Stało się – „Mapa Cieni”, moja pierwsza książka (którą dzielę ze wspaniałymi autorami), ujrzała światło dzienne i można ją już kupić. Projekt, który zapowiadałem od lat i na który od lat czekałem wyszedł ze sfery fantazji. Projekt, który był dla mnie niczym faktyczne dziecko – bo chuchałem i dmuchałem na niego nawet (a może zwłaszcza) wtedy, kiedy inni tracili wiarę. Ja nie straciłem jej nigdy. I przede wszystkim – co obiecałem, dociągnąłem do końca. Kosztem wielu wyrzeczeń i ryzyka. Dzisiaj chcę (się chwalić) opowiedzieć Wam, jak to wszystko się stało. A na wstępie chciałem szczególnie podziękować Mirkom i Mirabelkom z serwisu Wykop.pl, którzy już dwa razy wykopywali na główną informacje o „Mapie” – w dosyć dużych przedziałach czasowych, TUTAJ i TUTAJ

„Zostanę pisarzem!” –  postanowił sobie pewnego dnia mały, ośmioletni chłopiec. Mając 18 lat chłopiec wziął udział w ogólnopolskim konkursie literackim i zdobył nagrodę, która do do dziś stoi w salonie, na regale z książkami. Nim do tego doszło, przebył cholernie ciężką i niewdzięczną drogę.

Widzicie, można sobie postawić cel, ale im bardziej jest on ambitny, tym więcej trzeba poświęcić, by do niego dotrzeć. Mnie wszyscy mówili, że pisarzem nie zostanę. Mama, która widziała we mnie prawnika albo lekarza (ktoś, kto dobrze zarabia i jest FACETEM), nauczyciele, szczególnie polonistki, które ilekroć usłyszały o moim pisaniu potrafiły dostać prawdziwej histerii skończonej zwykle paroma jedynkami do dziennika i ludzie, ogólnie. I w sumie nie mogę mieć im tego za złe – bo kiedy ktoś, kto pisze w taki sposób:

o kunfa

Mówi, że będzie pisarzem, to co poniektórych ogarnia śmiech. Zwłaszcza, jeśli ma jeszcze czelność publikować swoje opowiadania w Internecie. W 2005 roku miałem 14 lat i niezmordowanie pisałem. I nawet zyskiwałem czytelników, bo na Gram.pl mój cykl historyjek okazał się być dla kogoś ciekawy. Pomysł był przecież oryginalny – pisałem o forumowiczach i forum, ale zrobiłem z nich wojowników zaś z samego forum – świat fantasy. „Gramstory” w momencie zakończenia liczyło sobie ponad 140 stron A4. Objętościowo nadawało się na książkę. Merytorycznie (i technicznie) – ani trochę. Niemniej dzięki uporowi, wręcz maniakalnemu podejściu do tematu, pięć lat później, w 2010 roku byłem człowiekiem, który debiutował na papierze. Wbrew wszystkim.

Wielokrotnie zarzucano mi, że jestem butny. Że nie słucham słów krytyki. I chociaż mogę powiedzieć, że słowa takie docierają (i słucham sensownych argumentów), to muszę przyznać, że krytykujący mnie człowiek (szczególnie, jeśli tyczy się to krytyki personalnej) nie dostanie satysfakcji. Nie uda się mu mnie dotknąć, ani zranić. Co oczywiście sprawia, że wielu osobom wyskakuje momentalnie piana na usta. Cały ten proces to właśnie wynik drogi, jaką obrałem – zacisnąć zęby i przeć do celu. Albo dotrę, albo padnę w trakcie.

Nie mówię tego, żeby się przechwalać (chociaż na pewno łechce mi to ego, jestem przecież człowiekiem) – ważne jest, byście zrozumieli, czemu wybrałem takie, a nie inne rozwiązanie w przypadku „Mapy”. Bo mogłem przecież zebrać ludzi, napisać książkę i wydać ją jako selfpublishing. W tym przypadku książka ukazałaby się już cztery lata temu, mnie i wielu innym osobom oszczędzając nerwów. Ale… czy byłoby to właściwe? Wybrałem trudniejszą drogę – wydawnictwo.

Bycie pisarzem oznaczało dla mnie zawsze coś więcej, niż pójście na łatwiznę. To było docenienie przez kogoś, jakaś selekcja, jakiś proces wydawniczy. Cała ta magia. Gdybym wydawał sam – dołączyłbym do „wielu innych” którzy w zasadzie wydrukowali sobie książkę. Sami sobie, rozumiecie. A potem nazwali się Pisarzami. Koniecznie przez duże P.

Mam ogólnie wrażenie, że dzisiaj życie biegnie tak szybko, że ludziom brakuje cierpliwości. Widziałem to przy projekcie nagrody Grabińskiego, kiedy wiele (acz nie wszystkie) osób chciała mieć NAGRODĘ z prawdziwego zdarzenia – robioną oddolnie i bez perspektyw na dotacje – już po pierwszym roku działania. Tak po prostu: coś wielkiego, znaczącego, ale tak, by zbyt dużo czasu nie minęło. Już, zaraz, teraz. Natychmiast. Myślę, że każdy duży projekt, który ma szanse na sukces, musi przejść tą fazę, kiedy nic się prawie nie udaje. To próba charakteru. Nie chcę popadać w mistycyzm, ale to tak, jakby wyzwać kosmos na pojedynek – niejeden straci wiarę i odejdzie. Przy „Mapie Cieni” wiarę traciło bardzo dużo osób. Ostatecznie – i będzie to dla mnie gorzka lekcja do końca życia – wiarę stracił i mój przyjaciel, dla którego dziesięć lat przyjaźni okazało się na końcu nic nie warte.

Można było się zniechęcić, zobaczcie: 

– Pomysł na „Mapę Cieni” – książki łączącej opowiadania i publicystykę w jedno – pojawił się w okolicach 2010 roku, po tym, jak odwiedziłem dom na Kosocickiej i zobaczyłem tam… hmm. COŚ ,
– prace nad „Mapą” rozpoczęły się w 2012 roku. Przez ten czas razem z Krzysztofem Bilińskim jeździliśmy po (podobno) nawiedzonych miejscach, rozmawialiśmy z ludźmi, zapraszałem autorów,
– tytuł „Mapa Cieni” wymyślił Marek Grzywacz w lutym 2013 roku,
– w kwietniu 2013 roku książka była skończona i miała wydawcę,
– proces wydawniczy trwał do lutego 2014 roku, kiedy okazało się, że jednak wydawca książki nie wyda,
– kwiecień 2014 roku przyniósł dobre wieści – udało się znaleźć nowego wydawcę – bardzo duże i bardzo poważne („topowe”) wydawnictwo z Warszawy i już w maju byliśmy po rozmowach i „umowach przedwstępnych”.
– W okolicach listopada 2014 okazało się jednak, że wydawca nie udźwignie książki z uwagi na finanse.
– Szukając wydawców i szlifując książkę dotrwaliśmy do lipca 2015, kiedy podpisaliśmy umowę z wydawnictwem Van Der Book.
– W międzyczasie dopisaliśmy nowe nawiedzone miejsce i doszlifowaliśmy książkę, między innymi pojawiło się zakończenie historii o Kosocickiej.
– W październiku 2016 wydawnictwo ruszyło ze zbiórką pieniędzy na portalu Wspieram.to, aby wydać książkę i promować ją. Tutaj bardzo pomógł jeden z członków wydawnictwa, Szymon Żakiewicz, który dokonał cudów w kwestii uruchomienia promocji.
– Pod koniec listopada 2016 akcja zakończyła się pełnym sukcesem, zebrane zostało 9 000, książkę kupiło prawie 70 osób.
– „Mapa Cieni” została wydana i zaczęła wędrować do autorów i wspierających 19 kwietnia 2017 roku.
–  Od 26 kwietnia można ją kupić w sklepie wydawnictwa Van Der Book.

To są rekordy oczekiwania. Nawet jeśli spojrzy się na upadający rynek wydawniczy. Projekt, który cieszył się niesamowitym powodzeniem, a który nie mógł być wydany przez lata. Absurd. Niedowierzanie. Brak nadziei i dużo, dużo emocji.

Zaparłem się. Dzięki pomocy takich osób, jak Szymon Żakiewicz, który również zacisnął zęby i robił co mógł, by chociaż zrealizować akcję na wspieram.to, książka w ogóle miała szanse się ukazać w jakimś sensownym czasie. Tak jak kiedyś, twierdząc, że uda mi się wydawać na papierze, tak i teraz – wbrew krytyce, wbrew mądrym głowom mówiącym, że może czas odpuścić, wbrew wszystkim, którzy po prostu sobie kpili, postanowiłem, że doprowadzę temat do końca. Ruszyła akcja na wspieram.to a ja poruszyłem niebo i ziemię, aby zdobyć te 8.500zł. Byłem wszędzie, pisałem gdzie tylko mogłem, zainteresowałem ludzi na Wykopie (mam olbrzymi szacunek do tego portalu za takie akcje). Ilekroć rozmawiałem z ludźmi o wspieram.to/mapacieni, widziałem, że nie wierzą, że to się w ogóle może udać. A kiedy się udało, słyszałem tylko ciszę.

Zaraz mi ktoś wytknie, że się chwalę co to to ja nie jestem. Że „nosze głowę wysoko”. Nie chwalenie się jest jednak moim celem, ale najprostsza prawda – jeśli w coś wierzysz, musisz walczyć o to z całym światem. Nie z jakimiś „wrogami”. Z całym. Cholernym. Światem. Z niedowiarkami. Z kpiarzami. Z „mądrzejszymi”. Z bliskimi ci osobami, które mówią, że to co robisz nic nie znaczy i dla nich jest to „zabawa” – bo przecież nie przyniesie ci to bogactwa. Z przyjaciółmi, czy też osobami, których za przyjaciół uważałeś.

Nie mówię też, że to, że „Mapa Cieni” została wydana sprawiło, że teraz to jestem KIMŚ. Nie. Prawdopodobnie pojawią się wkrótce także złe opinie o książce – nie każdemu się spodoba i nie jest też idealna. Dziś napisałbym ją inaczej. Być może „Mapa” okaże się klapą – kto wie. Może tak się stać.

Ale wiecie – spełniłem swoje marzenie. Nie poszedłem na łatwiznę. Wybrałem trudniejszą drogę. I czuję się z tego powodu dumny jak cholera – to coś, co wydarłem zębami. I tak, mam z tego powodu niesamowitą satysfakcję.

Kolejne marzenie odhaczone. Zostało mi jeszcze parę, ale gdybym dziś miał umierać, umierałbym czując, że czas nie przeciekał mi przez palce i moje życie coś znaczyło.

Nikt mi tego uczucia nie odbierze.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments