Kategoria: Felieton (Page 1 of 11)

Śmierć

Umiera.
Obok mnie, na podłodze. Mucha. Kona, a ja przeżywam relaksującą noc.

Właśnie przeczytałem około koło 250 stron ciągiem. Dawno nie miałem takiej okazji, by sobie położyć się z książką i po prostu czytać. Puściłem 10godzinną porcję jazzu z odgłosami deszczu, na obu monitorach mam interaktywną tapetę – szyba, strugi deszczu i zachmurzone miasto. Piję sobie earl greya na rozgrzanie i odczuwam totalny relaks – tylko taki, jaki można odczuć w trakcie czytania, jakby książka dosłownie defragmentowała mózg, układając w nim myśli tak, by łatwiej im się płynęło.

Read More

To był złobry rok.

To był… zły rok. To był dobry rok. To był rok tak samo złobry, jak ostatnie Star Wars.

To był rok, w którym udało nam się z Fundacja Horyzont Zdarzeń – Akademia Aktywności i Rozwoju zrealizować parę fajnych rzeczy, jak Krakowski Festiwal Na Falach, przy współudziale Lubiegroze.pl, czy rejs naszym Galar Boudicca.

To był rok, w którym pierwszy raz jechałem karetką. To był rok, w którym pierwszy raz sam sobie nastawiałem staw kolanowy. To był rok, kiedy pierwszy raz usłyszałem, że mogą mnie operować.

Read More

Całe Hollywood cuchnie strachem.

Trwa czystka.

Powtarzam się? I tak, i nie – kolejna ofiara, Louis C.K. Mówię „ofiara”, mimo tego, że oczywistym jest, że to sprawca. W Hollywood jednak sprawca jest jednocześnie ofiarą. Już rozwijam wypowiedź.

tumblr_lzwnjwfutd1rqnp16o1_500

To tak łatwo krytykować i myśleć, że tam siedzą zboki i degeneraci, w tym „holiłudzie”. Straszni ludzie, nie? Otóż NIE. To ludzie tacy jak Ty, czy ja – i zanim nastąpi święte oburzenie, żebym mówił za siebie, że ten czy inny by nie gwałcił, nie molestował, nie zachowywał się nie przyzwoicie… tak, oczywiście, że wierzę. Nie w tym życiu. Nie w tej sytuacji. Ale wyobraźcie sobie, że jesteście tymi aktorami, gwiazdami, które są kochane przez miliony, mają kupę kasy i wszyscy aż im się pchają do łóżek. No i co, nie korzystacie „z życia”? A potem przychodzi czas, kiedy popełniacie coś, o co byście się nie podejrzewali. I… nic się nie dziele. Czujecie się wspaniale. Lepiej, od innych. Silniej. Macie kasę, macie sławę, możecie robić co chcecie – świat jest wasz.

Zdaję sobie sprawę, że nie można mówić o 100% populacji. Nie mówię. Mówię o tendencji. Nie od dziś jednak wiadomo, że władza i pieniądze deprawują. O tym, co się dzieje na backstage w Hollywood od lat krążyły pogłoski. Ba, legendy nawet. Hera, koka, hasz, LSD, łatwy seks, wielkie pieniądze.

To, że to, co się teraz dzieje jest dobre, bo ludzie odpowiadają za swoje złe czyny – to oczywiste. Z tym wszystkim idzie jednak pełno niepokojących objawów. Nie podoba mi się na przykład wywalanie scen z danymi aktorami – jak w przypadku Spaceya i filmu „Wszystkie pieniądze świata” – otwiera to pole do cenzury sztuki poprzez pryzmat „zuych artystów”. A ile takich było w przeszłości? Ile pisarzy, filmowców, malarzy, którzy nie zachowywali się „przykładnie”, kiedy tylko zakosztowali sławy? I co, ich dorobek też trzeba wykasować? Rozumiecie, o co mi chodzi?

Ale zboczyłem z tematu – a temat jest taki: za rok wszystko wróci do „normy”. Paru-parunastu osobom z Hollywood posypią się kariery. To są „ofiary” właśnie – ofiary czystki. Reszta się uchowa. I wiecie co? Dalej będą robić swoje. Za dwa lata za kulisami dalej będzie się działo to, co działo się wcześniej. A że czystka już się stała, to następna nie będzie już tak groźna.

A to, że tendencja ludzka jest taka, że pewne rzeczy dzieją się, kiedy pojawia się władza i pieniądze? Po pierwsze, przypomnijcie sobie „eksperyment więzienny”. To właśnie tendencja.

Po drugie, posłużę się tu cytatem z posta Robert Ziębiński, który parę dni temu wszedł mi do głowy i wyjść nie chce:

„A on [Seymour Cassel – przyp. mój] uśmiecha się od ucha do ucha i mówi tak: takie czasy były że myśmy wszyscy wtedy ruchali trzynastki. Ja, John, Jack, Roman. Ale jak przyszło do łapania za jaja, to padło na Polaka.”

Takie czasy, taki klimat, taki Hollywood. Wszyscy tam „molestują”. Teraz przyszło do łapania za jaja. Padnie na paru, reszta trochę się zepnie, ale jak już odetchną…

O płaczącym mężczyźnie.

Taka sprawa. Obejrzałem to wideo i aż mnie coś tak w środku… wiecie. Ale jest coś, o czym myślę już bardzo długo – że wszyscy się skupiają (jak zwykle w wielu przypadkach) na oznace, a nie na przyczynie. Tomasz Kopyra nagrał film, na którym mówi, że mu wstyd i że polityczna poprawność ma sens.

Otóż, nie, nie ma.

I teraz tak, żebyśmy się zrozumieli – szlag mnie trafił, jak zobaczyłem tego płaczącego faceta, który się boi, dlatego, że ma inny kolor skóry. Prześladowanie go i jego dziecka, bo mają inny kolor skóry to nie jakiś mityczny rasizm. To czyste skurwysyństwo. To zło. I ludzie, którzy to robią nie są „rasistami” – są skurwysynami. Na pewno w wielu innych punktach swojego życia także. Chodzi mi o to, że to są po prostu złe osoby. I jak najbardziej – także na punkcie rasistowskim.

Tyle, że zastanawiam się od długiego czasu, skąd to się wzięło. I pewnie – brak tolerancji dla inności jest obecny wszędzie, w każdej kulturze. Wywodzi się to (co bardzo przewrotne) z dobrej i naturalnej reakcji naszego mózgu. Reakcji na coś, co jest obce i czego trzeba się obawiać. Ten mechanizm jest jedną z rzeczy, która sprawiła, że ludzie w ogóle istnieją. Ale też każdy zdrowy człowiek umie nad tym zapanować i odróżnić to, co jest naprawdę groźne, od po prostu „innego”. To, że coraz więcej osób nie umie (albo nie chce) tego robić, to nie jest, moim zdaniem efekt jakiejś fali rasizmu. Nie. Nikt nie rodzi się rasistą. Ludzie zaczynają reagować agresją na to, co jest inne, kiedy się boją.

Ostatnio wszystko strasznie się radykalizuje. Już nie raz się wypowiadałem na ten temat i za każdym razem boli mnie, że kiedy masz zdanie, które stara się dostrzegać racje obu stron konfliktu, zawsze znajdą się ludzie, którzy od razu zaszufladkują cię po tej „drugiej” stronie. Jesteś przeciwko aborcji, ale rozumiesz, że czasem nie może być inaczej? Zaściankowy katol. Rozumiesz sens invitro? Lewacki postępowiec. Samemu nie będąc „człowiekiem Kościoła” bronisz chrześcijan? Zwolennik „czarnej mafii” i tak dalej. Tutaj być może będzie podobnie. Poza tym, że mogę się oczywiście mylić w swoim osądzie. Póki co, jest on taki:

Mnie jest wstyd. Nie tylko, za tych skurwieli, którzy sprawili, że ten mężczyzna płacze, bo się boi o siebie i o swoje dziecko. Mnie jest wstyd za to, że tak zwani „postępowcy” na ślepo i bez żadnego pomyślunku, bez wcześniejszego przygotowania i potrzebnego researchu wpuścili wprost nieprawdopodobne tabuny ludzi do europy, gdzie część z nich (nie wszyscy – ale na tyle duża ilość, by sprawiało to różnicę), zaczęli szerzyć terror. Zabijać. Mordować. Gwałcić. Wstyd mi, że tak wiele polityków, w tej samej obłudnej „postępowej” idei robiło i robi nadal wszystko, by tuszować pewne rzeczy. Zakłamywać prawdę – bo wiedzą, że popełnili błąd. Chcąc pomóc i chcąc pokazać wszem i wobec, jacy oni nie są wspaniali – zwyczajnie zagrozili swoim własnym obywatelom. Śmiercią i terroryzmem.

To naprawdę nie było trudne do przewidzenia, co się stanie. Że każda akcja wywołuje reakcję – szczególnie w społeczeństwie. Że kłamiąc i próbując „w imię tolerancji” mataczyć, doprowadzili do tego, że dzisiaj ludzie się boją.

Boi się ten człowiek, który niczego nie zrobił, bo inni ludzie, którzy także się boją, reagują agresją. Na co większość świata wybiera „strony” i opowiada się za, lub przeciw „politycznej poprawności” – czyli cenzurze, matactwu, kłamstwu, byle by tylko nie przyznać, że pełniony został błąd. Że może otwarcie granic dla wszystkich – każdego i zawsze i zamykanie ust tym, którzy widzieli w tym zagrożenie (nie mówię tutaj o paranoikach-rasistach) i przewidywali to, co się dzieje dzisiaj, to może wcale nie był taki dobry pomysł.

I teraz dawajcie, lajki, un-lajki, przekrzykujące się komentarze, kto ma rację, kogo racja jest „najmojsza” i czemu ja, albo ten drugi jest lewakiem/prawakiem/chujem/rasistą. Bijcie się – proszę bardzo. Przecież to właśnie o to chodzi.

Dzielimy się na dwie, zwalczające się radykalne grupy. Gdzieś po obu stronach są skurwysyny – jedne w imię walki o postęp chciałyby nawet publicznie zabijać dzieci, a inne, w ramach „obrony kraju” – zabijać każdego, kto ma inny kolor skóry. I wszyscy, ale to absolutnie wszyscy się boją. Jedni tego, że czekają nas rasistowskie rozruchy, a drudzy tego, że będą się bać wyjść na ulicę – pójść na koncert, na mecz, do kina, bo nagle wybuchnie bomba, albo gdzieś w tłum wjedzie ciężarówka.

Wstyd mi, bo za wszystkim tym stoją ludzie, których i ja wybierałem, albo po prostu są ludźmi, jak ja. I oni są tak naprawdę winni temu, że ten człowiek płacze i się boi.

Ci ludzie, którzy nie są potworami. Chcieli dobrze i podjęli działania bez przemyślenia ich i bez planu. A teraz nie są w stanie przyznać się do błędu, bo wszystko zabrnęło już za daleko. Uciekają się więc do cenzury i „politycznej poprawności” – co niestety powoduje tylko więcej złości i strachu, bo ludzie nie chcą być traktowani, jak idioci. Doskonale wyczuwają, kiedy są oszukiwani.

A tymczasem świat tonie w strachu. Dwie grupy wystraszonych osób odchodzą do swoich obozów, gdzie strach zamieniają na agresję. Mylą przyczynę ze skutkiem. A na wszystkim cierpią tacy ludzie, jak ten płaczący ze strachu mężczyzna, któremu przyszło żyć w takim zasranym świecie.

O tym, jak spełniać marzenia – MAPA CIENI

Stało się – „Mapa Cieni”, moja pierwsza książka (którą dzielę ze wspaniałymi autorami), ujrzała światło dzienne i można ją już kupić. Projekt, który zapowiadałem od lat i na który od lat czekałem wyszedł ze sfery fantazji. Projekt, który był dla mnie niczym faktyczne dziecko – bo chuchałem i dmuchałem na niego nawet (a może zwłaszcza) wtedy, kiedy inni tracili wiarę. Ja nie straciłem jej nigdy. I przede wszystkim – co obiecałem, dociągnąłem do końca. Kosztem wielu wyrzeczeń i ryzyka. Dzisiaj chcę (się chwalić) opowiedzieć Wam, jak to wszystko się stało. A na wstępie chciałem szczególnie podziękować Mirkom i Mirabelkom z serwisu Wykop.pl, którzy już dwa razy wykopywali na główną informacje o „Mapie” – w dosyć dużych przedziałach czasowych, TUTAJ i TUTAJ

„Zostanę pisarzem!” –  postanowił sobie pewnego dnia mały, ośmioletni chłopiec. Mając 18 lat chłopiec wziął udział w ogólnopolskim konkursie literackim i zdobył nagrodę, która do do dziś stoi w salonie, na regale z książkami. Nim do tego doszło, przebył cholernie ciężką i niewdzięczną drogę.

Widzicie, można sobie postawić cel, ale im bardziej jest on ambitny, tym więcej trzeba poświęcić, by do niego dotrzeć. Mnie wszyscy mówili, że pisarzem nie zostanę. Mama, która widziała we mnie prawnika albo lekarza (ktoś, kto dobrze zarabia i jest FACETEM), nauczyciele, szczególnie polonistki, które ilekroć usłyszały o moim pisaniu potrafiły dostać prawdziwej histerii skończonej zwykle paroma jedynkami do dziennika i ludzie, ogólnie. I w sumie nie mogę mieć im tego za złe – bo kiedy ktoś, kto pisze w taki sposób:

o kunfa

Mówi, że będzie pisarzem, to co poniektórych ogarnia śmiech. Zwłaszcza, jeśli ma jeszcze czelność publikować swoje opowiadania w Internecie. W 2005 roku miałem 14 lat i niezmordowanie pisałem. I nawet zyskiwałem czytelników, bo na Gram.pl mój cykl historyjek okazał się być dla kogoś ciekawy. Pomysł był przecież oryginalny – pisałem o forumowiczach i forum, ale zrobiłem z nich wojowników zaś z samego forum – świat fantasy. „Gramstory” w momencie zakończenia liczyło sobie ponad 140 stron A4. Objętościowo nadawało się na książkę. Merytorycznie (i technicznie) – ani trochę. Niemniej dzięki uporowi, wręcz maniakalnemu podejściu do tematu, pięć lat później, w 2010 roku byłem człowiekiem, który debiutował na papierze. Wbrew wszystkim.

Wielokrotnie zarzucano mi, że jestem butny. Że nie słucham słów krytyki. I chociaż mogę powiedzieć, że słowa takie docierają (i słucham sensownych argumentów), to muszę przyznać, że krytykujący mnie człowiek (szczególnie, jeśli tyczy się to krytyki personalnej) nie dostanie satysfakcji. Nie uda się mu mnie dotknąć, ani zranić. Co oczywiście sprawia, że wielu osobom wyskakuje momentalnie piana na usta. Cały ten proces to właśnie wynik drogi, jaką obrałem – zacisnąć zęby i przeć do celu. Albo dotrę, albo padnę w trakcie.

Nie mówię tego, żeby się przechwalać (chociaż na pewno łechce mi to ego, jestem przecież człowiekiem) – ważne jest, byście zrozumieli, czemu wybrałem takie, a nie inne rozwiązanie w przypadku „Mapy”. Bo mogłem przecież zebrać ludzi, napisać książkę i wydać ją jako selfpublishing. W tym przypadku książka ukazałaby się już cztery lata temu, mnie i wielu innym osobom oszczędzając nerwów. Ale… czy byłoby to właściwe? Wybrałem trudniejszą drogę – wydawnictwo.

Bycie pisarzem oznaczało dla mnie zawsze coś więcej, niż pójście na łatwiznę. To było docenienie przez kogoś, jakaś selekcja, jakiś proces wydawniczy. Cała ta magia. Gdybym wydawał sam – dołączyłbym do „wielu innych” którzy w zasadzie wydrukowali sobie książkę. Sami sobie, rozumiecie. A potem nazwali się Pisarzami. Koniecznie przez duże P.

Mam ogólnie wrażenie, że dzisiaj życie biegnie tak szybko, że ludziom brakuje cierpliwości. Widziałem to przy projekcie nagrody Grabińskiego, kiedy wiele (acz nie wszystkie) osób chciała mieć NAGRODĘ z prawdziwego zdarzenia – robioną oddolnie i bez perspektyw na dotacje – już po pierwszym roku działania. Tak po prostu: coś wielkiego, znaczącego, ale tak, by zbyt dużo czasu nie minęło. Już, zaraz, teraz. Natychmiast. Myślę, że każdy duży projekt, który ma szanse na sukces, musi przejść tą fazę, kiedy nic się prawie nie udaje. To próba charakteru. Nie chcę popadać w mistycyzm, ale to tak, jakby wyzwać kosmos na pojedynek – niejeden straci wiarę i odejdzie. Przy „Mapie Cieni” wiarę traciło bardzo dużo osób. Ostatecznie – i będzie to dla mnie gorzka lekcja do końca życia – wiarę stracił i mój przyjaciel, dla którego dziesięć lat przyjaźni okazało się na końcu nic nie warte.

Można było się zniechęcić, zobaczcie: 

– Pomysł na „Mapę Cieni” – książki łączącej opowiadania i publicystykę w jedno – pojawił się w okolicach 2010 roku, po tym, jak odwiedziłem dom na Kosocickiej i zobaczyłem tam… hmm. COŚ ,
– prace nad „Mapą” rozpoczęły się w 2012 roku. Przez ten czas razem z Krzysztofem Bilińskim jeździliśmy po (podobno) nawiedzonych miejscach, rozmawialiśmy z ludźmi, zapraszałem autorów,
– tytuł „Mapa Cieni” wymyślił Marek Grzywacz w lutym 2013 roku,
– w kwietniu 2013 roku książka była skończona i miała wydawcę,
– proces wydawniczy trwał do lutego 2014 roku, kiedy okazało się, że jednak wydawca książki nie wyda,
– kwiecień 2014 roku przyniósł dobre wieści – udało się znaleźć nowego wydawcę – bardzo duże i bardzo poważne („topowe”) wydawnictwo z Warszawy i już w maju byliśmy po rozmowach i „umowach przedwstępnych”.
– W okolicach listopada 2014 okazało się jednak, że wydawca nie udźwignie książki z uwagi na finanse.
– Szukając wydawców i szlifując książkę dotrwaliśmy do lipca 2015, kiedy podpisaliśmy umowę z wydawnictwem Van Der Book.
– W międzyczasie dopisaliśmy nowe nawiedzone miejsce i doszlifowaliśmy książkę, między innymi pojawiło się zakończenie historii o Kosocickiej.
– W październiku 2016 wydawnictwo ruszyło ze zbiórką pieniędzy na portalu Wspieram.to, aby wydać książkę i promować ją. Tutaj bardzo pomógł jeden z członków wydawnictwa, Szymon Żakiewicz, który dokonał cudów w kwestii uruchomienia promocji.
– Pod koniec listopada 2016 akcja zakończyła się pełnym sukcesem, zebrane zostało 9 000, książkę kupiło prawie 70 osób.
– „Mapa Cieni” została wydana i zaczęła wędrować do autorów i wspierających 19 kwietnia 2017 roku.
–  Od 26 kwietnia można ją kupić w sklepie wydawnictwa Van Der Book.

To są rekordy oczekiwania. Nawet jeśli spojrzy się na upadający rynek wydawniczy. Projekt, który cieszył się niesamowitym powodzeniem, a który nie mógł być wydany przez lata. Absurd. Niedowierzanie. Brak nadziei i dużo, dużo emocji.

Zaparłem się. Dzięki pomocy takich osób, jak Szymon Żakiewicz, który również zacisnął zęby i robił co mógł, by chociaż zrealizować akcję na wspieram.to, książka w ogóle miała szanse się ukazać w jakimś sensownym czasie. Tak jak kiedyś, twierdząc, że uda mi się wydawać na papierze, tak i teraz – wbrew krytyce, wbrew mądrym głowom mówiącym, że może czas odpuścić, wbrew wszystkim, którzy po prostu sobie kpili, postanowiłem, że doprowadzę temat do końca. Ruszyła akcja na wspieram.to a ja poruszyłem niebo i ziemię, aby zdobyć te 8.500zł. Byłem wszędzie, pisałem gdzie tylko mogłem, zainteresowałem ludzi na Wykopie (mam olbrzymi szacunek do tego portalu za takie akcje). Ilekroć rozmawiałem z ludźmi o wspieram.to/mapacieni, widziałem, że nie wierzą, że to się w ogóle może udać. A kiedy się udało, słyszałem tylko ciszę.

Zaraz mi ktoś wytknie, że się chwalę co to to ja nie jestem. Że „nosze głowę wysoko”. Nie chwalenie się jest jednak moim celem, ale najprostsza prawda – jeśli w coś wierzysz, musisz walczyć o to z całym światem. Nie z jakimiś „wrogami”. Z całym. Cholernym. Światem. Z niedowiarkami. Z kpiarzami. Z „mądrzejszymi”. Z bliskimi ci osobami, które mówią, że to co robisz nic nie znaczy i dla nich jest to „zabawa” – bo przecież nie przyniesie ci to bogactwa. Z przyjaciółmi, czy też osobami, których za przyjaciół uważałeś.

Nie mówię też, że to, że „Mapa Cieni” została wydana sprawiło, że teraz to jestem KIMŚ. Nie. Prawdopodobnie pojawią się wkrótce także złe opinie o książce – nie każdemu się spodoba i nie jest też idealna. Dziś napisałbym ją inaczej. Być może „Mapa” okaże się klapą – kto wie. Może tak się stać.

Ale wiecie – spełniłem swoje marzenie. Nie poszedłem na łatwiznę. Wybrałem trudniejszą drogę. I czuję się z tego powodu dumny jak cholera – to coś, co wydarłem zębami. I tak, mam z tego powodu niesamowitą satysfakcję.

Kolejne marzenie odhaczone. Zostało mi jeszcze parę, ale gdybym dziś miał umierać, umierałbym czując, że czas nie przeciekał mi przez palce i moje życie coś znaczyło.

Nikt mi tego uczucia nie odbierze.

Płaska ziemia systemu edukacji

Dyskutując, lub też przyglądając się rozmowom „płaskoziemców”, czyli wyznawców poglądu, że Ziemia jest płaska, zacząłem zastanawiać się, z czego to wynika – że wykształceni, wydawałoby się, ludzie twierdzą, że planeta Ziemia ma kształt zbliżony do talerza, a słońce to jakaś żarówka. I mówią to całkiem na serio. I jest ich coraz więcej – bo „płaskoziemców” przybywa w zastraszającym tempie. 

Zadałem sobie takie pytanie – skąd większość osób bierze swoją wiedzę? Ano, ze szkoły. Część, tak jak i ja, uzupełnia ją książkami i filmami dokumentalnymi, próbując załagodzić niemożliwy do powstrzymania głód wiedzy. Jednak rozglądając się nawet w swoim bliskim otoczeniu widzę, że nie jest to duży odsetek ludzi. Większość przyjmuje to, co wpojono im w szkole.

No ale dobrze – czy w szkole uczą, że Ziemia jest płaska? Wręcz przeciwnie. Ale myślę, że dzieją się tam o wiele gorsze rzeczy: pruski system nauczania próbował zrobić ze mnie idealnego „robotnika”, człowieka, który nie dyskutuje z tym, co mu się powie – nie wychodzi przed szereg. Jest tak, ponieważ lepiej poinformowani ci mówią. Dlaczego? Bo tak mówią – i zamknij mordę. Czasy się jednak zmieniły od kiedy system pruski został wprowadzony – i chociaż podwaliny są pruskie, polski rząd próbował „dostosować” system edukacji do nowych czasów (zawsze się przy tym spóźniając w stosunku do czasów właśnie). W tym wypadku oznacza to „reformy”. Każdy kolejny rząd wprowadzał reformy – raz z jednej, raz z drugiej strony, tak jak wahało się polityczne wahadło. Efekt? Wyobraźcie sobie budynek: jego fundamenty i pierwsze piętro to sposób budowania z XIX wieku, a następne to różnorakie bohomazy – w różnych kolorach i stylach, jedne przesunięte na prawo, inne trochę na lewo… co wychodzi? Ano – system edukacji właśnie.

Znów cofam się pamięcią do czasów szkolnych. Wychodzenie przed szereg – zabronione. Posiadanie własnego zdania – także. I to ostatnie nawet przemawiałoby przeciwko argumentowi, jakoby system edukacji ponosił część odpowiedzialności, za głupotę niektórych osób. Gdyby nie jeden, mały fakt – każdy przedmiot i każdy trend był najważniejszy. Najlepszy. Niektóre wpajane tezy kłóciły się ze sobą. Każdy przedmiot to co innego – i każdy ważniejszy, niż wszystkie inne. Zrozumieć? Nie możesz – trzeba wykuć, zdać i zapomnieć. Zaprotestować? Nie możesz – nie wychodź przed szereg. W niektórych osobach taki system niszczył całkowicie asertywność.

Wykuć, zdać i zapomnieć. Nie zrozumieć i się nauczyć – bo to nie było wymagane. Trzeba to tylko zdać. I zastanawiam się, gdzie taki człowiek, który ma po prostu tego dość – i nie ma ochoty zgłębiać nauki – gdzie taki człowiek ma wyrobić sobie odporność na wciskany mu kit, kiedy sama szkoła wciska ten kit na okrągło? Kiedy okazuje się, nie nauczono go niczego o świecie, ani o dostosowaniu do niego, za to napełniono mu głowę tysiącami informacji, które i tak długo się tam nie utrzymają? Kiedy nie nauczono go – jak do informacji docierać samemu, zamiast tego każąc przyjmować bezkrytycznie wszystko, co się do niego mówi?

I to właśnie te rzeczy – bezkrytyczność, zrobienie z ludzi posłusznych „szeregowych”, przepełnienie informacjami i gonienie z jednej strony na drugą – od jednego „najlepsiejszego” przedmiotu do drugiego, kiedy trafiają na podatny grunt stają się jedną z przyczyn (może nawet największą) postępującej głupoty. Albo też braku na tą głupotę odporności.

Bo może Ziemia jest płaska? Skoro wszyscy kłamią – skoro wszędzie są spiski i afery, politykom nie można ufać, a politycy utrzymują naukowców… no to może wszystko jest tylko jakąś „narracją”, jakąś wiarą. Może faktów nie ma – a grawitacja nie istnieje. Może NASA oszukuje ludzi. Może nigdy ludzi na Księżycu nie było. No i jak to stwierdzić – byłeś kiedyś na księżycu? Ktoś z twoich znajomych był?

Nie wychylaj się. Nie dyskutuj. Mądrzejsi powiedzą ci co myśleć.

Ty musisz wybrać tylko swoją „narrację”. Swoją wiarę. Swoje przekonania.

Bo przecież możesz wierzyć w co chcesz. I być kim chcesz. Jeśli ktoś ci tego broni, to nastaje na twoją wolność. Zaściankowiec jeden.

O prezentach

Ostatnie lata, ale i miesiące zmusiły mnie do przemyślenia ponownie paru rzeczy w moim życiu. Czym jest przyjaźń na przykład. Okazało się, że nie potrafiłem jej rozpoznać – lub też właściwie ocenić. Co oznacza, że ludzie cię znają? Okazuje się, że strasznie dużo ludzi ma tendencje do całkowitej oceny drugiej osoby tylko po tym, co… widzi na jej facebooku. A to najbardziej zafałszowany obraz, jaki istnieje, bo opiera się na szczątkach prawdy i interpretacji. Domysłach. Czy wreszcie – co mówi fakt, jakie prezenty dostaniesz? 

Prezenty to zawsze był taki grząski temat dla mnie. Siedzi we mnie przekonanie… lub też wychowanie, albo spostrzeżenie, że nie wolno ich krytykować. Nie wolno ich oczekiwać. Nie wolno w zasadzie myśleć, że się należą – się nie należą. A jak już ktoś coś daje, to trzeba brać i w najgorszym wypadku udawać, że człowiek się cieszy. Bo tak nakazuje dobre wychowanie i grzeczność. Ktoś chce nam coś dać, więc nie można być niewdzięcznym.

I w zasadzie jest to prawda. Jeśli ktoś coś mi daje, to nie tylko czuję się zobligowany do wdzięczności, ale i jestem wdzięczny. Ale też i dużo taki podarunek mówi. Mianowicie to, czy osoba dająca chce faktycznie coś dać, czy czuje tylko taki obowiązek. Czy mnie zna – czy po prostu daje, bo „tak trzeba” i by dać cokolwiek.

Przez lata dostawałem różne rzeczy i z większości starałem się być wdzięczny, co nie zmienia faktu, że bardziej wdzięczny byłem, kiedy dostawałem coś, co oznaczało, że osoba dająca wie kim jestem i co kocham. Sam, jeśli daję podarek, staram się, aby zawsze był czymś niezwykłym – był dopasowany do zainteresowań osoby, której ten podarek daję. Nie musi to być nic drogiego – ale ważne, że coś oznacza. Tymczasem z wielu prezentów – i to od najbliższych – jakie dostawałem, mogę wymienić takie rzeczy, jak randomowe przedmioty ze sklepu „wszystko po 4 złote” (na przykład wazon) skarpetki, majtki, worki na śmieci, czy pieniądze z dokładną instrukcją na co mogę, lub nie mogę ich wydać. I za każdą z tych rzeczy jestem i byłem wdzięczny. Ale coraz częściej zastanawiam się, czy byłem wdzięczny dlatego, że czułem wdzięczność, czy dlatego, że mnie wdzięczności nauczono?

Przypomina mi się historia o tym, jak to się stało, że dowiedziałem się, że nie ma Mikołaja. Każdy przez to przechodzi i jest to element dorastania. Moje dorastanie z tym związane polegało na byciu szczerym – jako dziecko (mogłem mieć nie wiem, 9 lat? Może 10? Nie jestem pewien) okazałem, że prezent (to chyba były skarpetki) nie za bardzo przypadł mi do gustu. W drodze powrotnej moja mama wrzeszcząc na mnie i wyzywając od gówniarzy i niewdzięczników uświadomiła mi, że to nie Mikołaj przynosi prezenty, ale dziadkowie czy rodzice. Do dziś mi wstyd, że wtedy nie zachowałem myśli dla siebie – mogłem jeszcze dwa, trzy lata być dzieckiem i wierzyć w magię świąt, której od tego czasu już nigdy nie czułem… przynajmniej dopóki sam nie zacząłem organizować spotkań wigilijnych dla niektórych przyjaciół. Zrezygnowałem z nich, zresztą, po paru latach i gorzkich przemyśleniach.

Wracając do tematu. Niedawno osiągnąłem 26 rok życia i z tej okazji od paru przyjaciół dostałem prezenty, których – szczerze mówiąc – zupełnie się nie spodziewałem. I każdy jeden uświadomił mi, że są to osoby, które po pierwsze chcą, bym był szczęśliwy, a po drugie znają mnie doskonale. Mnie, moje gusta i zainteresowania. I nie musiały być to wielkie rzeczy – właściwie ja nigdy nie chciałem, by słowo „prezent” był synonimem do „drogi” i nigdy się tą zasadą nie kierowałem. Czasami, kiedy nie miałem pieniędzy starałem się kupować upominki, które są po prostu zabawne, ale odwołują się do tego, co wiem o osobach, którym je kupowałem.

I tu urwę. Nie ma pomysłowej puenty z twistem. Jest tylko jedna, dosyć oczywista, banalna myśl – tu zawsze chodziło i chodzi o symbol. I symbol ten wiele mówi o podejściu ludzi do nas i nas do ludzi.

Ale kiedy okazuje się, że są osoby, którym zależy na tym, bym poczuł się dobrze z jakiejś okazji – zdaję sobie sprawę, jakim szczęściarzem jestem i jak dobre mam życie.

Dziękuję.

Kolor skóry zmienia wszystko.

Myślę, że pewna część osób po przeczytaniu tytułu mogła pomyśleć sobie o autorze tego tekstu (czyli mnie) pewne niemiłe rzeczy. Te osoby zapraszam do lektury poprzedniego wpisu, która powinna coś w tej materii wyjaśnić. Do rzeczy – jakiś czas temu Youtuber, Paweł Opydo, nagrał film prezentujący pogląd, jakoby nagła zmiana wyglądu – opierająca się głównie na zmianie koloru skóry danego aktora – była poza dyskusją, ponieważ odgrywanych bohaterów nie cechuje kolor skóry.

Jestem całkowicie skory do tego, by przyjąć taką argumentację. To prawda – bohatera popkultury, ale nie tylko, przecież i nas samych – definiują cechy charakteru, uosobienie, reakcje, psychika. I to jest bardzo rozumowa argumentacja nie pozbawiona logiki wywodu i w zasadzie niemożliwa do obalenia. Pozostaje jednak tylko mały problem. To „ale”, z którego większość obrońców liberalnego stylu myślenia zawsze się wyśmiewa – zupełnie niepotrzebnie, bo samo „ale” podobnie jak „po co” i „dlaczego” jest motorem wielu rewolucyjnych odkryć w historii naszego gatunku. Dowodzi mianowicie, że osoba posługująca się tym spójnikiem (lub partykułą, to zależy) dostrzega różne odcienie i niejednoznaczności. Innymi słowy – jest istotą myślącą. To, czy myślącą moralnie – to już oczywiście inna kwestia.

Wracając do tematu – jest jeden problem, jedno „ale” z tym logicznym i pełnym racji wywodem. Jest nim czynnik ludzki.

Kiedy poznajesz jakąś osobę, nie szeregujesz jej w pamięci jako zbiór cech osobowości. Ten zbiór ma pewno imię, a to imię ma powiązany z nim obraz naszego znajomego. To, jak jest zbudowany, jak się porusza a przede wszystkim – jaką ma twarz, jakiego koloru oczy, czy też skórę. Jeśli by podążyć za logicznym wywodem fanów multikulturalizmu (który – podkreślę – sam w sobie nie jest niczym złym [chyba, że następuje czynnik ludzki]), identyfikowanie jakiejś osoby głównie po tym jak wygląda – jaki kolor ma jej skóra – lub czy jest kobietą, czy mężczyzną to rasizm i seksizm. Tu wkraczamy w sferę absurdu, bo okazuje się, że mózg ludzki jest rasistowski i seksistowski. Tak myślimy, tak zapamiętujemy – tak katalogujemy poznane osoby. Ba, nasz zaściankowy umysł (mówię tu o mężczyznach) kataloguje kobiety pod względem atrakcyjności seksualnej – chociaż to moim zdaniem nie ogranicza się tylko do cech wyglądu.

Oczywiście to co opisuję to absurd i wątpię, by ktokolwiek ze zdrowo myślących osób podążał takimi ścieżkami. Zagadnienie to jest jednak ważne przy rozpatrywaniu problemu nagłej zmiany postaci – aktora – w danym filmie, czy całej franczyzie. Przykładowo, kiedy postać Rolanda z „Mrocznej Wieży” ma odegrać (skądinąd świetny aktor) Edris Elba. Kiedy Hermionę Granger odgrywa czarnoskóra aktorka. Kiedy Juliusza Cezara ma zagrać czarnoskóry aktor – przypadki, szczególnie w dzisiejszych czasach, można mnożyć.

loool

Zadaję sobie pytanie – czy to źle, że czarnoskóry aktor ma zagrać główną (lub jedną z głównych) postać w filmie? Absolutnie nie! Czy zagra taką postać gorzej z uwagi na swój kolor skóry? Także nie. To zależy od jego umiejętności. Gdzie więc problem?

Problem leży w dysonansie poznawczym. Zjawisku doskonale znanym chyba każdej dorosłej osobie. Gdyby twój dobry znajomy nagle zmienił kolor skóry – przy spotkaniu z nim doszłoby do dysonansu poznawczego. Informacja – zapis – nie zgadzałby się z rzeczywistością. Podobne zjawisko następuje w odniesieniu do bohaterów popkultury. To nie są rzeczywiste postacie – powiecie – ale cóż z tego, jeśli ich określony obraz wyrył się już w naszej podświadomości? No to nie mamy być niewolnikami takich obrazów, bo to rasistowskie – powiedzą niektórzy i tym samym stwierdzą też, że umysł ludzki jest rasistowski… co, jak wiemy jest absurdem. Tymczasem sprawa jest skomplikowana – może i dany bohater nie istnieje w naszej rzeczywistości, ale nasze wyobrażenie o nim – podyktowane materiałem źródłowym, nasza sympatia bądź antypatia są już zupełnie rzeczywiste. Jeśli Hermiona jest opisana, jako biała dziewczyna, to ujrzenie jej jako czarnoskórej budzi mieszane uczucia. Jeśli Roland jest określany jako „Białas” i jest to nawet jeden z wątków w powieści, to ogrywanie go przez czarnoskórego Elbę będzie budzić niechęć. Zaś tłumaczenie, jakie ostatnio znalazłem, jakoby był to „inny” Roland, jest dla każdego fana „Mrocznej Wieży”, który od lat czekał na ekranizację, jak wielki środkowy palec wymierzony prosto w twarz.

Przypadek Juliusza Cezara, podobnie jak i Hermiony to przypadek teatru. Powiecie, że teatry rządzą się własnymi prawami – nawet kobiety grały mężczyzn. I znów – będzie to racja. Płeć jednak można było zatuszować, aby dysonans był mniejszy, trudno zaś ukryć kolor skóry. To niebezpieczne, co mówię, bo brzmi to „źle” w dzisiejszym świecie i może być opacznie zrozumiane, co samo w sobie uznaję za dosyć niepokojący znak czasów.

Tak samo niepokojący jest trend, aby tak wielu bohaterów było granych przez czarnoskórych aktorów. Tak samo niepokojąca była także i afera związana z Oscarami, kiedy wielu aktorów uznało, że brak nominacji dla Afroamerykanów jest podyktowany rasizmem. W podobnym tonie prowadzona była afera o „polityczność” – Sad Puppies i Hugo, czy nie tak dawna decyzja o usunięciu statuetki Lovecrafta (World Fantasy Award), z uwagi na to, że wedle dzisiejszych kryteriów jest on podejrzany o rasizm. W ostatnich latach światopoglądy zaczęły gęstnieć i wywierać coraz większy nacisk – znów pojawia się ludzki umysł i zdolność do łączenia wszystkiego we wzorce. Wzorzec w tej sytuacji nasuwa się sam. Nie można się więc dziwić dosyć gorącym dyskusjom – ludzie kierujący castingami dobrze o tym wiedzą.

Do czego zmierzam? Do tego, że kontrowersja dobrze się sprzedaje. Umieszczając czarnoskórego Edrisa Elbę w „Mrocznej Wieży” w roli Nie-Tego-Rolanda-O-Którym-Myślisz twórcy jednocześnie uspokajają pewne lobby, oraz gwarantują sobie, że o filmie usłyszy dużo więcej osób.

Dysonans poznawczy – a z nim poczucie zafałszowania danej postaci-  pozostanie – i będzie to zupełnie naturalna rzecz, nie mająca nic wspólnego z rasizmem. Być może film okaże się hitem. Być może Elba będzie świetnym rewolwerowcem.

Nigdy jednak nie będzie Rolandem Deschain, „białasem”, który podążał za Człowiekiem w Czerni.

Ponieważ zmienił to kolor skóry. Roland jest fałszywy.

Dla uzupełnienia proponuję tutaj felieton Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego Nowej Fantastyki. 

Co się psuje w Internecie

Hej, nazywam się Michał Stonawski i szanuję Korwina. Nie podoba mi się Aborcja, od lat też nie chodzę do kościoła w niedzielę. Nie podobają mi się niektóre z zachowań społeczności LGBT i szanuję Cejrowskiego. Nie podoba mi się, kiedy w filmach i popkulturze pojawiają się na siłę czarnoskórzy aktorzy. Pozwól mi zadać Ci pytanie – na jakiej podstawie mnie teraz oceniasz? 

Kiedy startował Internet byłem przekonany, że oto świat wkracza w zupełnie nową fazę rozwoju. I nie myliłem się, bo i globalna sieć istotnie popchnęła cywilizację w zupełnie nowym kierunku. Internet miał być skarbnicą ludzkiej wiedzy, prawie nieograniczoną bazą danych i wreszcie niesamowitym ułatwieniem komunikacji. I tu też można powiedzieć, że tak się stało, chociaż niepokojącym może być fakt, że Sieć dzisiaj służy głównie jako miejsce, gdzie każdą informację trzeba sprawdzać po parę razy, przestrzeń pełna wszelkiej maści pornografii i głupich zdjęć. I… daleki jestem od potępienia tego stanu rzeczy. Sieć to miejsce wolne, gdzie każdy sam wybiera, do czego chce mieć dostęp. Wszelkie próby jej ocenzurowania przez rządy na całym świecie są w mojej opinii próbami popełnienia przestępstwa przeciw własnym obywatelom, nie wspominając już o udowodnionej przez (między innymi) Snowdena inwigilacji opisywanej kiedyś jako dosyć koszmarne science-fiction, a na którą społeczność zareagowała – zdawałoby się – wzruszeniem ramion. Bo zdecydowanym sprzeciwem tego nie nazwę.

Ostatnio dochodzę jednak do przykrego wniosku, że gdzieś w tym wszystkim – mediach społecznościowych, kotach, lajkach – znika najważniejsza wartość, jaką Internet za sobą niesie – umiejętność komunikacji. I znów – nie odważyłbym się winić za to samej Sieci, a ludzi, którzy korzystając z niej dali się ogłupić.

Nieprzypadkowo zacząłem mój wywód tak, a nie inaczej – to są moje rzeczywiste przekonania, a przynajmniej ich część. Na ich skutek spora liczba osób czytających wstęp już mnie oceniła, zaszufladkowała, może nawet przestała tekst czytać, sądząc, że nie znajdzie tu treści dla siebie. Co więcej – pisząc takie rzeczy na przykład w statusie na facebooku diametralnie zwiększyłbym szansę na rychłą „gównoburzę”, podczas której uwolniłoby się strasznie dużo różnej ilości emocji – głównie złych. Powiem więcej – na skutek wyrażania swojej opinii wiele osób traci swoich znajomych. Tak samo, jak na skutek popierania „złej” partii politycznej (naprawdę – wyrzucenie kogoś ze znajomych, bo lubi inną partię polityczną?!), czy zgodzenia się z czymś ze „złą” osobą. Powiem jeszcze więcej – od dłuższego czasu spotykam się z opiniami osób, które w poglądach są podobne do mnie, a które radzą mi, bym nie wypowiadał się na żadne kontrowersyjne tematy, nie przedstawiał swoich opinii, czy myśli publicznie, ponieważ mi to zaszkodzi w karierze i życiu jako takim.

Co jest najstraszniejsze – mają rację. 

W którymś momencie Internet – czy też bardziej ludzki charakter – spowodował, że zniknęło gdzieś zrozumienie, umiejętność dialogu, czy choćby zwykłe „Domniemanie niewinności”. Ludzie zawsze dzielili się na obozy wedle swoich gustów, to normalne. To jednak, co się stało obecnie jest o wiele silniejszym zjawiskiem – bo globalnym i Internetowym. Rezonującym. Na naszych oczach dokonała się radykalizacja. Podział na skrajności. I w końcu etykietkowanie.

Jeśli szanuję Korwina – jestem kucem. Jeśli nie podoba mi się Aborcja – katolem i zaściankiem. Jeśli nie chodzę do kościoła – wykolejeńcem. Jeśli mam „ale” do społeczności LGBT – homofobem, a szanując Cejrowskiego zwykłym debilem. Na dodatek mając zdanie na temat wpychania czarnoskórych aktorów najprawdopodobniej jeszcze rasistą.

I już. Właśnie dostałem tyle etykiet i na tyle zostałem oblepiony gównem, że teraz będę się musiał tłumaczyć i udowadniać, że nie jestem złym człowiekiem. Wiele osób nie uwierzy. A reszta? Wiecie, jak jest – może to nie prawda, ale niesmak pozostał. Jak w kawale, tylko w życiu i już nieśmiesznie.

Mało komu przyjdzie do głowy scenariusz, w którym mogę szanować Korwina za pewne poglądy ekonomiczne, ale łapać się za głowę, kiedy pieprzy głupoty, że może mi się nie podobać Aborcja moralnie, ale mogę równocześnie widzieć pewne racje jej zwolenników, że jeśli nie chodzę mam problem z Kościołem, to nie koniecznie z Bogiem, że może mi się nie podobać część zachowań ludzi z LGBT, ale jednocześnie w części poglądów mogę stać za nimi murem, że Cejrowski jest dla mnie świetnym podróżnikiem i opowiadaczem i nie koniecznie zdanie na temat czarnoskórych aktorów podzielam przy wszystkich omawianych pod tym kątem filmach i że – uwaga – mogę je mieć, jednocześnie nie będąc zwolennikiem wrzucenia wszystkich czarnoskórych do gazu.

Powiecie – bo to musisz wytłumaczyć. Problem w tym, że nikt już nie chce słuchać. Nikt już nie ma czasu słuchać. Nawet jeśli znajdziesz osobę, której będziesz próbować coś wytłumaczyć, są spore szanse, że ona już cię oceniła – już zadecydowała, kim jesteś. Homofobem, katolibanem, rasistą, lewacką kurwą. I jasne, że znajdą się osoby, z którymi da się porozmawiać – problem w tym, że takich w Sieci, szczególnie na Facebooku jest coraz mniej. Bo i po co, jest cały wall do obskoczenia, serwis ze śmiesznymi obrazkami do obejrzenia, jeszcze jakieś newsy ze świata i filmiki na YouTube. O, kogoś gnoją? Rasista? Lewak? No to emotka „Wrr”. Albo dosadny komentarz. Nie ma potrzeby zagłębiać się w szczegóły, nie ma czasu. Na pewno jest winny. Wszyscy dzisiaj są lewakami-kurwami albo rasistami.

Domniemanie niewinności? Dyskusja? Empatia, albo zrozumienie? Zwykła ludzka dociekliwość? Te rzeczy zwyczajnie znikają. Jeśli komuś nakleisz nalepkę, to on się musi tłumaczyć i wykręcać, nieważne, co powiedział i dlaczego. I jasne, świat jest pełen homofobii, rasizmu, przemocy – to tak samo ludzkie, jak miłość, z tym, że fajnie byłoby z tymi złymi emocjami walczyć. Nie jestem tylko przekonany, czy walka z nietolerancją, poprzez nietolerancję i ostracyzm ma sens. Bo ci, którzy naprawdę są winni się w ten sposób nie zmienią – a jak zwykle odłamkami dostają niewinni.

Ale co ja tam wiem.

Jestem przecież tylko… <tu wstaw etykietkę>

Czy polski horror nie ma szans?

Napisał Łukasz Orbitowski na swoim blogu słów parę – zdanie, od którego można zaczynać opowieść, bo Orbitowski lubi na blogu pisać i jego wpisy są co najmniej tak samo wciągające, jak książki byłego już króla polskiej grozy. Dlaczego „byłego”? Bo sam autor wielokrotnie zaznaczał, że horrorem już się nie para. Mówił też, że głównie dlatego, iż nie ma już na horror pomysłu, niemniej gatunek ten nadal go fascynuje. Widać to choćby i po omawianym wpisie, w którym wygłasza opinię, jakoby polska groza nie miała szans na zaistnienie. Czy jest tak naprawdę? Chyba tylko czas może pokazać, ale słów pisarza miary Orbitowskiego nie sposób pominąć milczeniem. 

Polski horror jest jak polska piłka nożna, polskie kino widowiskowe, polski transport publiczny, polskie elektrownie atomowe i wiele innych rzeczy – to znaczy nie udał się i nigdy się nie uda. Grabiński przymierał głodem. Gdyby Stephen King urodził się w Polsce, miałby bloga, pracowałby na kasie w Lidlu, a w najlepszym razie pisał linie dialogowe do „Prawa Agaty” czy czegoś podobnego.

– pisze Orbitowski

Pomijając to, że polska piłka nożna radzi sobie ostatnio jakby lepiej, a i nie sposób zapomnieć jej wcześniejszych sukcesów, polskie kino widowiskowe też ostatnio ma nowe pomysły i coś zdaje się zmieniać, a transport publiczny to już nie te same rozklekotane pojazdy co dwadzieścia lat temu (może poza pociągami, te zawsze zdają się być wręcz stworzone dla klimatów grozy), łatwo można pojąć, o co Orbitowskiemu chodzi – Polska nie wydaje się być krajem w którym horror dobrze się sprzedaje. Co zresztą sam autor zaznacza:

W Polsce, gdzie fatamorganę marzeń wyznacza średnia krajowa (niecałe tysiąc euro), gdzie wydostanie się z prowincji przypomina pielgrzymkę do Medjugorie, a samotna matka zamiast pomocy dostaje centralny wpierdol, nie potrzeba żadnych horrorów.

I nie potrafię się z Orbitowskim nie zgodzić. W myśl zasady, że trwa jest zawsze bardziej zielona na przeciwległym brzegu rzeki, także i czytelnicze upodobania skłaniając się ku temu, czego w otoczeniu się nie znajdzie. W latach 80 i wcześniej była to literatura science-fiction, pozwalająca oderwać się od ziemi, jej problemów i dosyć ponurego ustroju. Przypomnę, że SF docierała dodatkowo z Zachodu – mitycznej krainy, gdzie „musi być jakaś cywilizacja”. Później przyszło (i utrzymuje się nadal) zafascynowanie fantasy. A horror? Jeśli wierzyć Orbitowskiemu, w naszym kraju mamy go za dużo, by ktoś chciał sobie jeszcze dokładać.

I tak można by to zostawić – wszystko zdaje się układać w miarę logicznie i spójnie. Tyle, że – o ile się z Łukaszem zgadzam – nie mogę być zgodny w pełni. Czy Polska to kraj, gdzie ludzie krzywo się na grozę patrzą? Jak najbardziej. Część osób z powodów podanych wyżej, część, bo „potwory i strachy” jakoś nie współgrają z obrazem dobrego chrześcijanina (choć i tu uogólniać nie można). Jednak w jednym się Łukasz Orbitowski myli – ludzie, którzy myślą w taki sposób to w większości nie jest target twórców grozy. Ba, nie sądzę nawet, by był to target twórców fantastyki. Targetem obecnej literatury są bowiem ludzie żyjący w sieci – czy może powiem dosadniej – w „globalnej wiosce”. Odbiorca grozy to człowiek, który wie co to Netflix, Amazon, Allegro, czy Ebay. Czasami chodzi do kina na filmy o superbohaterach, czasami ogląda seriale w domu, na pewno spotkał się z fenomenem „The Walking Dead” czy „Westworld”. Mówiąc krócej – to człowiek, dla którego świat nie jest ogrodzony przez granice naszego kraju, a żyje popkulturą.

No to czemu w takim razie ten polski horror nie hula już po księgarniach – spytacie. Poniekąd… także z powodów, o których Orbit wspominał. Polska to nie jest kraj łatwy dla tego rodzaju twórczości – ilustruje to choćby przypadek filmu „Córki dancingu”, reklamowanego jako musical i komedia, a zawierającego sceny gore i wątki grozy – i w ten sposób reklamowanego dopiero w USA, gdzie właśnie wchodzi na reklamy. Horror jest bowiem ryzykowny – trudno przepchnąć coś „nowego”, jeśli panuje przekonanie, że Polacy lubią łatwo, szybko i najlepiej żeby nie było angażujące umysłowo. Śmiem jednak twierdzić, że Polacy są takimi samymi ludźmi, jak i obywatele reszty świata, lub też nawet bardziej wymagającymi. Podpieram się tu ocenami tworzonych na jedno kopyto komedii romantycznych, oraz liczbami czytelników w grupach zainteresowań poświęconych na przykład Stephenowi Kingowi.

Nisza polskiej grozy

Problem moim zdaniem leży gdzie indziej – otóż odbiorcy nie wiedzą o produkcie. I tyczy się to tak książek jak i filmów.

Już kiedyś o tym wspominałem – to takie błędne koło. Wydawcy nie inwestują w polski horror, bo to ryzykowne i brak czytelników -> więc czytelnicy nie wiedzą że polski horror istnieje -> więc wydawcy nie inwestują w polski horror, bo to ryzykowne i brak czytelników. Dołóżmy do tego kryzys czytelnictwa, dołóżmy wielkie sieciówki, które nie płacą wydawcom, dołóżmy brak pieniędzy wydawców, dołóżmy omawiany wyżej fakt, który zauważył Orbitowski i którego zanegować też nie można… i mamy przepis na brak sukcesu.

Dodatkowo polska literatura grozy jest obecnie promowana… głównie wśród czytelników literatury grozy – jest bardzo mało osób, które pojawiają się „z zewnątrz”. A i tego „zewnątrz” nie da się tak łatwo zdefiniować – wyobraźcie sobie okrąg, w którego środku będzie polska groza wpisany w naprawdę OLBRZYMI okrąg gdzie są fani Stephena Kinga nie wiedzący zbyt dużo o polskim horrorze. Cała reszta osób jest poza tym dziwnym tworem. Smutna prawda jest taka, że mimo ostatnich lat starań i naprawdę sporego ruchu, tworzenia się środowiska i inicjatyw dalej jesteśmy po prostu małą niszą. 

Horrory i ludzie

Czego polski horror potrzebuje? Myślę, że przede wszystkim wyjścia do ludzi. Istnieją odbiorcy i jest dosyć spory target – być może nie jest on olbrzymi, ale z pewnością zaspokoiłby zapotrzebowania gatunku. Lub (cichutko marzę) rozpędziłby go na skalę światową. Wracając na Ziemię, jest jeszcze jedna rzecz, o której wspomniał pisarz Marcin Rusnak w dyskusji na facebooku – właściwe książki.

Nie umniejszając twórcom horroru ekstremalnego, gore czy bizarro i wszelkich innych odmian grozy, czytelnik, który pierwszy raz styka się z horrorem powinien wziąć do ręki „grozę dla każdego” – coś, co zaowocowało u Kinga i dzięki czemu pisarz ten zrobił tak wielką furorę. Mocne obyczajowo, ciekawe z punktu widzenia książki grozy niekoniecznie ukazujące niuanse obcowania płciowego z trupem. Zrozumiał to choćby Stefan Darda – najpierw pisząc takie książki, potem po prostu wychodząc z nimi do ludzi, jeżdżąc nie tylko po konwentach, ale i bibliotekach w całym kraju. Wyniki sprzedaży tego autora mówią chyba same za siebie, mimo, iż nie jest to „groza dla zaawansowanych” – ale i do tej wielu jego czytelników dochodzi, najpierw chłonąc specyficzną stylistykę i klimat literackiej grozy.

Czy polski horror nie ma szans?

Łukasz Orbitowski, jak mi się wydaję, skreślił horror. I trudno zaprzeczyć jego racji – nie jest to jednak racja w pełni słuszna i jedyna. Na dzień dzisiejszy polska groza balansuje nad przepaścią – co poczytuję jako poprawę, w porównaniu z sytuacją sprzed paru lat, kiedy jedną nogą byliśmy już „po tamtej stronie”. Nie jest jednak moim zadaniem, by krzyczeć, że Orbitowski racji nie ma i horror da radę.

Myślę, że w obecnej sytuacji i moim i każdego twórcy i działacza grozy zadaniem jest udowodnić Orbitowskiemu, że racji nie miał.

To da się zrobić.

Nie takie złe „Prequele” jak je malują – w obronie Star Wars

Grudzień i premiera „Łotra 1” to dobry czas, by przypomnieć sobie sagę Gwiezdnych Wojen. I niezmiennie, jeśli mówimy o „Sadze”, to zatrważająca liczba fanów powie; „ale dla mnie prequele nie istnieją”, lub też będzie miała do nich spore zastrzeżenia. Uważam też, że nielubienie trylogii prequeli stało się swego rodzaju modą, wyznacznikiem „prawdziwego fana Star Wars”. Jeszcze lepiej, jeśli do tego nienawidzi się Lucasa – twórce tego całego zamieszania. Doprowadziło to nawet do sytuacji,w której J.J. Abrams robiąc TFA jakoś tak dziwnie „pominął” istnienie Starej Republiki. Można lubić TFA, lub nie, ale jedno trzeba przyznać – Abrams i spółka zrobili film, który musiał być bezpieczny. Nie dodający zbyt wiele nowego. Jadący na schematach części IV. Aby tylko nie zadrzeć z fanami, nie stać się nowym Lucasem. 

I w ten właśnie sposób „The Force Awaknes” okazało się filmem, który dobrze się ogląda, ale nie wnosi zbyt wiele nowego i sprowadza to, co działo się w przedziale czasowym trzydziestu lat, do paru sekund, kiedy „większa gwiazda śmierci” właściwie wymazuje całą Nową Republikę, a z nią wszelkie niewygodne pytania, politykę i wszystko to, co mogłoby w uniwersum „niepotrzebnie namieszać”. Mimo trzydziestu lat wydaje się, że świat został takim, jakim go zostawiono w „Powrocie Jedi”, a nawet cofnął się do „Nowej Nadziei”. No, ale dzięki temu wierni fani dostali wielką dawkę nostalgii… i nic poza tym.

Lucas, zabierając się za „Trylogię Prequeli” miał chyba większe ambicje. Ambicje, które ostatecznie doprowadziły do tego, że stał się chyba najbardziej znienawidzonym twórcą w historii popkultury. Czy słusznie? Czy części I-III są naprawdę takie złe? Osobiście jestem zdania, że nie. Ale na pewno są inne, niż pierwsza trylogia. Z paru powodów – większej ilości pieniędzy, lepszych warunków technicznych i… odwagi, by dodać coś nowego.

Zadałem na facebooku paru osobom pytanie, co takiego złego jest w częściach I-III? Postaram się teraz odpowiedzieć na te opinie z cichą nadzieją, że może uda mi się kogoś przekonać.

1-jar-jar

1.Jar-Jar

To, czy wprowadzenie Jar-Jara było dobrym pomysłem jest chyba najbardziej omawianą sprawą jeśli chodzi o gwiezdnowojenne uniwersum. I szczerze – nie dziwię się. Głupi Gunganin przerósł nawet najsłynniejsze miśki w galaktyce, czyli Ewoki. I jedyną rzeczą, która ratuje tę decyzję jest teoria, jakoby Binks miał być wykorzystany jako późniejszy lord sithów. Zgadzałoby się to z tym, jak Lucas ciągnął swoje opowieści i wizerunkiem Yody przedstawionego z początku jako dosyć… niestabilnego emocjonalnie. Jar-Jar miałby kryć się za wszystkim… i jeśli faktycznie tak było, pokazuje to, jak bardzo Lucas został znienawidzony przez fanów, bowiem po protestach po części pierwszej Binks coraz bardziej schodzi na dalszy plan, a jego istnienie w Sadze wydaje się tym bardziej bezsensowne. Ale analizujemy dzieła za to, jakie są, a nie jakie miałyby być – wobec czego owszem: Jar-Jar jest najbardziej bezsensowną postacią w Uniwersum Star Wars. Czy jest aż tak denerwujący, by rzutować na cały film, lub też całą trylogię? Zdecydowanie nie.

2-cgi

2. CGI

Argument, że CGI niszczy „Gwiezdne Wojny” stał się na tyle mocny, że TFA zostało zrobione hybrydowo. I o ile nie jest to zła decyzja, nie uważam, by CGI niszczyło Trylogię Prequeli. To prawda – z biegiem czasu filmy wyraźnie się postarzały. Ale to samo można powiedzieć o Starej Trylogii, o czym zdają się niektórzy zapominać. Bądźmy szczerzy – nic nie jest wieczne i sztuczność wylewa się z obu trylogii. Z tym, że tylko jedna z nich jest „pierwsza” i „kultowa”. Pamiętać też należy, że Star Wars zawsze czerpało garściami z tego, jak w danym okresie robi się filmy i samo nadawało kierunek temu, jak się je robi. W latach, kiedy powstawały części I-III CGI było wszędzie. Lucas zaś czerpał garściami z dobrodziejstw techniki. I czy wyszło tak źle? Przypominam sobie widok Coruscant, Naboo, wspaniałą bitwę kosmiczną w części III. Yodę, który w „Ataku klonów” bił się z Dooku tak, jak to należałoby wymagać po Wielkim Mistrzu zakonu. Jako fani zawdzięczamy CGI naprawdę wielu wspaniałych widoków i wrażeń – i o ile można się zgodzić w tym, że w ówczesnym okresie kina było go zbyt wiele – to nie można uznać tej konwencji za błąd, a za udogodnienie, które sprawiło, że Star Warsy wyglądały… cóż – realniej, niż parę X-Fighterów rzucających się na Gwiazdę Śmierci.

3-fabula

3. Nudna fabuła

I to jest argument z którym trudno mi się spierać – bo zależy od gustu. Ale nie mogę powiedzieć, bym się z nim zgadzał. Porównajmy fabuły obu trylogii:

Części IV-VI: Sierota, którego dom zostaje zniszczony podąża ze starym mistrzem na pomoc królewnie w trakcie której stary mistrz ginie zabity przez swojego pierwszego ucznia, a królewna zostaje uratowana. Następnie siły zła kontratakują, zmuszony do ucieczki sierota odnajduje następnego nauczyciela i mierzy się z dawnym uczniem pierwszego mistrza, który okazuje się ojcem sieroty. Następnie dochodzi do ostatecznej konfrontacji, wielkiej bitwy podczas której drużyna bohaterów walczy ramię w ramię z żołnierzami wroga, a sierota ze swoim ojcem i wielkim mistrzem zła, przegrywa, ale wtedy ojciec buntuje się i zabija wielkiego mistrza. Koniec, wszyscy się cieszą, impreza.

Części I-III: Na pustynnej planecie dwóch rycerzy odnajduje małego chłopca, który nigdy nie miał ojca i zdaje się dzieckiem z przepowiedni. Kiedy jeden z rycerzy ginie w epickim pojedynku, drugi postanawia szkolić chłopca na rycerza. Następnie jesteśmy świadkami odkrycia spisku mającego wywołać wojnę i jej przeciwdziałać poprzez zbudowanie armii. Dowiadujemy się też, że wielki mistrz zła knuje w samym sercu republiki. Na skutek jego działań wkrótce wojna wybucha a szlachetni rycerze – mimo woli – zostają pionkami w intrydze zła. To zacieśnia się wokół nich i ostatecznie prowadzi do zagłady całego zakonu. Ujawniony zostaje wielki mistrz zła, który przekształca republikę w imperium zła i tym samym armia mająca uratować dobro staje się armią zła. Główny wybraniec chcąc przeciwdziałać klątwie śmierci wskutek swoich uczuć i zakazanej miłości wyrzeka się dobra i ostatecznie doprowadza do śmierci swojej ukochanej. Dobro i zło ścierają się w ostatnich pojedynkach, dobro przegrywa, lecz pojawia się też i nadzieja…

Oczywiście – pominąłem wiele wątków pobocznych. Mimo jednak dobrych chęci z góry wiadomo, która fabuła jest bardziej skomplikowana i pełna zwrotów akcji. Przede wszystkim fabuła pierwszej trylogii jest bardziej oklepana – to typowa opowieść fantasy. W częściach I-III pojawiają się intrygi, polityka, różne odcienie szarości, w przeciwieństwie do z góry zdefiniowanego podziału „dobro-zło” w trylogii pierwszej. I daleki jestem od piętnowania oryginału, ale powiedzenie, że fabuła prequeli jest nudna… cóż, delikatnie mówiąc mija się z prawdą. Ostatecznie jednak przyznać trzeba, że „Gwiezdne Wojny” nie słyną w ogóle ze skomplikowanych rozwiązań fabularnych.

4-jedi

4. Superbohaterowie Jedi

To jeden z tych argumentów na które czekałem. Insynuuje on, że walki w trylogii prequeli są przesadzone. I nie mogę się z tym zgodzić ani trochę. Okres Starej Republiki to czas, kiedy zakon Jedi był w jeszcze „w formie”, chociaż chylił się ku upadkowi (znów – ciekawa fabuła). Zauważyć należy, że fabuła skupia się na opowieści o „Wybrańcu mocy”, człowiekowi niesamowicie wręcz potężnemu. Prócz niego mamy też jednego z największych mistrzów Jedi – Obi-Wana, Yodę, wielkich mistrzów zła jak Dooku (którego minimalistyczny styl walki jest fenomenalny), lub takich „wymiataczy” jak jedyny w swoim rodzaju mistrz Windu, używający techniki łączenia ciemnej i jasnej strony. A jacy są „zwykli” Jedi? Widać to chociażby w bitwie na Geonosis. Gdyby wszyscy oni byli „superbohaterami” nie daliby się tak szybko spacyfikować. Tuż zanim przybywają klony, Jedi zostaje garstka. Wcześniej możemy podziwiać ich walkę – i jest ona mniej więcej na poziomie Luke’a w „Powrocie Jedi”. Jeśli zaś patrzeć na choreografię walk najlepszych szermierzy Zakonu Jedi – jest ona epicka, bardzo emocjonalna i popisowa. Dokładnie taka, jak czasy w których przyszło Jedi walczyć. Należy pamiętać też o jednym z najlepszych pojedynków w historii – Qui-Gon Jinn i Obi-Wan vs. Darth Maul. Jedi są tylko (i aż) Jedi, a Maul i jego choreografia jak najbardziej pasuje do tego, kim Maul jest – siepaczem Sithów.

(Oczywiście, ten argument także nie uciekł uwadze Abramsa, wobec czego pojedynek Rey i Kylo w TFA jest ukazany w formie walenia kijem w kij, co – biorąc pod uwagę to, że Kylo ukazywany jest jako ten, który wybił innych uczniów Luke’a, badass potrafiący dzięki mocy zrobić to, co Neo w Matrixie robił z nabojami – cholernie się nie klei)

5-watek-milosny

5. Straszny wątek miłosny

I to jest coś, z czym zgadzałem się przez ostatnie lata, dopóki nie przemyślałem sobie paru rzeczy – mamy sobie chłopca wychowanego przez matkę, a potem mistrza Jedi. Chłopiec ten nigdy nie miał większych kontaktów z kobietami. Przez lata buduje i idealizuje sobie wizerunek jedynej dziewczyny, która mu się strasznie spodobała i zakochuje się w niej tym pierwszym uczuciem tak zwanej „Wielkiej Miłości”. W Zakonie Jedi miłość do innej płci jest zakazana, Jedi żyją w celibacie. To pewne Taboo, a mistrz Obi-Wan nie jest raczej osobą, z którą można o takich rzeczach pogadać. I kiedy dochodzi co do czego wykwita romans – absolutnie nie kinowy. Nieporadny. Jakiś taki zbyt doniosły i czysty. Cóż, czego można wymagać po bądź co bądź nastolatku po raz pierwszy dotykającym kobiety? Ale hej – jak wyglądała Wasza pierwsza miłość?

Z czym się zgodzić mogę, to to, że w świecie, gdzie wszystko jest epickie, taki wątek kłóci się z konwencją. Na pewno nie tego oczekują ludzie po kinowej miłości. To po prostu nie pasuje – nie do fabuły, ale do konwencji.

midichloriany

6. Midichloriany

Ufff. No dobra. Stało się. Midichloriany zostały wspomniane raz, w pierwszej części filmu, ale są tak ważne, że nie sposób ich pominąć. No, to powtórzmy sobie wypowiedzi o mocy mistrza Qui-Gonna oraz Yody:

Qui-Gon, do Anakina po audiencji u Rady Jedi:

„Midichloriany to mikroskopijne formy życia obecne w żywych komórkach. Żyjemy z nimi w symbiozie. Bez Midichlorianów nie byłoby życia i nie znalibyśmy Mocy. To one nam mówią, czego pragnie Moc. Wycisz umysł a usłyszysz je.”

Yoda do Luke’a:

„Moim sprzymierzeńcem jest Moc, a to potężny sprzymierzeniec jest. Życie ona tworzy. I sprawia że wzrasta. Jej energia… otacza nas. I łączy. Świetlistymi istotami jesteśmy, nie tą surową materią. Musisz poczuć moc wokół ciebie. Tutaj, między tobą, a mną, drzewem, skałą. Wszędzie. Tak! Nawet między ziemią a statkiem.”

Zastanawiam się – czy te dwie wizje aż tak się od siebie różnią? To prawda – to, co mówi Yoda jest bardziej mistyczne. W trylogii prequeli Lucas obdziera Moc trochę z mistycyzmu, sacrum zmienia się w profanum… tak się przynajmniej wydaje. Myślę, że argument z Midichlorianami jest nietrafiony, bo zwyczajnie sprowadza się do tego, że według niektórych Midichloriany są Mocą i tak wielu fanów je rozumie, co jest błędem. Qui-Gon mówi, że Midichloriany są symbiontami, które żyją w organizmach żywych istot i to dzięki nim – dokładnie dzięki ich ilości – są one podatne na Moc. Nie oznacza to jednak, że symbionty te SĄ Mocą! Oznaczają za to pewien potencjał danej istoty – i nigdzie nie jest powiedziane, że ten potencjał jest trwały. Całościowa wizja Mocy przedstawia się więc w ten sposób:

Moc to mistyczna energia, która otacza wszystko i wszystkich. Spaja świat, na którym żyją istoty zdolne na nią reagować i jej używać – dzieje się tak z uwagi na symbionty w nich żyjące, które współżyją z Mocą. Ich ilość oznacza potencjał danej istoty. Anakin Skywalker swoim potencjałem wręcz przerażał. Czy był przez to potężniejszy od Yody? Nawet jako Vader nawet nie zbliżył się do poziomu Wielkiego Mistrza.

Dla mnie cały argument i wina Lucasa związana z wprowadzeniem Midichlorianów są objawem – wybaczcie – zbiorowej histerii, ponieważ żadna z wizji nie wyklucza drugiej. Midichloriany NIE SĄ Mocą. Kropka.

heyden

7. Hayden Christensen

I tu znów ciężko polemizować – z uwagi na zwyczajny gust. Jest to jednak jeden z częściej pojawiających się zarzutów. Trudno mi powiedzieć, czy to przez ten nieszczęsny wątek miłosny i dialogi o gryzącym i miękkim piasku… ale taka jest moja teoria. I tutaj też chciałbym zaapelować o dystans – bo czy Christensen naprawdę tak źle zagrał Anakina? W części drugiej jest idealistycznym i kierującym się emocjami nastolatkiem, co może wkurzać, ale w żadnym wypadku nie odmawia mu aktorstwa. W części trzeciej… cóż, jeśli moment, w którym ostatecznie przechodzi na ciemną stronę i to, jaki jest w tym krótkim czasie jako Vader bez zbroi nazwiecie „złym aktorstwem”… to chyba nie ma o czym gadać, bo zamyka się to już w gustach. Jak dla mnie umiejętność pokazania pewnych emocji, pokazania rozterki czy zagubienia to umiejętności dobrego aktora. Nie „wspaniałego”, bo gdyby postawić Christensena obok Anthonego Hopkinsa, to byłoby to obrazą dla tego drugiego, ale po prostu – dobrego.

vader_yelloweyes

8. Przejście Anakina na Ciemną Stronę

I tu znów – moim zdaniem – wielu fanów rzuca pretensjami nie zastanawiając się na tym, co mówią. Zarzut jest taki: Jest sobie Anakkin-Jedi i – WTEM! – Palpatine przeciąga go na Ciemną Stronę. Tymczasem Anakin przechodził na Ciemną stronę w długim procesie trwającym dobre kilka lat. Zacznijmy od części drugiej, gdzie nie dość, że zawiera zakazany związek, zaczyna żyć w kłamstwie i prowadzi podwójne życie (co nie jest ani trochę ścieżką Jedi), to jeszcze jedzie do obozu Tuskenów i tam… wymordowuje całą wioskę. Mężczyzn. Kobiety. Dzieci. Jeśli to nie jest Ciemna Strona, to co nią jest ja się pytam. Od części drugiej do trzeciej mija parę lat wojny. Anakin – Rycerz Jedi dalej jest Jedi, ale – jak sam mówi – „nie jestem Jedi którym powinienem być”. Wojna go niszczy. Miłość (ach, ta nudna, nieskomplikowana fabuła!) go niszczy. W końcu przychodzą wizje śmierci Padme, do której sam w końcu (ach, ta nudna, nieskomplikowana fabuła…!) doprowadza. Przez ten cały czas widzimy, jak Palpatin staje się jego mentorem i przyjacielem – mimo, że mentorem i przyjacielem jest też Obi-Wan. Ten konflikt też nie jest Jasną Stroną. Na początku części trzeciej Anakin morduje Dooku – zupełnie nie jak Jedi. W końcu, w trosce o swoją miłość – Amidalę – przechodzi na Ciemną Stronę aby użyć jej – oczywiście – w dobrych celach. To nie jest moment. To proces, który trwa lata. „Moment” to jest szybkość z jaką Rey w TFA nauczyła się władać Mocą na poziomie wykwalifikowanego Jedi.

Myślę nad rozwinięciem tego wpisu o część drugą. Ale to już kiedy indziej – zwyczajnie zrobiłoby się za długo.

Co zmieni fakt, że żyjesz w symulacji?

Parę tygodni temu Bank of America wysłał do swoich klientów list mówiący o tym, że prawdopodobieństwo, iż żyjemy w zaawansowanej technicznie grze komputerowej wynosi od 20 do 50 procent. Koncepcja, która jeszcze parę lat temu uznawana była za śmiałą i dosyć ciekawą hipotezę, jest teraz rozpatrywana szerzej przez tuzy świata fizyki, jak choćby znany propagator, Neil deGrasse Tyson. Mało tego – istnieją przesłanki, jakoby dwóch miliarderów (z czym jednym z nich na pewno jest Elon Musk) finansowało badania za których sprawą ludzkość ma się wyrwać z Matrixa. Prosta idea, zaledwie zagadnienie, staje się jednym z głównych problemów dzisiejszej fizyki teoretycznej. 

W świecie, w którym fizyka kwantowa otwarcie przyznaje, że pewne rzeczy dzieją się tylko dlatego, że na nie patrzymy, materia nie musi istnieć, a świat to coś zbudowane w zasadzie z niczego pomysł, że żyjemy w grze komputerowej nie jest wcale taki głupi. Więcej – wydaje się szalenie prawdopodobny. Jak to miałoby wyglądać? Cóż, albo nasz świat istnieje jako zapis informacji przechowywany we wnętrzu czarnej dziury, która jest częścią świata będącego zapisem informacji przechowywanych we wnętrzu czarnej dziury, albo… zaczyna się robić jeszcze dziwniej, bo jesteśmy symulacją przodków zbudowaną przez naszych własnych potomków za tysiące lat – tyle, że nie są to oczywiście „nasi” potomkowie.

Cała koncepcja opiera się na przypuszczeniu, które bardzo ładnie Elon Musk wyłożył w czerwcu, na jednej z konferencji:

Czterdzieści lat temu mieliśmy ponga, dwa prostokąty i kropkę. Tak wyglądały wtedy gry. Dzisiaj, czterdzieści lat później, mamy fotorealistyczne symulacje 3D, w które jednocześnie grają miliony ludzi – i stają się one z roku na rok coraz lepsze. Za chwilę będziemy mieli wirtualną i wspomaganą rzeczywistości. Niezależnie od tego, jakie tempo postępu założysz, w pewnym momencie gry staną się nieodróżnialne od rzeczywistości – i to nawet jeśli postęp zwolni tysiąckrotnie.

Teraz wyobraźmy sobie świat za 10 tysięcy lat, co przecież jest niczym w skali ewolucji. Zakładając że zmierzamy w stronę gier nieodróżnialnych od rzeczywistości, które to gry mogą być grane na dowolnym komputerze, to prawdopodobieństwo że znajdujemy się w bazowej rzeczywistości jest jak jeden do miliarda. Powiedzcie mi, co jest nie tak w tym argumencie?

Fantazja? Wszystko wyssane z brudnego małego palca lewej stopy? Możliwe – ale ileż takich fantazji stało się rzeczywistością? Historia postępu wygląda wręcz tak, jakby każda koncepcja zrodzona w formie opowieści – wymysłu pisarza sf – prędzej czy później miała doczekać się przynajmniej możliwości stania się prawdziwą. Nawet latające samochody są już możliwe (chociaż nie tak, jak byśmy chcieli). To, że nie ma ich na niebie to raczej problem reorganizacji systemu, zagrywek lobby i tego, jak działa rynek.

No, ale dobrze. Zakładam, że w pewnym momencie okaże się, że faktycznie – żyjemy w symulacji. Stawiam pytanie:

Czy to coś zmieni?

Zakładając, że za parę lat naukowcy ogłoszą, że żyjemy w symulacji musielibyśmy się liczyć z paroma wariantami:

  • Wielka histeria i załamanie ludzkości
  • Wielka histeria, załamanie ludzkości i wyłączenie systemu przez administratorów
  • To już się wydarzyło i żyjemy po restarcie
  • Świat będzie funkcjonował dalej

I… ja osobiście jestem zwolennikiem opcji ostatniej. Dlaczego? Po pierwsze – informacja zostanie zauważona tylko przez część ludzkości. Odjąć musimy wszelkie plemiona i społeczności krajów mało zinformatyzowanych, oraz takie, których doktryny religijne (patrz: Islam) wykluczają takie podejście do tematu. Po drugie, tylko część osób, które usłyszą taką informację faktycznie w nią uwierzą. Dla pozostałych twór ten będzie jeszcze dziwniejszy pojęciowo, niż fizyka kwantowa, która już dla wielu jest nie do przyswojenia (nie „zrozumienia” – ja na ten przykład w życiu bym ne powiedział, że „rozumiem” zasady działania mechaniki kwantowej, ale umiem je zaakceptować i w minimalnym stopniu pojąć, że jest tak jak jest). Ponadto naukowcom trudno to będzie udowodnić w sposób zrozumiały i przystępny dla każdego, bowiem wymagałoby to niemożliwego. W tym wypadku musielibyśmy „wyjść” z symulacji i spojrzeć na nią z zewnątrz. Co prawdopodobnie nie jest w ogóle możliwe – tak, jak nie jest możliwe, by komputerowy Geralt z Rivii przeszedł do naszego świata przez ekran. Wszelkie dowody opierać się więc będą na jakichś wyliczeniach i spostrzeżeniach – takich jak ostatnie odkrycie Dr. Jamesa Gates’a Jr., który w teorii Strun znalazł… kod programu komputerowego. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, że większość ludzi po prostu postoi chwilę z głupim wyrazem twarzy i wzruszy ramionami, bo dzieciaka trzeba nakarmić i kredyt spłacić.

Co jednak zmieni to odkrycie dla tych, którzy zrozumieją jego wagę?

Dochodzę tu do paru wniosków:

  • Po pierwsze – sam fakt takiego odkrycia nie oznacza, że nasz świat nie jest prawdziwy. Dochodzimy tu do filozoficznego paradygmatu mówiącego o tym, że świat postrzegany jest światem rzeczywistym. Dla nas rzeczywistość jest zawsze taka sama – czy jest iluzją, czy też nie. To świat który postrzegamy i rozumiemy. Świat będący od zarania dziejów naszą przestrzenią życiową. W perspektywie symulacji – jedyny świat dla którego my jesteśmy prawdziwi tak samo, jak on dla nas, mimo, że wszystko jest iluzją.
  • Po drugie – są to dobre wieści dla kreacjonistów i wszelkich wierzących. Cała wiara opiera się bowiem na tym, że jest stwórca i twór. Stwórce nazywamy bogiem, sami siebie tworem. W perspektywie symulacji możemy wreszcie namierzyć tego boga i „zaświaty” – o których, jak mówi Pismo, nawet nam się nie śniło. Co oczywiście nie spodoba się wielu wyznawcom religii – i być może dlatego właśnie jest ukryte.
  • Po trzecie ten „nasz” świat może być dla nas jedynym – w dodatku bardziej realnym, niż wszystko inne. Przecież w tym świecie „prawdziwym” wcale nie musi być tak, jak u nas. Mogą istnieć zupełnie inne prawa fizyki, tak rozwinięte, że te nasze są tylko mizernym wycinkiem „prawdziwej” rzeczywistości.
  • Po czwarte mamy prawo się poczuć oszukani. W każdej bowiem chwili możemy zostać odgórnie „wyłączeni”, w dodatku jesteśmy własnością jakichś bytów. Z ich punktu widzenia nie mamy prawa głosu. Z ich punktu widzenia nie jesteśmy prawdziwi. Co jednak – zaznaczę – nie odbiega od dzisiejszego stanu naszego świata. Wszystko powyższe jest po prostu aktualnie „niesprecyzowane”.
  • Po piąte najprawdopodobniej zostaniemy wyłączeni. Jakkolwiek cywilizacja naszych twórców nie byłaby rozwinięta, za każdym razem ilość energii i budulca jest skończona. Nie może być zatem sytuacji w której w naszej symulacji budujemy symulację, w której to symulacji nasi symulańci budują własną symulację, w której powstaje jeszcze następna symulacja w symulacji w symulacji. I tak w obie strony. Łącząc to jeszcze z perspektywą Multiwersum (teorii wieloświata, nieskończonej ilości wszechświatów w nieskończonej ilości wszechświatach) dochodzimy w pewnym momencie do poziomu krytycznego energii, którego nie da się już udźwignąć. A to kończy się ogólnym zawieszeniem wszystkich systemów. Można powiedzieć – multi errorem. Galaktycznym 404. Multiwersalnym crushem. My to wiemy i wiedzą to nasi twórcy. Wobec czego, kiedy w niedalekiej przyszłości sami zaczniemy budować symulację… zostaniemy wyłączeni. Zresetowani. Zakończeni.
  • Po szóste – może być i tak, że to my jesteśmy tymi „pierwszymi”. Choć to wysoce nieprawdopodobne. Ale wtedy musimy sami sobie odpowiedzieć, czy chcemy zapoczątkować taką spiralę kreacji i wziąć odpowiedzialność za cały ten bałagan, jaki powstanie?

I z tym pytaniem Was dziś zostawię.

Page 1 of 11

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén