyboru (a może nie?) między komercją a artyzmem.
Już jutro będzie więcej o tym, czemu Kuba Ćwiek jest według Konrada Lewandowskiego nastawionym na zysk słabym rzemieslnikiem, co ma z tym wspólnego Fabryka Słów i Fabryczni autorzy, a także czy nagroda im. Janusza A. Zajdla dalej ma sens. I jeszcze więcej, a wszystko zawierające się w pytaniu „Komercja czy artyzm”, czyli pokłosie dyskusji na FB.
Zapraszam jutro :)

Rzemieślnik czy Artysta?

Spór stary jak świat – jest to jest z tymi twórcami?  Podobno, by osiągnąć pełny sukces potrzeba 5% talentu, a cała reszta to rzemiosło – ciężka praca.

Nie do końca się z tym zgadzam.

Cała sprawa wydaje mi się rozdmuchana. Bo jeśli ktoś nie ma talentu, pomysłów, wyobraźni, to choćby nie wiem jaki dobry miał warsztat – twórcą dobrym nie zostanie.
W zasadzie głupio używam słowa „twórca”, gdyż skupiam sę tu tylko na jednej ich grupie – literatach. Mając dziewczynę malarkę łatwo mi zauważyć, że we współczesnym malarstwie o wiele bardziej liczy się technika, wykonanie, niż sam talent. I tyle w temacie, bo to tylko spostrzeżenie zewnętrzne, a dalej się kompromitować brakiem wiedzy w temacie malarstwa  nie mam zamiaru. Tu może się wypowiedzieć mój imiennik, jeśli wstukacie w google „Michał Stonawski” na pewno jednym z wyników będzie odnośnik do strony tego malarza. Swoją drogą, polecam. Michał jest naprawdę dobry.

Pytanie w sporze „Rzemieślnik-Artysta” jest jedno – czy taki literat powinien być bardziej uduchowionym artystą, czy twardo szlifującym swój warsztat wyrobnikiem?
Moim zdaniem już to pytanie postawione jest źle.  Powinniśmy się raczej zapytać; Co ważniejsze dla twórcy prozy – talent, czy warsztat?

I to jest dobre pytanie. Chociaż nie prowadzi do pełnego wyniku. Proponuje eksperyment; rozgraniczmy sobie (laboratoryjnie) talent i warsztat, wykorzystując do tego pana A i pana B. Uwaga, mogą pojawić się ekstremy.

1. Pan A jest twórcą natchnionym. Czysty intelekt, czysty talent i czysta od czasu do czasu. Na pobudzenie neuronów. Pan A pisze i pisze a jego pomysły przyćmiewają Kinga, Hemingwaya, Le Guin, Sapkowskiego i całą reszte. Ale pan A zupełnie nie przejmuje się swoim warsztatem. Ten wyrabia się sam, więc nie jest zbyt dobry. Skutkiem czego ujęcie tych wspaniałych pomysłów pana A jest zupełnie nieczytelne dla odbiorców. Pan A popada w coraz większy alkoholizm. Być może w przyszłości ktoś go odcyfruje i po śmierci nagrodzi. Może.

2. Pan B nigdy nie miał głowy, by zbyt duzo myśleć. Obsesyjnie za to dba o każdy przecinek, kropkę, o logikę w zdaniach i poprawność. Jego teksty są nieskazitelne. Może i by je ktoś wydał, bo są naprawdę dobre, ale… nic w nich nie ma. Pomysły jakieś i może są, ale wtórne, nieciekawe – słowem – nudne. Pan B jest smutny i wiedzie życie telemarketera. Być może kiedyś załapie się do jakiejś redakcji, jako korektor-frustrat (oby nie).

Specjalnie użyłem ekstremów, chcąc zobrazować oczywisty fakt, że jedno bez drugiego sobie nie poradzi. Ale dalej jesteśmy tutaj przy tych 5% i reszcie, prawda?

A jednak nie. Chciałbym rzucić tutaj tezę, że tak warsztatu jak i talentu umniejszać nie wolno. Że proporcje zbliżone są do 50/50, jeśli z przewagą warsztatu, to dlatego, że osoba chcąca pisać talent już w założeniu ma, a warsztat musi dopiero zdobyć.

Na koniec ciciałbym rzucić jeszcze jedną ideą; dotychczas odnosiłem wrażenie (być może mylne, w końcu nie jestem alfą i omegą), że w teorii talent traktuje się jako rzecz twardą, niezmienną – jak leżąca na łące skała. Być może mieliśmy na ten temat zły pogląd?
Bo co jeśli ta „skała” talentu przykryta jest gruzami śmiecia i ziemią, którą warsztat, w miarę pracy nad nim, potrafi usunąć? Powstaje nam wtedy coś w rodzaju kopalni odkrywkowej, w której warsztat gra rolę narzędzia, a talent – surowca. Innymi słowy, doskonaląc warsztat, odkrywamy nowe pokłady talentu i dzięki właśnie warsztatowi lepiej je wykorzystujemy, tak, że teksty są coraz lepsze i lepsze.

Reasumując, jeśli chcemy pisać a mamy talent, potrzebujemy zdobyć narzędzia, by można go było dalej odkrywać. W kategorii ważności narzędzia, jako to, czego nie mamy, są ważniejsze. Ale czy surowiec to tylko 5% sukcesu kopalni? Nie, surowiec jest tym, co sprzedajemy, obrobionym narzędziami.
W kontekście ważności odrobinę tylko wazniejsze jest to, czego nie mamy.
Wracając do samego sporu, uwzględniając źle postawione pytania,  myślę, że jest on niepotrzebny. Ponieważ do sukcesu potrzebujemy tak jednego jak i drugiego, a tak talent jak i warsztat w dodatku nie są oddzielne a ściśle z sobą powiązane.

Socjopata i faszysta, czyli JKM

 

Każdy ma prawo uprawiać dowolne ćwiczenie fizyczne i urządzać dowolne zawody. Można się tylko cieszyć, że inwalidzi też organizują zawody. Ze sportem nie ma to jednak wiele wspólnego – równie dobrze można by organizować zawody w szachy dla debili – lub turnieje brydżowe dla ludzi z zespołem Downa – napisał na swoim blogu na Nowym Ekranie Janusz Korwin Mikke.

Ależ zawrzało!
Vlogerzy, blogerzy, namiętni Facebookowcy zaczęli rozpisywać się o tym chamstwie, jakiego dopuścił się kontrowersyjny polityk. Po paru minutach ogólnej wrzawy okrzyknięto go największym idiotą w polskiej polityce, rasistą, socjopatą, człowiekiem niegodnym nawet pogardy. Portale, które wcześniej słowem nie wspomniały o JKM, teraz namiętnie cytują smaczki z jego bloga, nie omieszkując podkreślać, że „Polityk, który chciał być prezydentem Polski, napisał też…”.

Aż z ciekawości się zatrzymałem przy tej sprawie. No bo jak tolerować takie chamstwo? Parę kliknięć dalej jestem już na blogu polityka, który chciał być prezydentem.

Już po pierwszych paru akapitach dowiaduję się, że JKM ma myślenie imperialistyczne. Żadna nowość, każdy by chciał, by polska i ogólnie cywilizacja europejska była potęgą. JKM widzi w paraolimpiadzie promocję słabości, gryzie sprawę od strony psychologicznej.

„(…)Jednak ONI (budowniczy obecnej anty-cywilizacji) wielkie „halo” robią nie z okazji rozgrywek innych kategorii niepełnosprawnych – np. (istniejącej w USA!) ligi koszykówki dla niziołków, lub (nieistniejącej) olimpiady dla młodzików – lecz z okazji rozgrywek inwalidów, zwanych „Para-olimpiadą”. Dlaczego? To oczywiste. Cywilizacja europejska, która panowała nad światem, stawiała na najmądrzejszych, najsilniejszych, najinteligentniejszych, najszybszych – a obecna anty-cywilizacja za najważniejsze uważa forowanie biednych, głupich, niezaradnych – i również inwalidów.

W efekcie to nie my dziś kolonizujemy świat – to nas kolonizują. Ciekawe, czy jak dojdzie do rozgrywki, np. z muzułmanami, to bronić nas będą żołnierze bez ręki lub na wózkach inwalidzkich?”

W tym twardym, pozbawionym opiekuńczości (skoro państwo opiekuńcze, według JKM jest złe, nie może myśleć w sposób opiekuńczy, tak?) myśleniu można znaleźć logikę. Jednocześnie sam JKM wkłada do jednego wora socjalistów, jacyś „Oniów”, którzy usiłują zniszczyć cywilizację i murzynów (ach, jak to rasistowsko brzmi, prawda?).

„Przy okazji: obejrzałem sobie klasyfikację medalową para-olimpiady. Nie ma tam prawie w ogóle państw afrykańskich. Tam zaraza nie dotarła.

Ale to oznacza, że Murzyni niedługo podbiją świat. I wyrżną nas.

Zaczynając od niepełnosprawnych.”

Dalej tak perorując, dochodzi wreszcie do wniosku, że zawody niepełnosprawnych (czy też, jak sam niepoprawnie się wyraża „inwalidów”, cham i prostak) nie są sportem.

„Dlaczego para-olimpiada jest – jako wydarzenie sportowe – nonsensem? Dlatego, że premiuje cechę będącą przeciwwskazaniem do uprawiania sportu: kalectwo.

I tu rodzą się podstawowe paradoksy.

Jeśli zrobimy zawody w skoku wzwyż dla liliputów, to mierzący 140 cm karzełek może ustanowić rekord świata skacząc 130 cm. Jednak jest to wysokość niedostępna dla liliputów mierzących 90 cm…

Podobnie w pływaniu: zawodnik pozbawiony lewej nogi nie ma szans z zawodnikiem pozbawionym tylko łydki – a ten z zawodnikiem pozbawionym stopy, a ten z zawodnikiem pozbawionym połowy stopy!!

W sporcie zawodnicy walczą (pomijając kategorie młodzików, juniorów, kobiet czy oldboyów) jako jedna kategoria: pełnosprawni. Natomiast niepełnosprawni nie stanowią jednej kategorii.Każde kalectwo jest inne.

By temu zaradzić ustala się skomplikowane „przeliczniki”.Podobnie jak na rajdach samochodowych – tylko tam jest to obiektywne (pojemność silnika mierzy się w centymetrach) – a tu…Tu o zdobyciu medalu w niewielkim tylko stopniu decyduje wynik: w znacznie większym ten, kto ustanowił przelicznik…”

Trzeba przyznać, że to rozumowanie ma w sobie pewną logikę. Pewną? Ma dosyć dużo logiki. Twardej, bezdusznej i przez to właśnie bardzo logicznej… logiki (pal sześć, jak to zdanie wygląda).

Kończąc, podaje jeszcze cytat z pewnego oświadczenia z tegorocznej paraolimpiady i ja zacytuję za nim:

Cytuję: „W sumie zmieniono miejsca siedmiu zawodniczek z czołowej dziesiątki. W wielu konkurencjach, w których rywalizują ze sobą sportowcy o różnym stopniu niepełnosprawności, rezultaty są przeliczane na punkty i na przykład w przypadku rzutów nie liczą się bezwzględne odległości uzyskane w konkursie. Jak przyznał komitet organizacyjny, podobne pomyłki wystąpiły przy obliczaniu wyników w pchnięciu kulą mężczyzn, ale nie dotyczyły one czołowej trójki”.

Ale mnie nie chodzi o pomyłki. Chodzi o zrozumienie, że gdyby ustalono inne przeliczniki, to wygrywaliby inni zawodnicy. Podobnie jak w dość absurdalnej „klasyfikacji łącznej” w rajdach samochodowych.

Oglądający słynną szarżę lekkiej brygady francuski marszałekśp.Piotr Bosquet powiedział: „To wspaniałe – ale to nie jest wojna”. Nie oglądając para-olimpiady oświadczam: „To godne podziwu – ale to nie jest sport!

 

Skończyłem. I zacząłem zastanawiać się, za co dostało się JKM? Wiele tu do zastanawiania nie ma; jesteśmy tak dobrymi i wielkodusznymi ludźmi, że traktujemy się wszyscy z równością i poszanowaniem, stąd zawody także dla niepełnosprawnych. Bo przecież to też ludzie.

Tymczasem wizerunek JKM kreowany w tej chwili w internecie, to obraz wrednego, demonicznego faszysty, nie szanującego inwalidów, wręcz ich obrażającego. W dodatku z zaburzeniami maniakalnymi.

JKM robi źle to, co źle – w kontekście politycznym – robił zawsze; nie umie przejść obok nurtującej go sprawy w milczeniu, zawsze mówi to, co myśli, zachowując się przy tym w ten twardo-logiczny, bynajmniej nieopiekuńczy sposób i nigdy nie kłamie.
W świecie w którym polityk to ten, który zawsze kłamie, milczy i co najwyżej myśli po swojemu, ale robi zupełnie co innego, byle by słupki były większe, JKM szans nie ma, bo tak jak nie lubimy tych prawdziwych polityków, tak twierdzimy, że nie ma od nich ratunku. Żyjemy w świecie, który zaakceptowaliśmy „bo tak to po prostu jest”.

Wracając do tematu, JKM zapomniał, że każdy medal ma dwie strony – paraolimpiada jest też wyrazem szacunku i poszanowaniem równości ludzkiej. To nic, że symbol ten jest przekłamany a równości nie ma – i tak go potrzebujemy. A wywlekając na wierzch tą drugą stronę, że każde kalectwo jest inne (bo jest), więc tym bardziej tej równości nie ma, można dostać przez łeb od wszystkich, którzy uwielbiają piękne i wzniosłe symbole, szczególnie, jeśli chodzi o ludzi mających gorsze warunki (co nie znaczy, że gorszych).
Niemniej, zawody paraolimpiady są potrzebne – i w tym kontekście rozmijam się z JKM – właśnie po to, by reklamować, pokazywać choćby symbol, by była nadzieja. Nadziei nikt lekceważyć nie powinien, choć w żadnym wypadku nie jest logiczna, panie Spock.
Bez niej świat byłby zgubiony.

Jednocześnie, kończąc te około-polityczne dywagacje, dalej zastanawiam się, gdzie też JKM tych inwalidów obraził? I dochodzę do wniosku, że tak pomyśleć mogą tylko osoby, które jeśli mają napisany ciąg liter „A, b, c, d, e” dopatrują się tam też litery „f”, ukrytej między wierszami, jak to w polityce bywa.

Tylko czemu dopatrują się tego u JKM?

Jako bonus dołączam jeden z komentarzy z bloga polityka. Bardzo wymowny:

I coz sie dziwic tym max 2% poparcia dla Nowej Prawicy?
Polityk powinien wiedziec co mozna pisac a co nie.
Prywatnie to nawet zgadzam sie JKM , ale na boga czy’s chlopie juz calkiem oszalal?

Czerwony Mars…

… A potem „Zielony” i „Błękitny” – tak wyobraził sobie kolonizacje Marsa Kim Stanley Robinson, autor chyba jednego z ciekawszych spojrzeń na kolonizacje czerwonej planety.

Tymczasem problem zasiedlenia Marsa przestał być tylko fabułą książek science fiction, stał się rzeczywistością, najpierw w odległych planach, potem coraz śmielej przebijając się do świadomości.
Osobiście zwątpiłem w możliwość kolonizacji – jeśli zabiorą się za to organizacje państwowe takie jak NASA, która – owszem – odwala kawał dobrej roboty jeśli chodzi o obserwacje kosmosu, czy nawet zamieszkanie paru osób na orbicie, ale poważniejsze zadania, takie jak choćby lot na księżyc przerastają ją w tej chwili zupełnie.

W tym czasie zarówno w Europie, jak i wschodzie prowadzone są dosyć ambitne programy kosmiczne, mające jednak przed sobą długą drogę by technologicznie choćby dogonić amerykanów.

Na pierwszy plan w kwestii podboju kosmosu wychodzą organizacje prywatne, szukające w tym zysków, czy to turystycznych (jak w wypadku Space Ship Two) czy rozrywkowych… i o tych ostatnich właśnie sobie powiemy.

Kolonizacja Marsa jest nie tylko możliwa, ale i prawdopodobna. Nie tylko „za naszego życia” ale już niedługo, w przeciągu następnej dekady, dwóch. A wszystko to dzięki projektowi
Mars One, który przewiduje pierwsze kosmiczne miasto już między 2023 a 2025.

Jeśli zapytałbyś mnie, jaki jest największy zysk z tego typu przedsięwzięcia, odpowiedziałbym – największy z możliwych: przetrwanie.
Wystarczy jeden kawałeczek skały, by nasza cywilizacja przestała istnieć, parę bomb atomowych, nieudany eksperyment… kosmos i my sami cały czas próbujemy się wyeliminować. To, że się to nie udaje oznacza, że mamy wręcz nieprawdopodobne szczęście. A to Jowisz wyłapie co większe okruchy, a to jedno użycie bomby atomowej w odpowiednim historycznie czasie sprawia, że wszyscy zaczynają się bać konsekwencji. I słusznie.
Ale nie łudźmy się – szczęście zawsze kiedyś się kończy. W każdej chwili może wybuchnąć park(super wulkan) Yellowstone. W zasadzie powinien niedługo, jeśli wierzyć w powtarzalność jego wybuchów. Jowisz też nie zawsze jest w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – dowodzą  tego choćby dinozaury. Nie wspominając o wielkim wymieraniu permskim, podczas którego w zasadzie prawie cała flora i fauna uległa całkowitej zagładzie.

Niestety, mądre głowy rządzące światem mają gdzieś tak wielkie ideały jak przetrwanie gatunku. Dlatego sposób finansowania projektu Mars One może wydać się trochę dziwny.
Jest to bowiem reality show podobny do Big Brothera. Poczynania astronautów będą emitowane na żywo, a przychód z tego zasili konto organizacji.
Pomysł tak samo dziwny, jak… interesujący. W tym szaleństwie jest metoda.
Zaś nagroda jest warta gry.
Tym bardziej, że pierwsza faza projektu już za rok. Oto prosty i interesujący plan Marso One:

2013 – rozpoczyna się selekcja grupy około 40 astronautów. Przejdą oni szkolenie i zostaną umieszczeni w replice marsjańskiej osady, aby tam przystosować się do funkcjonowania;
2014 – startują przygotowania pierwszych satelitów komunikacyjnych oraz zapasów, które zostaną przetransportowane na Marsa;
2016 – pierwszy statek z ładunkiem 2500 kg prowiantu zostanie wystrzelony w stronę czerwonej planety;
2018 – łazik wyląduje na powierzchni Marsa. Będzie poszukiwał idealnego miejsca na budowę pierwszej osady. Bezpośrednia transmisja z powierzchni ma być dostępna dla każdego;
2021 – wszystkie niezbędne komponenty do budowy stacji oraz drugi łazik są już na Marsie;
2022 – maszyny zapewniające dostawy wody, tlenu oraz produkujące atmosferę mają być gotowe. Na 14 września 2022 roku zaplanowano start pierwszej 4-osobowej ekipy astronautów w kierunku Marsa. Bilety oczywiście w jedną stronę;
2023 – pierwsi ludzie lądują na czerwonej planecie, rozpoczynając budowę pierwszej bazy. Dwa lata później dołączają do nich kolejni astronauci, wraz ze sprzętem oraz zaopatrzeniem, gotowi na dalszą kolonizację.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=n4tgkyUBkbY&feature=plcp[/youtube]

Ja rekrutuję się na pewno. A Ty? :)

Zobacz też:
Artykuł na Gadżetomanii
Artykuł na Spokogadzet
Strona główna projektu

 

W pudle

 

Kwejk to bardzo wartościowa strona. Dzięki niej można zyskać wspaniały przekrój nie tyle przez społeczeństwo, bo to za dużo powiedziane, ale jego większą część – internautów. Większość, oczywiście.

Niedawno, wczoraj chyba, pojawił się tam taki oto obrazek:

LINK TUTAJ

Oprócz oczywistej dyskusji o aborcji „za czy przeciw” , jaka natychmiast rozgorzała, pojawiły się także i inne komentarze. Całe ich zatrzęsienie, dodajmy, które dobitnie pokazują, jak wielki wpływ ma na ludzi… telewizja.

Sam (chyba się powtarzam) wyrzuciłem telewizor, wcześniej dosyć radykalnie zmniejszając jego oddziaływanie. Kanał po kanale, znikały z mojego repertuaru, wreszcie zostało tylko Discovery, które nie broniło się zbyt długo, gdyż stało się po prostu nudne. Powtórki, albo filmy o tym, co już dawno wiedziałem. Albo głupie programy rozrywkowe, nie służące chyba niczemu poza zapychaniem dziur.
W końcu telewizor stał się tylko przedmiotem zajmującym miejsce, od czasu do czasu włączanym, by oglądnąć film na większym ekranie. Aż pewnego razu wywędrował z domu, udostępniając miejsce pod książki (którego zaczęło brakować).

Dawno już się nie cieszyłem z tej decyzji tak bardzo.

Opisany na zdjęciu przypadek miał miejsce naprawdę. Pisał o tym miesięcznik Focus, a swego czasu cała światowa prasa. W rzeczy samej, zdarzenie było niezwykłe i bardzo poruszające. Fotografia szybko stała się ikoną dla obrońców życia, a Samuel Armas, chłopiec ze zdjęcia do dziś wie, jak wielki – chociaż nie do końca świadomy – miał udział w historii.

Cały przypadek miał tak wielki wydźwięk, że zainteresowali się nim także twórcy legendarnego już serialu „House M.D.”. W jednym z odcinków podczas operacji wydarzył się podobny incydent.

Na Kwejku znalazłem całe zatrzęsienie osób, którzy twierdzili, twierdzą i będą twierdzić, że powyższe zdjęcie jest scereenem z Dr. Housea, a cała historia jest zmyślona.

Nie pomogły linki, czy próba przemówienia do rozsądku. Ci ludzie są przekonani, że cała historia jest przekrętem jakiegoś użytkownika i pochodzi tylko z telewizyjnego serialu. Tylko dlatego, że „House M.D.” był tak popularny.

Wszystkim, którzy żyją „w pudle”, ograniczeni ramami telewizji, dedykuję utwór z starych czasów, kiedy jeszcze miałem krótkie włosy a hip-hop miał przesłanie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=zCpT5val_z8[/youtube]

Natomiast ciekawym historii polecam artykuł na Wikipedii – na początek. Dalej, jeśli będziecie chcieli, pójdziecie sami.

A wszelkie niepotrzebne pudła odłóżmy na strych.

Polska koko, już nie spoko

Ależ się posypały gromy! Wybór „Koko euro spoko” na hymn naszej reprezentacji (przypominam, że hymnem całego Euro 2012 jest wciśnięty nie wiadomo skąd i dlaczego Endless Summer) podziałał wręcz elektryzująco na większość Polaków.
Na mnie też.

Kibicem nie jestem, a z piłką mam tyle do czynienia, co w szkole kopałem na WF-ie. Krótko – nie mój cyrk i nie moje małpy. Zawsze jednak podziwiałem w tym wszystkim atmosferę. Coś sprawia, że w tych naszych polskich kibicach pojawia się jedność, czy to w obrębie klubu, czy też całego kraju. Miło się patrzy na zdjęcia z biało-czerwonymi trybunami. Bo to oznacza, że wciąż jesteśmy jednym narodem.
Już samo to świadczy o poczuciu polskości, patriotyzmie i wspólnej sile. I wtedy z głośników, na cały świat wybucha „koko euro spoko”…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=MIsX5Rh1ktE[/youtube]

Jest to swoista wizytówka (jedna z paru) Polski na Euro 2012. Nie mam nic do folkloru, wsi i wiejskich potańcówek, ale tą piosenką dajemy światu znać, że tak ma właśnie nas postrzegać.
I – co uważam za najbardziej oburzające w tym wszystkim – robimy to sami, bez przymusu i z uśmiechem na ustach.
Pomijając oczywiste skojarzenia z wiejską potańcówką, tekst „koko euro spoko” jest nie tyle mało skomplikowany, co po prostu głupi. Zresztą, sam tytuł mnie przeraża. Sens ma tylko słowo „euro”. Reszta do pomieszanie mowy pseudo młodzieżowej i… imitacji dźwięków wydawanych przez kurę? Bo nie mam pojęcia, co to by jeszcze mogło być.
Całość wygląda jak połączenie łomotu techno, muzyki zespołu ludowego i tekstu ułożonego przez jakiegoś dziesięciolatka w piaskownicy.
Na obronę można tylko powiedzieć, że muzyka jest skoczna a wykonawczynie bardzo pozytywne (serio. Te starsze panie zasługują na szacunek). Gdyby zaśpiewały na festynie, przyklasnąłbym i majdał nogami do taktu.
Ale „koko euro spoko”jako utwór polskiej reprezentacji z okazji Euro 2012 nie pasuje ani trochę.

Rodzi się pytanie, dlaczego „koko euro spoko” wygrało w konkursie sms-owym? Jednym z wytłumaczeń jest, że w czasie głosowania prawie nikt nie siedział w domu przed telewizorem. Możliwe, sam w tym czasie prawdopodobnie zdzierałem sobie kostur o jeden z traktów…
Drugie z rozwiązań jest jednak o wiele bardziej prawdopodobne; na tle wystawionych propozycji babcie z Jarzębiny wypadły żywo, sympatycznie i oryginalnie.

Problem pozostał. Mamy w naszym kraju tylu wspaniałych twórców, a na euro został wybrany kawałek mówiący obcokrajowcom, że jesteśmy rolnikami i znamy się nie na kopaniu piłki a ziemniaków?
Trochę kłóci mi się to z dumą narodową.

Utwór na Euro 2012 powinien być pieśnią zagrzewającą do boju, wzmacniającą poczucie braterstwa i polskości. Coś, przy czym chce się śpiewać pełnym gardłem, z dumą mówiąc o sobie „jestem Polakiem”.

Postanowiłem znaleźć taki utwór. Nieskomplikowany, a oddziaływający na emocje, odwołujący się do symboli narodowych i… dumny. Tak, jak orzeł, którego mamy w godle.
Trwało to może dwadzieścia sekund.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kqwg9cV9wOs&feature=colike[/youtube]

Dalej więc pytam sam siebie – w czym problem?

I dostaję odpowiedź – ponieważ zapomnieliśmy, że naszym godłem nie jest kura, a dumny orzeł.
Zapomnieliśmy, co to znaczy.

Rzygać mi się nie chce

 

Jakiś czas temu wpadłem w sieci na pewien obrazek. Konkretnie chodziło o znaną wszystkim „sprawę Madzi”, która stała się sprawą jej rodziców i tego co, jak i kiedy robią. Opis obrazka głosił „Rzygać już mi się chce, jak słyszę o tej całej sprawie”. Szczerze? Jestem zdziwiony.

Narzekania na bombardowanie nas informacjami rozlegają się w całej sieci. Czyżby wszyscy zostali nagle zmuszeni do oglądania telewizji, czy wczytywania się zachłannie w gazety i artykuły w sieci? Nie słyszałem też, by kogoś przywiązano do fotela pasami, otwierając mu na siłę oczy, by chłonął wtłaczane mu obrazy. Ostatni raz takie rzeczy widziałem w „Z archiwum X”.
Osobiście problemu z zalewem szumu medialnego nie mam. Telewizor wywaliłem (więcej miejsca na książki), a gdybym miał, zapewne skończyłoby się na oglądaniu Discovery przeplatanym Sci-Fi Channel. A i to nie za często.

A sieć? To ja władam myszką, więc czytam tylko to, co chce. A że widzę nagłówki? Że ludzie gadają? Po to mam mózg, by umiejętnie filtrować to, na co zwracam uwagę, a na co nie.
Może więc warto założyć sobie taki… „mózgowy anty-spam”, zamiast wczytywać się w zasadzie nie ważne szczegóły i narzekać, że za dużo?

Sieć się nie zwija, a rozwija. Szumu będzie coraz więcej. Kto się nie przystosuje, ten w końcu zwariuje od napływu informacji. To nie do powstrzymania, więc może zamiast obarczać winą sam proces, zmieńmy siebie. Przystosujmy się.
Ponoć jest to reprezentatywna cecha Homo Sapiens.

Koniec tego!

 

Postanowiłem kończyć z pisaniem. Recenzje, felietony, opowiadania, książki – to nie dla mnie. Nawet ten mój blog.

Wczoraj, kiedy włączyłem u moich dziadków telewizor, dostałem objawienia. Oglądając parę serwisów informacyjnych udało mi się odnaleźć Prawdę o życiu, kosmosie i Kobietach, zaś prawdziwej intelektualnej rozrywki dostarczyły mi… programy rozrywkowe! Tak!
Telewizja okazała się tym, czemu chcę poświęcić życie.

Być może kiedyś podejmę nawet pracę przy tym intelektualnym źródle, póki co kończę, zbyt wiele bowiem czasu przeznaczam na wszystko inne. Muszę ograniczyć czytanie do napisów końcowych po filmach.

Dlatego odchodzę, nie będę więcej niczego publikował.

Niech Was dioda chroni.

Winter is comming

Nie udało mi się debiutować w żadnym z pism fantastycznych. Nawet się za bardzo nie starałem. Jakoś tak udało mi się zrobić to poza pismami. Dobrze to czy źle – nie wiem. Ale miałem ambicję, by kiedyś jednak opublikować coś w którymś z nich.

Klimat Ziemi jest cykliczny – to już wiemy. Klimat rynku – także. A ostatnio nie dzieję się dobrze. Portale zamierają, fora zastygają, pisma upadają. Nawet te nowe, starające się o poklask… w sumie – zwłaszcza one. Było już „Lśnienie”, była i „Doza”, Na dno poszedł niezastąpiony „Magazyn Fantastyczny” który nadal opłakuję. Do naszego kraju próbowało się przebić prestiżowe, słynne na całym świecie pismo „Fantasy&ScienceFiction”, w starciu z polskim rynkiem upadło szybciej, niż nawet najbardziej zatwardziali cynicy mogli się spodziewać.
Na rynku zostały dwa zdawałoby się „Filary” polskiej fantastyki – „Nowa Fantastyka” i „Science Fiction Fantasy i Horror” zwane w skrócie SFFiH. Takie same filary jak niegdyś ś.p. „Fenix”.
Dzisiaj, gdy kreślę te słowa, sieć obiegają właśnie informacje o zawieszeniu działalności SFFiH.

Nawet mając po swojej stronie Fabrykę Słów nie udało się im przetrwać. Wydaję mi się, że tak portale, fora, jak i pisma wskazują na to, że nadciąga długa Zima, kolejna Epoka Lodowcowa polskiej fantastyki. Podniesiemy się, jak zawsze. Ale kiedy i w jakim stanie? I co wtedy będzie głównym kierunkiem…? Być może po czasie Sf i Fantasy nadejdzie czas Horroru, obecnie najprężniej rozwijającego się gatunku? W tym widzę jedyne światełko nadziei.

Tylko, co teraz? Mnie – jak wspomniałem – udało się. Wydałem i wydaję „poza”. Ale główną siłą debiutantów były, są i będą pisma. W tej chwili żadne, lub prawie żadne, nie ma siły się utrzymać. Autorzy skazani są więc w  większości na fora internetowe i pisanie do szuflady, co – paradoksalnie – może być siłą przyszłości. Kumulacją tekstów, która wybuchnie, czyniąc odwilż.

Tego mnie i Wam moi drodzy życzę.

I co teraz?

 

Jak było do przewidzenia – „nasz” rząd, nie bacząc na setki tysięcy głosów mówiących stanowczo „nie” i wczorajsze manifestacje (we wszystkich miastach było ok 100 tyś. ludzi, w samym Krakowie 15 tyś.) podpisał dzisiaj w ACTA.

Już samo to wydaje się oburzające, biorąc pod uwagę ustrój, który przypisuje się Polsce. Już wisienką na torcie staje się fakt, że wedle ustaleń, kraje członkowskie UE miały czas na podpisanie ACTA do 31 marca 2013 roku. Mało tego – nie ma wymogu podpisania tego dokumentu.
Pytanie jest więc oczywiste – dlaczego tak się pospieszyliśmy?

Szczerze? Nie rozumiem. Jaki cel miał w tym  Donald „Jeszcze Premier”  Tusk? Jaki cel miał w takim działaniu rząd? Jako zwyczajni ludzie – sami sobie zaszkodzili. Więc? Naciski ze strony USA? Obietnica ciepłej posadki po wszystkim? Wkraczamy na niebezpieczny grunt teorii spiskowych, które teraz będą się mnożyły.
Nie jestem znawcą prawa, ani tym bardziej polityki. Być może istnieje wytłumaczenie, ale ja go nie widzę. Nie, bez sięgania to teorii spiskowych.

Tymczasem przeraża mnie dezinformacja. Podczas trwania protestów ktoś ewidentnie kontrolował media. A że żyjemy w Polsce, gdzie rządzący nie przeprowadzają – nigdy nie przeprowadzali – takich akcji umiejętnie, sam fakt kontroli widać jak na dłoni. Ponoć na jednej z manifestacji doszło do zamieszek. Media mówią o rzucaniu kamieniami. Jak się okazuje, cała sprawa miała miejsce już PO manifestacji. Ot, zebrało się paru kiboli. Przy takiej rzeszy osób było to do przewidzenia. Jestem wręcz pod wrażeniem, jak spokojnie to wszystko się odegrało. Ludzie pokazali, że im zależy.

Pomijam już takie kwiatki jak usunięcie tysięcy komentarzy internautów ze strony Kancelarii Premiera na Facebooku, czy listę podmiotów, z którymi „konsultowano” ACTA.

 

Pytanie, które zadaję w tej chwili, to – co teraz?
Minie jeszcze trochę czasu, umowa musi zostać ratyfikowana. Czy potem zaczną się kłopoty? Zobaczymy. Wedle konstytucji my, ludzie, możemy przejąć władzę. To znaczy – jeśli nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele nie działają w naszym interesie.
Czy będzie nas stać na taki krok?

Tu już chyba nawet nie chodzi o ACTA. Sam dokument może być zapalnikiem odkorkowującym gaz niezadowolenia społecznego z ostatnich lat działań nie tylko tego rządu, ale całej areny politycznej.

 

Dziś widzę dwie, skrajnie od siebie różne drogi:

Jedna z nich, to wolne uspokajanie się tłumów. Miną tygodnie, a ACTA będzie tematem memów i słabych przypomnień. Ogień rewolucji ma to do siebie, że płonie jasno, ale szybko się wypala. Za dwa, trzy miesiące mało kto będzie się już tym zajmował. Kiedy dojdzie do wyborów, ktoś wspomni o całym fakcie, przypomni ACTA, ale w telewizji niczego nie podadzą. PO będzie straszyło Kaczyńskim i PIS, albo damy sie przekonać, albo nie. W każdym razie sytuacja sie powtórzy. Afery i wojna między PO a PIS – bez znaczenia kto będzie za sterami. Bo przecież inne opcje polityczne nie istnieją. Nikt nie zagłosuje na kogoś „kto i tak nie wygra, bo ma za mało poparcia”.
Potem wszystko potoczy się już samo. Będzie nam źle, będziemy wygrażać rządowi, opozycji i słuchać jak to źle na świecie się dzieje w telewizji (choć o tym, że obywatele Islandii obalili swój rząd się nie dowiemy. Te rzeczy mogłyby wzbudzać niepotrzebne niepokoje ). Szara, polska rzeczywistość. No, może poza tym, że od czasu do czasu kogoś będą zamykać za piractwo. Niekoniecznie tego, kto piracił. Ale o tym też nie musimy wiedzieć.
A poza tym? Będzie do bólu normalnie.

 

Druga droga jest krótsza – ACTA jest tylko zapalnikiem. Do świadomości ludzi docierają też nowe uprawnienia kontrolerów NIK (Najwyższej Izby Kontroli).

Dla przypomnienia, lub też informacji – projekt ustawy, który został już zaakceptowany i która wejdzie w życie w czerwcu pozwala kontrolerom NIK zbierać informacje ze wszystkich dziedzin naszego życia. Rzecz jasna, by lepiej nas chronić przed nami samymi. W tym preferencji seksualnych, pochodzenia rasowego, preferencji politycznych i wyznaniowych, nałogów, stanu zdrowia, czy – błahostka – informacji genetycznej.
A wszystko dlatego, obywatelu, że jesteś zbyt głupi. Dlatego państwo musi Cię trzymać za główkę i inwigilować na wszelkie możliwe sposoby. Byś przypadkiem głupstwa nie popełnił. Dla Twojego dobra. Idioto.
Koniec dygresji.

Płomień rewolucji nie tylko nie gaśnie, ale i jest podsycany. Ludzie mają dosyć. Wszystko zlewa się w jedno, Smoleńsk, krzyż, afery korupcyjne, ACTA, NIK, kłamstwa i machinacje. Do jednego wora. Nikt nie patrzy, czy to ma sens. Dosyć, po prostu dosyć. Anonimowi powielają ataki, wyciągają niewygodne dla rządu informacje na światło dzienne. Odtajniają najtajniejsze z akt. Ten był agentem, ten donosił, tamten manipulował, inny łapówkarz, a co do prezydenta…
W końcu zbiera się garstka zapaleńców, być może podkładają bomby, albo idą z bronią pod sejm. Oczywiście zostają szybko i krwawo spacyfikowani. Wybuchają zamieszki. Ktoś nie wytrzymuje. Pada rozkaz. Do gazu pieprzowego i armatek wodnych dołącza się ostra amunicja…
Rząd zostaje obalony. Krwawo, lub też w sposób bardziej pokojowy – podaje się do dymisji. Nowe ustawy, nowa władza, być może nowa konstytucja. Mimo ofiar – swoiste katharsis.
Ale za jaką cenę?

 

A może zupełnie inaczej? A może wymieszanie się tych dwóch wizji, swoisty złoty środek? Popadłem w skrajności specjalnie, dając upust wyobraźni. Rzeczywistość – jak zawsze – zweryfikuje. Jeśli będzie ku temu powód, jeśli ACTA zmieni naszą rzeczywistość w ten gorszy sposób, wezmę udział w protestach. Będę walczył o wolność. Jeśli nie, nie zagłosuję ani na PO ani na PIS – jak zawsze. Mam inne poglądy.
Jedno jest pewne – nie zapomnę.

A w tej chwili?

Czekam.

 

Na koniec – całkiem ciekawy kawałek. Polecam odsłuchać.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=F2fYUMWZLL0[/youtube]

I’ll be there

 

Środa, 25 stycznia i piątek, 27 będą dniami bardzo dla mnie zabieganymi.
Dlaczego? Może zacznijmy od… przyjemniejszej rzeczy.

 

Serdecznie zapraszam 27 stycznia od godz. 18 do klubu „Masada” na krakowskim Kazimierzu. Odbywać się tam będzie 32 już „Kulturkampf”, na którym – także i tym razem – będę czytać swoje wypociny.

18-21 część literacka
18.00-18.10 ALFABET LITERACKI B JAK MICHAŁ BUŁHAKOW
18.10-18.20 KRZYSZTOF BILIŃSKI ( Wolna Trybuna Poetycka)
18.20-18.30 MATEUSZ BOBEK ( Klapki Kubota)
18.30-18.40 MARCIN CICHY ( Pakiet Standardowy)
18.40-18.50 KRZYSZTOF DĄBROWSKI ( antologia bizarre)
18.50-19.00 BARBARA DUDEK ( poezja śląska)
19.00-19.10 JACEK DUDEK ( poezja śląska)
19.10-19.20 KRYSTIAN KAJEWSKI ( fragmenta ABCDARIA)
19.20-19.40 SŁAWOMIR MATUSZ ( Mistyka zimą)
19.40- 19.50 PIOTR MIERZWA ( poezja, Snubrat)
19.50-20.00 BARTŁOMIEJ MIŁOBĘDZKI ( poezja, proza)
20.00- 20.20 MICHAŁ PIĘTNIEWICZ ( Odpoczynek po niczym)
20.20-20.30 SEBASTIAN POST ( poezja, Trismegista)
20.30-20.40 LEA PRADZIŃSKI ( happening literacki)

20.30-20.40 PIOTR SMOLAK ( Neue Wilde)
20.40-20.50 MICHAŁ STONAWSKI ( groza w prozie)
20.50-21.00 MATEUSZ WABIK (poezja, Spisek)
od 21.15 część muzyczna
21.15-21.45 BRACIA SŁABY ( blues rock)
22.00-22.30 KROKODYL ( pastisz rock)
22.45-23.15 RAYUELA ( eksperyment literacko- muzyczny)
23.30-00.00 JAKUB ZIELINA ( ŻMIJ, folk rock)
cena biletów
tzw normalny 12PLN
tzw studencki 6 PLN

TUTAJ opis całej akcji.

Druga rzecz… cóż, trochę mniej miła. 25 stycznia 2012, dzień przed już pewnym podpisaniem przez tak zwany demokratyczny rząd RP, ACTA będzie się w Krakowie (a może nie tylko?) odbywał protest przeciwko temu dokumentowi.
Szczerze? Nie mam wielkich nadziei. Idę tam, bo nie mogę siedzieć bezczynnie, patrząc, jak walą się resztki Demokracji. I rzecz jasna wyjdę, jeśli zaczną jakieś „koktajle Mołotowa” w powietrzu latać, na burdę tam nie idę. Bić się z ZOMO będziemy innym razem.
Przepraszam, za wisielczy nastrój, ale po oglądnięciu tego…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=BB52a2rnC2k[/youtube]

…coś we mnie pękło. Pomijam już fakt, że pani prezenterka nie wie nawet, jak się dana „grupa” nazywa. Bardziej istotny jest fakt, w jaki sposób sprawa została pokazana. Wątpię, by pani prezenterka nie wiedziała, co się dzieje. Wniosek jest jeden – przedstawienie całej sytuacji w telewizji jest komuś bardzo nie na rękę. I cholernie mi to przypomina propagandową półprawdę.

Dobra. Dosyć już o tym.
http://www.facebook.com/events/215317315225357/

Jeśli ktoś chce dołączyć, podaję linka.

 

Page 2 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén