Tag: wykop

O tym, jak spełniać marzenia – MAPA CIENI

Stało się – „Mapa Cieni”, moja pierwsza książka (którą dzielę ze wspaniałymi autorami), ujrzała światło dzienne i można ją już kupić. Projekt, który zapowiadałem od lat i na który od lat czekałem wyszedł ze sfery fantazji. Projekt, który był dla mnie niczym faktyczne dziecko – bo chuchałem i dmuchałem na niego nawet (a może zwłaszcza) wtedy, kiedy inni tracili wiarę. Ja nie straciłem jej nigdy. I przede wszystkim – co obiecałem, dociągnąłem do końca. Kosztem wielu wyrzeczeń i ryzyka. Dzisiaj chcę (się chwalić) opowiedzieć Wam, jak to wszystko się stało. A na wstępie chciałem szczególnie podziękować Mirkom i Mirabelkom z serwisu Wykop.pl, którzy już dwa razy wykopywali na główną informacje o „Mapie” – w dosyć dużych przedziałach czasowych, TUTAJ i TUTAJ

„Zostanę pisarzem!” –  postanowił sobie pewnego dnia mały, ośmioletni chłopiec. Mając 18 lat chłopiec wziął udział w ogólnopolskim konkursie literackim i zdobył nagrodę, która do do dziś stoi w salonie, na regale z książkami. Nim do tego doszło, przebył cholernie ciężką i niewdzięczną drogę.

Widzicie, można sobie postawić cel, ale im bardziej jest on ambitny, tym więcej trzeba poświęcić, by do niego dotrzeć. Mnie wszyscy mówili, że pisarzem nie zostanę. Mama, która widziała we mnie prawnika albo lekarza (ktoś, kto dobrze zarabia i jest FACETEM), nauczyciele, szczególnie polonistki, które ilekroć usłyszały o moim pisaniu potrafiły dostać prawdziwej histerii skończonej zwykle paroma jedynkami do dziennika i ludzie, ogólnie. I w sumie nie mogę mieć im tego za złe – bo kiedy ktoś, kto pisze w taki sposób:

o kunfa

Mówi, że będzie pisarzem, to co poniektórych ogarnia śmiech. Zwłaszcza, jeśli ma jeszcze czelność publikować swoje opowiadania w Internecie. W 2005 roku miałem 14 lat i niezmordowanie pisałem. I nawet zyskiwałem czytelników, bo na Gram.pl mój cykl historyjek okazał się być dla kogoś ciekawy. Pomysł był przecież oryginalny – pisałem o forumowiczach i forum, ale zrobiłem z nich wojowników zaś z samego forum – świat fantasy. „Gramstory” w momencie zakończenia liczyło sobie ponad 140 stron A4. Objętościowo nadawało się na książkę. Merytorycznie (i technicznie) – ani trochę. Niemniej dzięki uporowi, wręcz maniakalnemu podejściu do tematu, pięć lat później, w 2010 roku byłem człowiekiem, który debiutował na papierze. Wbrew wszystkim.

Wielokrotnie zarzucano mi, że jestem butny. Że nie słucham słów krytyki. I chociaż mogę powiedzieć, że słowa takie docierają (i słucham sensownych argumentów), to muszę przyznać, że krytykujący mnie człowiek (szczególnie, jeśli tyczy się to krytyki personalnej) nie dostanie satysfakcji. Nie uda się mu mnie dotknąć, ani zranić. Co oczywiście sprawia, że wielu osobom wyskakuje momentalnie piana na usta. Cały ten proces to właśnie wynik drogi, jaką obrałem – zacisnąć zęby i przeć do celu. Albo dotrę, albo padnę w trakcie.

Nie mówię tego, żeby się przechwalać (chociaż na pewno łechce mi to ego, jestem przecież człowiekiem) – ważne jest, byście zrozumieli, czemu wybrałem takie, a nie inne rozwiązanie w przypadku „Mapy”. Bo mogłem przecież zebrać ludzi, napisać książkę i wydać ją jako selfpublishing. W tym przypadku książka ukazałaby się już cztery lata temu, mnie i wielu innym osobom oszczędzając nerwów. Ale… czy byłoby to właściwe? Wybrałem trudniejszą drogę – wydawnictwo.

Bycie pisarzem oznaczało dla mnie zawsze coś więcej, niż pójście na łatwiznę. To było docenienie przez kogoś, jakaś selekcja, jakiś proces wydawniczy. Cała ta magia. Gdybym wydawał sam – dołączyłbym do „wielu innych” którzy w zasadzie wydrukowali sobie książkę. Sami sobie, rozumiecie. A potem nazwali się Pisarzami. Koniecznie przez duże P.

Mam ogólnie wrażenie, że dzisiaj życie biegnie tak szybko, że ludziom brakuje cierpliwości. Widziałem to przy projekcie nagrody Grabińskiego, kiedy wiele (acz nie wszystkie) osób chciała mieć NAGRODĘ z prawdziwego zdarzenia – robioną oddolnie i bez perspektyw na dotacje – już po pierwszym roku działania. Tak po prostu: coś wielkiego, znaczącego, ale tak, by zbyt dużo czasu nie minęło. Już, zaraz, teraz. Natychmiast. Myślę, że każdy duży projekt, który ma szanse na sukces, musi przejść tą fazę, kiedy nic się prawie nie udaje. To próba charakteru. Nie chcę popadać w mistycyzm, ale to tak, jakby wyzwać kosmos na pojedynek – niejeden straci wiarę i odejdzie. Przy „Mapie Cieni” wiarę traciło bardzo dużo osób. Ostatecznie – i będzie to dla mnie gorzka lekcja do końca życia – wiarę stracił i mój przyjaciel, dla którego dziesięć lat przyjaźni okazało się na końcu nic nie warte.

Można było się zniechęcić, zobaczcie: 

– Pomysł na „Mapę Cieni” – książki łączącej opowiadania i publicystykę w jedno – pojawił się w okolicach 2010 roku, po tym, jak odwiedziłem dom na Kosocickiej i zobaczyłem tam… hmm. COŚ ,
– prace nad „Mapą” rozpoczęły się w 2012 roku. Przez ten czas razem z Krzysztofem Bilińskim jeździliśmy po (podobno) nawiedzonych miejscach, rozmawialiśmy z ludźmi, zapraszałem autorów,
– tytuł „Mapa Cieni” wymyślił Marek Grzywacz w lutym 2013 roku,
– w kwietniu 2013 roku książka była skończona i miała wydawcę,
– proces wydawniczy trwał do lutego 2014 roku, kiedy okazało się, że jednak wydawca książki nie wyda,
– kwiecień 2014 roku przyniósł dobre wieści – udało się znaleźć nowego wydawcę – bardzo duże i bardzo poważne („topowe”) wydawnictwo z Warszawy i już w maju byliśmy po rozmowach i „umowach przedwstępnych”.
– W okolicach listopada 2014 okazało się jednak, że wydawca nie udźwignie książki z uwagi na finanse.
– Szukając wydawców i szlifując książkę dotrwaliśmy do lipca 2015, kiedy podpisaliśmy umowę z wydawnictwem Van Der Book.
– W międzyczasie dopisaliśmy nowe nawiedzone miejsce i doszlifowaliśmy książkę, między innymi pojawiło się zakończenie historii o Kosocickiej.
– W październiku 2016 wydawnictwo ruszyło ze zbiórką pieniędzy na portalu Wspieram.to, aby wydać książkę i promować ją. Tutaj bardzo pomógł jeden z członków wydawnictwa, Szymon Żakiewicz, który dokonał cudów w kwestii uruchomienia promocji.
– Pod koniec listopada 2016 akcja zakończyła się pełnym sukcesem, zebrane zostało 9 000, książkę kupiło prawie 70 osób.
– „Mapa Cieni” została wydana i zaczęła wędrować do autorów i wspierających 19 kwietnia 2017 roku.
–  Od 26 kwietnia można ją kupić w sklepie wydawnictwa Van Der Book.

To są rekordy oczekiwania. Nawet jeśli spojrzy się na upadający rynek wydawniczy. Projekt, który cieszył się niesamowitym powodzeniem, a który nie mógł być wydany przez lata. Absurd. Niedowierzanie. Brak nadziei i dużo, dużo emocji.

Zaparłem się. Dzięki pomocy takich osób, jak Szymon Żakiewicz, który również zacisnął zęby i robił co mógł, by chociaż zrealizować akcję na wspieram.to, książka w ogóle miała szanse się ukazać w jakimś sensownym czasie. Tak jak kiedyś, twierdząc, że uda mi się wydawać na papierze, tak i teraz – wbrew krytyce, wbrew mądrym głowom mówiącym, że może czas odpuścić, wbrew wszystkim, którzy po prostu sobie kpili, postanowiłem, że doprowadzę temat do końca. Ruszyła akcja na wspieram.to a ja poruszyłem niebo i ziemię, aby zdobyć te 8.500zł. Byłem wszędzie, pisałem gdzie tylko mogłem, zainteresowałem ludzi na Wykopie (mam olbrzymi szacunek do tego portalu za takie akcje). Ilekroć rozmawiałem z ludźmi o wspieram.to/mapacieni, widziałem, że nie wierzą, że to się w ogóle może udać. A kiedy się udało, słyszałem tylko ciszę.

Zaraz mi ktoś wytknie, że się chwalę co to to ja nie jestem. Że „nosze głowę wysoko”. Nie chwalenie się jest jednak moim celem, ale najprostsza prawda – jeśli w coś wierzysz, musisz walczyć o to z całym światem. Nie z jakimiś „wrogami”. Z całym. Cholernym. Światem. Z niedowiarkami. Z kpiarzami. Z „mądrzejszymi”. Z bliskimi ci osobami, które mówią, że to co robisz nic nie znaczy i dla nich jest to „zabawa” – bo przecież nie przyniesie ci to bogactwa. Z przyjaciółmi, czy też osobami, których za przyjaciół uważałeś.

Nie mówię też, że to, że „Mapa Cieni” została wydana sprawiło, że teraz to jestem KIMŚ. Nie. Prawdopodobnie pojawią się wkrótce także złe opinie o książce – nie każdemu się spodoba i nie jest też idealna. Dziś napisałbym ją inaczej. Być może „Mapa” okaże się klapą – kto wie. Może tak się stać.

Ale wiecie – spełniłem swoje marzenie. Nie poszedłem na łatwiznę. Wybrałem trudniejszą drogę. I czuję się z tego powodu dumny jak cholera – to coś, co wydarłem zębami. I tak, mam z tego powodu niesamowitą satysfakcję.

Kolejne marzenie odhaczone. Zostało mi jeszcze parę, ale gdybym dziś miał umierać, umierałbym czując, że czas nie przeciekał mi przez palce i moje życie coś znaczyło.

Nikt mi tego uczucia nie odbierze.

O tym, jak radzić sobie z kradzieżą

best

14 Grudnia 2013 roku zdumiałem się bardzo, widząc jak w niezwykłe zakątki polski mogą dojść moje słowa – na przykład do Wrocławia, na Uniwersytet Ekonomiczny, a jeszcze dokładniej – do gazety studenckiej „BEST”. Problem polegał na tym, że artykuł „Matrix dla opornych” został podpisany „Przemysław Trzaska” zamiast „Michał Stonawski”, zaś sam Michał Stonawski (czyli niżej podpisany autor) nic o tym fakcie nie wiedział.  

plagiat2

Z całej duszy nienawidzę złodziejstwa. Szczególnie złodziejstwa głupiego, bowiem jak można splagiatować artykuł okładkowy, w dodatku – splagiatować metodą kopiuj-wklej, nie zmieniając dosłownie niczego. No, może poza imieniem i nazwiskiem autora. Złodziej Trzaska na wstępie mnie więc porządnie wkurzył, by nie nazwać to inaczej. Niemniej, nie dowiedziałbym się o tym fakcie (albo dowiedział dawno po nim), gdyby nie mail od życzliwego czytelnika, któremu nie mogę podziękować imiennie, bo z imienia go nie znam… niemniej, z chęcią postawiłbym mu piwo. Więc jeśli mnie teraz czyta – niech o tym pamięta.

Oto, co zrobiłem:
– Dodałem informację o fakcie na swoim profilu autorskim, oraz prywatnym
– Napisałem na profilu pisma
– Napisałem do rzecznika prasowego Uniwersytetu Ekonomicznego, oraz Rektora tegoż. 
– Dodałem informację na wykop, celem zasięgnięcia pomocy (i nagłośnienia sytuacji). 

Z powyższych – nie udała się tylko akcja z Wykop.pl, gdzie mój „ból dupy”, jak to skomentowano, został prawie natychmiast zakopany, zaś ja pouczony, że z takimi rzeczami nie udaje się na Wykop.pl (jakbym nie widział tysięcy znalezisk polegających na sprawach złodziejskich. Tyle, że tam chodziło o rower, nie o własność intelektualną).

I tutaj także muszę podziękować – facebookowej (i blogowej i gram.pl-owej) grupie znajomych, rodziny, krytyków literackich, publicystów i pisarzy gatunków fantastyki i głównego nurtu, którzy natychmiast nagłośnili sytuację i stanęli za mną murem. Ale takim naprawdę wysokim i grubym. Takim na ponad 5000 osób z samego tylko jednego posta, która dowiedziała się o przestępstwie. Trudno by mi było wymienić z nazwiska wszystkich, dlatego (nie obraźcie się) wymienię parę nazwisk. O reszcie także pamiętam i obawiam się, że nie wypłacę się jeśli chodzi o stawianie piw wszystkim. Wyróżniam więc Konrada Staszewskiego za cenne rady prawne i Andrzeja Sawickiego z drugą połówką – za także cenne rady prawne i duuużo wsparcia. Dzięki. Serio. Piwo. Dwa piwa. Sami wiecie, zresztą.

Wracając do tematu – na efekty długo czekać nie było trzeba. Pod moim komentarzem na fanpage pisma pojawiła się nota o zaskoczeniu redakcji, chwilę później ze strony zniknęło samo pismo, a ja dostałem maila od red.nacz. Zresztą, co ja będę się rozpisywał – prowadziłem przecież dzienniczek, co i kiedy się stało. Oto i on:

14.12.13
– 14:48 – Dostaję maila od czytelnika.
– Piszę na Fanpage pisma
– Nagłaśniam sprawę na Facebooku
– Nagłaśniam sprawę na Wykopie – tu zostaję zakopany.
– Piszę maila do Rektora UE, oraz Rzecznika prasowego
– 18:12 – Parę godzin po mojej reakcji – pod moim komentarzem na głównej FB:
Opisana przez Pana sprawa jest dla nas ogromnym zaskoczeniem. Podjęliśmy stosowne kroki, w celu jej wyjaśnienia.
– 20:31 – Na maila dostaję prośbę o kontakt, numer do red. naczelnej pisma i prośbę o swój numer. Podaję swój numer i czekam na kontakt w sprawię wyjaśnienia i podjęcia kroków.
15.12.13
– Cisza ze strony rektora, rzecznika prasowego. Piszę także do radcy prawnego UE – dostaję wiadomość zwrotną, o niepowodzeniu. Czyżby mail nie istniał?
– Dalej czekam na kontakt ze strony pisma.
16.12.13
– 03:59 – Na stronie www pisma i pod moim komentarzem na ich fanpage (?!) pokazuje się „Wyjaśnienie w sprawie artykułu”:
Niezależna Gazeta Studentów B.e.s.t. informuje, iż tekst opublikowany w grudniowym wydaniu (str. 20-21), o tytule „Matrix dla opornych” nie został napisany przez osobę wskazaną w treści. Prawowitym autorem tekstu jest Pan Michał Stonawski, którego szczerze przepraszamy za zaistniałą sytuację. Jednocześnie podkreślamy, że redakcja pisma nigdy nie propagowała kradzieży i opisany incydent jest dla nas ogromnym zaskoczeniem. Dołożymy wszelkich starań, aby uniknąć podobnych problemów w przyszłości, co pociągnie za sobą również konsekwencje personalne.
– 07:25 – Piszę maila do red.nacz pisma z moimi postulatami i pytaniem, czemu nie było kontaktu telefonicznego.
– 11:25 – Dostaję maila od naczelnej pisma – z wyjaśnieniem i zgodą na warunki.
– 12:34 – Dostaję maila od rzecznika prasowego UE z informacją, iż sprawa jest wyjaśniana.
– 18:14 – Na fanpage pisma zostaje dodany oficjalny komunikat z przeprosinami, oraz oficjalne przeprosiny Przemysława Trzaski.

wyjaśnienie na stroniewww

przeprosiny

Złodziej został także wydalony z redakcji pisma. Dodatkowo, wedle dalszych moich żądań, przeprosiny ukażą się w następnym numerze pisma „Best” (nie omieszkam przeczytać), zaś w przywróconym numerze grudniowym artykuł „Matrix dla opornych” zostanie podpisany moim nazwiskiem (nie chciałem, by go całkiem usunięto – niech zostanie), oraz specjalną notą opisującą sprawę. Nie jest to jednak koniec – oprócz publicznego pokajania się i usunięcia z redakcji, Trzaska ma także zapewnione reperkusje na swojej uczelni, od której będę się domagał także noty na ich stronie głównej (o skutkach nie omieszkam poinformować na profilu autorskim). Czy to będzie wystarczająca lekcja? Być może.

Mógłbym, oczywiście, zgłaszać sprawę do sądu. Niemniej chciałbym zaznaczyć, że artykuł „Matrix dla opornych”, mimo niesamowitej wręcz oglądalności (8 tyś czytelników na blogu, wyróżnienie na głównej stronie serwisu Gram.pl) nie był artykułem mającym mi przynieść korzyści finansowe. Niewątpliwie mógłbym to zrobić… mógłbym. Zawczasu jednak przygotowałem sobie listę rzeczy, których mogę żądać w takiej sytuacji:

– Przeprosiny w nast. Numerze pisma.

– Przeprosiny na stronie pisma/ fanpage pisma

– Przeprosiny na stronie uniwersytetu

– Opatrzenie artykułu notą wyjaśniającą

– Wszystkie noty o treści, która wskazuje, że publikacji dokonano bez zgody i wiedzy autora.

– Domaganie się konsekwencji dla plagiatora, tak w piśmie, jak i na uczelni.

Wszystkie zostały, bądź zostaną spełnione. Nie odpuściłem, dopiąłem swego – tak, jak zapowiadałem. Nie myślę, by w sprawie niekomercyjnego wpisu na blogu robić rzeź i rąbankę – tu chodziło o lekcję i konsekwencje dla złodzieja, nie mordowanie i znęcanie się. I chyba ten cel udało się osiągnąć, niecierpliwie czekam zresztą na więcej informacji od rzecznika prasowego Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. I, a jakże, wiadomość od rektora.

Wykopki zbożowe

 


Parę lat temu, kiedy WoW zaczynał dopiero swoją karierę najsławniejszego MMO w sieci, na kulejących jeszcze serwerach gry doszło do ciekawego zjawiska – epidemii. I to najprawdziwszej, nie był to event, ani też działanie napisanego przez któregoś z Hackerów kodu. Wszystko zaczęło się, kiedy gracze doszli do komnat specyficznych bossów – odbierających życie graczom, którzy są blisko siebie, tak, jakby się nawzajem zarażali. Pomysł był bardzo ciekawy, niemniej nikt nie wziął pod uwagę, iż ten „wirus” przeniesie się na zwierzęta graczy i w ten sposób trafi na inne mapy. 

To było jak apokalipsa – całe miasta ginęły, silniejsi i słabsi gracze umierali i nawet, jeśli się zalogowali powtórnie – czekało ich to samo piekło. Szybko też zaczęły powstawać specjalne ośrodki pomocy, zaczęto blokować dzielnice… niektórzy gracze uciekali, by w leśnej głuszy spróbować przeżyć epidemię, inni – zarażali chorobą wszystkich dookoła. Specjalnie.

Sytuacja stała się pierwszą w historii prawdziwą cyber-epidemią, nie wywołaną przez nikogo specjalnie. Idealnym wręcz modelem zjawisk społecznych, jakie zwykle w takich przypadkach zachodzą… i tak przeszła do historii.

Odwołałem się do tego przypadku specjalnie, bowiem to, z czym mamy do czynienia dzisiaj na jednym z największych polskich serwisów w sieci – Wykopie –  także przybiera (jeśli nie przybrało) znamiona idealnej symulacji, czyli – ogólnie rzecz biorąc – rzeczywistej rewolucji, powstania i wytworzenia się samoświadomej społeczności, która nie życzy sobie „być rządzona”  – to ona chce rządzić.

Wbrew pozorom, cała „afera” nie zaczęła się od nagich zdjęć Elfik32 (ale do tego jeszcze wrócimy), ale w momencie, kiedy grupa Allegro wykupiła udziały serwisu, wprowadzając tym samym nowy porządek. Wbrew oświadczeniom administracji, iż „nic się nie zmieni”, szybko zaczęło dochodzić do mniejszych, lub większych incydentów niewłaściwego banowania użytkowników. To, co wydarzyło się ostatnio to tylko następny, już większy kloc domina… tym razem już o wiele poważniejszy i cięższy w znaczeniu.

Jeśli wierzyć przesłankom, młoda administratorka Wykopu zapragnęła nagiej sesji na polu zboża. I nie ma w tym nic złego – jak się okazało dziewczyna jest naprawdę ładna. Poza tym, kiedy zdjęcia wyciekły do sieci, nie miała w zasadzie nic przeciwko. Do czasu.

I tutaj zatrzymamy się na moment, bowiem specyfika internetu polega w głównej mierze albo na wyśmiewaniu się, albo też na popularnym zjawisku hejtu. Zaznaczyć trzeba, że nie są to wszystkie zjawiska i że – jak zawsze – istnieje lepsza strona medalu, jednak to, co się uwypukla na serwisach społecznościowych nie świadczy wcale dobrze o nas samych. Hejt, czy trolling (zatracający swoje pierwotne, forumowe znaczenie) posługują się prostym zjawiskiem lawiny. Nie wiem, jak było w tym przypadku, niemniej musiało dojść tak do wielu miłych reakcji, jak i negatywnych. Te ostatnie zaczęły się jednak nawarstwiać tuż po tym, jak pierwszy użytkownik – bordowy, co stanowi wysoką rangę w społeczności Wykopu – został niesłusznie zbanowany.

W odpowiedzi ktoś wrzucił archiwalny komentarz Elfik32 nie świadczący o niej zbyt dobrze. Oczywiście, dostał bana. Kula śniegowa zaczęła się toczyć, użytkownicy i administracja zaczęli wymieniać coraz silniejsze ciosy. I o ile zwykły użytkownik jest wobec admina niczym, tak – jak to w przypadku rewolucji – większość to po prostu lewiatan, potwór nie do zatrzymania.

W internecie nic nie znika – znamy tą zasadę, ale mało kto ma ją na rozwadze. Elfik32 też nie miała. Jej kontrowersyjne komentarze stały się obiektem pytań, czy „ktoś taki” powinien rządzić serwisem. Oczywiście, w odpowiedzi posypały się permanentne bany. Administracja już bez wyczucia usuwała konta każdego, kto tylko nawinął się pod kursor myszki. Na efekty tych rozpaczliwych działań nie trzeba było długo czekać.

Zalewające serwis „wykopki” o zbożu (nawiązanie do sesji administratorki) zaczęły piąć się w górę prawie dwa dni temu, na mniejszych serwisach powstały „komórki” spiskowców, naganiające ludzi i natychmiast „wykopujące” ich „znaleziska”. Administracja zareagowała z opóźnieniem – wszystko zostało skasowane, rozdano setki banów. A trzy minuty później strona główna i „wykopalisko” znów zapełniły się zbożem.

Myślałem, że cała akcja ucichnie po paru godzinach, tymczasem od dwóch blisko dni Wykop.pl jest polem na którym ciągle uprawia się zboże i mimo niszczycielskiej mocy huraganowego wiatru adminów, jest go coraz więcej i więcej. Wymiana ciosów przerodziła się w przepychankę i ten, kto wykaże więcej siły – wygra.

Dla osób w gruncie rzeczy postronnych, jak ja, obserwowanie tych zmagań jest swoistą ciekawostką – idealnym modelem zrywu wolnościowego, cyber-powstania i walki już nie o bany, czy bardzo ładną sesję, ale o wolność właśnie.

Pytanie jest oczywiste – co stanie się teraz, kto będzie słabszy? Kto upadnie i jak będzie wyglądał Wykop.pl później? Czy będzie to nowy serwis, założony przez użytkowników, który – bardzo możliwe – za parę lat popełni te same błędy, czy ugnie się administracja i wygra społeczność?

Pozostaje podziwiać.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi…

Polacy nie gęsi, własne książki mają.

 

Wpis na potrzeby wykopu napisany, oraz pewnej akcji, o której więcej pod spodem.

Usłyszałem gdzieś,  że w naszym kraju literatura grozy nie jest popularna. Potem jednak okazało się, że jest – bardzo. Wiele osób kocha Kinga, Mastertona, Campbella, Lee, czy Ketchuma. Przekonuję się o tym na wielu forach, podczas rozmów z fanami literatury, w bibliotekach.

Miałem ostatnio spotkanie autorskie, pogadankę o horrorze w zasadzie. Spytałem się;
„A znacie, lubicie horrory?”
– Oczywiście! – Odparli słuchacze.
Zapytałem o autorów. Ketchum! King! Masterton! Lovecraft!
A polscy?
Cisza.

Przyczyna?

Czy nie mamy w kraju autorów grozy? Owszem, mamy i to nie jednego. Czy piszą źle? Oczywiście, że nie! Nasza literatura jest bardzo rozwinięta, ukierunkowana na „coś więcej”. W zasadzie każdy z naszych autorów pisze inaczej, o czym innym. I ciekawie.

Nie będę się tu wywnętrzać. O rynku książki pisałem szczegółowiej tu i tu. Uogólniając, przyczyna tkwi w niedoinformowaniu.

Kiedy – czy to na forach, czy spotkaniach – wymieniam polskich autorów grozy, ludzie zwykle robią wielkie oczy. To ich jest tylu? To oni istnieją? To piszą o tym w ten a nie inny sposób? Czemu nie słyszeliśmy? Mów dalej!

Polska książka jest na naszym rynku niejako wypierana przez książkę anglojęzyczną. Czemu? Łatwiej wydawcy zarobić na „sprawdzonym” autorze. To raz. Dwa, że panuje obecnie trend, iż co zachodnie, to lepsze. Coś tak „niszowego” jak polska groza nie doczeka się większej promocji, póki czytelnicy nie będą się jej domagać. A nie będą się domagać, jeśli nie będą o niej wiedzieć. Zamknięte koło.

Dlatego książki polskich autorów grozy często są w takim (na przykład) empiku ustawiane po dwa, trzy egzemplarze, na dolnych półkach. Musisz się bardzo schylić, by zobaczyć. A skoro nie znasz, to i tak pewnie wybierzesz Kinga. Tu przynajmniej masz pewność co do jakości.

Dochodzi do sytuacji, w której rynki zagraniczne są dla nas zamknięte „bo oni mają własnych autorów” a nasz własny, otwarty na zagranicznych (czego nie ganię, osobiście kocham Kinga, Ketchuma i spółkę), zamyka się na naszych autorów.
Widzisz absurd?

A gdzie ci autorzy?

Już, za chwilę podam szczegóły akcji. Póki co, chciałbym wymienić (z pamięci) paru autorów. Dla informacji właśnie. Popatrz, ilu ich jest. A to nie wszyscy przecież!

(mały edit. Jeden z użytkowników wykopu dał mi znać, iż powinienem napisać parę słów o każdym z autorów. Postaram się, choć najlepiej i tak samemu poszukać informacji :))

  • Łukasz OrbitowskiChyba najbardziej znany z pisarzy grozy. Warto zwrócić uwagę na takie książki jak „Tracę ciepło” czy „Święty Wrocław”. Pisze bardzo realistycznie. To on „wprowadził grozę na blokowiska”
    Kazimierz Kyrcz Jr.
    – Głównie pisze z młodszymi twórcami, głównie działa w duetach. Specjalizuje się we wprowadzaniu do polski nowego gatunku literackiego, pochodnej horroru – Bizarro, czyli im dziwniej, tym lepiej. Jeśli chodzi o samą grozę – jest to groza miejska. Warto przeczytać „Siedlisko”.
    Dawid Kain – O Dawidzie Kainie można by w sumie napisać książkę. Jeśli niepokoi cię rzeczywistość, jego książki będą dla ciebie manną z nieba. Groteska to jego drugie imię. Polecam na ten przykład „Punkt wyjścia” i darmowy e-book „Prawy, lewy, złamany”
    Stefan Darda – Wielokrotnie nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Skupia się na promocji Lubelszczyzny, grozie wiejskiej. Strzygi, upiory i znakomici bohaterowie.
    Warto zwrócić uwagę na „Dom na wyrębach” – na początek.
    Krzysztof T. Dąbrowski – Gdyby trzeba było zrobić komedię na motywach grozy, o scenariusz poproszono by tego pana. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest śmiesznie.
    Ostatnio ukazała się jego książka „Grobbing”.
    Łukasz Śmigiel – Mordercy. Psychopaci. Oszuści. Gwałty, rozboje i krew, to żywioł Łukasza Śmigla. Chcesz czegoś „prawdziwego”? To masz. Tylko potem nie krzycz.
    Polecam książkę „Mordercy”.
    Jarosław Urbaniuk – Specjalista głównie od spraw żywieniowych. Pisał w duecie z Łukaszem Orbitowskim. Przyjrzysz się mu w „Pies i klecha”.
    Magdalena Kałużyńska – Tak, to kobieta. Nie, nie pisze przez to łagodniej. A nawet… a, zresztą. Wątek kryminalny, a dalej już… „Ymar” :)
    Adam Zalewski – Oprócz Horrorów, Thrillery. Akcja powieści dzieje się w Ameryce. Czy jeśli powiem Ci, że nigdy jeszcze nie widziałem tak dobrze skonstruowanych psychologicznie bohaterów, uwierzysz? „Rowerzysta” – najbardziej polecę. I jeszcze „Biała Wiedźma”. I wszystko. Wszystko.
    Tomasz Konatkowski – A tu Ci wiele nie pomogę. Mam świadomość autora, ale póki co nie udało mi się go… poczuć. Jeszcze. Sprawdź sam :)
    Paweł Paliński – Mocna strona? Niesamowity klimat. Interesuje się inteligentnym horrorem, tzn. lekceważy przerażaczy zza ocenu, a kocha reżyserów w rodzaju Lucia Fulci i Daria Argento. Uwielbia „Suspirię” i „Profondo rosso”.
    Polecam zbiór opowiadań „4 pory mroku”.
    Paweł Siedlar – Podobnie jak u Tomka
    Izabela Szolc – Jak wyżej. Jak widzisz, ja też nie jestem alfą i omegą ^^
    Krzysztof Maciejewski – Opowiadania, jak na razie. Z reguły są „inne”. Głębokie. Dużo filozofii, dużo przemyśleń.
    Zygmunt Miłoszewski – Co można powiedzieć o autorze sławnego „Domofonu”? Że znakomicie odnajduje się w polskich realiach? Że prowadzi mistrzowsko swoje intrygi? Tylko czytać!
    Robert Cichowlas – To, że jest fanem Grahama Mastertona widać od razu. Jego proza jest bardziej krwawa, jest więcej seksu, więcej potworów. Ostatnio wydał książkę „Szósta era”, polecam też „Efemerydę” pisaną w duecie z Kazkiem Kyrczem.
    Michał Gacek – Właśnie wyszła jego książka „Endemia”. Dziwne zjawiska i krwawe mordy nie są mu obce.
  • (Edit2: Tu zaczynają się ci, o których zapomniałem. Proszę o wybaczenie :))
  • Łukasz Radecki – Głównie pisze opowiadania. Od siebie polecić mogę „Lek na Lęk”, zbiór opowiadań napisany z Kazimierzem Kyrczem. Za co go cenię? Za niesamowite pomysły i podejście do tematu.
  • Jakub Małecki – Nominowany do Zajdla, twórca opowiadań i powieści. Malecki patrzy na świat pod innym kątem, dzięki temu jego proza jest nietuzinkowa i „nowa”, a jednoczenie nie udziwniona. Polecam książkę „Przemytnik cudu”.
  • Rafał Kuleta – specjalizuje się w bardzo krótkich formach – drabblach. Reprezentuje nowy gatunek Bizarro Fiction. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest…intensywnie krwawo.
    Ale i tak najlepiej się go ogląda na żywo, czytającego swoją prozę. Wydał książkę „Krótkie dni i noce”.
  • Emil Strzeszewski – opowiadania, steampunk, horrory. Właśnie ukończył książkę :)
  • Anna Klejzerowicz – Kojarzona z kryminałem, ale zaczynała od grozy. Polecam książkę „Złodziej dusz”

i wielu, naprawdę wielu innych!

A co z tymi początkującymi, dopiero wchodzącymi na rynek? Też przecież  muszą być, by literatura żyła.

Mamy znakomitego tłumacza i też twórce, Bartka Czartoryskiego, mamy Aleksandrę Zielińską, Piotra Roemera, Roberta Ziębińskiego, Mateusza Zielińskiego, Katarzynę Szewczyk – znaną też ze świetnych kryminałów,Sylwię Błach, Mateusza Spychałę czy, jeśli pojawienie się nie będzie zbytnim natręctwem i niżej podpisanego – Michała Stonawskiego i także, wielu, wielu (naprawdę wielu) innych.

Warto też wspomnieć o pisarzach może i nie związanych ściśle z horrorem, ale także co jakiś czas w nim będących. Kto nie zna Mariusza Zielke, Jarosława Grzędowicza, Jakuba Ćwieka czy Romualda Pawlaka…?

Polski horror żyje!

No właśnie. Żyje, oddycha i nie umiera. Organizowane są różne akcje, wydawane książki. Kto słyszał o pospolitym ruszeniu autorów, jakim rok temu był e-book „31.10„?
– Cholera! – powiedział mój ojciec, fan fantastyki wszelakiej od lat przynajmniej 30. – Gdyby to było w stanach, cała akcja byłaby nagłośniona od razu przez media! A tu? Musicie walczyć o każde zwrócenie czyjejś uwagi!

Ciągle mało. Coś, gdzieś. Ale gdzie? I kto?
Tymczasem największe polskie wydawnictwa piszą mi w mailach wprost – nie wydajemy horrorów. Czasami polaków. Niekiedy, rzadko. A jak już, to kryminały i romanse.
I to jest właśnie horror.

Ale co ja mogę…?

Przechodzimy do części właściwej. Dlatego na wykopie oznaczyłem link „wykop effect”, i dlatego zaspamowałem Facebooka.

Każdy może zrobić dużo… a jednocześnie się nie zmęczyć. Sprawa jest prosta – skoro to dezinformacja, czy może bardziej niedoinformowanie jest problemem – należy informować.

Co więc możesz zrobić?
To proste – podaj dalej. Ten wpis, czy książkę, która Ci się spodobała, albo po prostu informacje o autorach. Następnym razem w księgarni (niekoniecznie empiku) kup książkę któregoś z powyższych autorów. A może Ci przypasują?
A może znasz innych polskich pisarzy grozy? Poinformuj o tym.

Jeśli jesteś zainteresowany, pomyśl co jeszcze możesz zrobić?

Banalne? Głupie? Zbyt proste? Oczywiście, bardzo prawdopodobne. Ale mur składa się z małych cegiełek, to wiemy wszyscy. Chcemy polską książkę grozy? To pokażmy, że chcemy!

No chyba, że w naszym kraju mają być czytane tylko książki angielskich autorów.
Cóż, byłaby naprawdę wielka szkoda.

 

Wieczny idealista,
Michał Stonawski

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén