Kategoria: Felieton (Page 2 of 11)

O tym, dlaczego Sapkowski ma rację

Z dedykacją dla Krzysztofa Sokołowskiego, który mi dogadał. 

Polcon 2016 minął, ale nie mijają jego echa. A w zasadzie jedno echo – „Sapkowskigate”, bo tak ochrzczona została ta sprawa. Chodzi o te parę minut, kiedy na swoim spotkaniu autorskim AS postanowił obrazić CDP RED, graczy i wyrazić zdanie, jakoby gra zrobiła mu mnóstwo smrodu i gówna. Wywołując tym samym powszechne oburzenie.

Polcon był świetnym konwentem. Wiem, bo byłem, a nawet zostałem tam imiennie zaproszony (co ciągle poczytuję sobie jako zaszczyt). Działo się tam wiele rzeczy, ale do szerszej świadomości przeszła tylko jedna. Sensacyjna, rzecz jasna. Ta, o której media mogły się rozpisywać – i robiły to, przeżuwając tego newsa do znudzenia. Tak portale plotkarskie, jak branżowe, czy nawet te „większe” media.

I tu pozwolę sobie na małą dygresję – pamiętacie jeszcze czasy, kiedy o fantastyce czy fandomie nie mówiło się zbyt dużo? Ba, temat w ogóle nie istniał. Ot, jakieś nerdy spotykały się w szkołach i gadały o nerdowskich sprawach. Wszystkie te nerdy (czyli ja też) walczyły o to, by o fantastyce się mówiło. No i teraz mamy za swoje: Korwin na Pyrkonie, szczucie cycem, afera kostkowa, Sapkowskigate. Konwenty zrobiły się wielkie, fandom gargantuiczny, powoli zjadający swoje własne, najwierniejsze dzieci, a zostawiający… konsumentów. Dygresją do dygresji będzie moja smutna myśl, że nie tylko fandom cierpi na tym, że „ugrał swoje”. Wszystkie „środowiska” mają problem z tą samą dolegliwością. W tym niestety środowisko grozy. Tak czy siak – stało się. Sieć sprawiła, że fantastyka stała się modna, konwenty stały się „targami” czy „festiwalami”, całość dobrym biznesem, a ze zwykłych kłótni zrobiły się „dramy”.

Wracamy do Sapkowskiego – nie miałem przyjemności być na jego spotkaniu. Prawdopodobnie miałem wtedy swoje panele. Dzięki dobrodziejstwu sieci prześledziłem je na YouTube. Wliczając felerne parę minut. Zastanawiałem się – jakie będą reakcje na słowa Sapka? Czy polecą pomidory? Buty? Podniosą się krzyki? Nic z tych rzeczy – część osób się zaśmiała. Bo i całe spotkanie było przeprowadzone w trochę żartobliwym stylu – tak, jak to bywa na konwentach. I tak jak to bywa na konwentach – fani znają swojego autora. Sapkowski był, jest i będzie… specyficzny w obyciu.

Czy usprawiedliwiam jego zachowanie? Nie… i tak. Bo zastanawiam się, o jakim zachowaniu mówimy.

Sapkowski rację ma

Zrobimy taki eksperyment. Wyobrażę sobie, że jestem nic nie znaczącym chłystkiem. Takim, co coś osiągnął, ale nie wielkim twórcą, nie pisarzem. Ot, człowiekiem „biznesu” jeśli można tak powiedzieć. W pewnym momencie jednak chwytam za pióro i piszę tekst, który po jakimś czasie zmieni oblicze całego gatunku literackiego w kraju. Po zostaniu odkrytym piszę dalej – i zmieniam świat. Następuje renesans fantasy. Na motywach powstaje serial, film. Zyskuję rzesze fanów. Mokry sen każdego pisarza. A Sapkowski tego dokonał – to nie jest „wydumane ego”, to są fakty. Można powiedzieć, że są w naszym kraju (i byli przed Sapkiem) świetni twórcy – i będzie to prawdą. Żaden z nich nie dokonał jednak tego, co on.

Kontynuujemy? Mija parę… no, trochę więcej… lat. Świat się zmienia. Na motywach książki powstaje gra, która podbija świat. Wszyscy chcą „Wiedźmina”. Cholera, tą markę przedstawia się jako główny eksportowy produkt kultury polskiej. Nawet prezydent – cholerny prezydent USA – dostaje do rąk „Wiedźmina”. Nie książkę – grę.

Ile osób z tej rzeszy fanów kojarzy Sapkowskiego? Ile z tych, którzy słyszeli o książkach przeczytali je? Ile z tych, którzy przeczytali myśli sobie „Sapkowski? To ten pisarzyna, co napisał książki na podstawie tej WSPANIAŁEJ, gry”. Triss pojawia się w Playboy’u – ale nie jest to Triss Sapka. Na okładkach książek pojawiają się postaci z gier, co samo w sobie może wprowadzić w błąd – poza tym, że jest oczywistym ruchem marketingowym.

Ludzie? Ludzie są leniwi. Ilu z nich będzie miało chęć, by pogrzebać i sprawdzić, jak to jest z tym „Wiedźminem”? Ilu z tych wiedzących będzie chciało w kółko i w kółko powtarzać ignorantom jak wygląda sytuacja?

Więc – jesteśmy sobie człowiekiem, który jest prawdopodobnie jednym z większych mistrzów pióra swoich czasów, wymyślił coś, co stało się „uniwersum” i urosło do takich rozmiarów, że już jego – swojego twórcy – nie potrzebuje. Sapkowski zostaje w cieniu. Każdy człowiek, który jest przekonany, że to „jakiś pisarzyna, który napisał książki na podstawie gier” jest dla ASa jak trzaśnięcie w policzek byczym penisem. Dodatkowo jest on człowiekiem starej daty, jak widać – nie rozumie gier. Nie chce zrozumieć. To nie jego świat. On coś wymyślił, on coś napisał, on zdziałał dużo. A na starość patrzy, jak „Wiedźmin” staje się „nie jego”.

Czy Sapkowski ma prawo być wkurzony? Całkowicie tak. Ale pozostaje pytanie, czy ten wkurw jest wymierzony odpowiednio…?

Rozproszona odpowiedzialność

To nie wina CDP, że zrobili niesamowitą grę. To sukces, który im się słusznie należy. To nie wina świata, że poszedł naprzód. To nie wina Sapkowskiego, że książki przestają być czytane, a gry są popularne. To wina nikogo, że popkultura dobrze się sprzedaje i ma zasięg globalny. To nie wina wydawcy, że chciał zarobić. Wszyscy mają prawo do sukcesu. Wszyscy powinni być zapamiętani według zasług – nie wszyscy będą.

Sapkowski nigdy nie patrzył się na konwenanse. Taki był i żadna gównoburza w internecie tego nie zmieni. Szczerze wątpię, by Sapkowski w ogóle się tym przejął. Tym, czym się przejął to jego scheda. Czy ma zatem rację, mówiąc, że „Gra narobiła mi mnóstwo smrodu i gówna”? Ma. Ale to nie gry ani jej twórców wina. To wina tego, jak teraz funkcjonuje świat – na czym cierpi i Sapek i sam fandom, zmieniając się i swoje produkty nie do poznania.

Gracze nie są idiotami. Autor powinien brać odpowiedzialność za swoje słowa i to, jak je wypowiada – szczególnie na spotkaniu autorskim. Szczególnie wtedy, kiedy wszystko i zawsze jest nagrywane. Można się na Sapka obrażać, ale należy go uszanować – bo na szacunek zasługuje. A przede wszystkim na zrozumienie.

Jeśli interesuje Cię temat samego Sapka i jego twórczości, zachęcam do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziłem z Sapkowskim dla Interia.pl

Zła strona pisania – jak działa pedofil?

 

Wczoraj w piśmie grozy „Histeria” zostało opublikowane moje opowiadanie „WDŻ”. To dobry moment, by się czymś podzielić. Chciałem powiedzieć, że pisanie nie musi być przyjemne. Nie chodzi mi o proces – ten po prostu nie musi być przyjemny i jest to normalne. Chodzi o pisanie – po prostu. Jako całość. Czasami jest to po prostu doznanie z rodzajów tych bardzo złych. Można nawet powiedzieć – okropnych. 

Dlaczego pisanie miałoby być nieprzyjemne? To twórcze zajęcie. I w większości – bardzo mi się podoba. Uczucie, które ogarnia mnie po paru godzinach klepanie w klawisze należy chyba do jednego z najwspanialszych, jakie przeżywałem i będę przeżywał w życiu. Pisanie może przestać być przyjemne, kiedy po prostu trzeba wypluć z siebie dawkę tekstu. A litery nie chcą się składać. Wena? Rozmawiając ostatnio z moim kumplem po piórze (mieszkamy po sąsiedzku), doszliśmy do wniosku, że takowej nie ma. Musze trochę sprostować to, co wcześniej powiedziałem – jest. Jest coś, co czuję, kiedy w mojej głowie pojawia się pomysł. I jest coś, co czuję, kiedy są dni w których litery same płyną. To bardzo miłe uczucie – ale do pisania nie wystarczy. Pisanie, co wie chyba każdy, to przede wszystkim ciężka i z reguły bardzo niedoceniana praca. Do tego stopnia, że nie jest nawet postrzegana jako praca – dopóki nie przynosi pieniędzy. Muszę zrozumieć i to podejście do problemu – nie jest pozbawione prawdy. Ale ta, jak wiemy, zależy często od punktu widzenia. Pisanie to jest ciężka harówka. Kropka.

Ale odchodzę od tematu – dlaczego więc pisanie mogłoby być nieprzyjemne? Myślę, że aby tak się stało, trzeba spełniać dwa warunki: pisać o rzeczach nieprzyjemnych (jak groza) i podchodzić do tego bardzo, bardzo poważnie.

Był kiedyś czas, że dostałem naprawdę gigantyczną lekcję pokory – było to na literackim forum Fahrenheita. Przydała się – jedną z mądrości, jaką udało mi się wtedy zyskać, było to, by pisać zawsze o tym, na czym się znam. Nie znaczy to, oczywiście, że aby pisać o mordercach, muszę kogoś zabić. Ale muszę poznać temat. Jak działają mordercy? Jak się dzielą? Czemu niektórzy ludzie mordują? Kim są ich ofiary? W przypadku psychopatów, są to arcyciekawe kwestie. Ale czasami docieram do tematów, które leżą gdzieś na dnie ludzkiej psychiki. I należą do tych szczególnie nieprzyjemnych. Stąd mam dwie drogi – albo uciekać, albo zanurzyć się w naprawdę paskudnym szambie.

O czym mówię? W „WDŻ”, prócz wyjściowego pomysłu z Gender, bardzo ważna była postać pedofila. Człowieka, który ma – wydawałoby się – normalny dom i żonę. Ale ma też drugie życie. Gdybym podszedł do tematu z wiedzą, którą miałem wtedy, wyszedłby mi pedofil tylko z nazwy. Wydmuszka. Ja tak nie działam – co w tym wypadku okazało się przekleństwem.

Musiałem zrozumieć, jak działa pedofil, a potem – przez chwilę – myśleć jak on. Innymi słowy, na chwilę musiałem zafascynować się tym, czym oni się fascynują. To nigdy nie jest możliwe w stu procentach, ale myślę, że poniekąd… udało mi się do tego zbliżyć. Umiem postawić się w pozycji kogoś innego. Umiałem postawić się i w jego pozycji. Musiałem się  tylko dowiedzieć, jak to działa.

Zwiedziłem parę stron. Parę forów internetowych, także w tzw. „Darknecie”. Porozmawiałem z tymi ludźmi – i wiesz co? Tak naprawdę najstraszniejsze jest to, o czym wiele osób stara się nie myśleć. Oni są tacy jak my. Nie ma różnicy w sposobie myślenia, nie ma wielkiej różnicy w emocjach, czy wychowaniu. To nie są potwory. Pedofile to całkiem normalni ludzie. Mają tylko jedno „ale” – punkt widzenia. Punkt odniesienia. Nie są nienormalni – są „przesunięci”.

Pomyśl o miłości. Miłości do matki, córki – miłości do ukochanej kobiety. A teraz spróbuj na chwilę rozważyć możliwość, że pedofil – w swoim mniemaniu – odczuwa taką samą miłość. Takie samo przyciąganie, które tak bardzo determinuje nasze życie i nasze cele. Bo przecież ostatecznym celem w życiu każdego człowieka nie okazuje się bogactwo, czy władza. To są świetne rzeczy, ale każdy na końcu pragnie po prostu miłości. Nie inaczej, jak się okazało, działają pedofile. Ci „przesunięci” ludzie. Ich seksualne i miłosne fantazje ograniczają się do najdelikatniejszych istot, jakie znają – dzieci. Tych ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli się ani zepsuć, ani zszarzeć. Nie zyskali z latami życia hipokryzji, nie uwikłali się w długi i kłamstwa – co w końcu czeka każdego. Dzieci, choć bywają okrutne, są też po prostu sobą. Pedofile z którymi udało mi się porozmawiać, szukali miłości osób, które nie mogą ich skrzywdzić. I, o ironio, sami przecież krzywdzili.

Teraz porównaj to z hasłem „miłość to miłość”, głoszonym przez niektóre środowiska. W tym brzmieniu, pedofile, geje, lesbijki i heteroseksualni ludzie są po prostu ustawieni na innych torach – ale każdy, ze swojego punktu widzenia, jedzie do tego samego celu. I każdy uznaje swój punkt widzenia za nadrzędny, normalny i dobry. Czy porównuję w tym momencie pedofilię do innych orientacji? To niebezpieczna droga – bo przecież wszystko zależy od tego, czy czynisz innemu człowiekowi krzywdę swoim postępowaniem.

Zagłębiłem się w tym wszystkim, brodziłem po uszy. Pisząc „WDŻ” odwiedziłem naprawdę nieprzyjemne zakamarki istnienia. Najciekawsze było to, jak niewiele byłoby potrzeba, by każdy z nas stał się „przesuniętym” – mordercą, psychopatą, pedofilem. Wystarczyłaby do tego tak naprawdę mała korekta w myśleniu. Trochę inne podejście do świata. I już. Żyjemy, nie zdając sobie sprawy, że cały czas ocieramy się o prawdopodobieństwo popełnienia strasznych rzeczy. Coś nas jednak przed tym chroni, prostuje – pomaga jechać po właściwych szynach… a przynajmniej z naszego punktu widzenia.

Widzisz? Robiłem research. To pisanie nie było przyjemne. Przez parę godzin musiałem BYĆ pedofilem. Myśleć, jak on. Ciągle zadawać sobie pytanie – czemu Paweł kocha tą dziewczynkę? W pewnym momencie musiałem odwiedzić łazienkę, by wyrzucić z siebie zawartość żołądka. To nie było przyjemne. Pisanie nie musi być przyjemne – ale może być drogą do zrozumienia świata i zaspokojenia tego cholernego głodu dręczącego mózg. Pozostaje jedno pytanie:

Po co mi ta wiedza? Czy w jakiś sposób mnie ubogaca? Pomogła mi w czymś?

Wiesz, co jest najgorsze?

Nie wiem.

Opowiadanie „WDŻ” można za darmo przeczytać TUTAJ.

Fantastyka a fantasy. O Gatunków rozróżnianiu.

– Czytam fantastykę! – pochwalił mi się kiedyś znajomy przy okazji  spotkania.
– Wspaniale – ucieszyłem się. – Jaka jest Twoja ulubiona książka Lema?
– Kogo?
– Lema. Taki pisarz science-fiction.
– Eee… ja nie czytam bajek o UFO.
– Mówiłeś, że czytasz fantastykę. To, no nie wiem, co sądzisz o ostatniej książce Kinga?
– A on nie pisze przypadkiem horrorów?
– Tak. Tak właśnie.
– Ja nie czytam horrorów.
– Mówiłeś, że czytasz fantastykę!
– Czytam. Wiesz, Tolkien. Paolini. Sapkowski. Fantastykę czytam.

FELIETON UKAZAŁ SIĘ PIERWOTNIE NA STRONIE POLSKAGROZA.PL KTÓREJ MAM ZASZCZYT BYĆ REDAKTOREM NACZELNYM.

Grozobicie felieton naczelnego

To nie była jedyna taka rozmowa, jaką odbyłem. Nie jedyna, o jakiej słyszałem i przez jaką przebrnąłem w dyskusjach forumowych. Można by pomyśleć, że im bardziej jesteś oczytany, tym więcej wiesz – tymczasem przerażająco wysoki odsetek zafascynowanego książkami społeczeństwa (także w fandomie) nie ma za bardzo pojęcia CO tak naprawdę czyta. Fantastyka staje się fantasy, science-fiction to tylko „bajki o ufo” – „Gwiezdne Wojny” to sztandarowy przykład dobrego i poważnego SF. Nie tak dawno przejrzałem ranking dziesięciu najlepszych horrorów dla dzieci, w którym wyszczególniono „Zmierzch”. Ani to horror, ani dla dzieci, ani nawet „najlepszy”.

Niewłaściwe nazewnictwo znajduję nawet tam, gdzie teoretycznie być go nie powinno – jakiś czas temu w kinach pojawił się film „MAMA” sygnowany nazwiskiem Guillermo del Toro (chociaż reżyserem był Andres Muschietti). Na plakacie napisano, iż jest to „Niesamowity Thriller”. Słowo „Horror” najwyraźniej nie przeszło komuś przez gardło, a szkoda, bo thrillerem film ten na pewno nie jest.

Zastanawiam się, skąd u pewnych osób ta wesoła ignorancja. I chyba znajduję odpowiedź – a przynajmniej jej część. Jedną z najważniejszych rzeczy dla wykształconego człowieka po maturze (a nawet przed) jest rozpoznawanie gatunków i rodzajów literackich. Powie tak każdy polonista. To absolutna podstawa, by wiedzieć, czym jest dramat, epika, liryka. Jeszcze dzisiaj mogę z pamięci zacytować definicję powieści, pamiętnika, podania, czy eposu. Ale gdzie w tym wszystkim podział gatunków literatury popularnej? O tym też się uczyłem. Częściowo. Ballada. Romans. Farsa. Parę słów o westernie, jako ciekawostka – pod koniec lekcji, kiedy każdy już patrzył na zegarek. Pamiętam też fantastykę – czy raczej fantasy. W podręczniku ze szkoły podstawowej  poświęcono ćwierć strony „Wiedźminowi”, ilustrując treść fotosem z filmu. Czym oczywiście wyrządzono temu dziełu jeszcze większą krzywdę. W szkole gimnazjalnej przeznaczono na  fantastykę  jedną(!) lekcję – ale tylko dlatego, że ładnie o to poprosiłem i sam miałem ją poprowadzić. Temat? Narzucony – Lem. Dla mnie super sprawa, dla   rówieśników temat do żartów, albo godzina na sen. Nie rozumieli Lema. Był dla nich za trudny, zbyt niejasny – zbyt głęboki. Nie uczy się przecież dziecka pływać, wrzucając go od razu na głęboką wodę, prawda? Pomijam temat pływających noworodków – one tak naprawdę nie zdążyły się jeszcze pływać oduczyć.

To, że system edukacji jest przestarzały, a jego naprawa notorycznie spychana na dalszy plan, ma uzasadnienie w obecnej (i przyszłej) kondycji narodu. W końcu, jak pisał Zamoyski „Takie będą Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie” – a nawet nieuzbrojone w wiedzę o nauczaniu oko widzi, że XIX-wieczny pruski system edukacji mający kształcić żołnierzy, robotników i urzędników ma się nijak do rzeczywistości XXI wieku. Przestarzały jest system i przestarzały jest program. Młody człowiek, wychodząc z lekcji Języka Polskiego, ma wiedzę o lekturach i pisarzach przeszłych, o pisaniu ku pokrzepieniu serc i romantyzmie, literaturze powstańczej i wolnościowej. I bardzo dobrze, bo nie można deprecjonować i zapominać o przeszłości (co obecnie dzieje się na nielicznych lekcjach Historii) – tak samo jednak nie powinno się ignorować teraźniejszości. A co wychodzący ze szkoły człowiek wie o dzisiejszej literaturze? A przede wszystkim, co wie o teraźniejszych polskich pisarzach? To już zostawia się przypadkowi. Jeśli ktoś czyta i się interesuje – to zna. Jeśli ktoś jednak nie miał kontaktu z książką (prócz przymusowych lektur) – to czytać nie będzie. Szkoła się kończy, zaczynają się studia – czyli  imprezy – i w końcu praca. Nie ma już czasu, by wyrobić sobie nawyk czytania, ani tez zagłębić się w literaturę. Kolejny idealny urzędnik/żołnierz/robotnik – pracownik gotowy do służby.

Generalizacja jest zła, dlatego powiem, że znam przypadek osoby, która sięgnęła po książki już w późniejszym wieku. Dzisiaj nadrabia zaległości. Ale także i ona nie wie, co tak naprawdę czyta. Fantastykę – ale czym jest ta fantastyka?  Czy tylko tym, na czym napisano, że to fantastyka właśnie?

Szkoła to pewien ograniczony okres czasu. Aby coś dodać, trzeba coś zabrać – albo też inaczej ten czas upakować. Jestem zwolennikiem myśli, że dobre nauczanie to takie, które popycha do samodzielnego odkrywania. zahaczające o różne tematy i dające możliwość rozwijania talentów, tworząc silne i wyspecjalizowane jednostki, nie armię uśrednionych do linii idealnych pracowników. W takiej szkole uczeń z pewnością  poznałby różnicę między fantastyką a fantasy. Między thrillerem a horrorem.

No, ale dobrze. Skoro już tu jesteśmy, to wyjaśnijmy sobie raz a dobrze:

Fantastyka to pewna konwencja. W niej zawierają się gatunki takie jak fantasy, science-fiction, horror z różnymi odgałęzieniami (jak np. bizarro, cyberpunk, gore, space opera). Thriller to nie jest horror – to dreszczowiec. Za zadanie postawiono mu w zasadzie to samo, co horrorom – wzbudzanie napięcia, dreszczu emocji, pewnego strachu. Wykorzystuje on napięcie, tajemniczość, czy niepewność. Tak, jak horror. To, co od horroru thriller odróżnia, to fantastyczność właśnie. Horror to FANTASTYKA GROZY. Upiory, strachy, zjawiska nadprzyrodzone, wprowadzone po to, by wywołać strach, napięcie, niepewność, tajemniczość. Dobrym thrillerem jest „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Dobry horror to – „Dom na wyrębach” Stefana Dardy. Obie te książki należą do literatury grozy, która podobnie jak fantastyka, zawiera w sobie pewne gatunki i podgatunki. W tym rozumieniu horror to  pomost pomiędzy grozą a fantastyką właśnie.

Science-fiction to nie są „Bajki o UFO” – to w ogóle nie są bajki. Moim zdaniem – chyba najpoważniejszy gatunek z całej fantastyki. Pytamy, jak nasze obecne działania  wpłyną na przyszłość. Jak będzie ona wyglądała? Wskazujemy na zagrożenia, przestrzegamy, ale i mamimy nowymi możliwościami. Autorzy science-fiction przewidzieli sporą część wynalazków, których dzisiaj używam… i sporą, na jakie czekam (latające samochody). „Gwiezdne Wojny” nie są i nigdy nie były SF – stykają się ze space operą- prawda, ale to w zasadzie rasowe fantasy: Opowieść o świecie, w którym mamy pewną formę magii (moc) i magów-wojowników (Jedi i Sithowie) walczących między sobą, oraz wybrańcu, i przepowiedni na jego temat., Wybraniec spotyka starego mistrza, ten z kolei uczy go wszystkiego, co sam wie, po czym umiera. Albo też o wybrańcu, który dał się zwieść. To, że zamiast standardowych mieczy mamy miecze świetlne, a całość odbywa się w innej galaktyce i są tam statki kosmiczne, jest tak naprawdę marginalne. Zwykła scenografia.

Tym bardziej „Zmierzch” nie jest  horrorem. W ogóle z grozą nie ma wiele wspólnego. Czy „Zmierzch” ma przerazić? Czy jest tajemniczy, wykorzystuje napięcie i niepewność? Czy też kanwą opowieści jest po prostu… paranormalny romans? Ale… jak by to wyglądało na plakacie?

Czytajmy ze zrozumieniem. I nade wszystko, wiedzmy CO czytamy. Jeśli nie nauczy nas tego szkoła (a nie nauczy), to zainteresujmy się sami. Nie bądźmy idealnymi pracownikami z XIX wieku.

Czy Wiedźmin jest seksistowski?

Jeszcze parę miesięcy temu zastanawiałem się półżartem, dlaczego jeszcze żadna feministyczna grupa nie skomentowała okropności, jakie dzieją się w grach z serii „Wiedźmin”. Skoro oberwało się GTA (że są na ulicach dziwki i że gracze mogą te dziwki bić, jeśli zechcą), skoro oberwało się i innym grom – czemu nie Wiedźmin? Przecież te książki, gry, słuchowiska – całe uniwersum to wręcz siedliszcze samczych wpływów. Nic to, że Yennefer, nic, że Ciri. I wykrakałem. 

Na (skądinąd znakomitym kiedyś) portalu Polygon.com ukazała się nie tak dawno recenzja przedstawiająca świat Wiedźmina jako wyjątkowo seksistowski, samczy i wręcz ociekający nietolerancją.

Nie będę się z tym kłócił. Bo świat Wiedźmina JEST bardzo nietolerancyjny, mroczny, ostry, zimny, seksistowski i ociekający przemocą. Wobec mężczyzn, kobiet, elfów, krasnoludów – ludzi. Wie to każdy, kto  (chciałoby się rzec, czytał książki, ale… ) chociaż trochę zanurzył się w uniwersum naszej polskiej dumy narodowej.

I o co tyle krzyku? Przecież autor recenzji stwierdził oczywistość – cóż, gdyby tak było, krzyku by nie było. Autor recenzji miesza jednak Wiedźmina z błotem. Za ociekanie seksizmem i nietolerancją. Gdzie są w świecie wiedźmina elfy geje? Gdzie transseksualiści? Lesbijki? Marsze równości? I nader wszystko – gdzie się podziali Afroamerykanie? – bo i taki zarzut się pojawia.

Oczywistym jest, że autor nie odrobił lekcji – nic nie wie o książka, ani założeniach świata Wiedźmina. Nie rozumie też realiów historycznych. Zastanawiam się więc, co robi na tak popularnym serwisie, jak Polygon.com?

Oddać oczywiście należy sprawiedliwość, że „Witcher” jako gra określona jest słowem „great”, a ocena sięga ósemki (co jednak na produkt REDów stanowi śmiesznie niską ocenę).

Zastanówmy się jednak – czy ten świat Wiedźmina rzeczywiście jest tak seksistowski? Oczywiście, sporo w nim seksizmu i niepotrzebnej agresji. Dokładnie tak, jak i w naszym i pewnie w każdym, gdzie znajdą się ludzie.

To są jednak pewne przeciwności, które zawsze się będą pojawiać – inne dla każdego typa bohatera. Przykładowo, dzielny rycerz dostanie smoki. Kiedy dzielny rycerz smoka pokona, zostanie bohaterem. Z kolei, kiedy mały, biedny chłopiec pokaże, że stać go – mimo własnej biedy i bezsiły – na bohaterski wyczyn, na ten przykład uratowanie królewny – może stać się rycerzem i tak dalej. Rozumiecie, do czego zmierzam?

Jeśli w świecie ociekającym przesadnym seksizmem pojawi się kobieta, która nie skupia się na jęczeniu o seksizmie i organizowaniu ruchów detronizujących samczą dominację, a zwyczajnie – swoją postawą pokazuje, że jest silną kobietą potrafiącą zawojować serca wielu mężczyzn owijając ich sobie wokół palca, to zwyczajnie staje się bohaterką. Wzorem do naśladowania. Powiedziałbym nawet – chodzącym seksem.

Oczywiście, mówię tutaj o Yennefer, której tak samo bym się bał, jak i wielbił. Swego czasu miałem w zamyśle zrobić wpis o silnych kobietach w popkulturze i na pierwszy plan miały trafić właśnie Yennefer z Vengerbergu i Clarie Underwood… do czasu, kiedy ta druga stała się jęczącą, bardzo pokrzywdzoną i sarkającą na samczą dominację „tego złego” Franka tupiącą, sfochaną dziewczynką (nawiasem mówiąc, dalej jestem wściekły o to na scenarzystów „House of Cards” – smażcie się w piekle). Wracając do Wiedźmina – innym zupełnie przypadkiem jest Cirilla, z brzydkiego kaczątka przekształcająca się (nie bez udziału Yen) w niezależną, silną postać.

Wiedźmin, wśród wielu prawd, przekazuje nam jeszcze jedną – świat jest straszny. I prawdopodobnie będzie. Ludzie są potworami – i prawdopodobnie będą nimi. Seksizm, choćby pół globu wyruszyło na marsz równości i wszechtolerancji także nie zniknie. Przemoc, gwałt, mięsożerność, nietolerancja – to wszystko jest wpisane w naszą naturę. Bez tych stron naszej osobowości nie ma i nie będzie Homo Sapiens (Sapiens). Można z tym walczyć. Niektóre jednostki będą inne (nie znaczy to, że gorsze). Gatunek, a z nim nasz świat pozostanie jednak niezmienny. I bardzo dobrze. Jeśli chcemy tworzyć piękno, musimy znać brzydotę.

W tym świecie mogą być osoby, które głośno krzyczą, że się z nim nie zgadzają, oraz takie, które po prostu rozumieją – że tak już jest. I wyciągają wnioski. Takie osoby nazywamy silnymi jednostkami. Nieważne, czy są to mężczyźni, czy kobiety. Dla mnie, z męskiego (i na pewno seksistowskiego) punktu widzenia, silne kobiety są właśnie takie. Radzą sobie. Sprawiają, że mężczyznom miękną nogi (i twardnieją inne części ciała).

Jestem przekonany, że większość feministek i innych speców od tolerancji się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że silne kobiety nie krzyczą o tym, że męski świat je tłamsi – po prostu są silne, mając tak zwany „męski” świat głęboko w poważaniu. I uważam też, że – choć uniwersum Wiedźmina jest pełne nietolerancji i seksizmu – sama opowieść jest także o tym, jak tolerować i być silnym. Tak, jak silna (a jednocześnie przecież słaba i bardzo kobieca) jest Yennefer z Vengerbergu.

O tym, jak JKM na Pyrkon przybył.

Jestem autentycznie zaniepokojony faktem, że festiwal fantastyki Pyrkon musiał tłumaczyć się, dlaczego wpuścił na teren wydarzenia Janusza Korwin Mikke. Fakt, że prezes partii KorWin pojawił się na Pyrkonie był (i jest) szeroko komentowany w mediach. Najczęściej jako „polityczna farsa” – i nie za bardzo mogę zrozumieć, czemu. 

To, że Pyrkon przestał być konwentem a stał festiwalem fantastyki jest faktem znanym od paru lat – trudno nazwać konwentem wydarzenie, które jest bardziej pokazem cosplay i wielkim targiem, niż miejscem, gdzie odbywają się prelekcje… chociaż i na te przecież nie należy narzekać. Pyrkon stał się miejscem, gdzie w fantastykę mogą zanurzyć się nie tylko fantaści, ale i zwyczajni mugole, których kontakt z fantastyką ogranicza się do Gwiezdnych Wojen, czy Władcy Pierścieni. Tu, w Poznaniu, mogą doświadczyć czegoś nowego i świeżego – fandomu i tego, co fandom chce im pokazać. I jest to piękne.

Piękne jest też i to, jak bardzo w ostatnich latach konwenty – w szczególności Pyrkon – przybrały na sile. Pojawienie się na takim wydarzeniu kandydata na prezydenta, tuż przed wyborami, mówi samo za siebie. Czy jednak przebywanie JKMa na terenie festiwalu było wyrachowaną, zimną i skurwysyńską polityką? Gdyby na Pyrkonie pojawił się wśród swojej świty Braun, Wilk, czy też Komorowski – uznałbym, że jest to prawdopodobne (co nie znaczyłoby oczywiście, że nie mają prawa wejścia jako zwykli użytkownicy). A to dlatego, że wymienieni przeze mnie panowie nijak się mają do fantastyki. Może poza programami wyborczymi.

Pojawiło się wiele oskarżeń wobec JKMa, ba – ponoć poleciało nawet w jego stronę parę jaj. Wszystkie pretensje są jednak podobne – przyszedł typ, by się polansować przed wyborami. Przyszedł polityk, który nic nie rozumie i nie wie o fantastyce. Jego pojawienie się wzbudziło niesmak.

Czy to, że ktoś jest znanym politykiem ma oznaczać, że nie ma wstępu na imprezy masowe? Nie przypominam sobie, by w ten sposób myśleli organizatorzy Intel Extreme Masters w Katowicach, gdzie zarówno Korwin jak i Wipler się pojawili. Ciekawostka – także w formie uczestników.

Czy pojawienie się Korwina na Pyrkonie było politycznie ukartowane? Szczerze wątpię, gdyż tego samego dnia -wcześniej – w Poznaniu odbywał się po prostu wiec kandydata.

Wipler że idą na Pyrkon

Pozostaje pytanie o wszechobecny niesmak i oburzenie wielu fantastów – oburzonym chciałem przypomnieć (czy może – uświadomić) że zarówno Korwin, jak i Wipler byli fantastami, kiedy większość oburzonych na chleb mówiło „bep”, a na muchy „tapty”, lub też jeszcze przed ich narodzinami. I nigdy tego faktu nie ukrywali, ba, są z niego dumni.

Jeśli mnie pamięć nie myli, Wipler prowadził prelekcje na Avangardzie 2011 (lub wcześniejszej), Korwin Mikke z kolei bywał gościem konwentów w latach 80 i 90. Został też bohaterem jednej z książek science-fiction („Komosutra” Aleksandra Olina), oraz nie tylko czytał fantastykę, ale ją tworzył – w 1983 roku, w miesięczniku „Fantastyka” (znanym, lubianym i poważanym przecież) pojawiło się jego opowiadanie Sf „Protokół z posiedzenia”.

dscf3740i

W świetle więc jakich faktów organizatorzy festiwalu fantastyki Pyrkon, nasi koleżanki i koledzy w fantastyce, mieliby nie wpuszczać Janusza Korwin Mikke – naszego kolegi w fantastyce? Tylko dlatego, że jest znanym politykiem, czy może z powodu poglądów? I dlaczego teraz, pod naporem mediów, mają się ze swojej decyzji tłumaczyć?

To, z czego organizatorzy Pyrkonu powinni się wytłumaczyć (i poniekąd to robią…) to fakt, że nie potraktowali ani JKMa, ani też Wiplera jako uczestników. Mówi się o ochronie, która torowała politykowi przejście przez tłum. Mówi się też i o tym, że Korwin zasiadł bez kolejki na żelaznym tronie Westeros (brzmi ciekawie), podczas, kiedy inni uczestnicy musieli czekać na tą przyjemność ponad półtorej godziny. Oczywistym jest, że orgowie zostali wzięci z zaskoczenia. Jako organizator paru konwentów wiem, że sam miałbym mętlik w głowie – został popełniony błąd, który nie powinien powtórzyć się w przyszłości. Nawet, jeśli dane wydarzenie przestało być standardowym konwentem, dalej należy do fandomu.

A w fandomie mamy jedną, niepisaną zasadę, która od lat czyni ten światek pięknym – wobec fantastyki każdy jest fanem i każdy jest równy. I każdy winien być traktowany na równych zasadach.

O Polakach bez Polaków.

topeczka

Alan Turing wielkim naukowcem był – fakt ten jest niezaprzeczalny. Chociaż zmarł w cierpieniu i zapomniany, dzisiaj pisze się o nim książki i robi filmy – tak jak ostatnio, kiedy do kin wszedł najnowszy film Mortena Tylduma, „Gra tajemnic”. Film zdążył już zdobyć nagrodę publiczności na festiwalu w Toronto i pięćdziesiąt dwie nominacje. W tym osiem do Oscara. A to, że Oscara dostanie, nie ulega żadnej wątpliwości. Obraz Tylduma opatrzony jest przy tym łatką „oparty na prawdziwej historii” – niestety, historia ta jest mocno wykoślawiona. 

Mamy być z czego dumni, my, Polacy. W czasie Drugiej Wojny Światowej dzielnie walczyliśmy – mimo, że nasi sojusznicy zdecydowali się na nas wypiąć, w tej samej wojnie wielu ryzykowało życiem, by pomagać narodowi żydowskiemu, ponieśliśmy też największe straty wśród wszystkich krajów – ponad 16% ludności kraju zostało zabitych w czasie wojny – możemy być z tego powodu dumni, bo mimo to podnieśliśmy się. Nawet pomimo licznych niemieckich obozów śmierci, oraz Jałty, gdzie przywódcy wolnego świata uradzili, że Polska będzie tylko teoretycznie wolnym krajem – albo też (tak, jak przed wojną) mieli nasz kraj głęboko gdzieś. I po tym, chociaż nie zaproszono nas na paradę zwycięstwa, się podnieśliśmy. Możemy być też dumni z dokonań naszych matematyków przed wojną, którzy jako pierwsi złamali kod Enigmy.

Niestety, przyszedł wiek XXI i okazuje się, że nasza wojna obronna polegała na rzucaniu się z szablą na niemieckie czołgi, Polska jest krajem nietolerancyjnym i antysemickim – szczególnie nienawidzącym żydów, mało tego, obozy śmierci nie są niemieckie, a polskie i to my powinniśmy żydów przepraszać za wyniszczenie ich narodu – gdyż to oni ponieśli największe straty.

A teraz, jeśli wierzyć najnowszemu dziełu Hollywoodzkiej kinematografii, nasz przedwojenny wkład w enigmę polegał na „przeszmuglowaniu” tejże dla Anglików. Gdyż Polacy, jak wiadomo, to niezrównani szmuglerzy.

O historii bez historii

Było ich trzech – Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski. Polscy matematycy, pracujący w małej miejscowości pod Warszawą, jeszcze przed wojną. Razem rozszyfrowali Enigmę i zbudowali tak zwane „bomby” – czyli pierwsze komputery służące do deszyfracji. Przez lata polski, francuski i angielski wywiad współpracowały – to znaczy nasz wywiad dawał naszym sojusznikom odszyfrowane depesze hitlerowców. Pod koniec 1939 roku, kiedy stosunki dyplomatyczne Polski i Niemiec zaczęły się gwałtownie „psuć”, przekazaliśmy przyjaciołom nasz polski model Enigmy (zbudowany od zera) i tajemnicę wywiadu. Kiedy z początkiem wojny szyfry Niemców nieco się zmieniły, Angielska ekipa profesora Turinga miała podkładkę do pracy. Sam Alan Turing zbudował swoją „bombę” na bazie polskiego projektu co – trzeba oddać sprawiedliwość – przebąkuje w filmie ulubieniec nastolatek, Benedykt Cumberbatch. Nie jest jednak wyjaśnione, czym była maszyna Polaków. Film natomiast pokazuje sukces Angielskiego uczonego, który „złamał kod i uratował miliony istnień”.

Zdumiewająca natomiast część filmu poświęcona jest temu, że Turing był gejem. Owszem, ma to wpływ na jego śmierć i należało o tym wspomnieć, zastanawia jednak nacisk położony na to, jak bardzo cierpiał z powodu zasad panujących w ówczesnym prawie.

Ten film opowiada (także) o Turingu i nie należałoby oczekiwać, że poświęci się tu Polakom więcej czasu, niż zwyczajne oddanie sprawiedliwości w temacie Enigmy. Wystarczyłoby, gdyby na „kartach wyjaśniających” pod koniec filmu znalazła się informacja o tym, że sukces Turinga nie byłby możliwy bez sukcesu Polaków. Za to znalazło się tam miejsce, by podać informacje temat chemicznej kastracji, w wyniku której sugeruje się, iż popełnił samobójstwo, a także fakty o tym, ile gejów zostało w ten sposób „uleczonych”. Dziwi też fakt, że dopiero w dalszej kolejności znalazły się informacje na temat samej Enigmy i czy na pewno jest to właściwe wartościowanie zgodne z tematyką filmu.

O filmie bez historii

Szkoda mi w ten sposób mówić o filmie, który mimo wszystko spełnił swoje zadanie – opowiedział o angielskich zmaganiach z Enigmą w sposób ciekawy i zajmujący. Przybliżył też sylwetkę samego Turinga, któremu zawdzięczamy choćby test dzięki któremu możemy rozpoznać, czy rozmawiamy z maszyną, czy nie. Test, który – jeśli się nie mylę – zdążyło przejść parę maszyn, a paru ludzi nie.

Fakt pozostaje jednak faktem. Tak zwany zachodni świat (do którego przecież Polska należy i to już od ponad tysiąca lat) rysuje historię tak, jak chce i mało kto cokolwiek z tym robi. Chociaż, po namyśle, kto ma robić, skoro Polacy nie szanują samych siebie, podkreślając tylko, jak bardzo beznadziejny jest nasz kraj, jak mało dokonaliśmy i w dodatku święcie w to wierzą. Zresztą, czemu mają nie wierzyć, skoro od lat lekcje historii sukcesywnie są obcinane – przez nasze ministerstwo edukacji.

Może w tym kontekście sobie na to zasłużyliśmy? Bo kto nas będzie bronił przed kłamstwami, jeśli nie my sami?

Bitwa o karpia

karp

Jest wcześnie rano, 23 grudnia 2014 roku. Jutro Wigilia, o szyby obija się deszcz, ciepły wiatr hula po pustych ulicach. Uchylam zasłonę. W paru oknach migają świąteczne lampki. Uśmiecham się, ale po chwili zdaję sobie sprawę, że to po prostu witryny sklepowe. Chciałbym poczuć magię, ale gdzieś chyba zgubiłem święta. 

Powietrze nie pachnie wypiekami, w głośnikach nie lecą kolędy a Rammstein. Choinki też jakoś brak. Strasznie ponuro i zwyczajnie się te święta zaczynają. Od pewnego czasu jestem dorosły – myślę, może to tego wina. Za rok stuknie mi ćwierć wieku, może nie powinienem już czuć świąt? Myślę o moim młodszym bracie, obecnie kończącym podstawówkę (już mu głęboko współczuję następnych trzech lat) – on powinien coś czuć. Ja czułem. Co prawda wiary w świętego Mikołaja zostawiłem pozbawiony w sposób cokolwiek brutalny, bo w wyniku awantury i z paroma „gówniarzu” na dodatek, ale to były inne czasy. Brat jednak „wie” o Mikołaju już prawie połowę własnego życia, zamiast magii co święta chce nowego laptopa, albo telefon, tak, jak jego koledzy w szkole. Nachodzi mnie refleksja, że gdzieś to się wszystko pomieszało, te święta.

Od kiedy pamiętam miałem dwie Wigilie zamiast jednej – tak, jakbym miał dwie rodziny, ale każda coś dla mnie znaczyła. Do czasu. W pewnym momencie człowiek zaczyna dostrzegać fałsz i jakąś bezpłciowość. I wtedy (o czym wie niewielu) staje się przed wyborem – albo się poddać, albo samemu zająć się czynieniem magii. Bo ta przecież nigdy nie dzieje się sama.

Wierzę w Mikołaja. Może przez chwilę przestałem, ale mam nadzieję, że mi wybaczy. Istniał taki człowiek i pozostał pewien symbol. Od dwóch lat spotykam się też z Przyjaciółmi na jeszcze jednej Wigilii – trzeciej. Naszej własnej, której nie robimy bo „taki jest zwyczaj”, ale dlatego, że chcemy. Choinka też się znajdzie. To wszystko sprawia, że w ostateczności czuję magię świąt. Może nie jest tak błyszcząca i niezwykła jak wtedy, kiedy byłem dzieckiem, ale dlaczego by miała być? Wtedy byłem widzem, dziś sam jestem czarodziejem.

Jest wielu takich, którzy już wybrali – wolą myśleć, że magia nie istnieje. W tej chwili nasza rzeczywistość się rozdwaja – tak, jak przy ostatnich wydarzeniach w Lidlu.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=GZqXkx3r_5U[/youtube]

Pewna placówka tej firmy zrobiła promocje. Karp, ryba nieodzowna przy Wigilii spadł cenowo do astronomicznie niskich cen. Ludzie się rzucili, ktoś nagrał film, jak wyrywają sobie jedzenie, klną, przepychają się, niszcząc w końcu zamrażarkę – sklep się nie obraził, cały towar został wyprzedany. Wszyscy się śmieją z głupich ludzi, którzy prawie zabili się o trochę ryby. Polactwo-cebulactwo. Promocja i dzicz w sklepie. Banda cebulaków ogarniętych szałem przedświątecznego kupowania.

Przyjrzałem się temu filmowi i zobaczyłem tłum starszych ludzi, którzy – istotnie – przepychają się do zamrażarki. Czemu tam są tylko staruszkowie? – zapytałem. I zaraz znalazłem odpowiedź – ludzie młodsi byli w pracy. Ta śmieszna geriatria to ci, którzy przepracowali swoje najlepsze lata i teraz siedzą na emeryturze, która ledwo starcza na wynajem skromnego mieszkania, nie wspominając o lekach. Jeśli dla mnie – w ciągu ostatnich paru lat – tak dramatycznie zmieniło się podejście do świąt, to jakie musiało być za ich młodości?

Myślę o tych starszych ludziach, żyjących na szczątkowym zasiłku czy śmieciowej emeryturze, dla których problemem jest kupić sobie leki. Ludzi po prostu biednych – wykorzystanych jako siła robocza i rzuconych w kąt, by czekali na śmierć. Myślę, że Wigilia to jedno z niewielu ważnych rzeczy, jakie im pozostały, więc kiedy słyszą o promocji na karpia w osiedlowym Lidlu…

Już nie takie śmieszne, prawda?

Jak anime uczy o „tolerancji”

wilczedziecitopka

Obejrzałem ostatnio film i był piękny. Mało jest takich obrazów, które zostawiają trwały ślad w człowieku, a jeśli już są – w kontekście anime – większość należy do mistrza Miyazakiego. „Wilcze dzieci” wyreżyserował Mamoru Hosoda (który też opracował scenariusz) – to film o wilkołakach, ale nie opowiadający o nich. Jak to możliwe? Już tłumaczę. 

Gdyby ktoś opowiedział mi o tym filmie, przedstawiając jego fabułę, otrząsnąłbym się z obrzydzeniem – niczym pies. Romans wilkołaka i kobiety, z którego rodzą się dzieci obdarzone takimi, a nie innymi umiejętnościami to idea, z której Hollywood czy Disney zrobiłyby kinową papkę nie do wytrzymania. Na szczęście jest to anime, a czym więcej oglądam tego typu filmy, tym bardziej podoba mi się wrażliwość Japończyków, ich umiejętność wielowątkowego opowiadania, czy – zwyczajnie – ambicja. Bo co za problem, zrobić bajkę? Bierzesz paru bohaterów, stawiasz przed nimi problem, dodajesz jakiegoś śmieszka (bo dzieci), parę gagów (bo dzieci) i happy end (bo dzieci), wszystko okraszasz najlepiej animacją komputerową (bo dzieci, trendy) – przepis ten stosuje od lat Disney, trzepiąc na nim nieprzyzwoite pieniądze. Problem zaczyna się, kiedy chcesz zrobić historię, która tak samo wciągnęłaby dzieci, jak i dorosłych – i każdemu coś dała od siebie. Wspomniana wyżej wytwórnia umiała kiedyś robić tego typu filmy, co udowodniła wprowadzając na rynek choćby „Króla lwa”. To było jednak dawno – dziś, z pomocą przychodzi dobre anime.

„Wilcze dzieci” to oczywiście film posiadający całą gamę znaczeń i interpretacji. To opowieść o poświęceniu i matczynej miłości, szukaniu własnej drogi i dorastaniu. Piękna opowieść, która nie raz sprawiła, że w gardle czułem jakąś taką nadętą gulę – wspomnieć też trzeba o fenomenalnej, urokliwej kresce. Kiedy oglądasz takie działa, to właśnie kreska jest twoim przewodnikiem na drugą stronę ekranu – a jeśli kreska to przewodnik, muzyka jest drogą, zaś fabuła – celem. Jeśli wszystkie te elementy ze sobą współgrają, chwilowo przestajesz istnieć dla rzeczywistego świata – tak się stało ze mną.

Dla mnie ten film mówi jeszcze o czymś – o akceptacji.

Tolerancja? 

Specjalnie nie używam tego słowa – zachodni świat już dawno wykrzywił jego oryginalne znaczenie. Nie, „Wilcze dzieci” to historia o akceptacji w takim znaczeniu tego słowa, jak właśnie ta sławna „tolerancja” powinna wyglądać. Wilkołaki muszą się ukrywać – nawet w nowoczesnym świecie ludzie nie przyjęliby ich zbyt miło. Bohaterowie filmu mają z tym duży problem – i z tym, by samemu zaakceptować to, jakim się jest. W końcu prowadzi ich to w dwa różne narożniki. Muszą się nauczyć żyć ze sobą nawzajem i pogodzić ze swoją naturą – i oboje czynią to na różne sposoby. Każdy z nich jest dobry, bo nie uniwersalny, lub uśredniony – ich własny.

Ten film jest o akceptacji samego siebie, innych i – często skrajnych – dróg życiowych. I trafia prosto w serce, odsłaniając nagą prawdę – że jeśli ktoś rzeczywiście chce żyć w jakiś sposób i znajdzie siłę, by podążyć własną ścieżką, to nie potrzebuje transparentów, wykrzykiwania haseł i kampanii społecznych. On po prostu żyje jak chce, a prędzej czy później świat sam mu zaczyna pomagać.

I chyba to jest właśnie złoty środek – zarówno wilcze dzieci, jak i ich matka nie potrzebują haseł. Nie krzyczą o równouprawnieniu, ani nie organizują parad równości. Nie żądają też od całego świata, by ich akceptował, liczył się z nimi i zmieniał tak, jak oni tego chcą. Nie wprowadzają nowych ideologii, nie krzyczą o swojej krzywdzie i niezrozumieniu. Prawdę mówiąc, nie pokazują się – nie muszą. Żyją tak, jak chcą, sami znajdując w świecie swoje miejsce.

Przesłanie jest całkiem proste – gdy zaczynasz od zmiany siebie, to później zmieniasz świat. Nie innych ludzi, ale właśnie swój świat.To wystarcza, by dobrze żyć. Wszyscy, którzy zaczynają od zmieniania świata żądając tolerancji od innych, wybierają najgorszą z możliwych ścieżek. I nigdy nie zaznają ani nagrody, ani spokoju.

Ani tym bardziej dobrego życia. A przecież tego właśnie chce każdy z nas.

Prawda?

5 powodów z racji których obawiam się o epizod VII

comment_wYBgKzqHEmPSMFc5OTRK0QQYB83Sweui

Kiedy w sieci pojawił się teaser nowych „Gwiezdnych Wojen”, podchodziłem do niego jak pies do jeża. Były powody, dla których obawiałem się o los tego uniwersum. Po obejrzeniu zwiastuna, jeszcze bardziej się pogłębiły. Dlatego, kiedy na blogu „Dużo więcej” pojawił się TEN tekst, postanowiłem zareagować. 

1. Gwiezdne wojny moich czasów 

Niestety, kiedy większość światowych kin wyświetlała u siebie „starą” trylogię (znaczy, najstarszą – widzę potrzebę uknucia nowych terminów, w końcu teraz tworzy się trylogia trzecia), mnie jeszcze na świecie nie było. Nic straconego, skoro polskie premiery tejże odbyły się już w czasie mojego życia (przynajmniej Edycja Specjalna, pierwsza Stara Trylogia [kolejny podział terminów?] to już osobny temat), a zaraz później weszła Trylogia Nowa (czy też… Średnia?) – trudno mi jest więc powiedzieć co tak naprawdę jest gwiezdnymi wojnami „moich” czasów. Jeśli chodzi o świadome pochłanianie popkultury, będą to zapewne części I-III. Ale skoro moje czasy, to też filmy pod przewodnictwem J.J. Abramsa vel. „Niszczyciela Uniwersów”, to i tak możemy temat uszczknąć.

W każdym razie – moje czasy. Niestety, „moje czasy” lat 2000-2014 to staczanie się sztuki filmowej, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. I oczywiście, możecie mnie teraz zasypać lawiną naprawdę wspaniałych dzieł filmowych wyprodukowanych w tym przedziale czasowym, jednak z przykrością muszę zauważyć, że w latach 1960-1999 powstawało więcej dzieł, które niosły za sobą treść, traktowały widza poważnie i przede wszystkim – nie szły w akcję i gagi, a w przekaz. I widać to na samym przykładzie „Gwiezdnych Wojen” – Najstarsza trylogia miała naprawdę DUŻO do powiedzenia. Od świetlistych istot, do wiary w swoje umiejętności i odnalezienie celu w życiu. Druga Trylogia Lucasa – jakkolwiek bym jej nie wielbił – tego przekazu ma już mniej. Za to pojawia się Jar-Jar i dużo więcej walk, wybuchów, akcji. I wcale się nie chcę uskarżać – Lucas zrobił to dobrze. Pojedynki na miecze świetlne, czy sceny w kosmosie za każdym razem wywołują na mojej skórze ciarki, niemniej trend jest trendem.

Dodajmy jeszcze, że Star Warsy przejął Disney. Znany z robienia dobrych filmów, ale też w każdym z nich znajdzie się: Dużo akcji (czasem niepotrzebnej), mało treści i wiele gagów (czasem nieśmiesznych).

star-wars-episode-VII-the-force-awakens-3

2. Nowe postacie na nowe czasy

87e4fbf310e8684a8fae11cb6b9c5127Patrzę na pustynię.
Słyszę mroczny głos lektora – zaczyna się fajnie, myślę.
BUM! Wyskakuje murzyn.

Murzyni byli już w Star Warsach. Bo i czemu nie? Wszyscy kochamy Lando (a przynajmniej ja), lubiłem też mistrza Windu, ale szturmowiec? Pomijając samą scenę, która niszczy absolutnie całe napięcie w tym teaserze i jest po prostu z dupy głupia, czarnoskóry zupełnie mi do szturmowca nie pasuje. Ale ok, jak mówiłem – pomijając samą scenę, nie mam wielkich ale. Za to zrodziło mi się takie pytanie, w powiązaniu z „nowymi czasami” – jakich jeszcze rewolucji ideowych należy się spodziewać? Te „Nowe czasy” charakteryzują się niestety sporym naporem ideowym na każdy możliwy środek przekazu. Pierwsze z brzegu – w Far Cry 4 zabijanie słoni stało się niemożliwe z powodów ideologicznych właśnie. W przeciwieństwie do ludzi, stały się nieśmiertelne.

Boję się tego wejścia idei do popkultury. Czy w nowych Gwiezdnych Wojnach zobaczymy przedstawicieli LGBT? A może transwestytów? Wiem, to bardzo daleko idące przypuszczenia – szczerze mówiąc, sam w nie nie chce wierzyć. Potraktujcie to jako luźną myśl do przemyślenia.

[ dopisek 4 grudnia 2014: Specjalnie dla ludzi, którzy z całego artykułu wyciągnęli tylko to, że gdzieś mi się murzyni nie podobają, że zabraniam z uwagi na kolor skóry i najpewniej jestem rasistą i homofobem – przypominam, że rozmawiamy tutaj o filmie, w kontekście świata fikcyjnego, nierzeczywistego, gdzie odbiorcy dany aktor/grupa może się podobać na danym miejscu, a może nie – i jest to tylko i wyłącznie kwestia gustu. Tolerancja nie polega na tym, by wszystko, wszędzie i zawsze tolerować (jak mi zasugerowano) – w tym temacie odsyłam TUTAJ. Uważam, iż potrzeba wykonania takiego dopisku potwierdza tylko moje domniemywania w kwestii panoszącej się poprawności politycznej. 
PS
Wiem kim był Jango i klony, ale mówimy o szturmowcach.]

3. Disney 

O tym wspomniałem już w kontekście punktu pierwszego – i jest to główny (poza Abramsem) powód, dla którego martwię się najnowszą Trylogią. Lubię wytwórnię Disneya, dali mi, jako dzieciakowi dużo dobrych wspomnień i bardzo dobre kino familijne. Wkurzyłem się, kiedy wykreślili z nazwy „Walt” – uważam, że to nie fair w stosunku do pana Disneya i dużo mówi o tym, co obecnie się w wytwórni dzieje. Nie chcę gwiezdnych wojen „kina familijnego”, mimo, że tym niewątpliwie zawsze były. Ale jest różnica w tym, co obecnie uważa się za kino familijne (i jest wyświetlane na kanale „DisneyXD” [kto wymyślał te nazwy?!]), a czym było wcześniej. Mówiąc prościej – nie chcę śmiesznych postaci, gagów, głupich sytuacji i goofy’ch. Chcę znów zanurzyć się w epickiej bajce i poczuć moc. Trzymać się fotela, kiedy są sceny akcji i czuć to napięcie w żołądku, kiedy stary mistrz Jedi opowiada o mocy. Chyba dużo wymagam – bo chciałbym być znów 10-latkiem, ale w końcu, czemu nie? Filmie – skoro chcesz być dobry, to uczyń ze mnie 10-latka. Są filmy, które to potrafią. Bądź taki dobry.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=cwe90O7tktM[/youtube]

4. Brak logiki 

Jest pewna niepisana zasada w tworzeniu światów fantastycznych – muszą być prawdopodobne. Zrozumiałe. Jeśli jest magia, musi działać na jakiś zasadach. Jeśli jest moc – też. Zakrzywia prawa fizyki, ale nie unicestwia ich. Dlatego, kiedy Jedi pchnie cię mocą, nie wylatujesz na orbitę, tylko odlatujesz parę kroków.

Dlatego, kiedy w teaserze zobaczyłem miecz, załamałem się ostatecznie – nawet abstrahując od miecza, to jest całkiem czytelny przekaz, gdzie twórcy mają dbałość o szczegóły, czy logikę świata. Rzeczy, które sprawiają, że dane dzieła są tak dobre i podziwiane. Mamy więc miecz z świetlnym jelcem.

a) Świetlnym? Ten miecz nie wygląda, jak miecz świetlny. Jest jakby „jakąś jego formą” – domyślam się, że Abrams chciał koniecznie „zrobić lepiej”. A lepsze jest wrogiem dobrego.

b) Nie chcę sobie nawet wyobrazić pojedynków na takie miecze. Większość technik odpada – bo, owszem, takim mieczem da się walczyć, ale jest to bardzo europejski styl walki. Prosty (i sam w sobie skuteczny), ale czy pasuje do walk Jedi/Sithów? Ni w ząb. To się może skończyć tylko jednym – ucięciem rąk posiadaczowi miecza.

c) Nawet, jeśli dopuścimy jelec świetlny, to w dalszym ciągu ten w zwiastunie nie ma ani trochę racji bytu. Czemu? Myślę, że ten obrazek pokazuje to lepiej, niż słowa:

jak się tnie

5. J.J. Abrams 

I dochodzimy do głównego powodu. Abrams, człowiek, który wcześniej zabrał się za inne potężne, kosmiczne uniwersum – Star Treka. I tego Star Treka popisowo spieprzył. Star Trek zawsze był dobrym Sf – dla mnie nawet lepszym za czasów Picarda, niż Kirka. Kiedy przyszedł Abrams, nie tylko całkowicie wymazał WSZYSTKO (Emil Strzeszewski słusznie zwrócił mi uwagę, że nie tyle wymazał, co dodał linię czasową. Ale chyba wiemy, po co to zrobił), co do tej pory stało się w uniwersum (za co powinien iść do piekła), ale też uczynił z tego naładowany gagami i akcją film bez treści, za to ze scenami typu „człowiek wybucha w kosmosie” (za co nawet w piekle go nie będą chcieli).

Patrząc na to, co pokazuje teaser nowych Gwiezdnych Wojen i jego wcześniejsze dokonania, zaczynam się zastanawiać, czy Abrams nie jest przypadkiem człowiekiem, który wszystko chce zrobić „od nowa” i „lepiej” – a jak wychodzi, niestety, widać. Chcę dać Abramsowi szansę. Za LOSTy. Ale, na moc, potrzebuję mieć czego się uczepić. Bo cieszę się, że pokazano mi piękne X-wingi (albo coś podobnego) i Sokoła Milenium, ale reszta scen pokazuje dokładnie to, czego się obawiam, a co Abrams potrafi.

Niszczyć uniwersa. Niech tym razem mu się nie uda.

Krótka historia o feministce

topka taka ma byc

[divider type=”white”]

Opowiem Ci pewną historię.

Pewnego razu, dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem (uważającym się za dorosłego, ale jednak – dzieckiem), ponad dziesięć lat temu grupa naukowców wysłała w kosmos pewną sondę. Nazwali ją „Rosetta”. Jej misja miała potrwać ponad dekadę i być jedną z tych najbardziej ambitnych i jednocześnie najbardziej niepewnych. Naukowcy porównywali ją nawet do lądowania człowieka na księżycu. Zanim sonda trafiła w kosmos, a stało się to 2 marca 2004 roku, zespół naukowców pracował w pocie czoła, by przeciwdziałać wszystkim technicznym i logistycznym problemom, jakie ich dzieło mogło napotkać na swojej drodze. A potem? Sonda leciała, wykonując mniejsze, lub większe obliczenia i obserwacje. Przez ponad dziesięć długich lat oddalała się od Ziemi, aż ta stała się tylko małą kropką wśród gwiazd. Wtedy, parę dni temu – napotkała wreszcie swój cel. Kometę. To na tej komecie wylądował specjalnie przygotowany lądownik – wszystko to na ciele niebieskim lecącym z wielką prędkością w kierunku słońca, cały czas wypuszczającym pył i fragmenty skalne. Wszystko dla większego poznania i dobra gatunku ludzkiego. Wzniosłe idee i wielkie pieniądze. Ambicja.

Wyobraź sobie teraz naukowca – człowieka, który sporą część życia oddał, by ta misja się powiodła. Wyobraź sobie, jak się cieszy – to ten pan na zdjęciu. Nazywa się Matt Taylor i – jak widać – jest lekkoduchem. Trudno nie być, mając tak skomplikowaną i pełną stresów pracę. Albo zwariujesz, albo sobie odbijesz. Dr. Matt Taylor cieszy się, ponieważ od 12 listopada 2014 roku będzie się o nim i jego kolegach pisać w podręcznikach. Zyskał sławę, odniósł sukces, ba – dla niektórych stał się bohaterem.

Nie mijają dwa dni i ten sam uśmiechnięty facet ze zdjęcia płacze i zdławionym głosem przeprasza przed kamerą za swoje „grzechy”. Dlaczego? Bo wśród dziennikarzy wypowiadających się o całej sprawie, jest pewna feministka, której nie obchodzi Rosetta, czy wielkie wydarzenia. Nie, panią Rose Eveleth wyjątkowo interesuje moda – konkretnie koszulka Dr. Matta Taylora. Otóż według pani Eveleth koszulka ta jest seksistowska i obraża kobiety. Szybko więc pisze o całej sprawie na twitterze i już po kilku godzinach na naukowca zwala się parę tysięcy osób wielbiących wszechrówność i tolerancję.

Dlatego właśnie 14 listopada 2014 roku badacz siedzi w studiu i zamiast się cieszyć – jest załamany. Zamiast świętować, głos się mu łamie i w pewnym momencie ma łzy w oczach, twierdząc, że popełnił błąd i przepraszając. Ewidentnie – został zniszczony. Gratulacje, pani Eveleth.

W moich długich dyskusjach o feminizmie pojawiło się parę kobiet, które powiedziały mi, że są feministki dobre i złe. Tak jak wszędzie – są też geje, którzy zamiast chodzić na parady i domagać się wszystkiego, po prostu się kochają i tyle. Są też feministki, które mają swoje przekonania. Są też i takie, które łapą się za głowę widząc sprawę opisaną wyżej. Pewnie tak jest – ale dopóty do głosu dopuszczane są takie osoby, jak pani Eveleth, dopóty ta filozofia będzie dla mnie czymś nie do przełknięcia. Jak – jak ktokolwiek ma w ogóle dowiedzieć się (nie mówię o daniu wiary), że feministki nie są (jeśli nie są) krzykliwymi, naładowanymi ideologią jak nazistowskie bombowce, rozhisteryzowanymi babami? Jak…  zresztą, co ja mówię – ta sprawa już dawno przekroczyła wszelkie granice absurdu, mojego poznania, wyobraźni, czy strzępków tolerancji.

To jest czyste szaleństwo. Coś, co sprawia, że krew się we mnie gotuje. Coś tak abstrakcyjnego, że trudno mi w to uwierzyć.

Z zasady nie powinienem używać wulgarnego języka, ale to można określić właśnie w ten sposób – granice skurwysyństwa zostały przekroczone.

O tykaniu konwentowym.

topka tykanie

Skończyłem sezon konwentowy na rok 2014 wynikiem sześciu naprawdę udanych konwentów. Dużo promowałem, trochę pogadałem, spotkałem ciekawych ludzi, przeprowadziłem inspirujące dyskusje, zniesmaczyłem parę osób prelekcjami o kanibalu. Wykończyłem się – już dawno nie miałem takiego nagromadzenia wyjazdów w tak krótkim czasie. I na prawie wszystkich spotkałem się z tym samym problemem – ludzie zaczęli nagle zwracać się do siebie per „pan”, „pani”, ewentualnie – „państwo”. 

W czym problem? 

W cywilizowanym świecie zwracanie się do kogoś per „pan” jest oznaką dobrego wychowania i szacunku. Zwłaszcza, jeśli jest się młodszym. To absolutna podstawa w kontaktach międzyludzkich – banały, które jednak w fandomie nie obowiązują. A przynajmniej nie obowiązywały do niedawna.

Kiedy zaczynałem konwentować, ta cała niepisana zasada z panowaniem była jedną z tych rzeczy, która mnie przyciągała jak magnes i ostatecznie wciągnęła do fandomu. Doszedłem później do wniosku, że grupa miłośników fantastyki zrobiła to, o co w idei komunizmu chodziło, a czego komuniści zrobić nie potrafili. Sprawili, że wszyscy są równi. I jasne, ktoś może być pisarzem, inny krytykiem, jeszcze inny zwyczajnym fanem – i tu równość nie istnieje (bo przecież nie ma czegoś takiego, jak równość), ale dzięki takiemu, fandomowemu, rozumieniu sprawy, pojawia się wspólna, wolna od wszystkich ideologii, religii, statusów społecznych i innych przeszkód w porozumiewaniu się, płaszczyzna do rozmowy. Wobec fantastyki, naszego zainteresowania, hobby, pasji – wszyscy jesteśmy równi.

Właśnie dlatego na konwencie fantastyki można śmiało podejść do jakiegokolwiek pisarza, uścisnąć dłoń i powiedzieć „hej, co u ciebie? Kiedy nowa książka?”. A potem wyjść sobie na piwo, czy inną herbatę. Takie „tykanie” to skarb, który szczególnie widoczny jest podczas prelekcji, czy paneli dyskusyjnych. Brak zadęcia, kiedy mówca mówi a sala słucha, owocuje zwykle burzą mózgów. Może też sprawić, że do dyskusji włączą się osoby chcące trochę w niej namieszać, bo i takie przypadki się zdarzały, ale są to sytuacje raczej marginalne. Nikt się nie wywyższa, wszyscy są traktowani równo, każdy chce się dobrze bawić. Piękna rzecz i (jak dla mnie) ideał równości, którego nigdy nie pojmą wszystkie inne grupy o równość walczące.

I jakoś od roku, może dwóch (trzech?), zaczyna się coś psuć. Przykłady? Nie tak dawno byłem w Łodzi (piękne miasto!) na Kapitularzu (dobry konwent). Już przy akredytacji zostałem nazwany „panem”. Kiedy zwróciłem uwagę, że jesteśmy w fandomie i nie ma co się wygłupiać, zostałem poczęstowany informacją, iż to orgowie kazali tak mówić (przy czym orgowie zdecydowanie zaprzeczyli). Na tym samym konwencie, Stefan Darda w trakcie prelekcji zaśmiał się z mojego facebookowego oburzenia, ale podkreślił wagę „tykania”. Nie minęły dwie minuty, kiedy z widowni padło pytanie per „pan”.

Czy to problem jednego konwentu? Nie – to samo widziałem na Porytkonie, Falkonie, Pyrkonie, Imladrisie, Polconie, Krakonie… wyjątkowy był tylko Kfason. Ale Kfason zawsze jest wyjątkowy. Ba, zdarzyło mi się być nazwanym „panem” na konwentowym sleepie (!). Tylko dlatego, że większość osób na nim była w przedziale wiekowym pomiędzy 14 a 18 lat.

Ładnie to określił ostatnio Paweł Majka, którego (Paweł, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko) zacytuję:

(…) konwenty, w założeniu, to miejsca spotkań. I cała konwentowa etykieta ma służyć ułatwianiu zmniejszania dystansu i pokazywaniu, że twórcy i czytelnicy (widzowie/gracze) to tak naprawdę koledzy, którzy mogą ze sobą rozmawiać jak znajomi, a nie jak ludzie, których dzieli jakaś dziwna granica.

Spotkania, rozmowy, poznawanie się nawzajem – wszystko to ułatwia zmniejszanie dystansu. Fandomici fantastyczni lubią myśleć, że są wielką grupą kumpli, choćby dlatego, że to ułatwia rozmowę (pomijając fakt,że często to prawda). Chcemy ułatwiać ludziom kontakt, ułatwiać przełamywanie ewentualnych barier w rozmowach. Myślę, że to i cenne i fajne.

Skąd się to wzięło? 

Fandom się zmienił – tak mówią. I w pewnym sensie jest to prawda. Urósł. To po pierwsze – fantastyka staje się coraz bardziej popularna. Mówimy już o zjawisku masowym. Ze spotkań liczących może paręset uczestników, konwenty stały się imprezami – festiwalami – liczącymi od paru po parędziesiąt tysięcy uczestników. Fandom się też przeistoczył. Wciągnął mniejsze, jak fani Star Warsów, Star Treka, RPGów, Cospley, gier komputerowych… przez co takie konwenty, jak Pyrkon, czy Falkon przebranżowiły się na „targi” – i więcej jest w nich właśnie targów, niż konwentów. Jest to tak samo potrzebne, jak (dla mnie) smutne. Mam nadzieję, że są to wyjątki, a nie zapowiedź „nowego” – większości konwentów w formie targów. A skoro tak, to na targi przychodzą też ludzie „z zewnątrz”, choćby rodzice z dziećmi – fanami fantastyki. Być może trudno jest organizatorom nakazać Helperom, czy Gżdaczom, by do każdego zwracali się na „ty”? Chociaż sytuacja, kiedy zwracamy uwagę Gżdaczowi, a ten dalej brnie w panowanie jest już niepokojąca.

Fandom odmłodniał. Albo też doszło wielu młodych, pośród których ci „starzy” gdzieś znikli. Rozpuścili się, jak sól w wodzie. Młodzi nie znają fandomowych zwyczajów i nie ma kto im o nich powiedzieć. Trudno im też się jest przełamać, jak w przypadku przytoczonej już prelekcji Stefana Dardy.

Tu szukałbym przyczyn. Wiele starych wyjadaczy fandomu przestało już jeździć na konwenty, założyli własne rodziny i biznesy. Część pewnie wyjechała z Polski. Akurat wtedy, kiedy przyszła „nowa fala”.

Jak zaradzić? 

Znam osoby, które bardzo chętnie poddają się „panowaniu”. Nie dlatego, że nie wiedzą o „tykaniu”, ale dlatego, że uważają, iż oto nadeszła przyszłość i tak już musi być. Takie osoby chciałyby dyskusji o tym, czy w ogóle mamy do czynienia z jakimś problemem – absolutnie się z nimi nie zgadzam. Problem istnieje, bo (jak dla mnie) to „głupie tykanie” czyni fandom tak wyjątkowym, na tle innych ugrupowań. I pięknym. Nie niszczmy tego, co wypracowali ci wszyscy ludzie przed nami – fani, którym się chciało. Dla fanów, którym też się chce.

Mam apel dla wszystkich znajomych pisarzy, działaczy fandomu, organizatorów konwentów, redaktorów pism i portali i fanów fantastyki – przede wszystkim. Napiszcie coś od siebie, na swoich stronach, blogach, profilach, portalach czy w pismach.  Porozmawiajmy. A Wy, drodzy orgowie (z niektórymi już o tym rozmawiałem), rozmawiajcie ze swoimi Gżdaczami o tym. Myślę, że należałoby też na każdym konwencie uruchomić prelekcję wstępną „dla nowych” – jest tyle rzeczy, o których można powiedzieć. Od panowania, do choćby funkcji czajnika w sleepach. Nagłośnijmy tą sprawę i informujmy tych, którym wskazówki się przydadzą.

Tak jak mnie kiedyś poinformowano. Dzięki czemu poczułem się, jak w rodzinie, a nie na targach pomiędzy obcymi ludźmi.

INNE WPISY W TYM TEMACIE: 

Ziuta się dziwi: Fandomy

Wpis Tomka Kozłowskiego. 

Co wspólnego mają Rammstein i rumsztyk (z ziemniakami i brukselką)?

1406056962_rammstein

26 lipca minie dziesięć lat od wydania się jednej z najbardziej kontrowersyjnych piosenek naszego wieku „Mein Teil” niemieckiej grupy Rammstein. Obrazoburcza pieśń i towarzyszący jej równie kontrowersyjny teledysk nie powstałaby nigdy gdyby nie chora fascynacja dwóch panów. Oto jej kulisy.

9 marca 2001 roku dwóch mężczyzn spotkało się na dworcu pod Rotenburgiem. Uścisnęli sobie dłonie, potem weszli do samochodu. Niewiele rozmawiali, poprzestali na delikatnych pieszczotach w drodze do dużego, pięćsetletniego domu na wsi. Parę dni później gospodarz wyjął swoją najlepszą zastawę, nalał najlepsze wino, jakie miał i zapalił świece. Potem z ukontentowaniem zasiadł do posiłku, na który składał się rumsztyk z ziemniakami i brukselka. Pierwszy kęs okazał się dziwny w smaku, acz satysfakcjonujący.

Gospodarz nazywał się Armin Meiwes, był informatykiem i ogólnie bardzo miłym facetem, często pomagającym sąsiadce w opiece nad dziećmi. W więziennym wywiadzie miał wyznać: „Smak ludzkiego mięsa można porównać do wieprzowiny, jest jednak bardziej sycące. Było pyszne.”

To, co stało się w pięknym, dużym domu pod Rotenburgiem w nocy z 9 na 10 marca 2001 przez długi czas nie schodziło z pierwszych stron gazet, zaś niektórzy ludzie uczestniczący w procesie „Potwora z Rotenburga” leczyli się później psychiatrycznie, kiedy zdiagnozowano u nich Zespół Stresu Pourazowego. Ta sama sprawa zainspirowała trzy filmy, odcinek popularnego serialu „The IT Crowd”, książki i trzy utwory muzyczne, w tym „Mein Teil” zespołu Rammstein.

Co jednak doprowadziło do makabrycznego w skutkach spotkania? Kim był ów „potwór z Rotenburga”? Dzięki zeznaniom, jakie udzielił w więzieniu, dziś możemy poznać tę prawdę.

Reszta artykułu na portalu dzikabanda.pl—>

Page 2 of 11

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén