Śmierć

Umiera.
Obok mnie, na podłodze. Mucha. Kona, a ja przeżywam relaksującą noc.

Właśnie przeczytałem około koło 250 stron ciągiem. Dawno nie miałem takiej okazji, by sobie położyć się z książką i po prostu czytać. Puściłem 10godzinną porcję jazzu z odgłosami deszczu, na obu monitorach mam interaktywną tapetę – szyba, strugi deszczu i zachmurzone miasto. Piję sobie earl greya na rozgrzanie i odczuwam totalny relaks – tylko taki, jaki można odczuć w trakcie czytania, jakby książka dosłownie defragmentowała mózg, układając w nim myśli tak, by łatwiej im się płynęło.

Read More

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

To był złobry rok.

To był… zły rok. To był dobry rok. To był rok tak samo złobry, jak ostatnie Star Wars.

To był rok, w którym udało nam się z Fundacja Horyzont Zdarzeń – Akademia Aktywności i Rozwoju zrealizować parę fajnych rzeczy, jak Krakowski Festiwal Na Falach, przy współudziale Lubiegroze.pl, czy rejs naszym Galar Boudicca.

To był rok, w którym pierwszy raz jechałem karetką. To był rok, w którym pierwszy raz sam sobie nastawiałem staw kolanowy. To był rok, kiedy pierwszy raz usłyszałem, że mogą mnie operować.

Read More

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

O co zapytam „Ostatnich Jedi”

Na „Przebudzenie Mocy” szedłem bez jasno sprecyzowanych oczekiwań. To prawda, chciałem dobrego filmu, świetnych postaci, niezwykłych pojedynków na miecze świetlne i klimatu, ale ostatecznie z tego wszystkiego został tylko klimat. Na „Ostatnich Jedi” (lub też „Ostatniego Jedi” – zdania są podzielone, zależnie, czy zasugerujemy się tytułami mającymi oznaczenie liczby mnogiej, czy tym, co powiedział reżyser filmu, że w jego głowie to liczba pojedyncza) wybieram się z dosyć jednoznacznymi oczekiwaniami. Ba, wybieram się z żądaniami – a głównym z nich jest to, by nowe Star Warsy były znów dobre.

Obojętnie, co sądzicie o „Trylogii Prequeli” i czy poddajecie się modzie na hejtowanie jej, trzeba tym filmom przyznać, że wniosły dużo do uniwersum, nie były wtórne i w swojej konsktrukcji trzymały się kupy, tak samo, jak kupy trzymały się kreacje bohaterów (wiem, że na topie jest mówienie, że Anakin „tak po prostu” przeszedł na Ciemną Stronę, jednak jego przemiana zajęła mu aż dwa filmy i całość była dobrze i logicznie umotywowana). W „The Force Awaknes” film starał się trzymać kupy tylko za sprawą kleju nostalgii i kiedy ten uleciał – obraz J.J. „Niszczyciela uniwersów” Abramsa (niech go WYSPA pochłonie) zwyczajnie rozszedł się w szwach. Gdzie się większość filmu podziewał Poe Dameron? Czemu Han „cwaniak” Solo zwyczajnie i głupio dał się zabić, co raczej nie przyniosło żadnych efektów? Jak bardzo irytujący może być Kylo „Jestem taki mhhhroczny” Ren? Czy Rey, najbardziej blada mieszkanka pustyni, oprócz mistrzostwa Mocy na zawołanie, mistrzostwa szermierki na zawołanie, mistrzostwa latania wielkim statkiem na zawołanie, umie także fikać koziołki? Oczywiście po mistrzowsku? Nie wspominając o tym, że najwyraźniej sytuacja polityczna galaktyki na ostatnie trzydzieści lat utknęła w Karbonicie a widz i tak nie ma się szansy dowiedzieć, co się właściwie dzieje, bo twórcy mają to gdzieś. No i na pewno nie wspominając o trzeciej Gwieździe Śmierci, którą dla niepoznaki nazwano inaczej, żeby widz przypadkiem się nie zorientował. Cały świat przedstawiony, czy kreacja bohaterów w TFA opierała się albo na powtórzeniu motywów, albo spieprzeniu nowych. Bohaterowie – szczególnie Rey – nie trzymali się kupy. Poza Lukiem, oczywiście. Możecie więc mówić wiele o Prequelach – i w wielu miejscach trzeba tej złości przyznać rację, ale wszystko, co Prequele zrobiły źle, TFA zrobiło jeszcze gorzej, tyle, że jeszcze mniej twórczo.

Idę więc na „Ostatnich Jedi” z dosyć solidnymi postulatami, które chciałbym zobaczyć, bym uznał, że film jest dobry i naprawia krzywdy. Oto one:

- He is not ready. - Yoda.

Uczłowieczenie postaci Rey, albo wyjaśnienie, że jest Terminatorem i przybyła z przyszłości. A przy okazji – kim są jej rodzice?
Rey to przykład na to, jak nie budować bohaterki. W zamyśle miała być pewnie silną kobiecą postacią, ale takie postacie muszą być czymś umotywowane. Nie da się być silną kobiecą postacią tylko dlatego, że jest się kobietą. Ani silną męską postacią tylko dlatego, że jest się mężczyzną. To niczego nie zmienia. Postać Rey od początku została stworzona tragicznie. Bohater w filmie zmierza pewną ścieżką, przezwyciężając trudy, by odnaleźć „coś” – artefakt, który może być zarówno doświadczeniem, jak i rzeczą. Luke przezwyciężył trudności, by ostatecznie stać się Jedi. Anakin przezwyciężył trudności, by ulec przeznaczeniu „wybrańca” którym stał się na wiele sposobów. Neo w Matrixie przezwyciężał swoje przyzwyczajenia, ciało i umysł, by uwierzyć, że faktycznie jest wybrańcem i pokonać Smitha. Rey nie miała przed sobą trudności. Nie musiała nic przezwyciężać. Jej walka była ułudą – bez problemu poleciała Sokołem Millenium, kiwnięciem palca grzebała w głowie Kylo Renowi, wykonała „sztuczkę Jedi”, którą taki Luke umiał wykonywać dopiero w „Powrocie Jedi” a na końcu poradziła sobie w szermierczym pojedynku z trenowanym od lat Kylo Renem, czego wcale nie usprawiedliwiało to, że Kylo był ranny. Powinien dwoma ciosami zmieść Rey z powierzchni ziemi. Albo przynajmniej (co dla Star Warsów normalne” – pozbawić ją ręki, ponieważ Rey nie była gotowa. Mimo, że wedle filmu najwyraźniej była – zaledwie parę godzin/może dni po tym, jak pierwszy raz na oczy miecz zobaczyła.

   

Duchy mocy 

Pojawiły się w obu wcześniejszych trylogiach. Jeśli nie miałyby pojawić się tutaj, jeśli przebywający na wygnaniu Luke nie umilał sobie czasu gadając z Yodą, z Obi-Wanem czy Qui-Gonem – ba, nawet z własnym ojcem, to powinno się pojawić przynajmniej wyjaśnienie, czemu tak się nie stało. Gdzie znikły byty, które dzięki mocy powróciły do świata żywych jako duchy?

Więcej polityki
To, co Trylogia Prequeli robiła świetnie, to ukazanie zepsucia Republiki, intryg, które były tak mroczne i misternie utkane, że zaciemniły obraz nawet zakonowi Jedi. Zakon stał się ślepy, a że Jedi stali się aroganccy, nie umieli tego przyznać. A kiedy to się stało – było już za późno. Polityka nakreślała też dokładnie jak wygląda świat przedstawiony, co się w nim zmienia. Powolny proces rozpadu demokracji i formowania się czegoś, co wkrótce miało stać się Imperium – przy burzy oklasków, było wręcz miodem dla duszy. W TFA film nie mówi o polityce nic. Ba, sprawia, że widz się gubi. Kto nie był przekonany, że planetą, która została zniszczona, była Coruscant? I ostatecznie – okazało się to fałszem. A szkoda, bo gdyby była to ikoniczna stolica Republiki, wniosłoby to coś do świata, ożywiło go. Dodałoby dramatu. A tak? Ani nie wiemy, co się w galaktyce dzieje, ani, czemu przez ostatnie 30 lat nic się nie zmieniło… film to ignoruje. Co jest sporym błędem.

Backstory Rey, Luke’a, Bena Solo i Snoke’a
Za dużo się wydarzyło, by to tak zostawić. Te postacie potrzebują ożyć. O ile o Luke’u wiemy sporo (w końcu to Skywalker) i dopowiedzenia objąć powinny to, co stało się z nowym Zakonem, o tyle o pozostałych nie wiemy nic. Co powinno się zmienić, by nadać tym postaciom głębi.

Koniec z naśladownictwem!
O ile Star Wars zawsze miały wiele elementów wspólnych, o tyle kalka epizodu IV, jaką był TFA była pokazem nieudolności i lenistwa scenarzystów, reżysera i wytwórni. Raz jeszcze powtórzę – wiele można mówić złego o Trylogii Prequeli, ale wniosły do świata masę nowych rzeczy. Któż nie lubi dzielnych klonów, o wiele bardziej „wojskowych”, niż nieudolnie strzelający Szturmowcy Imperium.

Niech Porgi okażą się tylko koszmarem, proszę. 

I ostatnia rzecz. Czy każda Trylogia musi mieć głupią podśmiechujkę dla dzieciaków? Ale wiecie, taką z 12 strony podręcznika o typowych głupich podśmiechujkach dla dzieci. Głupich stworkach. Każdy pamięta Jar-Jara, który miałby sens, gdyby teoria o tym, że to on jest Sithem była prawdziwa. Każdy pamięta „zabawne” Ewoki. Czy teraz nastał czas Porgów? Pociesznych pingwinów wydających pocieszne dźwięki brzmiące jak „kupcie nasze maskotki od Disneya”? Na to niestety wygląda. Ale mam nadzieję, że się mylę, albo Porgi nie będą przesadzone. Humor w Star Wars jest świetną rzeczą, ale wystarczą do tego roboty. Roboty naprawdę dają radę. Nie musicie dodawać przytulaśnych maskotek.

 

 

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Całe Hollywood cuchnie strachem.

Trwa czystka.

Powtarzam się? I tak, i nie – kolejna ofiara, Louis C.K. Mówię „ofiara”, mimo tego, że oczywistym jest, że to sprawca. W Hollywood jednak sprawca jest jednocześnie ofiarą. Już rozwijam wypowiedź.

tumblr_lzwnjwfutd1rqnp16o1_500

To tak łatwo krytykować i myśleć, że tam siedzą zboki i degeneraci, w tym „holiłudzie”. Straszni ludzie, nie? Otóż NIE. To ludzie tacy jak Ty, czy ja – i zanim nastąpi święte oburzenie, żebym mówił za siebie, że ten czy inny by nie gwałcił, nie molestował, nie zachowywał się nie przyzwoicie… tak, oczywiście, że wierzę. Nie w tym życiu. Nie w tej sytuacji. Ale wyobraźcie sobie, że jesteście tymi aktorami, gwiazdami, które są kochane przez miliony, mają kupę kasy i wszyscy aż im się pchają do łóżek. No i co, nie korzystacie „z życia”? A potem przychodzi czas, kiedy popełniacie coś, o co byście się nie podejrzewali. I… nic się nie dziele. Czujecie się wspaniale. Lepiej, od innych. Silniej. Macie kasę, macie sławę, możecie robić co chcecie – świat jest wasz.

Zdaję sobie sprawę, że nie można mówić o 100% populacji. Nie mówię. Mówię o tendencji. Nie od dziś jednak wiadomo, że władza i pieniądze deprawują. O tym, co się dzieje na backstage w Hollywood od lat krążyły pogłoski. Ba, legendy nawet. Hera, koka, hasz, LSD, łatwy seks, wielkie pieniądze.

To, że to, co się teraz dzieje jest dobre, bo ludzie odpowiadają za swoje złe czyny – to oczywiste. Z tym wszystkim idzie jednak pełno niepokojących objawów. Nie podoba mi się na przykład wywalanie scen z danymi aktorami – jak w przypadku Spaceya i filmu „Wszystkie pieniądze świata” – otwiera to pole do cenzury sztuki poprzez pryzmat „zuych artystów”. A ile takich było w przeszłości? Ile pisarzy, filmowców, malarzy, którzy nie zachowywali się „przykładnie”, kiedy tylko zakosztowali sławy? I co, ich dorobek też trzeba wykasować? Rozumiecie, o co mi chodzi?

Ale zboczyłem z tematu – a temat jest taki: za rok wszystko wróci do „normy”. Paru-parunastu osobom z Hollywood posypią się kariery. To są „ofiary” właśnie – ofiary czystki. Reszta się uchowa. I wiecie co? Dalej będą robić swoje. Za dwa lata za kulisami dalej będzie się działo to, co działo się wcześniej. A że czystka już się stała, to następna nie będzie już tak groźna.

A to, że tendencja ludzka jest taka, że pewne rzeczy dzieją się, kiedy pojawia się władza i pieniądze? Po pierwsze, przypomnijcie sobie „eksperyment więzienny”. To właśnie tendencja.

Po drugie, posłużę się tu cytatem z posta Robert Ziębiński, który parę dni temu wszedł mi do głowy i wyjść nie chce:

„A on [Seymour Cassel – przyp. mój] uśmiecha się od ucha do ucha i mówi tak: takie czasy były że myśmy wszyscy wtedy ruchali trzynastki. Ja, John, Jack, Roman. Ale jak przyszło do łapania za jaja, to padło na Polaka.”

Takie czasy, taki klimat, taki Hollywood. Wszyscy tam „molestują”. Teraz przyszło do łapania za jaja. Padnie na paru, reszta trochę się zepnie, ale jak już odetchną…

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

O płaczącym mężczyźnie.

Taka sprawa. Obejrzałem to wideo i aż mnie coś tak w środku… wiecie. Ale jest coś, o czym myślę już bardzo długo – że wszyscy się skupiają (jak zwykle w wielu przypadkach) na oznace, a nie na przyczynie. Tomasz Kopyra nagrał film, na którym mówi, że mu wstyd i że polityczna poprawność ma sens.

Otóż, nie, nie ma.

I teraz tak, żebyśmy się zrozumieli – szlag mnie trafił, jak zobaczyłem tego płaczącego faceta, który się boi, dlatego, że ma inny kolor skóry. Prześladowanie go i jego dziecka, bo mają inny kolor skóry to nie jakiś mityczny rasizm. To czyste skurwysyństwo. To zło. I ludzie, którzy to robią nie są „rasistami” – są skurwysynami. Na pewno w wielu innych punktach swojego życia także. Chodzi mi o to, że to są po prostu złe osoby. I jak najbardziej – także na punkcie rasistowskim.

Tyle, że zastanawiam się od długiego czasu, skąd to się wzięło. I pewnie – brak tolerancji dla inności jest obecny wszędzie, w każdej kulturze. Wywodzi się to (co bardzo przewrotne) z dobrej i naturalnej reakcji naszego mózgu. Reakcji na coś, co jest obce i czego trzeba się obawiać. Ten mechanizm jest jedną z rzeczy, która sprawiła, że ludzie w ogóle istnieją. Ale też każdy zdrowy człowiek umie nad tym zapanować i odróżnić to, co jest naprawdę groźne, od po prostu „innego”. To, że coraz więcej osób nie umie (albo nie chce) tego robić, to nie jest, moim zdaniem efekt jakiejś fali rasizmu. Nie. Nikt nie rodzi się rasistą. Ludzie zaczynają reagować agresją na to, co jest inne, kiedy się boją.

Ostatnio wszystko strasznie się radykalizuje. Już nie raz się wypowiadałem na ten temat i za każdym razem boli mnie, że kiedy masz zdanie, które stara się dostrzegać racje obu stron konfliktu, zawsze znajdą się ludzie, którzy od razu zaszufladkują cię po tej „drugiej” stronie. Jesteś przeciwko aborcji, ale rozumiesz, że czasem nie może być inaczej? Zaściankowy katol. Rozumiesz sens invitro? Lewacki postępowiec. Samemu nie będąc „człowiekiem Kościoła” bronisz chrześcijan? Zwolennik „czarnej mafii” i tak dalej. Tutaj być może będzie podobnie. Poza tym, że mogę się oczywiście mylić w swoim osądzie. Póki co, jest on taki:

Mnie jest wstyd. Nie tylko, za tych skurwieli, którzy sprawili, że ten mężczyzna płacze, bo się boi o siebie i o swoje dziecko. Mnie jest wstyd za to, że tak zwani „postępowcy” na ślepo i bez żadnego pomyślunku, bez wcześniejszego przygotowania i potrzebnego researchu wpuścili wprost nieprawdopodobne tabuny ludzi do europy, gdzie część z nich (nie wszyscy – ale na tyle duża ilość, by sprawiało to różnicę), zaczęli szerzyć terror. Zabijać. Mordować. Gwałcić. Wstyd mi, że tak wiele polityków, w tej samej obłudnej „postępowej” idei robiło i robi nadal wszystko, by tuszować pewne rzeczy. Zakłamywać prawdę – bo wiedzą, że popełnili błąd. Chcąc pomóc i chcąc pokazać wszem i wobec, jacy oni nie są wspaniali – zwyczajnie zagrozili swoim własnym obywatelom. Śmiercią i terroryzmem.

To naprawdę nie było trudne do przewidzenia, co się stanie. Że każda akcja wywołuje reakcję – szczególnie w społeczeństwie. Że kłamiąc i próbując „w imię tolerancji” mataczyć, doprowadzili do tego, że dzisiaj ludzie się boją.

Boi się ten człowiek, który niczego nie zrobił, bo inni ludzie, którzy także się boją, reagują agresją. Na co większość świata wybiera „strony” i opowiada się za, lub przeciw „politycznej poprawności” – czyli cenzurze, matactwu, kłamstwu, byle by tylko nie przyznać, że pełniony został błąd. Że może otwarcie granic dla wszystkich – każdego i zawsze i zamykanie ust tym, którzy widzieli w tym zagrożenie (nie mówię tutaj o paranoikach-rasistach) i przewidywali to, co się dzieje dzisiaj, to może wcale nie był taki dobry pomysł.

I teraz dawajcie, lajki, un-lajki, przekrzykujące się komentarze, kto ma rację, kogo racja jest „najmojsza” i czemu ja, albo ten drugi jest lewakiem/prawakiem/chujem/rasistą. Bijcie się – proszę bardzo. Przecież to właśnie o to chodzi.

Dzielimy się na dwie, zwalczające się radykalne grupy. Gdzieś po obu stronach są skurwysyny – jedne w imię walki o postęp chciałyby nawet publicznie zabijać dzieci, a inne, w ramach „obrony kraju” – zabijać każdego, kto ma inny kolor skóry. I wszyscy, ale to absolutnie wszyscy się boją. Jedni tego, że czekają nas rasistowskie rozruchy, a drudzy tego, że będą się bać wyjść na ulicę – pójść na koncert, na mecz, do kina, bo nagle wybuchnie bomba, albo gdzieś w tłum wjedzie ciężarówka.

Wstyd mi, bo za wszystkim tym stoją ludzie, których i ja wybierałem, albo po prostu są ludźmi, jak ja. I oni są tak naprawdę winni temu, że ten człowiek płacze i się boi.

Ci ludzie, którzy nie są potworami. Chcieli dobrze i podjęli działania bez przemyślenia ich i bez planu. A teraz nie są w stanie przyznać się do błędu, bo wszystko zabrnęło już za daleko. Uciekają się więc do cenzury i „politycznej poprawności” – co niestety powoduje tylko więcej złości i strachu, bo ludzie nie chcą być traktowani, jak idioci. Doskonale wyczuwają, kiedy są oszukiwani.

A tymczasem świat tonie w strachu. Dwie grupy wystraszonych osób odchodzą do swoich obozów, gdzie strach zamieniają na agresję. Mylą przyczynę ze skutkiem. A na wszystkim cierpią tacy ludzie, jak ten płaczący ze strachu mężczyzna, któremu przyszło żyć w takim zasranym świecie.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Dwa spotkania autorskie i inne rzeczy

Pamiętacie, co oznacza to, że Stonawski milczy? Oznacza to, że coś szykuje. No i dzieje się – w  związku z premierą „Mapy Cieni” zapraszam Was na spotkania autorskie ze mną i z resztą ekipy książki. Pierwsze dwa (acz nie ostatnie) odbędą się już niebawem w Krakowie i Oświęcimiu! Ponadto zapraszam na inne wydarzenia, w których maczam w ten czy inny sposób swe paluchy. 

Krakowskie odbywać się będzie w Artetece Wojwódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, 19 maja o 18:00. Więcej na facebookowym wydarzeniu pod tym linkiem: https://web.facebook.com/events/205412313309984/

Mapa Cieni spotkanie arteteka

Oświęcimskie spotkanie z kolei odbędzie się 24 maja o 18:00 w Auli Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu. A tutaj jest plakat:

Mapa Cieni - spotkanie Oświęcim

Czy to wszystko? Jasne, że nie!

27 maja będzie można łapać na stopa… nasz statek! Galar wiślany, który jest tak naprawdę historycznym okrętem wojennym. O co chodzi? Kliknijcie tu: https://web.facebook.com/events/1358442490875970/

Galar

Dość? Ani trochę! Od 16 czerwca trwał będzie (także na galarze) festiwal na falach – bezprecedensowe wydarzenie kulturalne, ale tutaj na szczegóły musicie jeszcze poczekać.

Póki co klikajcie tutaj: https://web.facebook.com/KrakowskiFestiwalNaFalach/ 

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

O tym, jak spełniać marzenia – MAPA CIENI

Stało się – „Mapa Cieni”, moja pierwsza książka (którą dzielę ze wspaniałymi autorami), ujrzała światło dzienne i można ją już kupić. Projekt, który zapowiadałem od lat i na który od lat czekałem wyszedł ze sfery fantazji. Projekt, który był dla mnie niczym faktyczne dziecko – bo chuchałem i dmuchałem na niego nawet (a może zwłaszcza) wtedy, kiedy inni tracili wiarę. Ja nie straciłem jej nigdy. I przede wszystkim – co obiecałem, dociągnąłem do końca. Kosztem wielu wyrzeczeń i ryzyka. Dzisiaj chcę (się chwalić) opowiedzieć Wam, jak to wszystko się stało. A na wstępie chciałem szczególnie podziękować Mirkom i Mirabelkom z serwisu Wykop.pl, którzy już dwa razy wykopywali na główną informacje o „Mapie” – w dosyć dużych przedziałach czasowych, TUTAJ i TUTAJ

„Zostanę pisarzem!” –  postanowił sobie pewnego dnia mały, ośmioletni chłopiec. Mając 18 lat chłopiec wziął udział w ogólnopolskim konkursie literackim i zdobył nagrodę, która do do dziś stoi w salonie, na regale z książkami. Nim do tego doszło, przebył cholernie ciężką i niewdzięczną drogę.

Widzicie, można sobie postawić cel, ale im bardziej jest on ambitny, tym więcej trzeba poświęcić, by do niego dotrzeć. Mnie wszyscy mówili, że pisarzem nie zostanę. Mama, która widziała we mnie prawnika albo lekarza (ktoś, kto dobrze zarabia i jest FACETEM), nauczyciele, szczególnie polonistki, które ilekroć usłyszały o moim pisaniu potrafiły dostać prawdziwej histerii skończonej zwykle paroma jedynkami do dziennika i ludzie, ogólnie. I w sumie nie mogę mieć im tego za złe – bo kiedy ktoś, kto pisze w taki sposób:

o kunfa

Mówi, że będzie pisarzem, to co poniektórych ogarnia śmiech. Zwłaszcza, jeśli ma jeszcze czelność publikować swoje opowiadania w Internecie. W 2005 roku miałem 14 lat i niezmordowanie pisałem. I nawet zyskiwałem czytelników, bo na Gram.pl mój cykl historyjek okazał się być dla kogoś ciekawy. Pomysł był przecież oryginalny – pisałem o forumowiczach i forum, ale zrobiłem z nich wojowników zaś z samego forum – świat fantasy. „Gramstory” w momencie zakończenia liczyło sobie ponad 140 stron A4. Objętościowo nadawało się na książkę. Merytorycznie (i technicznie) – ani trochę. Niemniej dzięki uporowi, wręcz maniakalnemu podejściu do tematu, pięć lat później, w 2010 roku byłem człowiekiem, który debiutował na papierze. Wbrew wszystkim.

Wielokrotnie zarzucano mi, że jestem butny. Że nie słucham słów krytyki. I chociaż mogę powiedzieć, że słowa takie docierają (i słucham sensownych argumentów), to muszę przyznać, że krytykujący mnie człowiek (szczególnie, jeśli tyczy się to krytyki personalnej) nie dostanie satysfakcji. Nie uda się mu mnie dotknąć, ani zranić. Co oczywiście sprawia, że wielu osobom wyskakuje momentalnie piana na usta. Cały ten proces to właśnie wynik drogi, jaką obrałem – zacisnąć zęby i przeć do celu. Albo dotrę, albo padnę w trakcie.

Nie mówię tego, żeby się przechwalać (chociaż na pewno łechce mi to ego, jestem przecież człowiekiem) – ważne jest, byście zrozumieli, czemu wybrałem takie, a nie inne rozwiązanie w przypadku „Mapy”. Bo mogłem przecież zebrać ludzi, napisać książkę i wydać ją jako selfpublishing. W tym przypadku książka ukazałaby się już cztery lata temu, mnie i wielu innym osobom oszczędzając nerwów. Ale… czy byłoby to właściwe? Wybrałem trudniejszą drogę – wydawnictwo.

Bycie pisarzem oznaczało dla mnie zawsze coś więcej, niż pójście na łatwiznę. To było docenienie przez kogoś, jakaś selekcja, jakiś proces wydawniczy. Cała ta magia. Gdybym wydawał sam – dołączyłbym do „wielu innych” którzy w zasadzie wydrukowali sobie książkę. Sami sobie, rozumiecie. A potem nazwali się Pisarzami. Koniecznie przez duże P.

Mam ogólnie wrażenie, że dzisiaj życie biegnie tak szybko, że ludziom brakuje cierpliwości. Widziałem to przy projekcie nagrody Grabińskiego, kiedy wiele (acz nie wszystkie) osób chciała mieć NAGRODĘ z prawdziwego zdarzenia – robioną oddolnie i bez perspektyw na dotacje – już po pierwszym roku działania. Tak po prostu: coś wielkiego, znaczącego, ale tak, by zbyt dużo czasu nie minęło. Już, zaraz, teraz. Natychmiast. Myślę, że każdy duży projekt, który ma szanse na sukces, musi przejść tą fazę, kiedy nic się prawie nie udaje. To próba charakteru. Nie chcę popadać w mistycyzm, ale to tak, jakby wyzwać kosmos na pojedynek – niejeden straci wiarę i odejdzie. Przy „Mapie Cieni” wiarę traciło bardzo dużo osób. Ostatecznie – i będzie to dla mnie gorzka lekcja do końca życia – wiarę stracił i mój przyjaciel, dla którego dziesięć lat przyjaźni okazało się na końcu nic nie warte.

Można było się zniechęcić, zobaczcie: 

– Pomysł na „Mapę Cieni” – książki łączącej opowiadania i publicystykę w jedno – pojawił się w okolicach 2010 roku, po tym, jak odwiedziłem dom na Kosocickiej i zobaczyłem tam… hmm. COŚ ,
– prace nad „Mapą” rozpoczęły się w 2012 roku. Przez ten czas razem z Krzysztofem Bilińskim jeździliśmy po (podobno) nawiedzonych miejscach, rozmawialiśmy z ludźmi, zapraszałem autorów,
– tytuł „Mapa Cieni” wymyślił Marek Grzywacz w lutym 2013 roku,
– w kwietniu 2013 roku książka była skończona i miała wydawcę,
– proces wydawniczy trwał do lutego 2014 roku, kiedy okazało się, że jednak wydawca książki nie wyda,
– kwiecień 2014 roku przyniósł dobre wieści – udało się znaleźć nowego wydawcę – bardzo duże i bardzo poważne („topowe”) wydawnictwo z Warszawy i już w maju byliśmy po rozmowach i „umowach przedwstępnych”.
– W okolicach listopada 2014 okazało się jednak, że wydawca nie udźwignie książki z uwagi na finanse.
– Szukając wydawców i szlifując książkę dotrwaliśmy do lipca 2015, kiedy podpisaliśmy umowę z wydawnictwem Van Der Book.
– W międzyczasie dopisaliśmy nowe nawiedzone miejsce i doszlifowaliśmy książkę, między innymi pojawiło się zakończenie historii o Kosocickiej.
– W październiku 2016 wydawnictwo ruszyło ze zbiórką pieniędzy na portalu Wspieram.to, aby wydać książkę i promować ją. Tutaj bardzo pomógł jeden z członków wydawnictwa, Szymon Żakiewicz, który dokonał cudów w kwestii uruchomienia promocji.
– Pod koniec listopada 2016 akcja zakończyła się pełnym sukcesem, zebrane zostało 9 000, książkę kupiło prawie 70 osób.
– „Mapa Cieni” została wydana i zaczęła wędrować do autorów i wspierających 19 kwietnia 2017 roku.
–  Od 26 kwietnia można ją kupić w sklepie wydawnictwa Van Der Book.

To są rekordy oczekiwania. Nawet jeśli spojrzy się na upadający rynek wydawniczy. Projekt, który cieszył się niesamowitym powodzeniem, a który nie mógł być wydany przez lata. Absurd. Niedowierzanie. Brak nadziei i dużo, dużo emocji.

Zaparłem się. Dzięki pomocy takich osób, jak Szymon Żakiewicz, który również zacisnął zęby i robił co mógł, by chociaż zrealizować akcję na wspieram.to, książka w ogóle miała szanse się ukazać w jakimś sensownym czasie. Tak jak kiedyś, twierdząc, że uda mi się wydawać na papierze, tak i teraz – wbrew krytyce, wbrew mądrym głowom mówiącym, że może czas odpuścić, wbrew wszystkim, którzy po prostu sobie kpili, postanowiłem, że doprowadzę temat do końca. Ruszyła akcja na wspieram.to a ja poruszyłem niebo i ziemię, aby zdobyć te 8.500zł. Byłem wszędzie, pisałem gdzie tylko mogłem, zainteresowałem ludzi na Wykopie (mam olbrzymi szacunek do tego portalu za takie akcje). Ilekroć rozmawiałem z ludźmi o wspieram.to/mapacieni, widziałem, że nie wierzą, że to się w ogóle może udać. A kiedy się udało, słyszałem tylko ciszę.

Zaraz mi ktoś wytknie, że się chwalę co to to ja nie jestem. Że „nosze głowę wysoko”. Nie chwalenie się jest jednak moim celem, ale najprostsza prawda – jeśli w coś wierzysz, musisz walczyć o to z całym światem. Nie z jakimiś „wrogami”. Z całym. Cholernym. Światem. Z niedowiarkami. Z kpiarzami. Z „mądrzejszymi”. Z bliskimi ci osobami, które mówią, że to co robisz nic nie znaczy i dla nich jest to „zabawa” – bo przecież nie przyniesie ci to bogactwa. Z przyjaciółmi, czy też osobami, których za przyjaciół uważałeś.

Nie mówię też, że to, że „Mapa Cieni” została wydana sprawiło, że teraz to jestem KIMŚ. Nie. Prawdopodobnie pojawią się wkrótce także złe opinie o książce – nie każdemu się spodoba i nie jest też idealna. Dziś napisałbym ją inaczej. Być może „Mapa” okaże się klapą – kto wie. Może tak się stać.

Ale wiecie – spełniłem swoje marzenie. Nie poszedłem na łatwiznę. Wybrałem trudniejszą drogę. I czuję się z tego powodu dumny jak cholera – to coś, co wydarłem zębami. I tak, mam z tego powodu niesamowitą satysfakcję.

Kolejne marzenie odhaczone. Zostało mi jeszcze parę, ale gdybym dziś miał umierać, umierałbym czując, że czas nie przeciekał mi przez palce i moje życie coś znaczyło.

Nikt mi tego uczucia nie odbierze.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Okładka „Mapy Cieni”!

No i co – tutaj nie ma co gadać, tu trzeba pokazywać. Więc proszę. Oto okładka mojej (i nie tylko, ale jednak) książki i – mam nadzieję – pierwszej z serii książek o polskich nawiedzonych miejscach. 

 

mapa-cieni-okladka_full-v7-1

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

CIASTECZKOWY POTWÓR

Ukazało się moje opowiadanie „CIASTECZKOWY POTWÓR” w rocznicowym numerze Magazyn Histeria. Opowiadanie dla mnie bardzo ważne, bo chociaż może wydawać się lekkie i „mało soczyste”, to zawiera w sobie cały mój strach, moją obawy i panikę. A przy tym jest też powrotem do dzieciństwa, chwil spędzonych w uroczym pałacu w Janowicach.

Rzadko też mi się zdarza pisać przy czymś innym, niż soundtrack z „Solaris”. Tym razem jednak pisałem tylko przy jednym kawałku i go też polecam do czytania: https://www.youtube.com/watch?v=DaH4W1rY9us

Zostawiam Was z odkryciem, jakiego dokonałem – To jestem ja, to są Janowice.
I serio, serio NIE MAM POJĘCIA co to jest za dziewczynka. A na pewno nie inspirowałem się tym zdjęciem przy pisaniu, bo znalazłem je dopiero niedawno…

Janowice

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

„Zarlivec” – Howard Horror #22

„Michał Stonawski, tłumaczony na…” – takie zdanie było do niedawna dla mnie abstrakcją. Byłem wydawany, ale tłumaczony? Zmieniło się to, kiedy moje opowiadanie „Totolot” zostało wydrukowane w niemiecko-polskiej antologii „Dzieciństwo w Niemczech/dzieciństwo w Polsce”. Ale jeden raz to ciągle jeden raz. Wypadek przy pracy, można powiedzieć. Tymczasem z dniem dzisiejszym moje pisanie zawędrowało znów poza granice naszego kraju – tym razem do Czech. 

W kraju dobrego piwa wydawany jest magazyn „Howard” zaś w jego 22 numerze ukazało się moje opowiadanie „Zarlivec”, co po polsku oznaczać będzie „Zazdrośnik”. Jednocześnie mogę powiedzieć, że to akurat opowiadanie będzie niedługo publikowane także w ojczystym języku, więc jeśli nie umiecie czeskiego – to się nie przejmujcie.

 

Zapraszam na stronę magazynu.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

O Dyscyplinie i strachu

Nie umiem pisać. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało u osoby wydającej co jakiś czas swoje pisanie – nie umiem pisać dobrze. Nie umiem pisać higienicznie. Moje pisanie jest brudne i męczące, jak zmaganie się z samym sobą. Dlaczego? Brakuje mi dyscypliny. 

Im dłużej żyję i piszę, tym bardziej widzę swoje braki. Lenistwo, głupotę, łatwowierność. No i właśnie – brak dyscypliny. I wstyd. Jako piętnastolatek po raz pierwszy zmierzyłem się z poważną krytyką zupełnie obcych (i znających się na swojej pracy) osób, poddając moje blogowe opowiadania pod ich szkiełko i oko. I oczywiście – zabolał mnie ich odzew bardzo. Zamiast zachwytów, dostałem solidnie skopany. Co w takiej sytuacji zrobiłby mądry człowiek? Wziął krytykę na klatę. Co zrobiła moja młodsza wersja? Zaczęła perorować o wenie, wiatrach i innych tego typu rzeczach. Bo jak to tak – wy, wielcy pisarze, nie znacie WENY?

A oni na to: nie ma weny. Jest ciężka praca.

I mieli rację.

A mimo tego, wiele lat później, traktując krytykę jako błogosławieństwo (o ile jest konstruktywna, a nie sprowadza się do wymyślania mi od debili bo coś się komuś nie spodobało ideologicznie), którego doświadczam niestety coraz mniej, walczę ze wstydem pozostałym po tamtym spotkaniu. Nie, nie chodzi o teksty – sam bym siebie ostro skrytykował za nie i jestem wdzięczny tym, którzy to zrobili. Chodzi o to poczucie, że jednak jest coś więcej w tym pisaniu. Że robię to, bo niesamowicie lubię to – dosyć osobiste i mistyczne – uczucie jakie towarzyszy tworzeniu. Nie wyzbyłem się z siebie dziecka. Ani naiwności. Często to pokutuje, ale ma też swoje dobre strony. Chociaż zgadzam się, że to „coś więcej” to tylko mała część procesu pisania. Reszta to naprawdę ostra praca bez perspektyw – bo tak to trzeba traktować, aby się nie rozczarowywać i być zaskakiwanym, jeśli jakieś perspektywy się pokażą.

W całym tym jednak procesie odczuwam u siebie poważny brak. Lukę. Wadę, której mimo 26 lat na karku nie umiem załatać – brak dyscypliny. Nigdy nie miałem dyscypliny. Różni ludzie próbowali mi ją wpoić – z reguły groźbą, szantażem, albo pasem czy kablem od żelazka. A ja zawsze byłem niepokorny i im bardziej ktoś naciskał, tym bardziej szedłem w drugą stronę. I ta cecha charakteru mi została, co… ma swoje wady i zalety (do wad i zalet zaliczę wkurzanie ludzi w internetowych dyskusjach, którzy próbują na mnie szantażu czy gróźb właśnie. To się nigdy nie uda).

Problem w tym, że dyscypliny nigdy nie zyskałem. Cicho zazdroszczę takim ludziom jak Andrzej Pilipiuk, którzy codziennie potrafią się zebrać do pisania. To będzie dziwne, co powiem, ale kiedy nie piszę – to boję się zacząć. Nie rozumiem tego mechanizmu, nie wiem do końca czego się boję, ale się boję. Kiedy już zacznę – nie istnieje nic prócz pisania. Problem w tym, żeby zacząć. Nie mam problemów z blokiem pisarskim – nauczyłem sobie z tym radzić. Znalazłem wytrych, który całkiem nieźle działa w moim przypadku – bo by się odblokować, wystarczy po prostu zacząć pisać. Cokolwiek.  Ale usiąść i zabrać się do pracy?

Trzeba posprzątać mieszkanie.

Umyć naczynia.

Zrobić obiad.

Wyczyścić biurko.

Posegregować dokumenty.

Napisać na blogu wpis o pisaniu.

Z kolei, jak już zacznę, to nie mogę skończyć. Wpadam w ciąg. Budzę się – piszę, potem czekam do następnego dnia tylko po to, by się obudzić i pisać. Ale wystarczy jedno wydarzenie, które mi ten proces, ten ciąg zaburzy – wyjście na piwo zamiast pisania. Ktoś przyjdzie i będzie czegoś chciał. Cokolwiek. I znów mija parę dni, w skrajnych przypadkach nawet tydzień, zanim znów usiądę do pracy.

Boję się także po pisaniu. Kiedy skończę, mam wrażenie, że mogłem napisać gniota. Może przegadałem, albo popadłem w grafomanię? Może fabuła jest zbyt oczywista? Może ja tak naprawdę nigdy nie powinienem pisać? Wydają mnie – ale cóż z tego. Dzisiaj wydają dużo gniotów. Moje pisanie może być jednym z nich. Ludziom się podoba, ale cóż z tego – znajdą się i tacy, którym podoba się „Zmierzch”.

To uczucie umiem okiełznać – nauczył mnie tego Adam Zalewski, człowiek, którego mogę nazwać swoim mistrzem – bo pomógł mi swego czasu tak, jak nikt inny nigdy mi nie pomógł. Nauczył mnie poczucia wartości. Od wielu innych pisarzy dostałem cenne rady i nigdy nie zapomnę ich pomocy, jak Romek Pawlak, Andrzej Pilipiuk czy Kazek Kyrcz, ale właśnie dzięki Adamowi Zalewskiemu zapanowałem nad strachem.

Nikt mnie nie nauczył dyscypliny. Dyscypliny nie da się nauczyć i nie da się jej wpoić – można kogoś wytrasować, prawda, ale to nie to samo. Tresura pozbawia osobowości. Próbowano mnie tresować i widziałem dzieciaki tresowane przez swoich rodziców tak, jak tresuje się psy. Za każdym razem chciało mi się rzygać.

Puenty nie będzie. Wyrzuciłem co chciałem i jednocześnie obnażyłem się przed Internetem, co może zostać wykorzystane przeciwko mnie. Chyba czas znów wpaść w „ciąg”. Znów walczyć z lenistwem, samym sobą i ubrudzić się przy pisaniu w walce o samodyscyplinę. I chyba tak już zostanie – na tym może polegać samodoskonalenie się. W walce z samym sobą.

O siebie.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Ostatni Dzień Pary II – premiera!

Dzisiaj premiera! Można już pobierać i radować się kolejnym, bo drugim tomem antologii „Ostatni dzień pary”. Jak i w zeszłym roku miałem zaszczyt znaleźć się wśród jury: Maciej Pitala, Katarzyna Koćma, Karolina Cisowska, Mirosław Goluński, Marta Kładź-Kocot, Michał Stonawski, Adam Podlewski. I ja już wiem, że pomiędzy okładkami skrywają się steampunkowo-postapokaliptyczne perełki! 

ODP 2222Na drugi tom antologii Ostatni dzień pary złożyło się 17 opowiadań konkursowych oraz 19 tekstów najciekawszych twórców współczesnej polskiej fantastyki, wśród których znaleźli się m.in. Rafał Dębski, Arkady Saulski, Michał Cholewa, Sebastian Uznański, Marcin Przybyłek i Piotr Patykiewicz. Teksty wzbogacają ilustracje współpracujących z gronem redakcyjnym artystów.

Spis treści zbioru:

  • Marcin Podlewski
    Księżniczka Nakręcana. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13
    Martyna Walerowicz
    Modlitwa o koniec świata . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27
    Sebastian Uznański
    Ostatni wśród golemów. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 41
    Barbara Szeląg
    Zwierzęca rewolucja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 61
    Jacek Wróbel
    Utopia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 79
    Karolina Fedyk
    Lisie ognie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101
    Marcin Rusnak
    Podwójne życie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 119
    Rafał Charłampowicz
    Jazda. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 137
    Kornel Mikołajczyk
    Sekretny gaz. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 155
    Agnieszka Nosek
    Kukułka. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187
    Paulina Kuchta
    Promocji więcej nie będzie. . . . . . . . . . . . . . . . . . 199
    Radosław Dąbrowski
    Bij, ile sił. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 207
    Arkady Saulski
    Good Morning, America! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 219
    Bartłomiej Sztobryn
    Pamiętam, że się w tobie zakocham. . . . . . . . . . . . 227
    Maria Dunkel
    Niebo malowane fioletem . . . . . . . . . . . . . . . . . . 243
    Sebastian Lepianka
    Kawka. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265
    Grzegorz Piórkowski
    Recenzja Ziemi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 281
    Katarzyna Kołodziejska
    Godzina wilka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 297
    Michał Cholewa
    Dziedzictwo Covenów. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313
    Julian Podgórski
    Podniebny Kuryer. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 375
    Marcin Sergiusz Przybyłek
    Stara kobieta i smok. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 393
    Justyna Macina
    Miasto Kominów. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 445
    Filip Laskowski
    Wataha . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 457
    Bartłomiej Tomaszewski
    Żywy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 471
    Michał Studniarek
    Ostatni wynalazek profesora Dimona. . . . . . . . . . 487
    Karolina Cisowska
    Motylarnia pana Shi. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 513
    Konrad Knapek
    Pryzmat Józefa Sanackiego i co przezeń ujrzałem. . 527
    Adam Podlewski
    Wyspa Doktora Wilczura. . . . . . . . . . . . . . . . . . 543
    Barbara Mikulska
    Reputacja. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 557
    Piotr Patykiewicz
    Czterdzieści i cztery . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 573
    Joanna Ostrowska
    Do ostatniego gościa. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 603
    Rafał Dębski
    Królewiątko. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 613
    Justyna Lech
    Adoracja. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 641
    Aleksander Daukszewicz
    Wilk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 657
    Henryk Tur
    …i jeszcze będzie Polska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 669
    Katarzyna Uznańska
    Contessa. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 677
    Simon Zack
    Carpe D. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 703

ODP II POBIERZECIE TUTAJ

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Page 1 of 26

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén