Kategoria: Film (Page 1 of 4)

O co zapytam „Ostatnich Jedi”

Na „Przebudzenie Mocy” szedłem bez jasno sprecyzowanych oczekiwań. To prawda, chciałem dobrego filmu, świetnych postaci, niezwykłych pojedynków na miecze świetlne i klimatu, ale ostatecznie z tego wszystkiego został tylko klimat. Na „Ostatnich Jedi” (lub też „Ostatniego Jedi” – zdania są podzielone, zależnie, czy zasugerujemy się tytułami mającymi oznaczenie liczby mnogiej, czy tym, co powiedział reżyser filmu, że w jego głowie to liczba pojedyncza) wybieram się z dosyć jednoznacznymi oczekiwaniami. Ba, wybieram się z żądaniami – a głównym z nich jest to, by nowe Star Warsy były znów dobre.

Obojętnie, co sądzicie o „Trylogii Prequeli” i czy poddajecie się modzie na hejtowanie jej, trzeba tym filmom przyznać, że wniosły dużo do uniwersum, nie były wtórne i w swojej konsktrukcji trzymały się kupy, tak samo, jak kupy trzymały się kreacje bohaterów (wiem, że na topie jest mówienie, że Anakin „tak po prostu” przeszedł na Ciemną Stronę, jednak jego przemiana zajęła mu aż dwa filmy i całość była dobrze i logicznie umotywowana). W „The Force Awaknes” film starał się trzymać kupy tylko za sprawą kleju nostalgii i kiedy ten uleciał – obraz J.J. „Niszczyciela uniwersów” Abramsa (niech go WYSPA pochłonie) zwyczajnie rozszedł się w szwach. Gdzie się większość filmu podziewał Poe Dameron? Czemu Han „cwaniak” Solo zwyczajnie i głupio dał się zabić, co raczej nie przyniosło żadnych efektów? Jak bardzo irytujący może być Kylo „Jestem taki mhhhroczny” Ren? Czy Rey, najbardziej blada mieszkanka pustyni, oprócz mistrzostwa Mocy na zawołanie, mistrzostwa szermierki na zawołanie, mistrzostwa latania wielkim statkiem na zawołanie, umie także fikać koziołki? Oczywiście po mistrzowsku? Nie wspominając o tym, że najwyraźniej sytuacja polityczna galaktyki na ostatnie trzydzieści lat utknęła w Karbonicie a widz i tak nie ma się szansy dowiedzieć, co się właściwie dzieje, bo twórcy mają to gdzieś. No i na pewno nie wspominając o trzeciej Gwieździe Śmierci, którą dla niepoznaki nazwano inaczej, żeby widz przypadkiem się nie zorientował. Cały świat przedstawiony, czy kreacja bohaterów w TFA opierała się albo na powtórzeniu motywów, albo spieprzeniu nowych. Bohaterowie – szczególnie Rey – nie trzymali się kupy. Poza Lukiem, oczywiście. Możecie więc mówić wiele o Prequelach – i w wielu miejscach trzeba tej złości przyznać rację, ale wszystko, co Prequele zrobiły źle, TFA zrobiło jeszcze gorzej, tyle, że jeszcze mniej twórczo.

Idę więc na „Ostatnich Jedi” z dosyć solidnymi postulatami, które chciałbym zobaczyć, bym uznał, że film jest dobry i naprawia krzywdy. Oto one:

- He is not ready. - Yoda.

Uczłowieczenie postaci Rey, albo wyjaśnienie, że jest Terminatorem i przybyła z przyszłości. A przy okazji – kim są jej rodzice?
Rey to przykład na to, jak nie budować bohaterki. W zamyśle miała być pewnie silną kobiecą postacią, ale takie postacie muszą być czymś umotywowane. Nie da się być silną kobiecą postacią tylko dlatego, że jest się kobietą. Ani silną męską postacią tylko dlatego, że jest się mężczyzną. To niczego nie zmienia. Postać Rey od początku została stworzona tragicznie. Bohater w filmie zmierza pewną ścieżką, przezwyciężając trudy, by odnaleźć „coś” – artefakt, który może być zarówno doświadczeniem, jak i rzeczą. Luke przezwyciężył trudności, by ostatecznie stać się Jedi. Anakin przezwyciężył trudności, by ulec przeznaczeniu „wybrańca” którym stał się na wiele sposobów. Neo w Matrixie przezwyciężał swoje przyzwyczajenia, ciało i umysł, by uwierzyć, że faktycznie jest wybrańcem i pokonać Smitha. Rey nie miała przed sobą trudności. Nie musiała nic przezwyciężać. Jej walka była ułudą – bez problemu poleciała Sokołem Millenium, kiwnięciem palca grzebała w głowie Kylo Renowi, wykonała „sztuczkę Jedi”, którą taki Luke umiał wykonywać dopiero w „Powrocie Jedi” a na końcu poradziła sobie w szermierczym pojedynku z trenowanym od lat Kylo Renem, czego wcale nie usprawiedliwiało to, że Kylo był ranny. Powinien dwoma ciosami zmieść Rey z powierzchni ziemi. Albo przynajmniej (co dla Star Warsów normalne” – pozbawić ją ręki, ponieważ Rey nie była gotowa. Mimo, że wedle filmu najwyraźniej była – zaledwie parę godzin/może dni po tym, jak pierwszy raz na oczy miecz zobaczyła.

   

Duchy mocy 

Pojawiły się w obu wcześniejszych trylogiach. Jeśli nie miałyby pojawić się tutaj, jeśli przebywający na wygnaniu Luke nie umilał sobie czasu gadając z Yodą, z Obi-Wanem czy Qui-Gonem – ba, nawet z własnym ojcem, to powinno się pojawić przynajmniej wyjaśnienie, czemu tak się nie stało. Gdzie znikły byty, które dzięki mocy powróciły do świata żywych jako duchy?

Więcej polityki
To, co Trylogia Prequeli robiła świetnie, to ukazanie zepsucia Republiki, intryg, które były tak mroczne i misternie utkane, że zaciemniły obraz nawet zakonowi Jedi. Zakon stał się ślepy, a że Jedi stali się aroganccy, nie umieli tego przyznać. A kiedy to się stało – było już za późno. Polityka nakreślała też dokładnie jak wygląda świat przedstawiony, co się w nim zmienia. Powolny proces rozpadu demokracji i formowania się czegoś, co wkrótce miało stać się Imperium – przy burzy oklasków, było wręcz miodem dla duszy. W TFA film nie mówi o polityce nic. Ba, sprawia, że widz się gubi. Kto nie był przekonany, że planetą, która została zniszczona, była Coruscant? I ostatecznie – okazało się to fałszem. A szkoda, bo gdyby była to ikoniczna stolica Republiki, wniosłoby to coś do świata, ożywiło go. Dodałoby dramatu. A tak? Ani nie wiemy, co się w galaktyce dzieje, ani, czemu przez ostatnie 30 lat nic się nie zmieniło… film to ignoruje. Co jest sporym błędem.

Backstory Rey, Luke’a, Bena Solo i Snoke’a
Za dużo się wydarzyło, by to tak zostawić. Te postacie potrzebują ożyć. O ile o Luke’u wiemy sporo (w końcu to Skywalker) i dopowiedzenia objąć powinny to, co stało się z nowym Zakonem, o tyle o pozostałych nie wiemy nic. Co powinno się zmienić, by nadać tym postaciom głębi.

Koniec z naśladownictwem!
O ile Star Wars zawsze miały wiele elementów wspólnych, o tyle kalka epizodu IV, jaką był TFA była pokazem nieudolności i lenistwa scenarzystów, reżysera i wytwórni. Raz jeszcze powtórzę – wiele można mówić złego o Trylogii Prequeli, ale wniosły do świata masę nowych rzeczy. Któż nie lubi dzielnych klonów, o wiele bardziej „wojskowych”, niż nieudolnie strzelający Szturmowcy Imperium.

Niech Porgi okażą się tylko koszmarem, proszę. 

I ostatnia rzecz. Czy każda Trylogia musi mieć głupią podśmiechujkę dla dzieciaków? Ale wiecie, taką z 12 strony podręcznika o typowych głupich podśmiechujkach dla dzieci. Głupich stworkach. Każdy pamięta Jar-Jara, który miałby sens, gdyby teoria o tym, że to on jest Sithem była prawdziwa. Każdy pamięta „zabawne” Ewoki. Czy teraz nastał czas Porgów? Pociesznych pingwinów wydających pocieszne dźwięki brzmiące jak „kupcie nasze maskotki od Disneya”? Na to niestety wygląda. Ale mam nadzieję, że się mylę, albo Porgi nie będą przesadzone. Humor w Star Wars jest świetną rzeczą, ale wystarczą do tego roboty. Roboty naprawdę dają radę. Nie musicie dodawać przytulaśnych maskotek.

 

 

Co jest nie tak z „Nowym początkiem”?

„Arcydzieło!” – usłyszałem i poszedłem do kina. Film SF ostatniej dekady? Arcydzieło „twardej” fantastyki naukowej? Niesamowity film o pierwszym kontakcie z obcymi? – Takie opinie zalewały mnie od wielu dni i było kwestią czasu, aż w końcu wyląduję w kinie. A że okoliczności były sprzyjające, zrobiłem to jak najszybciej. I… nie wyszedłem w pełni usatysfakcjonowany. 

Nie zrozumcie mnie źle, „Arrival” to nie jest zły film. Ba – mogę śmiało powiedzieć, że jest filmem dobrym. Gra tu niemal wszystko, co grać powinno. Ale są też i minusy, które każą mi powiedzieć jasno: według mnie w tym dziesięcioleciu – ba, w ostatnich paru latach – było parę dużo, dużo lepszych filmów science fiction. Ale o czym ja konkretnie mówię? Cóż, wypunktujmy sobie. Ale póki co:

UWAGA SPOILERY

Zacznijmy od tego, co jest dobre w „Arrival” – bo krzywdzącym dla filmu byłoby tego nie wymienić.

  • Kameralność. 

Film ma taki pomysł: zero rozwalania Nowego Jorku, zero bomb atomowych, czy pokazywania zniszczenia Białego Domu. Miła niespodzianka – tym razem kosmici nie niszczą USA, a po prostu sobie wiszą. I nie tylko nad stolicą popkultury. Twórcy nie zapomnieli, że prócz Ameryki jest też świat. Więc tajemnicze statki wyglądem przypominającym kamienie używane do masażu wiszą sobie na całym świecie w – wydawałoby się – losowych miejscach. Co jest wielkim plusem – akcja filmu rozgrywa się w zasadzie w paru pomieszczeniach. Głównie jest to wojskowa baza i statek obcych. I tyle. Czasem mamy przebłyski ze świata… ale to tyle. Baza, bohaterowie, jak i cały film są odcięci od świata i skupieni na obcych.

  • Powolna akcja

Jedno wynika z drugiego. Akcja tego filmu rozgrywa się powoli, nieśpiesznie. Widz oswaja się z obcymi tak, jak oswajają się z nimi bohaterowie. Więcej – ma czas na zastanowienie się nad zagadkami języka obcych. Nie ma szybkiej akcji, nie ma wielu jej zwrotów. Nie ma strzelanin i wybuchów.

  • „Science” w fiction

No i wreszcie to, co jest najważniejsze – chyba pierwszy raz widzę film tak bardzo skupiający się na prostej prawdzie, że spotkać się z obcymi to jedno. Ale zrozumieć – coś zupełnie innego. Nasze Heptapody to rozwinięte połączenie kałamarnicy z… hmm… no właśnie, czym? „Rączką” z rodziny Adamsów? Sam ich projekt nie jest taki głupi – po pierwsze bazuje na sporym prawdopodobieństwie, że inne białkowe życie wcale nie będzie myślało podobnie jak my. Mówiło podobnie jak my. Rozumiało podobnie jak my. Po drugie okazuje się, że niektóre ośmiornice czy kałamarnice (nie pamiętam dokładnie) są w istocie bardzo inteligentne. Ba – używają narzędzi i w jakiś sposób się ze sobą porozumiewają czymś, co w dużym uproszczeniu można uznać za język. Mają tylko jeden problem – nie uczą się od siebie. Stąd każdy osobnik startuje od zera i nie zachodzi w ich gatunku ewolucja. W „Arrival”mamy do czynienia z czymś, co ewoluowało, ale ich pojęcia i sposób wyrażania się bardzo różnią się od naszego – choćby tym, że ich język i mowa nie są ze sobą zbieżne. Dlatego zagadka jak przejść od prostego powiedzenia „część” do „dlaczego tu jesteście” jest tak pasjonująca.

111

Co poszło nie tak?

  • Nieskomplikowana fabuła

Jak na złość kameralność i powolna akcja sprawiają, że czegoś mi w tym „arcydziele” brakowało. Miałem wrażenie, że oglądam rozciągniętą do prawie dwóch godzin krótką formę. I znów – nie zrozumcie mnie źle. Nic z filmu bym nie wykasował, ale brak pewnych zwrotów akcji, czy w pewnym momencie nawet napięcia sprawił, że czułem się jakbym… hm, sprowadźmy to do książki: wyobraźcie sobie, że kupujecie książkę opartą na TYLKO jednym pomyśle i jednostajnym tempie akcji. Pomysł jest super, ale znacznie lepiej sprawdziłby się w opowiadaniu. Tutaj sytuacja jest podobna – po wyjściu z kina wiedziałem, że sam pomysł mi się podoba. Ale miałem też wrażenie, jakby przez większość filmu nie za wiele się działo. Niewątpliwie minus ten wynika z wymienionych wyżej plusów, ale wiem też, że prawdziwi wirtuozi kina potrafią zrobić film, który trzyma w napięciu a jednocześnie może być spokojny i kameralny. Wystarczy wspomnieć o „Moon” z 2009 roku, albo niedawnym „400 days” z 2015. I chociaż wspomniane filmy mają mniejszy rozmach i swoje wady, to tą jedną rzecz pokazały – w mojej opinii – lepiej.

  • Przewidywalne zakończenie 

No i to mnie chyba najbardziej ubodło. Już po połowie filmu wiedziałem – nie dociekałem a wiedziałem – jakie będzie zakończenie. Nie, nie czytałem wcześniej pierwowzoru. Nieskomplikowana fabuła i dosyć wyraźne początkowe aluzje w formie „retrospekcji” czy może bardziej „wizji” głównej bohaterki dawały zbyt mocne wskazówki co do tego, jak film się zakończy. I kiedy wreszcie się to stało, nie byłem zachwycony. Nie pomaga też dosyć SUGESTYWNE tłumaczenie „Arrival” jako „Nowy początek”. Naprawdę, drodzy tłumacze? Przecież to w zasadzie zdradza całą intrygę!

Mógłbym się jeszcze przyczepić do samego pomysłu na zakończenie. No bo jak to – przylatują kosmici, by obdarzyć ludzkość swoim językiem, który sprawia, że widzi się przyszłość, ponieważ chcą pomocy ludzkości za 3000 lat? Cóż, mnie się to wydało trochę naciągane. Ale dobrze – mogę to zaakceptować. Czemu nie. Niech będzie. Gdyby nie było to tak oczywiste i podawane widzowi niemal co drugą scenę od początku filmu!

Czy więc „Arrival” to film dekady? Arcydzieło SF? Nie, ani trochę. Większe wrażenie wzbudził we mnie „Interstellar”. Niemniej warto się z tym filmem zaznajomić. Ostatecznie – to kawałek naprawdę dobrego kina SF. 

Zresztą – przypatrzmy się hitom gatunku z ostatnich 10 lat, które warto przypomnieć a które – przynajmniej według mnie – były o wiele lepszymi filmami SF. A przynajmniej takimi, które warto polecić – nie wszystkie można porównywać.

  • Incepcja
  • Interstellar
  • Deja Vu
  • Marsjanin
  • Wyścig z czasem
  • Mr. Nobody
  • Ona
  • Niepamięć
  • Chappie
  • Trascendencja
  • Geneza planety małp
  • (nie no, jaja sobie robię – nie mogłem się powstrzymać, wybaczcie)
  • Moon
  • Władcy umysłów
  • Pandorum
  • Cloverfield Lane 10
  • Repo Men
  • Sunshine
  • Europa Report
  • O dziewczynie skaczącej przez czas

Kto powinien zagrać Geralta? – Typujemy aktorów do Sagi Wiedźmińskiej.

Wczoraj gruchnęła wieść o tym, że w serwisie IMDb pojawiła się obsada filmu „The Witcher”, którego reżyserem jest prawdziwa gwiazda – Tomek Bagiński. Według plotki, w postać Geralta wcielić się miał Josh Holloway, zaś Anna Rust zagrać miała Cirillę. I, mówiąc szczerze, byłem zachwycony. Son of a Bitch

josh

Holloway’a mogliśmy poznać jako Sawyera w serialu LOST, gdzie spisał się całkiem dobrze (w przeciwieństwie do mydlanego jak dla mnie Matthew Foxa). On jako Geralt? Wiedźmina powinien zagrać polak – to jasne. Całkiem nieźle zagrał go Żebrowski i gdyby dodać mu Hollywoodzkie efekty specjalne i lepszy trening wywijania mieczem, byłoby już naprawdę dobrze. I, gdyby oczywiście z filmu „Wiedźmin” nie zrobiono czegoś bardziej żałosnego, niż Jaskier bez lutni… ale do rzeczy. Niestety, Geralta z Rivii nie zagra nasz rodak. Pora więc zastanowić się, kto mógłby dać sobie radę z tym zadaniem. O tym, że aktor powinien spełniać pewne wizualne kryteria mówić nie muszę – chociaż w dobie dzisiejszego kina Wiedźmin równie dobrze mógłby okazać się ostatecznie Murzynem i na pewno znalazłoby się dużo osób, które nie miałyby z tym żadnego problemu. Wiele osób typuje do tej roli Madsa Mikkelsena, który aktorem jest dobrym, ale moim zdaniem na Geralta zupełnie nie wygląda (a i w grze aktorskiej jest trochę zbyt… wyważony. Nawet w świetnym „Polowaniu”). Geralt musi mieć pewien cynizm wypisany na twarzy. Pewną dzikość. W końcu nie jest do końca człowiekiem. Josh Holloway spełniłby się w tej roli świetnie, niestety Bagiński już obalił tę plotkę. Szkoda.

Swego czasu jednak zacząłem myśleć, którzy aktorzy (anglojęzyczni) pasowaliby do ról w sadze. I – czemu nie? – zabawmy się w typowanie.

1: EMHYR VAR EMREIS – w wersji Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów. – Bill Nighy

Bill Nighy - Emhyr Van Emreis

W drugiej wersji mógłby to być także znany z Gry o Tron Charles Dance. On jednak jest już kojarzony z pewnym Lannisterem i trudno byłoby mieszać te dwa wizerunki. Nighy? Jako cesarz Nilfgaardu byłby perfekcyjny.

2. DUNNY – Jude Law

Jude-Law- Dunny jeż

Nie mogło zabraknąć młodszej wersji naszego władcy. Jude Law jako Dunny byłby moim zdaniem najtrafniejszym wyborem. Z drugiej strony pozostaje pytanie, ile wyniosłaby jego płaca – a wszyscy wiemy, że nie zawitałby na planie na długo… :)

3. YENNEFER – Carice van Houten

carice-1 Yennefer

Kojarzycie ją w wersji rudej? Popatrzcie na zdjęcie wyżej. Yennefer była piękna, ale jednocześnie miała w oczach coś… w całej twarzy coś, co przerażało niektórych mężczyzn. Taka jest właśnie Carice van Houten. Niemal czuć zapach bzu i agrestu. Wiem, kto ciśnie Wam się na usta – Eva Green. Ale ona jest… inna. ZBYT drapieżna. Dla niej miałbym inne zadanie – czytajcie dalej.

4. PAVETTA – Ellen Page

ellen-page- Pavetta

Nie mam wiele do powiedzenia. Pavetta była dla mnie zawsze łagodniejszą wersją Ciri – a co do TEJ sceny (wiecie, której) – wyobraźcie sobie, jak Ellen Page otwiera usta i krzyczy, z wykrzywioną ze złości twarzą. Ona to potrafi.

5. CALANTHE – Maggie Smith

Maggie-Smith- Calanthe
Każdy kto widział ją w paru rolach wie – nie ma lepszej propozycji. Co prawda jej książkowy pierwowzór był chyba trochę młodszy, ale w tej kobiecie jest tyle samo wewnętrznej mocy, co pewnego starczego piękna. Wyobrażam ją sobie młodszą i jestem pewien – bez patrzenia na zdjęcia – była piękną kobietą. Jest piękną starszą panią. Kropka. Życzę każdej kobiecie, którą darzę uczuciem, by tak się zestarzała.

6. Król FOLTEST – Christopher Waltz

Waltz - Foltest

Co tu dużo mówić – Waltz wniósłby w postać Foltesta naprawdę sporo energii. A o to czy odegrałby taką rolę dobrze chyba nie ma co się martwić. Znam jeden film, w którym wypadł słabo – i jest to ostatni Bond, który w ogóle słabym filmem był.

7. LEO BONHART – Christopher Walken

Christopher Walken - Bonhart

Tylko popatrzcie w te zimne oczy i pomyślcie, że trzyma w rękach miecz. I że umie nim robić tak, że zabija Wiedźminów. I że właśnie stoi nad tym, co zostało z grupy gówniarzy, które przeszły przez Czas Pogardy. I że naprzeciw siebie ma tylko młodą, wystraszoną dziewczynę. Wiedźminkę. Podlotka. I że w tym momencie wykrzywia te wąskie usta. Zaraz wracam, muszę się na chwilkę schować pod kołdrą…

 8. BORCH TRZY KAWKI – Robert Downey Jr.

robert-downey-jr - Borch

Pomyślcie o tej scenie, kiedy razem z Geraltem jedzą raczki, a potem siedzą w balii z Zerrikankami. Tam – Geralt, cynizm na twarzy, ale i uśmiech na wargach. Tu, wyluzowany, trzymający za pośladek jednej z dziewczyn Downey Jr. ze swoim przekornym uśmieszkiem. Rozmawiają o smokach. A paniom dedykuję słowa: „On jest najpiękniejszy”.

9.RENFRI – Eva Green.

eva_green Renfri

Pamiętacie, jak mówiłem, że Eva Green jest ZBYT drapieżna dla Yennefer? No to właśnie – Renfri, ta mała księżniczka Śnieżka, ten demon, diabeł, ta tragiczna w swoim losie istota. A oto Eva Green, która doskonale by sobie z tym zadaniem poradziła.

10. LAMBERT – Mads Mikkelsen.

Mads Mikkelsen - Lambert

Geralt? Tak nie wygląda Geralt. Tak nie zachowuje się Geralt. Mikkelsen nie potrafi być drapieżny. Nawet jako Lecter grał raczej wewnętrznym gniewem. A Geralt z mieczem w ręku to burza, to wrzask i lejąca się po ścianach krew. To potwór i tak go ludzie widzą. Ale Wiedźminem Mikkelsen byłby świetnym. Lambertem byłby świetnym, mówiąc prościej.

11. ZOLTAN i YARPEN

Po co rozdzielać krasnoludów? Zoltan? Proszę bardzo:

hugh-jackman1 - Zoltan

Musiano by go tylko „pomniejszyć” efektami specjalnymi. Z długą brodą i irokezem (czy inną fryzurą), oraz toporem wyglądałby iście krasnoludzko.

Yarpen? Ben Kingsley.

Ben-Kingsley- Yarpen

Choć przyznam, że w roli krasnoludów można przebierać między aktorami, jak pokazał LOTR, czy Hobbit. Da się.

12. JASKIER – Johny Depp.

johnnydepp - Jaskier

No i nie ma innego wyjścia. Sorry. Oto Jaskier.

13. KTOKOLWIEK – Gary Oldman

Gary Oldman - Wszyscy Inni

Nie znalazłem postaci, która w Sadze byłaby podobna do Oldmana. Za to wiem, że Oldman może być podobny do każdej. Jak trzeba, zagra nawet miotłę i to tak, że należeć mu się będzie za to Oscar (i kto wie, może w końcu dostanie). Byle by był.

A czemu nie ma tu Geralta i Ciri? Bo najlepszy – moim zdaniem – aktor, został z tej roli wykopany. A Ciri? A Ciri zagrać może każda dobra, młoda aktorka. Wystarczy, że będzie miała odpowiedni wdzięk. Nie, żebym jej nie lubił, bo lubię. Tylko nie była na tyle charakterystyczna, by mieć… charakterystyczną twarz. Jeżeli wiecie, o czym mówię. Tymczasem, ponad wszelkimi sporami, najważniejsze jest to, by film się ukazał i był dobry.

Ale głupie te Star Warsy – 5 problemów TFA

 

„In J.J. we trust!” – wołał świat przed premierą najnowszych „Gwiezdnych Wojen” – miałem swoje obiekcje, gdyż Abrams nie do końca zrozumiał ideę Star Treka, czyniąc (moim zdaniem) z filmu sf typowy blockbuster fantasy – dobrze się sprzedający, ale jednak – fantasy. Z drugiej strony ten sam człowiek stał za rewelacyjnym „Lost”. Poszedłem do kina i wyszedłem z niego z uśmiechem. Im dłużej jednak się zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nowe „Gwiezdne Wojny” nie są dobrym filmem. Że J.J. Abrams wcale nie dał rady – zrobiliśmy to sami, bardzo chcąc, by ten film był świetny. A wyszło… 

Czym jest dobry film? Czy tylko „widowiskiem”, jak to się teraz ładnie nazywa, po którym wychodzi się z kina rozluźnionym i wraca do swoich zajęć, czy czymś, co w nas zostaje – historią, którą przeżywamy wciąż i wciąż, rozkładając na czynniki pierwsze? Być może i tym i tym, w końcu nie górnolotnych historii oczekuje się po wytworach Marvela, a dobrego widowiska właśnie. Napięcia. Dawki emocji. Z drugiej strony są filmy, które nie powinny schodzić poniżej pewnego poziomu. Dla mnie zawsze takimi filmami były „Star Wars” – mitologia naszych czasów, zbiór wszystkiego, co już było w nowym i smacznym sosie. Moc była pewną filozofią, Jedi i Sithowie narzędziami swoich idei. W nowej trylogii Lucasa, chociaż krytykowanej, pojawiła się wspaniała intryga polityczna, która bardzo dużo wniosła do Uniwersum. To nie były pełne namysłu, filozoficzne filmy, ale też nie były jej pozbawione – szczególnie części IV-VI. Robiły to, co fantastyka zawsze robiła dobrze – przemycały pewne wyższe myśli pod maską prostej historii.

I tu dochodzę do „The Force Awakens” – zaraz po seansie byłem naprawdę wniebowzięty. W trakcie niego, w pewnych momentach miałem w oczach łzy. A potem doszło do mnie, że to po prostu nostalgia. Chciałem by film był dobry, a Abrams sprawił, by nie był aż tak zły. Jak sprytny czarodziej zaczarował mnie na czas seansu i parę chwil później. Każda iluzja jednak kiedyś się kończy – oto parę problemów, które sprawiają, że film nie umie sam siebie obronić. Od premiery minęło dużo czasu, dlatego pozwalam sobie na spoilery.

Nawiązanie

#1 PROBLEM Z ZAWIĄZANIEM AKCJI 

Każda opowieść ma początek – nawet osobne kawałki tego samego cyklu muszą trzymać się pewnej struktury tworzenia opowieści. Powód jest prosty – odbiorca nie może się pogubić. Podobnie jak w IV części, w TFA zostajemy wtrąceni w środek pewnego konfliktu, o którym w gruncie rzeczy niewiele wiemy. Abrams miał ułatwione zadanie, bo w przeciwieństwie do „Nowej Nadziei” widz wie już bardzo dobrze, czym jest i jak wygląda świat SW. A mimo to wykazał się niezgrabnością. U Lucasa w historię jesteśmy wprowadzani stopniowo. Zaczyna się od „trzęsienia ziemi”, haustu powietrza przy ogromie pokazanego nam Gwiezdnego Niszczyciela, potem zaś przenosimy się na farmę do młodego chłopaka, który spotyka mistrza. I wszystko zaczyna się powoli rozkręcać. Abrams, mam takie wrażenie, chciał widza oszołomić natarczywością i terrorem „First Order” – i trochę przesadził. Oto jakaś planeta, jakiś obóz, jakiś człowiek którego nie znamy (chwilę później umiera), tajne plany i pilot rebelii – moment i nadlatuje Imp… First Order, zaczyna się eksterminacja. Akcja gna do przodu na łeb, na szyję. Ani chwili oddechu. Wybuchy, akcja, jeszcze więcej akcji. I tak naprawdę do końca nie wiadomo, co się działo przez te trzydzieści lat, jaka jest sytuacja Republiki, czemu Ruch Oporu ciągle istnieje – czemu istnieje Imp… First Order? Tak się teraz robi filmy, wiem – szybko i widowiskowo. Ale trochę żal, bo po poczuciu dezorientacji nie następuje wyjaśnienie, a film rwie dalej, przeplatając sceny akcji, z humorystycznymi i dramatycznymi – jak w momencie, kiedy niszczona zostaje siedziba Republiki, Rey zostaje porwana, jeszcze nie przebrzmiał mi w uszach krzyk milionów istnień, a tu już Han rzuca dowcipną uwagę o włosach Lei. Jeżeli Abrams chciał swojego widza wrzucić na głęboką wodę, to już go tam pozostawił – i to bez koła ratunkowego.

Fabuła

#2 PROBLEM Z FABUŁĄ 

To, że sama akcja rwie wciąż naprzód, to nawet nie byłby taki problem, gdyby TFA miało coś do dodania swoją fabułą. Ale nie ma. Mamy dziewczynę z pustynnej planety (dla niepoznaki nazwanej Jakku), która zostaje wybrana do misji (i zostania Jedi), która spotyka pierwszego mistrza (Han), który wskazuje jej drogę, a który jeszcze w tym samym filmie zginie pokonany przez badassa nr.2 (jeżeli chodzi o rangę). Mamy postać humorystyczną (Finn), podbijającego serca robota z WAŻNYMI PLANAMI (BB8), które muszą dostać się w określone miejsce i depczące po piętach Imp… First Order. No dobrze, jest jeszcze najwyraźniej wolna Republika, ale z tym problemem Abrams radzi sobie po prostu ją wysadzając, zanim w ogóle coś więcej zostanie o niej powiedziane. Mamy małą bazę Ruchu Oporu, kilku dzielnych śmiałków, wspaniałego pilota-zawadiakę (czyli co by było, gdyby Han wstąpił do wojska), wreszcie JESZCZE WIĘKSZĄ Gwiazdę Śmierci, którą (znów dla niepoznaki) nazwano „Starkiller”. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję przynajmniej na trochę poważniejszą bitwę kosmiczną, ale nie – dzielni rebeliańci znów polecieli w paru na wielką bazę i dzięki odnalezieniu słabego punktu zmietli ją w pył. Jupii. Wielkie zwycięstwo, radość, tajemnicza scena, napisy.

„Gwiezdne Wojny” Lucasa nigdy nie były zbyt innowacyjne, bo czerpały garściami z popkultury, baśni, mitologii. „Gwiezdne Wojny” Abramsa czerpią jednak garściami z… samych siebie, w pewnym sensie zyskując trochę autoironiczny wydźwięk. To po prostu „Nowa Nadzieja” podana jeszcze raz. I jeżeli tamte rozwiązania (kilka X-Wingów vs. wielka baza wojskowa) można zrozumieć poprzez problem pieniędzmi na efekty specjalne (i w ogóle problem z efektami), to już tu cała sprawa wygląda po prostu śmiesznie. Tam to była heroiczna, samobójcza misja dzielnych Rebeliantów, tu oczekiwanie aż „znów im się uda”. Epicki wybuch był po prostu fajerwerkiem, który i tak musiał nastąpić. Nuda.

Rey

#3 PROBLEM Z REY

Sierota, pustynna planeta na peryferiach galaktyki – przeznaczenie w końcu wyciąga rękę. Rey to żeńska wersja Luke’a. Ale podczas, kiedy Luke długo (chociaż i tak bardzo krótko jak na Jedi) odkrywał, czym jest Moc, Rey już od początku filmu jest cudowna. To silna kobieta, wręcz terminator Jedi. Bez problemu pilotuje Sokoła Millennium, mimo, że wcześniej nie miała styczności z tak dużymi statkami. Ba, robi to lepiej niż Han Solo, nawet rozgryzając poszczególne podzespoły statku. Jak się okazuje później, mieczem robi lepiej od szkolonego przez samego Luke’a mordercę innych szkolonych Jedi. Zapewne dlatego, że na plecach nosi kij i na Jakku musiała go używać. Mało tego, kiedy Luke mozolnie poznawał tajniki mocy i dopiero w drugim filmie jest zdolny (przy dosyć dużym skupieniu) przyzwać swój miecz, Rey robi to parę godzin po tym, jak dowiaduje się, że coś takiego jak Moc istnieje – i to w środku walki. A jakby jeszcze było mało – pokonuje w pojedynku na Moc Kylo Rena – tak, dokładnie tego samego człowieka, który na początku filmu samą siłą woli unieruchomił w powietrzu strzał z blastera i nawet niespecjalnie się tym przejął. Rey jest idealna, potrafi wszystko i za co się nie weźmie, to zrobi doskonale. Jak widz się może z nią zidentyfikować? Otóż nie może. Bo Rey jest po prostu zbyt idealna. Kropka.

kylo

#4 PROBLEM Z KYLO 

Czego oczekiwałbym, gdybym wcześniej usłyszał, że w TFA czarnym charakterem będzie osoba, która znienawidziła rodziców, zabiła wszystkich uczniów Luke’a, sprawiła, że Luke uciekł na jakąś planetę i się ukrywa, a w dodatku jest tak silna Mocą, że robi dokładnie to, co Neo z pociskami w „Matrixie”? Na pewno nie skrzywdzonego chłopca, tupiącego nóżką, o wiecznie obrażonym obliczu, który – kiedy jest zdenerwowany – siecze mieczem… pokój w którym się znajduje w przypływie bezsilnej i histerycznej agresji. Ale taki właśnie jest Kylo „Och, Jak Bardzo Chcę Być ZUY” Ren. Na pewno czeka go metamorfoza, ale obraz który dostaliśmy na początku filmu zupełnie nie pokrywa się z tym, co dzieje się w trakcie. Myślę, że uczniowie Luke’a musieli mieć po prostu pecha i sami nabili się na swoje miecze. Albo wydrapali sobie oczy, kiedy Kylo zaczął tupać nogami i krzyczeć przez łzy, że ich nienawidzi. Pomysł, by „drugi Vader” zamiast opanowanego i mrocznego Lorda był załamanym i cierpiącym młodzikiem jest sam w sobie dobry. W końcu Vader też skrycie cierpiał. Ale Kylo Ren jest po prostu żałosnym nieudacznikiem, którego film bezskutecznie próbuje kreować na wielkiego wojownika Ciemnej Strony (tylko, że z problemami osobowościowymi).

Phasma

#5 PROBLEM Z PHASMĄ

Kiedy ogłoszono, że niezwykle utalentowana Gwendoline Christie wcieli się w Kapitan Phasmę, byłem pewien, że to będzie COŚ. Chociaż osobiście widziałem w niej potencjał na wspaniałego, mrożącego krew w żyłach Sitha. Wyobraźcie to sobie. Ale trudno się mówi. Ona na pewno będzie świetnym czarnym charakterem. Czyżby? Fanatyczka First Order bez chwili wahania pomaga Rebeliantom i… tyle ją widać. Nie wątpię, że jej postać zostanie rozwinięta w następnych filmach, ale i tak już straciła na wiarygodności. W dodatku nie została prawie w ogóle wykorzystana. Kiedy Poe Dameron pojawiał się i znikał (chociaż nie wiadomo skąd tak naprawdę), ona tylko przemknęła przez film. Wielka, wielka szkoda.

Jak lubić nowe „Star Warsy”, kiedy jako sam, pojedynczy film, nie umieją się obronić? Kiedy tak rażące błędy pojawiają się, psując całą radość? Da się – to dalej dobre widowisko. Dla każdego fana Sagi to nostalgiczna podróż, mimo wszystko dająca dużo dobrych emocji. Niestety, zmuszony jestem ocenić, że – chociaż podoba mi się kinowy odwrót od nadużywania CGI – jest to najgorsza część „Gwiezdnych Wojen”. Pełna niezłego humoru („kciuk” BB8), zwrotów akcji, a także przygody. Co z tego jednak, kiedy nie radzi sobie sama ze sobą? Kiedy twórcy nawet nie wysilili się na złudzenie oryginalności w kwestii fabuły, czy bardziej wiarygodny rozwój postaci? Kiedy Abrams, tak bardzo starający się zrobić dobrze fanom starej trylogii, pomija nową tak, jakby nie miała miejsca? „The Force Awakens” to nie jest zły film. Mimo wszystko – miałem na ustach uśmiech. Iluzja się udała, magik zrobił Show i dało mi frajdę. To było dobre widowisko. Szkoda, że tylko widowisko.

Bagiński – ten od Wiedźmina.

topka

Najpierw była plotka – oto na stronie PISF pojawił się wniosek o film „Wiedźmin”, złożony przez imć Bagińskiego. Niedługo później Platige Image potwierdziło tę informację – tak, będzie nowy film „Wiedźmin”. I, co ciekawe – będzie to film aktorski. Tym samym Tomek Bagiński wpłynął na głęboką wodę i zaryzykował grę o wszystko. Bo jeśli się mu nie uda, to już nie będzie „Tym Bagińskim od Katedry i nominacji do Oscara”, a „Tym Bagińskim, który spieprzył Wiedźmina”. Czy jednak warto? Owszem, warto – jak to bywa w każdej grze o wszystko. 

W ciągu ostatnich lat Wiedźmin stał się narodową dumą. Najpierw, jako wspaniały cykl książek, który każdy z nas pamięta i wspomina z nostalgią, potem – jako odnoszące niebywały sukces gry. Tak dobre, że przezwyciężyły nawet narodowe narzekanie o tym, jak to Polacy wszystko i zawsze robią źle. Otóż nie robią, przecież nawet Obama dostał swojego „Wiedźmina”.

stanowisko platigea

Abstrahując już od tego, że Polacy oprócz „Wiedźmina” zrobili także parę innych całkiem dobrych (a nawet świetnych) gier, zwróćmy się znów w kierunku filmów. Bo, wiecie, Polskie kino. Polskie kino. Już widzę część złośliwych, albo pełnych zażenowania uśmieszków na twarzach. To pójdźmy o krok dalej – Polskie kino fantastyczne. Oczyma wyobraźni widzę śmiejących się ludzi.

A to przecież „Wiedźmin” właśnie, tak serial, jak i film (ten drugi bardziej) przyczynił się do takiego, a nie innego poglądu na kondycję naszego kina. A przynajmniej dał całkiem niezły argument malkontentom od „wszystko co Polskie jest złe”. I nie bez racji. Kiedy przeprowadziłem parę miesięcy temu wywiad z Sapkowskim, ten wykręcił się od przyznania, iż film z początku XXI wieku był… po prostu klapą. W dodatku klapą, która przez ponad dekadę blokowała innym twórcom możliwość tworzenia kina fantastycznego. To dzięki klapie Wiedźmina, tacy ludzie, jak Mąderek do dzisiaj nie weszli do kin. To dzięki klapie Wiedźmina, fantastyka w Polskim kinie właściwie nie istnieje, lub nie istniała, bo takie filmy, jak „Felix, Net i Nika” zdają się pokazywać, że „coś” się zaczęło dziać.

I tu pojawia się Bagiński. I myślę, że świetnie wie, ile zależy od tego filmu i jakie ryzyko podejmuje. A skoro tak, to albo jest szalony, albo doskonale zna swoje umiejętności i wie, że nie zawiedzie.

I ja mu wierzę. Dlatego, patrząc na ociekające jadem, albo przebrzmiewające ironicznym śmiechem komentarze odnośnie spodziewanej porażki, kiwam tylko z dezaprobatą głową.

Nadszedł czas, by w Polskim kinie coś się zmieniło. I mam wiarę, że to właśnie Tomek Bagiński jest osobą, która albo tego dokona, albo pójdzie do piekła razem ze swoim filmem.

A, jak dotychczas, Tomek ani razu nas nie zawiódł.

Kulturalna zmiana warty

falatopka

Obyś żył w ciekawych czasach – przeklinali Chińczycy. I ciekawe czasy nastały, ale nie tylko w tym złym znaczeniu. Ciekawe, bo świat nagle mocno się zmienił – i zmienia się na naszych oczach. 

Czynnikiem powodującym zmiany są oczywiście ludzie. I zdarzyło się tak, że z początkiem drugiego dziesięciolecia XXI wieku, możemy zaobserwować swoistą kulturalną zmianę warty, czyli napływ świeżej krwi. Widać to szczególnie w polskim Fandomie – znacznie obniżyła się średnia wieku. Dziś na konwentach łatwiej spotkać osoby urodzone po 93-95 roku, niż starych wyjadaczy z lat 70 i 80. Ci albo są już twórcami, albo organizatorami, helperami i gżdaczami – odbiorcy zaś zwykle są młodzi i niedoświadczeni.

Ma to także przełożenie na samych twórców i aktywistów – skoro młodzi-nowi pojawili się wśród odbiorców, to ci trochę bardziej zaawansowani… tak, pojawiają się także wśród „starych wyjadaczy”. I z reguły przynoszą nowe, świeże pomysły. Pomysły rokujące nadzieję.

Odbijmy się od Fandomu i zajrzyjmy do poszczególnych gałęzi kultury fantastycznej – kino na ten przykład. Polskie kino fantastyczne? Oczyma wyobraźni widzę kpiące uśmiechy. Kiedy ostatnio pojawił się dobry, polski film Sf? Albo horror? Fantasy? Po porażce, jaką był „Wiedźmin” coś w filmowcach umarło. Chęci? Nie – ale łatwiej jest przecież zrobić romansidło z pustymi dialogami i zgarnąć za to kasę, niż wejść na niepewne wody fantastyki, wyłożyć na efekty komputerowe, pochylić głowę pod miażdżącą krytyką i hejterstwem przed produkcją i hejterstwem po produkcji, kiedy film zostanie przez wielu odrzucony tylko dlatego, że nie jest wytworem „Zachodu”. To bardzo niepewny grunt, w zasadzie – prawie pewna katastrofa. Na realizację mają szanse filmy, które… cóż, mają szansę. Czytaj – można przewidzieć, iż trafią w target, jak choćby adaptacja filmowa książki Rafała Kosika „Felix Net i Nika”. A i tu w komentarzach czasami płynie jad.

Więc co – opłaca się w Polsce robić filmy fantastyczne? Nie! Ostatnim klasykiem była Seksmisja, z której do dzisiaj jesteśmy dumni, ale której sukcesu nikomu jakoś się nie chce powtórzyć. Z wyżej wymienionych powodów.

Zły czas, złe miejsce

 Próbował swego czasu Staszek Mąderek. „Gwiazdy w czerni” miały być pierwszym od dekady (albo już dwóch) Polskim filmem science-fiction z prawdziwego zdarzenia.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=XvbHqR1SEug[/youtube]

Zdjęcia trwały długo. Produkcja jeszcze dłużej – żadna Polska wytwórnia nie chciała współpracować z Mąderkiem. Nie dlatego, że nie umiał robić filmów – bo to akurat wychodziło mu świetnie. Dlatego, że ten konkretny fil miał być filmem SF. Co zrobił nasz bohater? Ano, zacisnął pasa i każde zarobione pieniądze wrzucał w film. Nie jeździł na wakacje, weekendy, nie bawił się, nie balował. Tak było w 2006, 09, 10… tak jest pewnie dziś, bo jeśli dobrze kojarzę, film nigdy się nie ukazał.

Nowa krew

I to właśnie dochodzę do czasów obecnych. Mąderek miał pecha – zły czas i złe miejsce. Tymczasem dziś na przeciw „poważnemu” kinu robiącemu któryś tam już z serii film o Janie Pawle II, setną komedie romantyczną i n-ty dramat (choć honor trzeba oddać, że i tu pojawiają się nadzwyczajnie dobre filmy, jak „Pod mocnym aniołem” czy „Drogówka”) wychodzą młodzi twórcy, którzy nie mieli by szans przebić się do kin… gdyby nie internet i akcje takie jak „Polak potrafi”, czyli publiczne finansowanie.

I tak do świadomości masowej przesączają się informacje o Polskim serialu o Zombiech „Horda” Wiktora Kiełczykowskiego, z którym przez chwilę nawet romansowałem, i choć nie wyszło z tego żadne dziecko – gorąco kibicuję.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=KLSf7_K7qvY[/youtube]

Prócz tego chciałbym się skupić na dwóch produkcjach, których pomysły mnie dosłownie zelektryzowały. Pierwszym będzie bliski memu sensu – horror.

Odludzie

„Odludzie” to kolejne amatorskie podejście do kina grozy (nie tylko w literaturze dużo się w tym gatunku dzieje) – z tym, że to „amatorstwo” profesjonalne. Od jakiegoś czasu z zaciekawieniem przyglądam się twórcom i jestem pod wrażeniem czasu i sił, jakie wkładają w to przedsięwzięcie.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=kWhoj9HvLMU[/youtube]

Drugim punktem będzie następna moja miłość – Science Fiction.

Obecność

„Obecność” to typowy film dwóch aktorów. A pomysł? Na pewno wart uwagi. Oto dwie kobiety zamknięte w kapsule ratunkowej muszą zmierzyć się ze swoją samotnością i strachem przed śmiercią. Kapsuła pędzi bowiem prosto w słońce. Proste? Proste. Ale potencjał ma.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=wiyGaWpaOuM[/youtube]

A to przecież dopiero szczyt góry lodowej. Na pewno znajdzie się przynajmniej paręnaście równie interesujących projektów. Wystarczy tylko poszukać.

Albo poczekać – bo Stonawski na pewno o nich napisze.

Ludziki w akwarium – Czyli o „Pod Kopułą”

 

Od czasu premiery serialu na podstawie książki Stephena Kinga wyszło siedem odcinków. Powiedzieć jednak o tym dziele, że jest „na podstawie” książki, to trochę za wiele, bo doszło do pewnych… rozbieżności, które nawet sam King skomentował w liście do fanów, podkreślając, że fabuła „pod kopułą” wcale się nie zmieniła – bo przecież książka dalej tam, na półce, stoi. A serial przecież książką nie jest.
King ma absolutną rację. Pisząc o serialu nie będę zwracał uwagi na przekłamania względem książki. Może to i dobrze, bo gdyby tak było, dosłownie kopałbym leżącego. 

Jeszcze zanim zacznę – ten tekst zawiera spoilery, więc jeśli nie jesteś na bieżąco i nie chcesz wiedzieć ode mnie tego,  co chcesz wiedzieć z serialu… nie czytaj. Tak tylko ostrzegam.

Do rzeczy. 

Jeśli czytasz, prawdopodobnie nie muszę Ci streszczać fabuły serialu – jednak dla tych, którzy mają gdzieś spoilery mogę nakreślić sytuację: Oto z nieba spada przezroczysta, niezniszczalna kopuła, zamykając pod sobą małe miasteczko. Wkrótce przybywa armia, otaczając kordonem kopułę. Pomysł – przyznasz – przedni. Idealne poletko do pokazania psychologii bohaterów, zamkniętych w pewnej przestrzeni, walącej się infrastruktury miasta, chaosu, armagedonu, zgrzytania zębów i zębów tych wybijania. W dodatku, rzecz dzieje się w USA, a to oznacza dużo, dużo broni będącej w posiadaniu większości społeczeństwa. Cud, miód i orzeszki. A fani Gothica odprawiają orkowy taniec szczęścia.

Niestety, choć scena i teatr piękny, a warunki znakomite – do sukcesu potrzeba czegoś jeszcze – dobrego scenariusza i co najmniej dobrych aktorów. Nad scenariuszem miał czuwać sam King, ale tak sobie myślę, że poklepał tylko głównego scenarzystę po ramieniu i poszedł dalej pisać książki.  A do tego dochodzą jeszcze aktorzy, których producenci wytargali chyba za uszy z kółka teatralnego (co jest ciekawe, bo wśród producentów wykonawczych widnieją nazwiska King, Spielberg czy Bender).

Ale do rzeczy – zaczniemy od głównego problemu wątku głównego – Kopuły. Ludzie nie wyglądają na przestraszonych kiedy spada. Owszem, dostajemy parę mrożących krew w kałuży scen wypadków, jak zderzający się „z niczym” samolot, czy rozgniatający się na „niczym” samochód. Amerykanie obserwujący wypadek samolotu (jak się okazuje – główni bohaterowie serialu) stoją sobie dokładnie pod miejscem, w którym samolot wpada na kopułę i z rozdziawionymi ustami obserwują kulę ognia. Owszem, dla zaznaczenia, że spadają szczątki Barbie (główny laluś, twardziel i idealna postać do RPGa) ratuje jedną osobę, ale pozostałe fragmenty spadają dziwnym trafem nikogo nie raniąc… a w zasadzie są prawie że pominięte. Dalej mamy scenę z przeciętą na pół krową, która wygląda jak wnętrze hamburgera, bo coś dziwnego stało się z jej wnętrznościami, których… nie ma.
Ale to błahostki. Nastrój uwięzienia serial stara się budować stwierdzeniem Dużego Jima (najpotężniejszej postaci w miasteczku)  „jesteśmy uwięzieni”, które przechodzi nawet do czołówki serialu. I… to w zasadzie tyle. Ludzie rozchodzą się do domów, statystom zapłacono, na planie zostaje garstka aktorów.  Na lekki powiew paniki musimy poczekać parę odcinków, kiedy twórcy pokazują nam scenę grabieży sklepu. Znikąd nagle dowiadujemy się, że skończyło się jedzenie. Stąd odnoszę wrażenie, że stało się to nagle i bez uprzedzenia. I nagle amerykanie zdali sobie sprawę, że pieniądze nic nie znaczą i postanowili działać. Nikt jeszcze nie zaczął głodować, nikt nawet z tego głodu nie zemdlał (a przynajmniej serial nam tego nie pokazuje) –  nagle ludzie się wkurzają i po otwarciu sklepu zaczynają się zamieszki. Nie wywołane też niczym szczególnym, po prostu scenarzysta postanowił sobie – O, a tutaj będą zamieszki. Ludzie będą wkurzeni. Kropka.

A potem znowu rozchodzą się do domów, by grzecznie siedzieć pod kopułą, w międzyczasie parę razy stojąc kręgiem podczas przemówień Dużego Jima. Ba, nawet scena, w której znikąd pojawiają się ich krewni, zamiast być wzruszająca – nudzi. Mimo rzewnej muzyczki, widzę tylko dwie grupy statystów machających do siebie.

Bardzo trudno się pisze taki tekst bez odwołań do książki Kinga – bo tam, jeśli coś się działo, miało swoje wyjaśnienie. Już sam fakt komunikacji Barbie -> Wojsko wyjaśniał bardzo dużo, w serialu mamy tylko przechwytywane komunikaty wojskowe przechwytywane dzięki grubej pani geniusz z rozgłośni radiowej. A rzeczy się dzieją nie dlatego, że prowadzi do nich ciąg przyczynowo skutkowy, ale dlatego, że „tak ma być”.

Być jak srajtaśma.

Wkurza, naprawdę wkurza papierowość zarówno bohaterów, jak statystów, którzy zamiast tworzyć szalejące tło, czasami wychodzą za bardzo na pierwszy plan. Kopuła opadła? No to jesteśmy zamknięci. Woda się kończy? Duży Jim się przejmuje, ludzie mają gdzieś. Rząd wysyła na nas wielki pocisk, który prawdopodobnie nas zabije? Posiedzimy chwilę z markotnymi minami, dwie, czy trzy osoby pochlipią, a potem, po wyjściu ze schronu gdzieś znikniemy (pewnie znów w domach)!

Ale to statyści, nie wymagajmy od nich zbyt wiele. Zajmijmy się głównymi bohaterami – Julią Shumway i Barbiem. Barbie ma tajemnice – zabił męża Julii. O tym, że kłamie, dziennikarka (która ANI RAZU jeszcze nie pracowała, jeśli nie liczyć jednej, bardzo krótkiej sceny – dla akcentu) dowiaduje się bardzo szybko. Oczywiście, tylko tyle, że Barbie nie wyjawił jej, iż miał coś wspólnego z jej mężem za którym bardzo, ale o bardzo tęskni (Julia, nie Barbie. Choć Barbie czasami też wygląda, jakby tęsknił), chociaż ten ją zdradzał. I po krótkim dąsie co robi – IDZIE Z NIM DO ŁÓŻKA. Nie, żeby była między nimi jakaś chemia. Nie, po prostu scenarzysta napisał: A tutaj Barbie i Julia zaczynają się całować i idą uprawiać seks.

Dobrze,  ale tak się czasami zdarza – ludzie lubią seks. Przyjrzyjmy się następnej „parze” – oto Angie i Junior – syn Dużego Jima. Angie zabawia się z Juniorem, by potem powiedzieć mu, że było dobrze, ale ona go nie kocha. Kiedy spada kopuła, Junior wariuje i stwierdza, że to przez nią właśnie Angie już nie darzy go uczuciem. Zamyka ją w bunkrze koło domu, gdzie nasza bohaterka siedzi przez większość odcinków. Co jednak robi, kiedy zostaje uwolniona i dochodzi do konfrontacji z Juniorem? Nie, nie ucieka. Ona przy nim zostaje, głaszcząc go i się nad nim litując. Dopiero potem uzmysławia sobie, że wypadałoby uciec.

Nikt nie zrozumie kobiet.

Z Angie jest zresztą związana jeszcze inna sprawa – nie jest jedynaczką. Kiedy spada kopuła, jej brat wie, że jego siostra jest gdzieś w mieście. Co robi? Podrywa dziewczynę. Nie, stop. Dziewczyna podrywa jego, bo razem mają ataki padaczki, podczas których bredzą o różowych gwiazdach – co ma związek z kopułą, oraz machają dziwnie rękami. Absolutnie, wcale ale to wcale nie widać, że grają.
No dobrze, ale mija parę odcinków, czy w trakcie nich Joe choć raz próbuje znaleźć swoją siostrę? NIE. Pyta się tylko paru osób, czy ją widzieli, tak mimochodem, ponieważ akurat ich napotkał. Znów – dla zaakcentowania jego troski.

Sama Angie zresztą także nie żywi jakiś bliższych uczuć do brata. Kiedy wychodzi, pierwsze co robi zaraz po głaskaniu swojego oprawcy to udaje się do miejscowego baru, gdzie zostaje prawie zgwałcona. Mija… ile, jeden, dwa odcinki, zanim spotyka się z bratem. I znów – spotkanie to jest tylko zaakcentowane w montażu z tandetnym podkładem.

I tak można wymieniać – w zasadzie każdy aktor jest w serialu po prostu aktorem. Widać, jak gra, widać, że gra. Widać, że jest płaski jak srajtaśma i wykonuje dokładnie to, co napisał scenarzysta. Czy o to chodzi? W teorii. Bo w praktyce przydałoby się nieco uczucia. Tymczasem dostajemy film kukiełkowy. Co jednak zaskakujące, najlepiej wypada tutaj główny zły charakter – Duży Jim (złym charakterem miał być jeszcze Junior, obłąkany morderca, ale Alexander Koch wcielający się w jego rolę woli robić słodkie oczka do kamery). Duży Jim zdaje się być całkiem dobrym człowiekiem, mimo, że zdarza mu się być nieuczciwym, ba – nawet zabija miejscowego klechę. I to właśnie to wymieszanie cech dobrych z naprawdę złymi sprawia, że jest postacią pełnowymiarową. Da się zrozumieć, wiemy, jaki jest jego cel i jakie ma zmartwienia. W przeciwieństwie do innych aktorów nie wychodzi w przód i nie opowiada nam swojej roli odprawiając pantomimę – Dean Norris po prostu JEST James’em Rennie.

To czemu oglądasz?

W zasadzie sam nie wiem, czemu dalej oglądam ten serial. Nie, błąd – wiem doskonale. To prawda – wkurza mnie papierowość bohaterów, wkurzają mnie twarze bez wyrazu, półotwarte usta, obowiązkowa muzyczka z montażem na koniec odcinka (nie jestem pewien, czy po raz pierwszy nie pojawiło się to w House’ie), zupełny brak pokazywania ciągu przyczyna-skutek, zupełne zaniedbanie psychologii zamknięcia (czyt. głównej siły serialu!), amerykanie bez większych emocji, schematy (motyw kłamcy, obowiązkowy choć jeden związek homo [pamiętajcie, nie odwołujemy się do książki], obowiązkowa rola przynajmniej jednej ciemnoskórej osoby (nie epizodycznej), sztuczne wywoływanie pobudzającej atmosferę katastrofy [wypadek z ciężarówką wpadającą w wieżę ciśnień = nie ma wody]), wkurza brak logiki i marny scenariusz pisany prawdopodobnie na zasadzie „co by tu zrobić, by fabułę na miniserial (najwyżej) rozwlec na dwa sezony”.

Czemu zatem oglądam? Bo, cholera, zacząłem. A jak zaczynam jakąś historię, to skończyć muszę, takie skrzywienie. Ale bywa i tak, że jeden odcinek oglądam przez dwa, trzy dni.

Pozostaje mi jednak pocieszenie, że to dopiero siedem odcinków. Być może wkrótce czeka nas przełom, jednak póki co aktorzy bardziej chcą pokazać jakie postacie grają, niż je po prostu zagrać, zaś serial chciałby być dobrym, amerykańskim serialem na którego punkcie zwariują tłumy. I będzie tak, pod warunkiem, że dostaniemy więcej kopuły, więcej zamknięcia i strachu, więcej emocji i, Boże, więcej Dużego Jima. Póki co jednak istnieje tylko dlatego, że podpisują się pod nim znane nazwiska.

Oscarowe Animacje 2013

Animacje są w pewnym sensie jak opowiadania – Muszą być wyraziste, płonąć krótko, ale jasno – jak pochodnia, podczas, gdy powieści i filmy długometrażowe mogą palić się długo, wypuszczając grubą kolumnę dymu widoczną z oddali.

Lubię opowiadania i jestem też gatunkiem kinomana, który kocha krótkie filmy. Z przyjemnością więc zapoznałem się z ofertą, jaką przedstawiają filmy nominowane do Oscara 2013.

W pewnym sensie… zawiodłem się. Niemniej, chciałbym abyś i Ty mógł je obejrzeć (choć wiem, jakie to trudne, by przez parę minut nie przełączać warstw).

1. Adam and Dog

Pierwszy w tym zestawieniu był film, który mnie osobiście znudził, zaś mojego kota zafascynował. Lamia siadła mi na ramieniu i z uwagą wgapiała się w ekran przez te parę minut, co jakiś czas zabawnie podskakując, gdy działo się coś… szybszego, choć przyznać muszę, że film jest dla człowieka bardzo spokojny. Być może taki typ filmów uwielbiają koty?
nie wiem.

Jeśli masz kota – puść mu ten film i napisz, czy i jego zainteresował. Bo Ty sam (prawdopodobnie) będziesz znudzony.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=wtTQ9dPGBqg[/youtube]

2.Simpsons: The Longest Daycare


Skoro jest Hameryka, musi być coś Haaamerykańskiego. Padło na Haaamerykańskich Simpsonów. Tu wiele nie powiem, jak czasami Simpsonowie mnie bawili, tak ten film ni ziębi, ni grzeje. Nic ciekawego.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=IxhOjzexdxs[/youtube]

3.Paperman  

I jest. Film w którym Disney wraca (wreszcie!) do korzeni i jednocześnie prawdopodobny zdobywca Oscara, najsławniejsza ostatnio animacja w sieci, historia, dzięki której musiałem zrobić ten obrazek:

A jednocześnie banał, po głębszym zastanowieniu nic nowego a wręcz odgrzewanie kotleta i nic specjalnego. Wyciskacz łez o wyśnionej, romantycznej, magicznej miłości z którą Dysney poradził sobie o wiele lepiej w drugim Królu Lwie.

I nie pokażę go Wam. Film został (na oficjalnym profilu Disneya) oznaczony, jako prywatny, a na całym You Tube trwa akcja typu „Znajdź i zniszcz”, czyli blokowanie kopii. Jedyne, które znalazłem są albo w jakości gorszej, niż pierwsze obrazy braci Lumiere, albo bez dźwięku, tak ważnego przecież w każdym filmie Disneya od paru lat, czyli od wtedy, kiedy fabuła przestała mieć dla tej wytwórni znaczenie.

4. Fresh Guacamole

Do wyścigu dołączyło SHOWTIME, uwielbiane przeze mnie głównie przez serial „Californication” o pisarzu, który nie pisze, a dupczy na prawo i lewo. Niemniej, gra tam (i to fenomenalnie) Fox Mulder… eee, znaczy – David Duchovny, więc…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=FQMO6vjmkyI[/youtube]

Więc ‚Fresh Guacamole” jest w zasadzie ładną, przemyślaną, ale jedynie pokazówką bez większych szans na  Oscara.  Ot, bardzo, bardzo krótki, miły filmik.

I tyle.

5.Head Over Heels – Po uszy

Film zdecydowanie najlepszy ze wszystkich nominowanych. Zarówno wykonanie, jak i fabuła zadowalają w równym stopniu… no, fabuła zadowala bardziej. Oto stare małżeństwo z idealnie pokazanym podziałem. I ich kłótnia. I buty. I… i naprawdę, miło się oglądało, a sama historia mnie wzruszyła.

Polecam wygooglać, bowiem ten film także jest już „prywatny”, zaś nie umiem nigdzie go znaleźć w kopii. A warto.

Bardzo.

A kto wygra Oscara?

Ba, oczywiście, że Paperman. Albo Simpsonowie. W końcu to HAmeryka, czyż nie? Oni uwielbiają onanizować się nad swoimi wątpliwymi często dziełami.

Na pocieszenie, animacja, która nie została nominowana, lecz za to z pomysłem. Ładnie wykonana, polska i śmieszna, o jakże wiele brzmiącym tytule

„Życie to suka”

I choć film jest przewidywalny, to i tak miło go zobaczyć.

[vimeo]http://vimeo.com/34022922[/vimeo]

Hobbit – Na gorąco: Nie polecam

 

 

I stało się. Niecałe dwie godziny temu wróciłem z filmu „Hobbit”, a teraz, słuchając ścieżki dźwiękowej, myślę nad filmem, tak, jak myślałem o nim zaraz po wyjściu z sali kinowej i zapewne tak, jak będę myślał jeszcze przez parę dni, dopóki nie nadejdzie inna era, świat się nie zmieni, a rzecz o Bilbo Baggińsie, dziedzicu Tuków i Bagginsów nie stanie się historią, historia nie stanie się legendą i świat nie zapomni o filmie, aż do następnego roku.

Peter Jackson miał problem; „Władcą pierścieni” postawił sobie poprzeczkę, której wielu wybitnych reżyserów nie miało by szansę przekroczyć, szczególnie ekranizacją „Hobbita”, będącego przecież dziełem o wiele mniej epickim, niż późniejsza trylogia, przeznaczonym bardziej dla dzieci, niż dla dorosłych.

„Hobbit” musiał być dobry. Ba, musiał być pewniakiem do przynajmniej jedenastu Oscarów, jeszcze bardziej epickim i nie odchodzącym zbytnio od książki. Zadanie tak trudne, że wręcz prawie niemożliwe. A mimo to postanowiłem zaufać Jacksonowi . Nie zawiódł mnie przy „Władcy” i miałem naprawdę szczerą nadzieję, że nie zawiedzie mnie i tutaj.

„Hobbit” zaczyna się dokładnie tam, gdzie „Władca pierścieni” w wersji reżyserskiej – stary Bilbo siedzi przy stole pracując nad książką. Przez chwilę widać nawet Froda, który szybko znika, biegnąc powitać Gandalfa. A starszy z hobbitów zaczyna snuć opowieść.

I już. I wtedy stwierdziłem, że mogę się odprężyć. Kiedy pojawił się Stary Toby, długa fajka i  Shire, pociągnąłem ostatni łyk Coli, rozparłem się w fotelu i… wróciłem. Nareszcie wróciłem do Śródziemia.

Pierwsze wrażenia? Naprawdę sporo mrugnięć okiem do wszystkich tych, którzy oglądali „Władcę”. A to nawiązanie, a to widmowy pierścień… A przy tym dosyć oryginalny styl. Nowy film Jacksona zdecydowanie nie jest „Władcą pierścieni”. To prawda, spotkałem tu starych znajomych, widziałem znajome, zniewalające plenery, ale czy klimat został ten sam? Otóż nie.

„Hobbit” jest filmem z naprawdę sporą dawką humoru. Tego dobrego, angielskiego, rzecz jasna. Sceny biesiady krasnoludów, ich wisielczego czasami dowcipu, czy kolacji Trolli nie dość, że są naprawdę zaskakująco zabawne, to nie odbiegają za bardzo od książkowego pierwowzoru. Zresztą, podobnie jak i cały film. To prawda, motyw białego prześladowcy Thorina, czy choćby Pani Galadrieli nie z tego ni z owego pojawiającej się w Rivendell może być zaskakujący, niemniej, jak na Jacksona przystało, nic ze sobą nie koliduje, a wręcz wszystko jest na swoim miejscu. I powiedziałbym tu więcej, ale nie mogę spoilerować.
Oczywiście, ktoś mógłby się przyczepić, że ten tak wysławiany przeze mnie humor jest czasami robiony „pod dzieci”. Niemniej, takowym osobą pragnę zwrócić uwagę, że i sama książka także jest pisana niejako dla młodszych czytelników.

Co uważam za zdecydowanie jedną z większych zalet filmu? Mówiło się o tym, że twórcy robią trylogię dlatego, by wcisnąć do filmu także legendy ze Śródziemia, całą tę otoczkę „lore”, dzięki której jest ono tak barwne. I to się cholernie Jacksonowi udało. Historia krasnoludów, czy walk o Morię została przedstawiona w sposób zajmujący, a przy okazji naprawdę widowiskowy.

„Hobbit” to film gdzie jest śmiesznie, kiedy ma być śmiesznie, jest epicko, kiedy tylko może i jest klimatycznie… zawsze. To film gdzie muzyka doskonale współgra z akcją, gra aktorska jest na najwyższym poziomie (Andy Serkis przebił siebie samego, co jest naprawdę wielką sztuką! Nie wspominając już o samym Ian’ie McKellen, jak zawsze świetnym, czy fenomenalnym Martinie Freemanie) a film jest bardzo dopasowany do książki, tak, jak to zawsze powinno być.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=G0k3kHtyoqc[/youtube]

Jak oceniam „Hobbita”? Bardzo możliwe, że za parę dni, po obejrzeniu go w kinie drugi raz, będę miał jakieś małe „ale”. Nie sądzę jednak, by miało większe znaczenie co do ogólnej oceny filmu.

Peter Jackson znów mnie nie zawiódł.
„Hobbit” to film którego nie trzeba polecać, bo po prostu mówi sam za siebie.

Więc nie polecam.

Bizarro w najczystszej postaci.

 

Lubię być dziwny. Prócz standardowej grozy, czy science-fiction, czasem przychodzi mi do łba coś naprawdę pokracznego i też domaga się, bym je wypuścił. A kim ja jestem, by ograniczać prawo do życia nawet tym najbardziej pokracznym i dziwnym?

Tekstów bizarro napisałem (póki co) niewiele – „Mężczyzna z teczką”, czyli opowiadanie inspirowane konkursem a także „Owoce Wiosny”. Niedługo do tego repertuaru dojdzie także tekst drukowany… ale nie uprzedzajmy faktów.

Niemniej, nawet moja popieprzona wyobraźnia nie jest w stanie wygenerować pomysłów tak dziwnych, że stykając się z nimi człowiek nie wie nawet, jak się zachować. Po prostu siedzisz przed tym ekranem z otwartymi ustami, a strużka śliny ścieka ci po brodzie.

Dzisiaj na moim blogu festiwal dziwności. Dwa filmy, które nie muszą „ryć beretu”. One powodują eksplozję mózgu i wytworzenie się czarnej dziury w czaszce. Po czymś takim człowiek ma ochotę się tylko obudzić.

Ostrzegam, przed oglądaniem osoby szczególnie czułe. Co by nie było. 

1. Na początek coś krótkiego i w miarę lekkiego. Sztuka nowoczesna. Przesłanie, artyzm i dramatyzm na najwyższym poziomie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=fS1uDnIPTvo[/youtube]

2. Teraz czas na film dłuższy – z fabułą nawet. Zwroty akcji i niestandardowe zakończenie dosłownie zwalają z fotela.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=q5SZzFaAZyY&feature=related[/youtube]

Uff… już? Wytrwałeś, drogi Czytelniku?
No to gratuluję. Znaczy, że jesteśmy równie zbzikowani, Ty i ja.

Powiedz, znasz może coś równie dziwnego?

 

To co, widzimy się na Krakonie?

Już jutro startujemy. A w sobotę najbardziej oczekiwany Blok Horroru i Sensacji, a wystąpią u mnie:

  • Krzystof Billiński, który opowie o książce okultystycznej
  • Michał Gacek zaprezentuje swoją powieść „Endemia”
  • Łukasz Śmigiel pokaże jak popełnić zbrodnie niemal doskonałą
  • Robert Cichowlas podpowie, jak zainteresować swoją osobą wydawcę (Tam będę na pewno :))
  • Krzysztof Maciejewski przybliży wszystkim wspaniały podgatunek horroru, jakim jest Bizarro (Jeśli spodobały Ci się „Owoce wiosny”, wiesz, gdzie masz przyjść :))
  • Krzysztof T. Dąbrowski przebiegnie maraton po drabblach 
  • Krzysztof Piskorski i Paweł Paliński poprowadzą w głąb grozy miejskiej
  • Ramsey Campbell… będzie straszył :)
  • Kazimierz Kyrcz i Dawid Kain opowiedzą o horrorze ekstremalnym (będzie ostro!)
  • Wydawnictwo Sine Qua Non ogłosi konkurs (łaaadne książeczki mają)
  • Zaś na koniec ja, Krzysztof Maciejewski, Kazimierz Kyrcz, Robert Cichowlas, Dawid Kain, Krzysztof T. Dąbrowski i Michał Gacek postaramy się wszystkich postraszyć swoimi opowieściami :)

Zaś…. na sam koniec, przez całą Sobotnią noc będziemy pić, jeść i biesiadować z wyżej wspomnianymi autorami, oraz innymi oraz uczestnikami przy wielkich kamiennych grillach na AGH.

Niech poleje się krew :)

a TUTAJ cały program.

 

Stonawski w Nowinkach – podcast już dostępny!

W piątek (30.08) miałeś okazje rano i po południu posłuchać mnie, oraz Adama Ochwata w radiu. Opowiadaliśmy o Krakonie, a ja napomknąłem coś o swojej twórczości.

Trochę terma była (co słychać, czasami mi się zabełkotało), ale i tak wyszedłem stamtąd z przeświadczeniem, że nie poszło aż tak źle :)

Zapraszam do przesłuchania.

 

 

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén