Kategoria: Film (Page 2 of 4)

Pojedynek – film, który zawsze warto oglądnąć.

Dawno już nie pisałem notki blogowej w Wordzie. Niestety, tu gdzie jestem sieć poszła się… huśtać, powiedzmy, więc jest to konieczność.

Dziś chciałbym opowiedzieć Ci o filmie, który zaraz po obejrzeniu (a oglądałem go w sumie dwa razy) trafił do ścisłej czołówki mojego TOP, zaraz obok „Into The Wild” (Jak zawsze numeru jeden) i „Fight Club”.

„Sleuth” jest filmem zupełnie innym, niż większość. Przed wszystkim poprzez wyjątkowo małą ilość aktorów obecnych na planie. Zresztą, już patrząc na obsadę, można stwierdzić, że widza czeka znakomita uczta dla oczu (i nie tylko).

W główną rolę, arcybogatego, ekscentrycznego pisarza kryminałów Andrew Wyke’a wciela się znany i lubiany (w tej chwili głównie za sprawą Batmana Christophera Nolana) Michael Caine. Nawiasem mówiąc jeden z moich ulubionych aktorów kinowych.

Fabuła filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy młody mężczyzna, Milo Tindle, przybywa do dworu ekstrawaganckiego pisarza. Jak się okazuje, on i żona pana Wyke są kochankami, teraz pragnącymi się pobrać. Jedyną przeszkodą jest właśnie Wyke, nie zamierzający dać żonie rozwodu.
Tindle nalega. Wreszcie pisarz przystaję na propozycje, nawet dorzucając pewien… wartościowy bonus. Jedynym warunkiem jest podjęcie przez kochanka żony wyzwania, czy też swoistej gry…

Proste, prawda?

Owszem. Sama fabuła, choć intrygująca, nie była by jednak wystarczająca, by film został tak wysoko przeze mnie oceniony. Tym, co zagwarantowało mu sukces w moim rankingu była, czy też jest nawet, absolutnie wspaniała gra aktorska połączona z fenomenalnymi dialogami.
A to wszystko złączone z nastrojową muzyką Patricka Doyle. Warto zaznaczyć, że na YouTube, mimo 35 tyś. odsłon soundtrack ten nie uzyskał żadnego głosu negatywnego.

W rzeczy samej – jest czego posłuchać.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=nrTkxmDLUZY[/youtube]

„Sleuth”, po naszemu zatytułowany jako „Pojedynek” jest jak kompozycja wyżej wymienionego twórcy – wszystko tutaj gra w odpowiedni sposób. Osobiście spijałem każde słowo z ust aktorów, cały film albo siedząc w napięciu, albo wybuchając nagłym śmiechem, w zasadzie bez powodu. No, prawie.

Ciekawostką może być to, iż „Sleuth” z 2007 roku jest tak naprawdę remake’iem filmu o tej samej nazwie z roku 1972, także bardzo dobrego, jeśli chodzi o wykonanie, choć dla mnie to remake właśnie zasłużył na oklaski.
Nie zapominajmy też, że samo dzieło powstało na podstawie sztuki Anthony’ego Shaffer’a, co znacznie wpływa na jej odbiór.

W rzeczy samej, „Sleuth” ogląda się jak teatralną sztukę.
Sztukę, do której warto wrócić, by odkryć nowe podteksty, dna i smaczki. Są tam, zaręczam!

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=eDrdGPhs7vg[/youtube]

Chyba nie podobał mi się batman – polemika.

Za czasów, kiedy blogowałem na Gram.pl, był Sephem, w tej chwili prowadzi poczytnego bloga o kulturze, który z całego serca polecałem w tym wpisie i swojego zdania dalej nie zmienię, bo autor to zacny a blog jeszcze bardziej.

Jakiś czas temu (parę godzin?) Andrzej opublikował wpis, w którym twierdzi, iż nie podobał mu się batman. Każdy może własne zdanie na własnej stronie wypowiedzieć. I można z tym zdaniem także polemizować, zwłaszcza, że Andrzej wypunktował szczegółowo, co mu się w najnowszym filmie Nolana nie podobało (co otwiera pole do polemiki).

Wyraziłem swoje zdanie w komentarzu, lecz po chwili zastanowienia, przenoszę go na wyższy poziom, do rangi wpisu, uważam, że może to otworzyć ciekawą dyskusję o trzeciej części Gacka.
A że jestem świeżo po seansie, na fanpage bloga opublikowałem także gorący wpis z wrażeniami z kina.

Tymczasem wszystkich, którzy są po seansie, zapraszam do zapoznania się z punktami wpisu Andrzeja i moimi na nie odpowiedziami:

 Skoro ta akcja z samolotem na samym początku ma na celu jedynie wykradzenie doktorka, co robi tam sam Bane?

1. Bane jest postacią komiksową, to raz. Zachowuje się według pewnych konwencji, których zwykle badguys nie łamią. Poza tym działa nie jako zwyczajny „szef” grupy „przestępczej”, jest to oddziaływanie psychologiczne, on działa wiarą ludzi. Musi być po części kapłanem, mesjaszem dla swoich ludzi.
To dosyć łatwo wytłumaczalne. Dlatego właśnie jest, podobnie jak wódz w pierwszym szeregu w czasie bitwy, zawsze na miejscu wydarzeń.
Tłumaczy to też jego psychologia, jako członek „ligi cieni” jest tam, gdzie jest gorąco.

Jeśli ofiary katastrof identyfikuje się po zębach, po co w trakcie tej samej akcji nastąpiła transfuzja krwi?

2. Ponieważ identyfikowanie po zębach nie jest stosowane zawsze i jest to
praktyka już dosyć wymierająca. Nawet u nas częściej robi się już
badania DNA. A krew trudniej zniszczyć w wypadku, niż ciało.

Czemu nikt nie wie jak się powinno pełzać brzuchem po lodzie, aby rozłożyć nacisk na jak największą powierzchnię?

3. Wiedzą. Ale zauważyłeś tych gości z karabinami za nimi? Jak myślisz, pozwoliliby skazanym na śmierć, na ucieczkę?

Jakim cudem te trzy ciężarówki jeżdżą cały czas przez sześć miesięcy nie mając żadnego punktu tankowania lub wymiany kierowców?

4. Nikt nie powiedział, że jeżdżą na okrągło. Często – tak, ale nie bez przerwy. Przypominam, że Bane ba zapewnione zapasy wszystkiego. czy naprawdę Nolan musiałby Ci pokazać na ekranie tankującą ciężarówkę, by było to wytłumaczone?

Po co Gordon musiał wrzucić bloker sygnału do ołowianej ciężarówki blokującej sygnał?

5. Ołowiana ciężarówka NIE blokuje sygnału tylko PROMIENIOWANIE. Niektóre fale dalej się mogą przez nią przedostać. Przypominam też, że ciężarówka miała tylko (cytuję) „Ołowiany dach”, by satelity nie mogły wykryć promieniowania.

Jak niby Miranda Tate sądziła, że ten jej device w ogóle zadziała z tych samych powodów?

6. —//— (jak wyżej)

A zresztą – po co chciała wysadzić bombę na 10 minut przed jej samoczynną eksplozją?

7. To jest uzależnione od całego planu „bo oto nacisnąć miał członek ligi cieni, by plan dokonał się na pewno z jego ręki” Poza tym miała nacisnąć, kiedy coś miało pójść nie tak, jak powinno, co też zrobiła. W przeciwnym razie bomba wybuchłaby i tak.

Czemu profesjonalni i wytrenowani policjanci rzucili się bez broni i logiki niczym tępe mięso na karabiny?

8. Bo mieli broń? Zobacz sobie ujęcie raz jeszcze, nie wszyscy, ale mieli. Poza tym był to plan – Batman zniszczył główną siłę ognia tamtych. Cały tłum był po to… by być tam w odpowiedniej chwili.

Czemu ten bohatersko prowadzący kontrrewolucję przyjaciel Gordona strzelał zupełnie odkryty, stojąc pośrodku pełnej zasłon jezdni?

9. God point. Zwykła logika efekciarskich filmów. Ale masz rację.
Tutaj.

Jakim cudem to studnio-więzienie pozostaje tajemnicą pomimo bycia, na oko, 500 metrów od sporego miasta?

10. A to była tajemnica, że to więzienie? Nie wykryłem tego… hm. Ale nawet jeśli, sądzę, że to kwestia rozkazu tamtejszego „władcy”, on je założył. Ludzie wiedzą, ale cóż – zwykłe więzienie, kogo obchodzi więzienie? Szczególnie w tamtych rejonach.

Czemu nikt tam nigdy nie wrzucił liny (choćby ptaki niechcący)?

11. Ptaki? Serio? Z liną? Niechcący? Mówisz poważnie? Ptaki…?
A linę więźniowie mieli, tylko za krótką.
Poza tym… czemu nikt nie spuścił liny skazańcom w więzieniu miejscowego władcy absolutnego w trzecim świecie w krajach – powiedzmy – arabskich?
Naprawdę muszę odpowiadać?

Skąd więźniowie mają jedzenie i tak dalej?

12. Zwykle w takich więzieniach jedzenie jest im zrzucane, czy też w inny sposób przynoszone z zewnątrz. No i są jeszcze szczury. Poza tym jaki byłby sens kary, jeśli więźniowie umarliby z głodu? Już prościej zabić od razu.

Od kiedy wypchnięty kręg leczy się kopnięciem w plecy?

13. Mój Sensei sztuk walki miał pewien problem. Mianowicie co jakiś czas, podczas ćwiczeń wypadały mu kręgi. Oczywiście nie dosłownie, po prostu się przemieszczały. Stara kontuzja.
Sensei Tomek schodził wtedy z maty i albo walił ciałem o kolumnę w sali ćwiczeń, albo robił pompki. Mięśnie pomagały wrócić kręgowi w dawne miejsce.
Przy poważniejszych obrażeniach (ale w tej samej „konwencji”) postępuje się tak samo, jeśli nie ma się dostępu do szpitala i nowoczesnych środków pomocy.

Czemu ani na wyspie ani nigdzie na świecie nie było żadnego innego naukowca świadomego istnienia czegoś takiego jak rozkład połowiczy i nie mogącego przewidzieć wybuchu bomby?

14. Bo nikt nie wiedział, w jaki sposób Bane ją przerobił. Wiedzieli, że wybuchnie. I już. A to, że jest „czasowa”… za tę informację ginęli ludzie, jeśli pamiętasz.

Jakim cudem w dosyć sterylnie wyglądającym centrum miasta nikt przez pół roku nie zauważył wielkiej, wojskowej plandeki w kolory lasu skrywającej ogromny, kanciasty obiekt na dachu jednego z wieżowców?

15. Muszę się zgodzić, choć wyjaśnienie może być takie – widzisz coś niezwykłego, stojącego sobie spokojnie. Poza tym widzą to tylko ci, którzy znajdą się wyżej od dachu drapacza chmur. I taki człowiek myśli – stoi sobie coś. Pewnie ma tu stać.
Jednym słowem – ukryte na widocznym miejscu. Stara sztuczka.

Blogersi.

Ja tak tylko na szybko.
Zresztą, i tak nie ma po co robić wielkiego wpisu – wszystko jest w filmie. Film. Właśnie.

Chciałbym Ci zaproponować krótki film dokumentalny o sile polskiego Internetu. Film o blogerach, dla blogerów, z blogerami… no, może nie tylko dla blogerów. Niemniej, ciekawy.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kg8HSon8qaI[/youtube]

Koniec tego!

 

Postanowiłem kończyć z pisaniem. Recenzje, felietony, opowiadania, książki – to nie dla mnie. Nawet ten mój blog.

Wczoraj, kiedy włączyłem u moich dziadków telewizor, dostałem objawienia. Oglądając parę serwisów informacyjnych udało mi się odnaleźć Prawdę o życiu, kosmosie i Kobietach, zaś prawdziwej intelektualnej rozrywki dostarczyły mi… programy rozrywkowe! Tak!
Telewizja okazała się tym, czemu chcę poświęcić życie.

Być może kiedyś podejmę nawet pracę przy tym intelektualnym źródle, póki co kończę, zbyt wiele bowiem czasu przeznaczam na wszystko inne. Muszę ograniczyć czytanie do napisów końcowych po filmach.

Dlatego odchodzę, nie będę więcej niczego publikował.

Niech Was dioda chroni.

Lets do this!

 

Sezon uważam za rozpoczęty. Na konwenty, oczywiście. Już w piątek – Pyrkon. W tym roku od tego się zacznie, wiecie – Achaja, tego nie można przegapić. A poza tym naprawdę świetny program. Stęskniłem się, muszę przyznać. Te parę miesięcy posuchy od ostatniego Falkonu zrobiły swoje. W dodatku – jak się niektórzy zorientowali – Facebooku poczynił pustki w fandomie. Innymi słowy – fora ledwo przędą, serwisy ciężko dyszą. Co nie jest fajne, bo młodzi nie mają gdzie się „zawiązać” z fandomową bracią (chyba, że przełamią strach i pojadą na konwent) skutkiem czego słyszę potem jak prowadzący spotkania zwracają się do pisarzy per „Pan”, a za nimi w ślad także i niektórzy konwentowicze (piję do Falkonu). Nie wiem, tetrykiem nie jestem, powiedziałbym, że fandomowo co dopiero osiągnąłem pełnoletność, ale nawet ja wiem, że powiedzieć do fantasty „Pan” jest czystym go obrażaniem. Zresztą, całą sprawę wytłumaczył całkiem dobrze Kuba Ćwiek na… Euroconie? Chyba tak. Poczekajcie, znajdę ten wywiad…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=VXU8t4SO_y4[/youtube]

Proszę bardzo. Akcja tak naprawdę od 5:35, ale polecam całość.

Ale, ale. Odchodzę od tematu – Sezon otwarty. Na dziś dzień wiem na pewno, że pojawię się na:

 

  • Pyrkonie
  • Fantazjadzie
  • Polconie
  • Grojkonie
  • Falkonie

Do tego dojdą pewnie Krakon (o ile będzie), inne Krakowskie konwenciki i… na pewno trafi się coś niespodziewanego. Jeśli będzie coś ze mną (jak w zeszłym roku) będę informował.

Tymczasem zapraszam wszystkich do czynnego udziału w konwentach. Ostatnio słyszałem, że zaczyna się katolicka nagonka (póki co na mangowe, ale jednak) na nie, więc nic nie wiadomo… jeden z conów się już nie odbył, gdyż dyrektor placówki uwierzył pewnym dwóm paniom psycholog zapewniających kuratorium o zbereźnych, niesmacznych i szatańskich akcjach mangowych…

Obojętność

 

Siedzenie w takiej pracy, jak moja (jeszcze o niej napiszę w stosownym momencie) ma swoje plusy. Po przejściu przez parę tekstów, przychodzi czas na przerwę, w której mogę napisać wreszcie o tym, co gnębi mnie od dni paru.

Znalazłem ten film przypadkiem. W zasadzie już nie pamiętam jak. Uprzedzam, jest drastyczny. Zdecydowanie dla widzów od 18, a może nawet 21 roku życia.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=OKFdQ49rL6Y&feature=related[/youtube]

W zasadzie sam nie wiem, jak to skomentować. Z początku przeklinałem, potem naszła refleksja, że nie jest to tylko „chiński” problem. Znieczulica w społeczeństwach wysoko zapracowanych, uwięzionych przez zbyt wysokie podatki i rygorystyczne przepisy, a także pogłębiającą się biedę i przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi.
Jeśli jesteśmy robotami zaprogramowanymi do pracy, tak właśnie się to kończy.

U nas, w Polsce, nie ma na szczęście jeszcze aż tak złej sytuacji, jednak zdarzają się przypadki, kiedy nie pomożemy. Z powodu strachu, plotek, czy też zrzucenia odpowiedzialności na innych.

Dodam jeszcze opis filmu. Zapraszam na bloga, na którym zanalizowana jest cała sytuacja. Osobiście nie powiem już nic, gdyż wszelki komentarz w tej sytuacji jest zbędny. Wiemy, o co chodzi.

13października 2011r. o godzinie 17:30, na rynku w mieście Nanhai, dwuletnia dziewczynka Yueyue została uderzona i przejechana przez furgonetkę. Kierowca nie wysiadł, żeby sprawdzić co jej sie stało, tylko przejechał ją tylnymi kołami i uciekł. Następny samochód przejechał po Yueyue. W ciągu najbliższych paru minut 18 osób przeszło obok, ale nikt nie zrobił nic, aż do momentu kiedy starsza pani zbierająca śmieci (będące jej zarobkiem na życie) przeniosła ją w stronę krawężnika i wołała o pomoc dla dziewczynki. Jej rodzice byli zdruzgotani, kiedy dowiedzieli się co się stało. Z rozmowy z ojcem dziecka wynika, że ktoś zadzwonił do niego i zaoferował pomoc finansową. Początkowo myślał, że ktoś obcy chciał pomóc. Nie chciał przyjąć pomocy od tej osoby aż do momentu, kiedy dzwoniący przedstawił się jako kierowca. Ojciec nie mógł się opanować, odmówił pieniędzy i poprosił kierowcę, aby ten udał się na posterunek policji, co zostało odrzucone przez kierowcę. „Nie potrzebuje pieniędzy i żadna kwota nie może być zadośćuczynieniem za zdrowie mojej córki” – powiedział.

 

Z Targów Książki…

 

…Wróciłem. I wyniosłem trochę tego dobra, co stało samotne na stoiskach. Upragniony od wielu lat „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego, czy „Kroniki Jakuba Wędrowycza” piórem Andrzeja P. podpisane. No i oczywiście parę egzemplarzy City2, które leżą teraz obok.

 

A, ciekawostka – telewizja internetowa TV.NET przeprowadziła ze mną mały wywiad. Zapraszam, od 10-tej minuty (a wcześniej ciekawa relacja z targów).

[dailymotion]http://www.dailymotion.com/video/xm6tx6_targi-ksiyyki-w-krakowie_creation?start=938#from=embed[/dailymotion]

 

No i oczywiście zapraszam do zakupu City2 w księgarniach :)

 

Prywatnie tak (7)

 

Dano już nie kontynuowałem tej serii wpisów. Czas chyba najwyższy, zwłaszcza, że jest to wpis siódmy, więc obarczony odpowiedzialnością bycia szczęśliwym. Czy faktycznie? Można i tak powiedzieć… po straszliwym, czarnym Wrześniu nadszedł zimniejszy i o wiele lżejszy październik dając wytchnienie. Ale o tym później.

 

Czasem zastanawiam się, czym są te wpisy. Rodzajem pamiętnika? Nieudolną imitacją „Tygodnia z głowy” Łukasza Orbitowskiego? Rodzajem prywatnego kącika skarg i zażaleń, który jednak jest udostępniany? Jakakolwiek by nie była prawda, są one najbardziej osobiste ze wszystkich. Oczywiście, mówię często na łamach tego bloga  o swoich – czasem kontrowersyjnych – ideach, ale są one, jak to idee, górnolotne i nie dotykają pierwiastka ludzkiego tak dokładnie, jakbym tego sobie życzył. Co innego „Prywatnie tak”.

Wróciłem z Chrzanowskich Dni Fantastyki, gdzie razem z Krakowską Grupą Horroru (jak czasem określam naszą zbieraninę) przygotowywaliśmy panel o horrorze. To w sumie dziwne, czyżby w całym Chrzanowie nie było nikogo, kto interesuje się i zna na horrorze na tyle, by móc coś poprowadzić? Niemniej, daliśmy radę, a nawet lepiej. CDF były miłą odmianą po nieudanym (niestety) Krakonie. Sam konwent był dziwny. Mało ludzi, jakaś taka porządna szkoła, teatr, podziemia, demoniczny kelner… dziwnie, naprawdę dziwnie. A poza tym jeden z lepszych konwentów, na jakim byłem, choć spędziliśmy tam tylko parę godzin.
Co się najbardziej zapisało w pamięci? Walki na miecze z „Kręgiem Mieczy” (zaprosili nas na trening w Krakowie), prelekcja o korektorach Asi, rozmowy o książkach Kazka Kyrcza i Dawida Kaina (Cytat o jednej z książek traktującej o zabójczym lesie: „Dialogi są tak drewniane, jakby faktycznie pisał je sam las” [by. Kazek]) czy wreszcie sama nasza rozmowa o tym, co straszniejsze – rzeczywistość, czy horror. Rozmowa owocna i przełomowa dla mnie. Chyba wreszcie udało mi się tak totalnie otworzyć na publikę.

Październik jest też dobrym miesiącem pod względem mojej literatury. Obecnie czekam na trzy coraz bliższe premiery, z czego powiedzieć mogę o jednej… inne trzymając w tajemnicy. Lubię tajemnice.
Już niedługo ukazuje się „City2”, czego dowodzi chociażby wpis u Krzyśka Maciejewskiego. Z początkiem listopada będę podpisywał egzemplarze na Krakowskich Targach Książki (Niedziela, 6 listopada po 12:00). Z kolei tuż przed Halloween trochę namotam i powiem o pewnej niespodziance, która będzie na cały Halloweenowy weekend. No i gdzieś w okolicach 25-go października też powinno się stać coś miłego.
Więcej nie powiem.

 

Na koniec ciekawy filmik, który znalazłem w sieci. W sumie nadawałby się na reklamę prezerwatyw, nie uważacie? :)

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ciQ20ZyBs7g[/youtube]

 

A przy okazji: Mam wątek autorski na forum Qfant. ZAPRASZAM.

Się nazbierało…

 

Istotnie. Przez sesję poprawkową, pisanie i inne ciekawe rzeczy, człowiek nie ma czasem czasu, by wszystko pozbierać do kupy. Dlatego dziś trochę informacji z frontu (choć to jeszcze nie wszystkie, ale będę dawkował). Jednocześnie niedługo ogłoszenie wyników konkursu. Wszystkich, którzy się zgłosili proszę o częste sprawdzanie bloga. Nie znacie dnia, ani godziny, jak to mówią.

 

Ale,ale, do rzeczy. Pojawił się nowy film zachęcający do udziału w Horyzontach Wyobraźni. Tym razem do kamery zgodzili się przemówić Kazimierz Kyrcz Jr. i Dawid Kain.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=aNrK-A5RVIs&feature=player_embedded[/youtube]
Na portalu Qfant pojawiły się także dwie moje recenzje, urywki prezentuję tutaj:
Zapraszam.

 

Kraków nie jest zwyczajnym miastem. Potrafi przytłoczyć ciężarem setek lat historii. Popękany tynk kamienic, wykrzywione w grymasie gargulce, misternie rzeźbione poręcze i drewniane wykończenia. W starych kamienicach, w samym tętniącym głucho sercu miasta słychać jeszcze cichsze od szeptu odgłosy dawnych biesiad, odbijające się od grubych murów. Po pustych korytarzach krążą nieznające spokoju duchy przeszłości, skarżąc się na swój los. Czekają, aż usłyszy je odpowiednia osoba…

Kiedy dostałem do swoich rąk nową książkę Joanny D. Bujak „Spadek”, byłem sceptyczny, acz zaciekawiony. Autorka nie jest jeszcze zbyt znana w środowisku; debiutowała w 2009 roku dobrze przyjętą powieścią „Lista”. Dopiero dwa lata później ukazała się druga pozycja pani Bujak, wydana dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Istnieje dobrze znane porzekadło, by nie oceniać książki po okładce. Mimo to, muszę zacząć właśnie od niej. Rzadko dziś bowiem zdarza się, by ta zrobiona była tak subtelnie i klimatycznie, aczkolwiek nie narzucając się przy tym czytelnikowi. Przyznam się szczerze, że stanowiła nie dość, że miłą odmianę, to jeszcze delikatną, acz stanowczą zachętę do otworzenia liczącej ponad 450 stron książki, co też niezwłocznie uczyniłem.

Główna bohaterka powieści, młoda lekarka z Gdańska – Małgorzata, zwana przez przyjaciół Megi, dostaje w swoje ręce list z wiadomością o spadku po mało znanej sobie ciotce z Krakowa. Szybko okazuje się, że spadkiem tym jest kamienica położona w samym sercu miasta, niedaleko Rynku. Oczywiście, jest też haczyk – świeżo upieczonej właścicielce nie wolno sprzedać budynku ani wynająć górnych mieszkań. Nie potrzeba wiele czasu, by Małgorzata porzuciła swoich przyjaciół, bliski kontakt z rodziną i całe dotychczasowe życie w Gdańsku, by przenieść się do świeżo wyremontowanej – dzięki pieniądzom ze sprzedaży mieszkania – kamienicy. Jeszcze nie podejrzewa jednak, jak bardzo wpłynie to na dalsze jej życie.

PEŁNA RECENZJA

 

Każdy z nas żyje w przeświadczeniu, że świat, w którym przyszło nam egzystować, oparty jest na pewnych zasadach, których nie złamie żadna siła. Takie myślenie daje nam poczucie bezpieczeństwa, zdolność istnienia w dokładnie poznanym świecie bez tajemnic.
Jednak czasem może się okazać, że nic nie wygląda tak, jak powinno i dzieją się rzeczy, które – wedle zasad – dziać się nie powinny. Dzieje się to wtedy, kiedy przenikać się zaczynają dwa światy – prawdy i fikcji…

Kiedy w moje ręce wpadła nowa książka Marcina Wolskiego „Doktor Styks” wydana dzięki Zysk i S-ka Wydawnictwo, prawie natychmiast, nie dochodząc jeszcze do domu, otworzyłem ją, zagłębiając się w lekturę.
Często zdarza się, że przed przeczytaniem książki mam obawy, czy autor mnie nie zawiedzie. Zwłaszcza, jeśli tyczy się to autorów młodych stażem, a najbardziej – zachodnich. Marcin Wolski autorem młodym ani zagranicznym bynajmniej nie jest. Na swoim koncie ma ponad dwadzieścia powieści, dziesiątki opowiadań oraz wiele odznaczeń i wyróżnień, z których najważniejsze to trzykrotna nominacja do nagrody im. Janusza A. Zajdla, Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, czy Order Odrodzenia Polski. Moje obawy zniknęły więc bez śladu, zwłaszcza, że z utworami Wolskiego mam do czynienia prawie od kołyski. Pozostało tylko zaciekawienie. Niezwłocznie zabrałem się do lektury.

Nie mija wiele czasu, od kiedy Gwidon Michałowicz – młody twórca i radiowiec – dowiaduje się o samobójczej śmierci swojego mentora, a już zostaje poproszony o kontynuowanie jego dzieła: popularnego słuchowiska o komisarzu Radwanie. Szybko wprowadza się do opuszczonego mieszkania mistrza i zabiera do pracy, usiłując ze wspomnień radiowych aktorów zbudować nowe odcinki programu. Wtedy właśnie poznaje Agnieszkę, klucz do tajemnicy większej, niż niczym nieuzasadnione samobójstwo dawnego nauczyciela.

PEŁNA RECENZJA

(Książka już niedługo ukaże się w księgarniach)

 

A jeśli już przy Qfancie jesteśmy, chciałbym serdecznie zaprosić do przeglądnięcia jego wersji WWW, którą – razem z Jarkiem Makowieckim – otwieramy wstępniakiem.
Link w okładce.

 

***

 

Przy okazji chciałbym zaprosić Was do Krakowa, gdzie 22 września br. w klubie Imbir przy ulicy Św. Tomasza o godzinie 18:00 rozpocznie się Kulturkampf, część literacka pod tytułem GROZA W PROZIE, PROZA W GROZIE. Wystąpią m.in. Kazimierz Kyrcz Jr. , Dawid Kain, Łukasz Orbitowski i Krzysztof Dąbrowski.

 

***

Zapraszam także na Chrzanowskie Dni Fantastyki, gdzie razem z Frankiem Zglińskim poprowadzimy pogadankę o horrorze. A co dokładnie…?
A to:

– Czy rzeczywistość jest straszniejsza od horroru? 

Panel dyskusyjny z udziałem Dawida Kaina, Kazimierza Kyrcza  Jr, Łukasza Radeckiego i Jarosława Urbaniuka.
prowadzący:  Michał Stonawski i Franciszek Zgliński (Qfant)   

 

Przybywajcie!

***

Kończąc, chciałbym podzielić się nowiną. Dziś przekroczona została magiczna granica 30 tyś. wizyt na tym blogu. Dziękuję za odwiedziny, jednocześnie kłaniając się wszystkim aktywnym.
Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z funkcjonowania tego mojego zakątka i miło spędzacie tu czas.

 

Nice job, Mr. Freeman

 

Gdybym parę lat temu usłyszał hasło ,,Freeman”, skojarzyłbym je tylko z popularną serią gier Half-Life (na której część trzecią skądinąd czekam z utęsknieniem). Tymczasem jakiś… rok temu? No, może jakieś piętnaście miesięcy temu, natknąłem się w sieci na polskie tłumaczenie filmów animowanych z osobnikiem, który sam siebie nazywa właśnie Freeman.

Z głosu, akcentu i języka Freeman jest przedstawicielem dumnego narodu rosyjskiego. Niestety, tu kończy się moja (i nie tylko) wiedza o nim. Być może jest to człowiek, którego wielu kojarzy, a może zwykły odludek z łączem internetowym, umiejętnościami graficznymi i sporą ilością czasu na myślenie (co skłania moje przypuszczenia ku więźniowi, odizolowanemu od społeczeństwa. Choć z drugiej strony nie wydaje się być… odizolowany). Fakt faktem, że filmy – choć pełne absurdu – mają logiczne i pełne idealizmu przesłanie. Stop. Powiedziałem idealizmu…?

W swoich ideach Freeman stąpa twardo po ziemi, wywlekając za uszy wszelkie absurdy rzeczywistości, czyniąc je albo jeszcze bardziej absurdalnymi, wręcz groteskowymi, lub degradując je poprzez śmiech.
Dzięki tajemnicy, jaką jest owiany, Freeman wydaje się postacią atrakcyjną i jest nią w istocie. Na polski zostało przetłumaczone obecnie ok. 16 filmów, które już przyniosły sukces współczesnemu filozofowi.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=8UopNNs9Vtg[/youtube]

Tak naprawdę nie wiem, ile jest w sieci tych absurdalnych kreskówek, ale oglądam każdą, która tylko zostanie przetłumaczona przez jakiegoś domowego znawce rosyjskiego. Powód jest dosyć prosty – zgadam się z wieloma poglądami głoszonymi przez Freemana. A czy byłbym zdolny do oddania komórki, zresetowania dysku, by dowieść, że jestem wolny? To pierwsze tak, drugie… musiałbym najpierw wydrukować opowiadania.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=MJAYLXotKsE[/youtube]

Sprawa tajemniczości Freemana jest dosyć ciekawa. Niewiele osób wie, że w każdym filmie, przez zaledwie ułamek sekundy, pojawia się dziwna plansza – za każdym razem inna. Plansze tworzą jakąś układankę, choć w tej chwili zbyt mało ich ,,wyjęto”, by domyślić się, co ona przedstawia.

Tak samo jest z tajemniczym przesłaniem wspak – mantrą, którą Freeman odmówił w jednym z odcinków. Puszczona od tyłu daje dosyć ciekawy efekt.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=u3yK1A_uR38&list=PL28F1437D2E4D80D7&index=12[/youtube]

 

Oczywiście są to wszystko dodatki, których znaczenie dopiero przyjdzie nam poznać, póki co dodają tylko smaku do oryginalnych, pełnych absurdu i groteski filmów, mówiących o sprawach tak górnolotnych, jak sens istnienia, czy przyziemnych jak onanizm. A każdy wart jest oglądnięcia.

I chyba nic więcej pisać nie muszę. Zapraszam tylko do konsumpcji filmów.

 

Zdetonujmy!

Organizatorzy tegorocznego Polconu zastanawiają się, czy konwent się w ogóle odbędzie. Też na ich miejscu nie byłbym pewny. Zwłaszcza, że ja jestem za detonacją. A Wy?

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lzJnPxxJHUg&feature=player_embedded[/youtube]

 

Swoją drogą, jaki to pisarz?
Głosuję za… Jakubem Ćwiekiem. I chętnie poznam Wasze opinie.

Magia w obrazach

 

Pamiętam dzień, parę miesięcy temu, kiedy odwiedziłem mojego brata. Wieczorem usiadł przed telewizorem, chcąc oglądać bajki na Nickelodeon. Kanał ten znałem już wcześniej, z poprzednich wizyt. Nie dziwota więc, że tylko się skrzywiłem. W pamięci wciąż mam bajki,które ja oglądałem na Cartoon Network, najpierw po angielsku, kiedy jeszcze nie było tłumaczenia na  polski (tak, były takie czasy) potem już w naszym ojczystym języku. Gdzieś tak po 2005 roku kanał się zepsuł, a kreskówki, które zaczęto pokazywać diametralnie zleciały z poziomem gdzieś do piwnicy. To było po prostu głupie. Potem pojawiły się takie rzeczy jak ,,Disney XD” (kto, do cholery nazwał tak kanał?!) i wspomniany wyżej Nickelodeon, gdzie pomiędzy Sponge bobem i filmami ,,dla nastolatków” puszczano beznadziejnie głupie i brzydkie animacje o zwierzętach walących kijami w drewno, czy też dwóch plastelinowych walcach mlaskających coś do siebie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=C3w_FIm13Mk&feature=related[/youtube]

Rafał obiecał mi jednak, że po oglądnięciu pójdzie spać, a że tego dnia ja miałem się nim trochę pozajmować – cóż, zgodziłem się z przeświadczeniem, że najwyżej – kiedy nie będę już mógł ścierpieć bezsensu i brzydoty – nałożę słuchawki, puszczę dobrego Rocka i otworzę książkę.
Tym razem jednak było inaczej.

Każde morze – nawet morze chłamu – ma to do siebie, że czasem nad powierzchnię wody wystają jakieś wyspy. Czymś takim okazał się Avatar. I nie mówię tu bynajmniej o Avatarze Jamesa Camerona. Mało kto wie, że ten sam tytuł nosi także serial animowany. Ja nie wiedziałem. Tamtego wieczora jednak – usiadłem obok młodego i z rosnącą ekscytacją… patrzyłem w ekran telewizora.

 

Avatar: Legenda Aanga, bo tak brzmi pełny tytuł, jest bajką, jakiej nie oglądałem od wielu, wielu lat. Przede wszystkim – ma fabułę. Zajmującą, poważną i wielowątkową. Wszystko zaczyna się, kiedy dwoje młodych ludzi z Plemienia Wody odnajduje górę lodową, a w niej – zamarzniętego chłopca wyglądem przypominającego mnicha, z dziwnym tatuażem na głowie. Jak się okazuje – jest to ostatni mag powietrza, a także zaginiony Avatar, którego szukają najeźdźcy z Rodu Ognia w tym młody książę Zuko i jego stryj (zdecydowanie jedna z najbarwniejszych postaci) Iroh.
Rzecz jasna wkrótce po odnalezieniu Avatara następuje przewrót. On i dwójka jego nowych przyjaciół muszą uciekać, a za nimi podąży żądny chwały i honoru Zuko.
Historia wydaje się banalna i niezbyt skomplikowana, ale – zapewniam – taka nie jest. To prawda – ciągle jest to bajka dla dzieci, lecz ktoś wreszcie potraktował je z szacunkiem i zamiast rozmiękczającej mózg papki dostajemy świetnie wymyślony świat opierający się na motywach japońskich, z elementami steampunku i niesamowitą techniką uprawiania magii. I od niej właśnie chciałbym zacząć.

W świecie Avatara istnieją cztery plemiona; Ziemi, Powietrza, Wody i Ognia. Jak się można domyśleć – każde z ich włada innym rodzajem magii żywiołów. Sam zaś Avatar jest kimś w rodzaju strażnika, łącząc w sobie moc czterech żywiołów i komunikując się ze światem duchów (jeśli ktoś lubi Anime, powinien w tym momencie zacząć podskakiwać z radości).
Oczywiście, nie wszyscy uprawiają magię, jednak wielu ma ten dar, przez co większość urządzeń skonstruowano tak, by działały w oparciu o magię, która z kolei poddaje się prawą fizyki właściwym do danego żywiołu. Ale o tym zaraz.
To, co mnie zachwyciło, to przedstawienie tkania magii przez ludzi. Każdy żywioł ma inny styl, inne ruchy, które idealnie odwzorowują istotę danej magii. Magowie wody poruszają się płynnie, współgrając z otaczającą wodą, magowie ognia wykonują gwałtowne ruchy, kopiąc i boksując, zaś magowie ziemi ciężko dźwigają masywy skalne… i tak dalej. Że nie wspomnę już o takich rodzynkach, jak powitania, kultura, zwyczaje, sztuka… 

Wspomniałem coś o maszynach, zdaje się? Ano są. Niezwyczajne, rzecz jasna. Najwięcej ich się uświadczy w kulturze Narodu Ognia – cóż, dzięki swej sztuce mogą wyrabiać metal. A to, jak te rzeczy działają… jedno słowo – technomagia.
Tego nie da się dokładnie opisać. To trzeba zobaczyć. Za każdym razem, kiedy je widziałem, nie mogłem odlepić od nich wzroku.

Serial ma trzy sezony i widać, że jest bardzo przemyślany. I pod względem fabuły, jak i wykonania – rysunki są po prostu piękne, bez zbędnych ozdobników i nie ma Jakże – Mnie – Denerwujących ,,ostrych” kresek. Jest za to wspaniały klimat dalekiego wschodu połączony z – niekiedy absurdalnym – humorem. Wiele zdradzać nie mogę, ale popatrzcie na ten fragment. Nie wiem czemu, ale zawsze, kiedy go widzę – tarzam się po ziemi. Absurd, czysty absurd. Uzasadniony, w fabule odcinka, ale jednak…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=7bCmctKOW2g[/youtube]

Ostatnią z rzeczy, którą podkreślę jest to, że – choć widać, że bajkę robiono pod młodszych odbiorców – często zdarzają się też smaczki dla starszych. Nie określiłbym tego mianem ,,serialu familijnego”, bo jednak trzeba się interesować fantastyką, by uchwycić niektóre rzeczy, ale twórcy pokazali, że szanują swoich odbiorców. Dostaniemy tu więc parę scen miłosnych, nawiązania do kultury hipisowskiej a także i smutniejsze momenty. Dla wyjaśnienia dodam, że jeden z odcinków zadedykowany jest pamięci (chyba) syna jednego z twórców. Zorientujecie się, który.


Avatar: Legenda Aanga to serial, który przywrócił mi wiarę w dobre bajki. Oglądając go, mogłem się odprężyć, a jednocześnie chłonąć klimat tego niezwykłego świata. Myslę, że przypadnie do gustu każdemu, kto lubi oglądać dobre Anime, a także i wielu innym. Zdecydowanie polecam młodszym odbiorcom. Jest ratunek przed siekanym mózgiem.

Jedna uwaga: Nigdy, przenigdy nie oglądajcie filmu o tym samym tytule (bo, dzięki sukcesowi bajki – powstał takowy). Niestety reżyser nie podołał złożoności fabuły. ‚

Z całego serca polecam.

 

A teraz pytanie dla zaznajomionych z kulturą japońską. Czy znacie może zasady gry w Pai Sho?

27 czerwca 2012, Sprostowanie:
Odcinek który jest dedykowany Mako – Mako to pierwszy „głos” Iroha w amerykańskim dubbingu. W nowej „The legend of Korra” prawdopodobnie na cześć tego człowieka nazwano jednego z bohaterów.
2. Oczywiście, jest to Awatar, nie Avatar. Wpływ Camerona jest nieziemski :)
PS
Niedługo wrażenia z pierwszego sezonu Korry.

Page 2 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén