Kategoria: Filozofia

Jak anime uczy o „tolerancji”

wilczedziecitopka

Obejrzałem ostatnio film i był piękny. Mało jest takich obrazów, które zostawiają trwały ślad w człowieku, a jeśli już są – w kontekście anime – większość należy do mistrza Miyazakiego. „Wilcze dzieci” wyreżyserował Mamoru Hosoda (który też opracował scenariusz) – to film o wilkołakach, ale nie opowiadający o nich. Jak to możliwe? Już tłumaczę. 

Gdyby ktoś opowiedział mi o tym filmie, przedstawiając jego fabułę, otrząsnąłbym się z obrzydzeniem – niczym pies. Romans wilkołaka i kobiety, z którego rodzą się dzieci obdarzone takimi, a nie innymi umiejętnościami to idea, z której Hollywood czy Disney zrobiłyby kinową papkę nie do wytrzymania. Na szczęście jest to anime, a czym więcej oglądam tego typu filmy, tym bardziej podoba mi się wrażliwość Japończyków, ich umiejętność wielowątkowego opowiadania, czy – zwyczajnie – ambicja. Bo co za problem, zrobić bajkę? Bierzesz paru bohaterów, stawiasz przed nimi problem, dodajesz jakiegoś śmieszka (bo dzieci), parę gagów (bo dzieci) i happy end (bo dzieci), wszystko okraszasz najlepiej animacją komputerową (bo dzieci, trendy) – przepis ten stosuje od lat Disney, trzepiąc na nim nieprzyzwoite pieniądze. Problem zaczyna się, kiedy chcesz zrobić historię, która tak samo wciągnęłaby dzieci, jak i dorosłych – i każdemu coś dała od siebie. Wspomniana wyżej wytwórnia umiała kiedyś robić tego typu filmy, co udowodniła wprowadzając na rynek choćby „Króla lwa”. To było jednak dawno – dziś, z pomocą przychodzi dobre anime.

„Wilcze dzieci” to oczywiście film posiadający całą gamę znaczeń i interpretacji. To opowieść o poświęceniu i matczynej miłości, szukaniu własnej drogi i dorastaniu. Piękna opowieść, która nie raz sprawiła, że w gardle czułem jakąś taką nadętą gulę – wspomnieć też trzeba o fenomenalnej, urokliwej kresce. Kiedy oglądasz takie działa, to właśnie kreska jest twoim przewodnikiem na drugą stronę ekranu – a jeśli kreska to przewodnik, muzyka jest drogą, zaś fabuła – celem. Jeśli wszystkie te elementy ze sobą współgrają, chwilowo przestajesz istnieć dla rzeczywistego świata – tak się stało ze mną.

Dla mnie ten film mówi jeszcze o czymś – o akceptacji.

Tolerancja? 

Specjalnie nie używam tego słowa – zachodni świat już dawno wykrzywił jego oryginalne znaczenie. Nie, „Wilcze dzieci” to historia o akceptacji w takim znaczeniu tego słowa, jak właśnie ta sławna „tolerancja” powinna wyglądać. Wilkołaki muszą się ukrywać – nawet w nowoczesnym świecie ludzie nie przyjęliby ich zbyt miło. Bohaterowie filmu mają z tym duży problem – i z tym, by samemu zaakceptować to, jakim się jest. W końcu prowadzi ich to w dwa różne narożniki. Muszą się nauczyć żyć ze sobą nawzajem i pogodzić ze swoją naturą – i oboje czynią to na różne sposoby. Każdy z nich jest dobry, bo nie uniwersalny, lub uśredniony – ich własny.

Ten film jest o akceptacji samego siebie, innych i – często skrajnych – dróg życiowych. I trafia prosto w serce, odsłaniając nagą prawdę – że jeśli ktoś rzeczywiście chce żyć w jakiś sposób i znajdzie siłę, by podążyć własną ścieżką, to nie potrzebuje transparentów, wykrzykiwania haseł i kampanii społecznych. On po prostu żyje jak chce, a prędzej czy później świat sam mu zaczyna pomagać.

I chyba to jest właśnie złoty środek – zarówno wilcze dzieci, jak i ich matka nie potrzebują haseł. Nie krzyczą o równouprawnieniu, ani nie organizują parad równości. Nie żądają też od całego świata, by ich akceptował, liczył się z nimi i zmieniał tak, jak oni tego chcą. Nie wprowadzają nowych ideologii, nie krzyczą o swojej krzywdzie i niezrozumieniu. Prawdę mówiąc, nie pokazują się – nie muszą. Żyją tak, jak chcą, sami znajdując w świecie swoje miejsce.

Przesłanie jest całkiem proste – gdy zaczynasz od zmiany siebie, to później zmieniasz świat. Nie innych ludzi, ale właśnie swój świat.To wystarcza, by dobrze żyć. Wszyscy, którzy zaczynają od zmieniania świata żądając tolerancji od innych, wybierają najgorszą z możliwych ścieżek. I nigdy nie zaznają ani nagrody, ani spokoju.

Ani tym bardziej dobrego życia. A przecież tego właśnie chce każdy z nas.

Prawda?

Matrix dla opornych

SmithDies

Pierwszy raz zobaczyłem film „Matrix” w wieku (ledwo) nastu lat. Odpowiedzialnym jest oczywiście mój tata – dbający o właściwe zapoznanie z fantastyczną kulturą swojego syna. Drugi film trylogii to dla mnie czasy gimnazjum… chyba tak, jak i trzeci. Zabawne, że przez ten cały czas myślałem, że „Matrix” jest opowieścią o wyzwalaniu się ludzkości z iluzji, opowieścią o wybrańcu. Tymczasem dzieło (wtedy jeszcze) braci Wachowskich opowiada zupełnie o czymś innym. I w żadnym wypadku nie jest to historia o wyzwoleniu ludzkości. 

Któryś z rodzeństwa Wachowskich miał powiedzieć kiedyś, że ludzie tak naprawdę zrozumieją Matrix za dziesięć, czy dwadzieścia lat. Miał rację – od ostatniego filmu minęło bowiem właśnie dziesięć lat. Przez ten czas świat się zmienił – można powiedzieć, że stał się bardziej „Matrixowy”, niż wcześniej, a ówczesna widownia (mam na myśli siebie) zdążyła już trochę dojrzeć. Ja dorosłem do tego, by wreszcie zobaczyć choć część przesłania, jakie w swej trylogii umieścili bracia Wachowscy, oraz jeszcze coś. Prosty fakt, że każda z części Matrixowej trylogii była potrzebna i z góry zaplanowana – że nie można nawet powiedzieć, by któryś z tych filmów był gorszy, gdyż wszystkie są na poziomie arcydzieła.

Myślę, że wiele osób wpadło na ten sam trop, co ja – zdziwiłbym się, gdyby nie. Bo to by znaczyło, że…

Wake up, Neo.

The Matrix has you.

Więc o czym jest Matrix?

Wpadłem na ten pomysł oglądając scenę, w której Francuz podaje w swoim klubie ciastko pewnej kobiecie. W ciastku tym ukryty jest kod rozkoszy, chuć i pożądanie – uderzenie gorąca i rozchylone wargi to wynik. Przyczyna i skutek. Nałożył mi się ten obraz z cukierkami, które Morfeusz dawał Neo – wyborem, którego tak naprawdę nie było. Bo Neo nie był wybrańcem. Neo był zwykłym człowiekiem, który dopiero miał się nim stać. W bajce, w iluzji, o czym już w części drugiej miał się zorientować.

Dokładnie po rozmowie z Architektem, ojcem Matrixa. Jednocześnie w tej samej rozmowie, kiedy skojarzysz parę faktów, wychwycisz, iż sam film nie opowiada o Neo, nie opowiada też o wybrańcu. Opowiada o głupiej ludzkości trzymanej na smyczy przez maszyny. Cały czas. I o grze pomiędzy Wyrocznią, a Architektem.

Gdzie w tym Neo? Gdzie miłość, bohaterstwo, poświęcenie i heroizm? Tutaj – na planszy szachowej.

Lekcja historii. 

Jeśli sam do tego doszedłeś, to rzeczy o których piszę teraz będą dla Ciebie oczywiste. Sam zresztą się zastanawiam, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem – być może byłem zbyt głupi. Ale do rzeczy: Aby zrozumieć GRĘ trzeba najpierw zrozumieć genezę całego zjawiska, jakim jest Matrix. Przypomnijmy więc:

Jak wiemy, maszyny zbuntowały się przeciwko ludzkości i rozpoczęła się długa i krwawa wojna, w wyniku której niebo zostało pokryte chmurami. Czy to planowane działanie, czy też efekt uderzeń bomb jądrowych, efektem tej zasłony było pozbawienie maszyn energii. Obawiam się jednak, że ludzkość już w tym momencie była za słaba, by zmiażdżyć je jednym uderzeniem – a maszyny ten fakt wykorzystały znajdując energię tam, gdzie było jej pod dostatkiem – w ludzkich ciałach, zmieniając nas w to:

Matrix-bateria.preview

Morfeusz, opowiadając Neo o „prawdziwym świecie” mówi także, że jest coś około 2199 roku, a dokładnie? Ludzkość sama nie wie. Tu mamy pierwszą wskazówkę. Tak naprawdę akcja filmu rozgrywa się dużo, dużo później, o czym mimochodem wspomina Architekt – choć, jak to u Wachowskich, między zdaniami.

Ludzie umierali, jeśli ich mózgi nie były odpowiednio stymulowane. Po to właśnie maszyny, tuż po wygraniu wojny stworzyły Matrix – jego zaprojektowaniem zajął się właśnie Architekt. Pierwsza wersja systemu? Wielka pomyłka. Nieziemski raj, który ludzie odrzucali z powodu nierealności. Wtedy Architekt zbudował nową wersję – piekło, lecz tu było jeszcze gorzej. Okazało się, że maszyny ani trochę nie potrafią zrozumieć ludzi. Będąc jednak przebiegłe i wysoce inteligentne stworzyły Wyrocznię – program mający za zadanie zrozumieć psychikę człowieka.

Wyrocznia spisała się na medal. Dopiero trzecia wersja Matrixa – odwzorowująca koniec XX wieku – okazała się utrzymywać ludzi pomiędzy niebem a piekłem – w świecie, który oni sami stworzyli. Nie zakończyło to niestety problemu odrzutów, pozostał bowiem mały procent ludzi, którzy potrafili wyczuć fałsz.

I tu dochodzimy do sedna. 

Wyjrzyj przez okno. Wasz czas już przeminął. Przyszłość należy do nas. Nastała nasza era.

Agent Smith ma rację, wypowiadając powyższe słowa. Ludzkość już nie ma miejsca na planecie – to definitywny koniec cywilizacji człowieka, bowiem likwidując kłopotliwy problem odrzuconych, maszyny tworzą… Syjon. „Niepodległe i wolne” miasto ludzi.

Od tej pory to tam trafiają wszystkie odrzuty, a kiedy Syjon się przepełnia – jest niszczony, zaś w samym Matrixie pojawia się „wybraniec” mający na celu tylko i wyłącznie wybranie nowych 22 osób do założenia Syjonu po raz kolejny.

Cały ten proces działa nienagannie. Od czasu do czasu następuje po prostu reset, utylizacja odrzutów i cała historia zaczyna się od nowa. Ile razy? Możemy tylko przypuszczać.

Tu dochodzimy do pierwszego filmu z Trylogii – następuje początek procesu, Wyrocznia wskazuje ludziom następnego „Wybrańca”, Morfeusz podaje mu kod (w formie cukierka), który pomaga mu się uwolnić, a następnie Neo jako już „wolny” człowiek powraca do Wyroczni która stawia go przed wyborem i… daje ciastko.

image002

Ciastko zawierające w sobie Patch zmieniający kod bardzo utalentowanego człowieka w kod „Wybrańca”, dając mu nowe moce i możliwości. Co musi zrobić Neo? Tylko uwierzyć, że jest „Tym, który ocali ludzkość”. I… Neo wierzy.

Historia Matrixa to tak naprawdę historia błędu, bowiem w finałowej walce z agentem Smithem Neo nie tyle go pokonuje, co uwalnia – o czym zresztą sam nie wie. Kiedy bowiem następuje zespolenie kodów Wybrańca i Agenta, Patch zostaje sklonowany, w związku z czym Smith powraca w części drugiej, dziękując Neo za uwolnienie, choć tak naprawdę podziękowania należą się Matce Matrixa wykonującej swoją pracę.

W części drugiej Smith z antywirusa zamienia się w klonującego się wirusa, w końcu mającemu zagrozić nawet całemu systemowi. Nie do końca jasne jest, w którym momencie Wyrocznia dochodzi do następnego etapu swoich badań nad ludźmi, ważne jest natomiast, iż w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że do uzyskania pełnej harmonii potrzebny jest pokój pomiędzy maszynami a ludźmi, niejako zakończenie cyklu wybrańca, lub też jego całkowita zmiana. Od tego momentu Wyrocznia zmienia się – działając w pełnej zgodzie ze swoim przeznaczeniem dąży do nowego celu, zaś Matrix staje się polem Gry pomiędzy nią a Architektem.

Błąd „Smith” pojawiający się w części drugiej jest Wyroczni wybitnie na rękę. Architekt nigdy nie zrozumie potrzeby pokoju, zaś Smith z doładowaniem Patcha Wybrańca jest na tyle groźni, że szybko zagrozi systemowi. W części trzeciej Matrixa, Wyrocznia raz jeszcze widzi się z Neo – tuż przed „rutynowym” atakiem maszyn na Syjon. Co robi? Daje mu cukierka.

The_Oracle_and_Neo_Third

Cukierek zawiera kod dezaktywujący, sprawiający, że cokolwiek zbliży się do Wybrańca i będzie „obcego” pochodzenia, zostanie w ten czy inny sposób zniszczone. Dlatego właśnie Neo podróżując do miasta maszyn może zniszczyć nadlatujących Strażników (przypomnijmy, że incydent z końca części drugiej stanowił dalej moc Wybrańca – wyładowanie energii elektrycznej wytworzonej przez ciało ludzkie).

Wyrocznia wie, iż Smith jest potężniejszy nawet od standardowego, pojedynczego Wybrańca, ważne jest jeszcze, by sam Neo to zrozumiał, że by wygrać, czy też zapewnić pokój – musi przegrać, co też się dzieje. Smith wchłania Neo do siebie (przemienia go) a maszyny kończą, likwidując wszystkie kopie.

I wreszcie nastaje pokój. Pojawia się nowa wersja Matrixa, zaś Architekt gratuluje Wyroczni „dobrze rozegranej gry”.

A gdzie ludzkość?

Matrix to film o wspaniałej rozgrywce pomiędzy maszynami, manipulacji i upadku ludzkości. Szokuje fakt, w jak łatwy sposób ludzie dali się oszukać i zamknąć w systemie, którego macki sięgają dużo dalej, niż sam Matrix. Matrix to też film o poszukiwaniu wolności, zarówno przez ludzi, jak i same programy, oraz z czym dla jednych i drugich ta wolność się wiąże.

Głównymi zaś bohaterami pozostają Matka i Ojciec – głównie Matka i jej intryga, jej zdolności manipulacji tak wysokie, że ludzi mylą je z jasnowidzeniem. Tanie sztuczki i nadzieja wykorzystane do ostatecznego spętania łatwowiernych Morfeuszy.

Pozostaje tylko pytanie – jeśli Matrix jest alegorią naszego świata, to…

Gdzie i kim są maszyny?

Bez Celu #1 – Gawęda przy skraju drogi

GAWĘDA PRZY SKRAJU DROGI

Pełna trasa wędrówki

Mój Przyjacielu,

Wróciłem z wędrówki – nie tak, jak się spodziewałem, po dziesięciu dniach od chwili, kiedy ostatni raz na horyzoncie zamajaczyły mi wysokie zabudowania Nowej Huty, a po siedmiu. Nie mogę jednak Ci powiedzieć, czy jest to porażka, sukces,      czy po prostu lekcja jaką znów dało mi życie.

Tak naprawdę to sam nie jestem tego pewien. Liczę, że myśli rozjaśnią mi się, kiedy wszystko Ci opiszę. Tutaj. Teraz. W kolejnej gawędzie wędrownej.

Jeśli więc możesz – rozsiądź się wygodnie, zrób herbatę, zapal fajkę, czy po prostu puść cicho nastrojową muzykę. Ja poczekam, sam nabiję fajkę, a kiedy zanurzymy się już w morzu gęstego dymu – opowiem, jak umiem najlepiej o tym, co mnie spotkało. Przerwij mi, jeśli czegoś będziesz chciał się dopytać, mam też nadzieję, że moja opowieść nie minie bez echa, że uszanujesz gawędę groszem cenniejszym niż złoto – brakiem obojętności.

Pierwsze pakowanie plecaków

Zastanawiam się, od czego mógłbym zacząć, bo wędrówka nie rozpoczęła się ani wtedy, kiedy rano zbudziły mnie promienie słońca, ani też wtedy, kiedy ostatni raz patrzyłem na Molocha Nowej Huty. Wędrówka zaczęła się dzień wcześniej – w momencie, w którym po raz pierwszy spojrzałem na zapakowany plecak, a w powietrzu unosił się aromat świeżo ususzonego mięsa.

Parę godzin później zbudziło mnie słońce, ja zaś zbudziłem Franka. To we dwóch mieliśmy wykonać pierwszy etap podróży –  dotrzeć do Goszczyckiego lasu. Miało nam to zająć jeden dzień, a po rozłożeniu obozu – pięć długich dni ulepszania go i oczekiwania na Maćka, którego zatrzymała praca.

Stało się inaczej.

Do Końca Świata – Grębałowa, dotarliśmy tramwajem, nie jest bowiem rozsądne ryzykować przejście piechotą Nowej Huty. Zwłaszcza, jeśli ubrany jesteś w glany, koszule, na plecach ciąży plecak, a po chodniku stuka kij. Zwłaszcza, jeśli przy pasie kołyszą się noże. Któż wie, co czyha na zagubionego wędrowca między szarymi blokami i krętymi uliczkami zmierzającymi donikąd, albo do kryjówek meneli. Zwłaszcza, jeśli kompan u boku nigdy nie nauczył się, kiedy przydałoby się trzymać gębę na kłódkę.
Bezpieczniej jest dotrzeć na obrzeża, z których już tylko parę kilometrów dzieli cię do wolności.

Grębałów był niegdyś ważnym ośrodkiem militarnym. Snujący się tędy historyczny Proszowicki trakt przechodził przez naturalny wał obronny, jaki tworzą Wzgórza Krzesławickie i wiódł dalej w stronę Krakowa. Tereny jeszcze w XIX wieku wykorzystała armia Austro-węgier, budując pierwszy z trzech fortów od tego czasu broniących dostępu do miasta, a które miały się przydać już wkrótce, kiedy w 1914 roku nadciągnął XVIII korpus 9 armii rosyjskiej pod dowództwem generała Płatona. Dzisiaj niewielu już może opowiedzieć o tamtych czasach.

Obok „Fortu Grębałów” znajduje się cmentarz i pętla tramwajowa, na której z ulgą wysiedliśmy.  Ulga ta nie była tylko wynikiem końca niepokojenia współpasażerów, ale także podniesionej temperatury, jaka panowała w środku. Łagodne słońce, które obudziło mnie tego ranka, wkrótce miało się przerodzić w złośliwego potwora utrudniającego wędrówkę.

W rzeczy samej. Ledwo odwróciliśmy się plecami do miasta, ledwo przebyliśmy parę kilometrów, ledwo rzuciliśmy okiem na starego molocha kombinatu, któraś z poszarpanych chmur odsłoniła słońce, zalewając nas żarem promieni.

Wyobraź nas sobie w tym właśnie momencie:

Jeszcze nie czujemy gorąca, jak urzeczeni wpatrujemy się w horyzont. Oto przed nami, na obszarze wielu kilometrów kwadratowych majaczą kominy i zabudowania molocha. Komunistyczna huta im. Sędzimira, kombinat, powód, dla którego dziewicze niegdyś tereny od Krakowa do Krzesławic pokryły się blokowiskami. Zwaliste, betonowe cielsko potwora, chciwie wyciągające powykrzywiane paluchy dróg po jeszcze, jeszcze, jeszcze. Lewiatan Lenina, ospały potwór moszczący się w swym gnieździe. Silniejszy wiatr przynosi ze sobą odgłosy samochodów, które brzmią jak odległe, gardłowe wycie. Być może to właśnie kombinat przeciąga się, rozprostowuje stare kości, chciwie pożądając pokarmu. 

Czuję, jak po karku ścieka mi pot. Czy to żar z nieba, czy też ogniste trzewia bestii? Ściskam mocniej kij i obracam się do tego widoku plecami. Przede mną droga – polna, sprężysta. Ubieram kapelusz, słońce przygrzewa coraz mocniej.  

Pamiętam, że poczułem ulgę, kiedy zabudowania kombinatu zniknęły za wzgórzem. Teren to wznosił się, to opadał, nie raz i nie dwa przecinaliśmy pola, błądząc po ścieżkach między nimi. Tak trafiliśmy do miejsca, gdzie cień starego buka i stojącej przy nim stodoły ochronił nas od żaru. Tam miał się odbyć pierwszy, krótki popas. Ze stęknięciem więc ściągnęliśmy ciężkie, około 20-kilogramowe plecaki. Woda była jak najwspanialsze wino, suszone mięso spełniło swą rolę – dodało sił, kiedy tego potrzebowaliśmy. Zaś na szczycie drzewa usiadł ptak, wyśpiewując trele.

Drogą przejechało kilka samochodów. Za każdym razem wzbudzaliśmy oczywiście sensacje. Co młodsi ich pasażerowie odgrywali glonojady, nieomal przysysając się do szyb. Nasz śmiech wzbudził samochód dostawczy z konserwami turystycznymi. Śmiech nostalgii i obrzydzenia jednocześnie, co stanowiło dosyć ciekawe doznanie.

Ruszyliśmy po dwudziestu minutach. Droga była daleka, co niespecjalnie nas martwiło. Mijaliśmy wioski, pola i małe sady, czasem idąc drogą, czasem… cóż, nie. W końcu za wzgórzem , w dole, dostrzegliśmy nasyp kolejowy. Przed nami była jeszcze łąka i świeżo zaorane pole. Tu postój był dłuższy, bo w cieniu paru drzew, przy chłodzącym ciała wietrze i z widokiem zarówno na pobliską stacyjkę, jak i odległe już ostatnie bloki Huty. Na prawo zaś czerniała niewyraźna jeszcze linia lasu – naszego lasu, w którym mieliśmy zbudować obóz.

Nim przeszliśmy pole, minęło prawie pół godziny. Na niebie nie było ani jednej chmurki, ostre słońce w oka mgnieniu spaliło nam ręce. Nie ułatwiała sprawy grząska ziemia i wznoszący się lekko teren, który zaraz opadł, byśmy dosłyszeli delikatny szum wody z odległego o parę metrów potoku. I mimo wzbierającego w gardle krzyku, nie zatrzymaliśmy się tutaj – w końcu przystanki nie mogą być zbyt częste. Za to idąc przez przybrzeżne krzaki, Franek znalazł sarnią czaszkę.

Nazwał ją Charlie.

Od tej pory Charlie towarzyszył nam  przypięty do plecaka. W dniach późniejszych miał pomóc w rozniecaniu ognia, a nawet namawiać Franka, by mnie zabił.

Las, który najpierw majaczył na horyzoncie, z wolna począł się przybliżać. W zakłopotanie wprawiła nas mała dziewczynka na różowym rowerku, wyprzedzając nas parę razy pod rząd, kiedy wspinała się pod górkę, przygryzając język i zjeżdżała z niej z rozanieloną twarzą.

W zakłopotanie wprawiły nas też dzieciaki, grające na boisku w piłkę, a które na nasz widok przerwały grę z ciekawością się nam przypatrując.

I wiedz, mój przyjacielu, że nie do końca mi się te ich spojrzenia podobały.

– Kłaniam się nisko – zagaił mój towarzysz.
– My się kłaniamy wysoko!
– Cicho, nie kłaniamy się w ogóle!
– My się nie kłaniamy! – Najwyraźniej nie mogły się zdecydować.
– A skąd takie buty? – pytały. – Co to za buty?
– Glany – odparłem zgodnie z prawdą. – Możesz je kupić w Krakowie, u Szyszki. Popytaj ludzi.
– Eee, do dupy takie!
Rozwrzeszczana gromadka nie odstępowała nas o krok.
– A pieniądze macie? A po co idziecie? A… – Pytania sypały się jak z worka.
Grzecznie wyjaśniłem, że idziemy, bo lubimy. A dokąd – nie wiemy.
– A wyglądamy na takich, co mają pieniądze? – zapytał Franek.
Dzieciarnia  zatrzymała się przy końcu boiska. Najwyższy chłopiec, widocznie przywódca bandy, zmarszczył nos myśląc.
– Nie – orzekł wreszcie.

Kiedy się odwrócił, dzieciarnia najwyraźniej straciła zainteresowanie naszymi osobami i wróciła do gry.  Trochę nam było smutno, lecz uczucie to opuściło nas dziesięć minut później, kiedy dotarliśmy do zagłębiającej się w las drogi.

Po oddaleniu się od szosy, zdecydowaliśmy się na postój, było co prawda późne popołudnie, lecz i tak dziwiliśmy się, jak szybko doszliśmy do lasu. Pół godziny później Franek zdecydował się na głęboki zwiad, a ja – zadowolony – oparłem się o pień potężnego drzewa, żując mięso.

Nie pamiętam, kiedy usnąłem, ani jak długo spałem. Dosyć powiedzieć, że kiedy się obudziłem, słońce było wyraźnie niżej, o czym mogły poświadczyć długie i ciemniejsze niż wcześniej cienie drzew. Jednocześnie, znienacka zaatakował skurcz górnych mięśni pleców, dając mi dobitnie znak, iż noszenie dwudziestu kilogramów (większość z tego – woda)  w plecaku z uszkodzonym pasem biodrowym, a więc utrzymując cały ciężar na łopatkach, to nie był zbytnio dobry pomysł.

Wstałem, rozmasowując barki. Bolało. Skórcz minął dopiero po piętnastu minutach i dopiero wtedy odzyskałem pełną władzę w rękach.

I wtedy stanąłem jak wryty.

Widzisz, do tej pory, zajęty sobą nie pomyślałem, że minęło już naprawdę sporo czasu, zaś kompan mój nie wrócił ze zwiadu. Charlie szczerzył się do mnie z plecaka, ale mi do śmiechu nie było. Jeśli pokażesz się zbyt dużej ilości osób w otoczeniu swojego postoju, może się zdarzyć, że niektóre z nich nie będą zbyt miło nastawione. Pomyślałem o dzieciarni i o ich starszych braciach. Potem pomyślałem o wyszczekaniu mojego druha. A potem raz jeszcze o tym, że minęło sporo czasu.

Wrócił, czterdzieści minut później, przynosząc złe wieści. To nie był nasz las, pomyliliśmy się w obliczeniach. Było za późno, by dojść do celu, zaś obrzeża tego drzewostanu były uczęszczane  przez ludzi, jak choćby pary zakochanych, z rodzaju tych, które Franek na zwiadzie niechcący wypłoszył z krzaków.

Las nie był duży. Szybko znaleźliśmy polanę na nocleg. Nie zadawaliśmy sobie trudu, by rozbić namiot. Zbawienny okazał się pień ściętego drzewa z małą dziurą w środku. To tu rozpaliliśmy ognisko.

Ognisko w pniu i nasze posłania. Na pierwszym planie Charlie.

Nigdy wcześniej, ani nigdy później w czasie trwania wędrówki, nie uświadczyłem tak wspaniałego obozu i tak niesamowitego ognia, na którym woda zagotowała się w ciągu zaledwie pięćdziesięciu sekund.

A kiedy zapadła noc i w mroku odezwały się sowy, wiedziałem, że znów mi się udało. Znów na szlaku, znów wolny.

Tej nocy spałem jak dziecko, budząc się tylko parę razy, by dołożyć do ognia.

W pewnej norce w pniu mieszkał sobie pewien Hobbit. Cieszył się dobrym zdrowiem i szacunkiem leśnych krasnoludków. Aż pewnego dnia przyszedł zły człowiek i go spalił, razem z całym domem, dobytkiem i niedojedzoną do połowy jajecznicą. Zwłaszcza jajecznicą. Hobbit chciałby ją przynajmniej skończyć, ale nie.

A co było dalej? Co było dalej?! 

O tym, mój drogi Czytelniku, opowiem Ci następnym razem. Opowiem o wraku samochodu, o życiowym RPG-u, o cmentarzu i co tam robił Charlie… będzie też o miłych ludziach, dobrych widokach na przyszłość, lesie… i oczywiście o drodze.

Już niedługo.

Pogadanka naukowa #2 – W sieci nienawiści

Do napisania tego felietonu pchnął mnie wpis na Gramsajcie theZoSo,oraz, pośrednio komentarz MartivaRa pod nim.
theZoSo skupia się na zjawisku trollingu i hejtu, podając przykłady i pisząc o nienawiści… a kończąc takim oto stwierdzeniem:

Warto więc pamiętać, że internet to… internet [o rly?]. Nie traktujmy wszystkiego tak dosłownie. Każdy ma swoje zdanie i dopóki przedstawia je po ludzku i nie miesza z błotem czyichś opinii, to warto z takim kimś podyskutować. Jeżeli jest inaczej, to lepiej nie tykać gówna, bo diamentu z tego się nie zrobi, a co najwyżej samemu się upieprzy.  

Ma oczywiście wiele racji, by nie robić z Internetu nie wiadomo jakiej rzeczy. Niemniej, chciałbym się od tego pierwszego, początkowego zdania odbić, by skupić się na pytaniu zasadniczym – czym tak naprawdę jest sieć?Myślę, iż dopiero kiedy uda nam się odpowiedzieć na nie, będziemy mogli w większym stopniu pojąć zjawisko hejtu i trollingu.

#1

Zacznijmy od postawienia tezy – mianowicie Internet nie jest wcale siecią łączy, kabli, serwerów i komputerów. Nie jest też oprogramowaniem i setkami miliardów linijek kodu. To jest jego budulec i opis jego funkcjonowania. Innymi słowy – ciało i procesy życiowe. Nikt jednak nie powie, że człowiek to tylko torba skóry, kości i krwi ułożonych tak, że razem współgrają. Abstrahując od plątającej mi się tu pod nogami religii, człowiek ma w sobie coś więcej – nazwaliśmy to duszą, nazwaliśmy świadomością… ale jest.

Właśnie powiedziałem, że Internet jest: Żywy i w dodatku świadomy. Oszalałem?
Ani trochę.

Patrząc na życie, można dojść do wniosku, że nie umiemy go zdefiniować. Żywy może być kwiatek, kot, który właśnie śpi na mojej szafie, a nawet bakteria… i we wszystkich tych organizmach występują procesy życiowe takie jak pobieranie pokarmu, wydalanie, rozmnażanie, wzrost… tak się ma sprawa także w przypadku małych miasteczek, wielkich miast, czy nawet… wszechświata. Organizmy są różne, lecz wszystkie prezentują w pewnym sensie najbardziej powszechną rzecz we wszechświecie – życie.

Wracając do Internetu. Także pobiera pokarm, którego potrzebuje jego ciało. Także wzrasta i w tym sensie także się rozmnaża jego, cóż, cyfrowy odpowiednik Lewiatana.

Ale co stanowi jego świadomość?

Odpowiedź jest prosta – MY.
Internet nie jest samoświadomy. Nie jest istotą obdarzoną rozumem, nie „myśli” jako on sam, nie jest budzącą się z nicości egzystencją. W pewnym sensie Internet jest tak samo nowym bytem, jak i nową formą nas samych.

To – być może pierwsze – stadium świadomości zbiorowej. Chaotyczna egzystencja składająca się z milionów pojedynczych, samoświadomych komórek – nas samych. Doskonały, superinteligentny chaos obejmujący obszar naszej planety i trochę poza nią, wysyłający echa płaczu noworodka głęboko w zimną przestrzeń kosmosu.

Innymi słowy – odrębny świat w świecie (realnym), rządzący się zupełnie innymi (mimo podobieństw) prawami. Zakotwiczony w tym świecie zewnętrznym za pomocą siebie samego – czyli nas. Internet to my i byliśmy nim od kiedy tylko nasz gatunek pojawił się na planecie Ziemi. Pozostało nam tylko zbudować mu ciało i wlać w nie te setki tysięcy świadomości  jak w jakimś wyolbrzymieniu wizji Frankensteina i jego potwora.

#2

Mając już utworzony obraz Internetu w swej istocie, możemy podjąć się próby odpowiedzenia sobie na problem zjawiska „Hejtu” – czyli nienawiści. Osoby, które postrzegają Hejt jako zjawisko stricte Internetowe są w błędzie. Owszem, hejt występuje w Internecie, ale problem jest nasz, realny – w pojmowaniu „realu” jako świata realnego.

Tworząc Internet sprawiliśmy, że powstała zupełnie inna przestrzeń – wirtualna. Coś z niczego, zabawa w absolut. Udana, dodam – choć póki co jesteśmy na poziomie chaosu.

Problem pojawił się wtedy, kiedy zakwalifikowaliśmy Sieć jako swoisty „podświat”. Świat nieprawdziwy. W pewnym sensie… gorszy. Chociaż nie, to złe słowo – świat sztuczny „nie taki, jak ten” – widzicie, tu brakuje mi słowa. Jeszcze go nie wymyślono. Chodzi o coś co wpycha świat w niższą rangę – nie czyniąc go „gorszym” jako takim. To słowo, które jest prawdopodobnie częścią przyszłości.

Ale do rzeczy  – stworzyliśmy przestrzeń, w której panuje chaos i zasiedliliśmy ją. W kontekście powyższych rozważań – zasiedliliśmy siebie nami samymi, weszliśmy o jeden poziom głębiej.

Popatrzyliśmy na ten świat z perspektywy zewnętrznego Realu i powiedzieliśmy – „to nie jest równe temu”, w pewnym sensie sami siebie obrażając. Ten… świat posłużył nam do tak wspaniałych rzeczy, jak wytworzenie skarbnicy wiedzy, możliwości podróży do miejsc, których nie dalibyśmy rady odwiedzić w czasie swojego niesamowicie krótkiego życia czy najważniejszej z funkcji Internetu – wymiany informacji, tak skutecznej, że obecnie mówimy już o „szumie” informacyjnym. Czasem jest go aż za dużo.

Wszystko ma dwie strony, wobec czego i tutaj wepchnęliśmy nasze „ciemne” instynkty, morderstwa, pedofilię, nienawiść, zawiść, zazdrość… to także i my. Weszliśmy do wirtualnego świata w całości.

I tu właśnie zaczyna się problem:

Hejt występuje w Sieci właśnie dlatego, że w realnym życiu pewnych rzeczy byśmy nie zrobili. Tak samo, jak w grach komputerowych, gdzie możemy zabić kolegę z roku, czy nawet swojego profesora, nie zrobimy tego (poza pewnymi wyjątkami, które zawsze się zdarzały) w świecie realnym.

Dlaczego? 

Czym różni się ten świat, od tamtego? Bo tamten jest wirtualny? To tylko kwestia budulca, całkiem możliwe, że nasz świat także taki jest (po więcej z tego tematu zapraszam do Pogadanki naukowej #1 – jesteś hologramem). Otóż, świat wirtualny jest inny – nie ma pewnych konsekwencji danych czynów. Nie pójdziesz do więzienia, jeśli zabiłeś NPC. A nawet jeśli – nie będzie to dla Ciebie dotkliwe. Jeśli zhejtujesz kogoś, tamten nie da ci w twarz, a co najwyżej zacznie pisać z caps lockiem. W dodatku, Internetowe społeczeństwo wytworzyło już własne zasady – za bycie hejterem, trollem, mistrzem ciętej riposty leci uznanie, sława. Można nawet się załapać na mema na Kwejku, a wtedy człowiek zaczyna być „kimś”.

Wiesz, prowadzę teraz taki projekt, w trakcie którego jeżdżę po nawiedzonych miejscach i wypytuje o nie ludzi, często nawet ich właścicieli. Jestem zaskoczony, z jaką pomocą, zrozumieniem i tolerancją się spotkałem, nie ważne, czy mój rozmówca był rastafarianinem, lumpem, moherową babcią czy staruszkiem w wieku 98 lat. W końcu dałem część tego co robię do sieci – a tutaj pierwszym komentarzem, jaki dostałem było „tu się jebnij” lub też inne odmiany hejtu, za którego oczywiście poleciały plusy w komentarzach.

Co się zmieniło? Tylko „świat” w którym się poruszam.

Dochodząc do sedna, degradując jeden świat sprawiliśmy, że stał się miejscem, w które możemy zamieść wszystkie brudy, jak kurz pod dywan. Tymczasem oba światy – co kłóci się z obecnym poglądem – należy moim zdaniem stawiać na równi. Oba są tak samo ważne.

I jest wyjaśnienie, dlaczego – w każdym z nich to MY jesteśmy jego istotą. A w tym zestawieniu jesteśmy tak pomostem łączącym oba światy, jak i jedynym czynnikiem niezmiennym.

Na koniec zostawiam pytanie dla Ciebie – czy w takim razie Internet pełni funkcję terapeutyczną, w której możemy w jednym miejscu wyrzucić brudy, by w drugim być „czyści”, czy też odwrotnie – miejsca, w którym jest tak dużo gówna, że nawet dodając swoje, wychodzimy cali nim oblepieni?

Wielka Sztuka tworzyć sztukę…

 

… za to mniejsza, tworzyć Sztukę. 

Poniższy wpis przeznaczony jest wyłącznie dla czytelników dorosłych. 

Oglądałem kiedyś taki film – łysy mężczyzna wynajął się – w imię Sztuki oczywiście – jako przedmiot. Można było na nim siedzieć, jeść, wozić cegły, uprawiać seks i deptać. Nie miał nic do powiedzenia – był przedmiotem, artystą uprawiającym performance.  Nie wiem, czy mu ktoś za to zapłacił – chyba nie. On porostu tworzył tą wielką , niezrozumiałą Sztukę przez duże S.

Fiutem w takt piosenki.

Film albo zniknął, albo nie umiem go już znaleźć. Za to powrócił do mnie we wspomnieniu, kiedy natknąłem się na nagranie przedstawiające jednego z profesorów uczelni wyższej w jednym z większych miast w Polsce. Cóż takiego robi ten człowiek?

Ano, w zasadzie nic – zmywa naczynia, śpiewając, czy też fałszując niemiłosiernie. Robi to nago, co jakiś czas machając przyrodzeniem w takt melodii (czyt. nie do rymu)

http://www.artmuseum.pl/filmoteka/?l=0&id=1267 

Tu pojawia się powracające jak bumerang pytanie – co tak naprawdę definiuję Sztukę (tą przez duże S)? Jeśli wybierzemy odpowiedź najprostszą, czyli „My” dochodzimy do rozdroża, na którym w jedną stronę idą obrazy Leonarda Da Vinci, czy symfonie Mozarta, w drugą zaś… gówno w puszce.

I obie te rzeczy są Sztuką! Wyobrażasz sobie? Mona Lisa jest taką samą sztuką, jak machający fiutem fałszujący mężczyzna przy zmywaku, czy gówno w puszce.

Powiesz – Może i my definiujemy Sztukę, ale ona także definiuje nas, opisuje rzeczywistość, wchodzi głębiej by ukazać nam pewne prawdy o nas samych. Mozart w swoich symfoniach umiał wyrazić tysiące emocji, ukazać cały ich świat, poruszyć serca…

Ale co w takim razie powiemy o

MĘŻCZYŹNIE SIKAJĄCYM NA KRZESŁO (Tak, to jest link)

 o którym pani Karolina Breguła, twórczyni strony „Biuro tłumaczeń sztuki” mówi tak:

Karolina Breguła: „Man pissing on chair” to, jak w wiele fotografii Tillmansa, wyraz buntu młodego człowieka przeciw rzeczywistości swojego pokolenia. Chłopak teatralnie sikający na krzesło reprezentuje młodych idealistów, którzy nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów, olewają walkę o stołki.

Więc i to… ten performance, da się wytłumaczyć i to tak, że pasuje do wcześniejszych definicji.
Ciekawe.

 Złoty interes

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za posikanymi krzesłami, żył sobie Włoch – Pier Manzoni. Był rok 1961. Artysta (czując najpewniej niesamowitą chęć wysrania z siebie czegoś) napełnił swoimi własnymi odchodami 90 puszek i opatrzył je etykietką „Gówno artysty” w trzech językach.

Ten gówniany pomysł okazał się wręcz na wagę złota, bowiem nasz bohater w niedługi czas potem sprzedał całe to gówno za cenę jego wagi w złocie. Inwestycja, przyznasz, jak marzenie.

Minęło parę lat. W wyniku korozji metalu część z puszek pękła, lub zwyczajnie eksplodowała, a złote gówno artysty znalazło swoje miejsce na kompoście, gdzie jego wartość doceniły drobnoustroje, wznosząc zapewne pochwalne toasty na cześć ich bogatego dobrodzieja.

Nie ma nic na ziemi lepszego dla bakterii, niż przeterminowane gówno o wartości 120 tyś. złotych.

Jeśli myślałeś, że takie rzeczy to tylko za granicą, to przypatrz się temu wspaniałemu obrazowi u góry. Mój 11-letni brat umie robić takie rzeczy na poczekaniu i z przykrością zaznaczę, że póki co nie wykazuje większych zdolności plastycznych. Tymczasem obraz budynku z wieżą jest dziełem – a jakże by inaczej – Sztuki, wybitnego malarza Jerzego Nowosielskiego, wycenionym na  marne 50 000, 00 złotych. Nie znam innych prac pana Nowosielskiego i sądzę, że większość z nich jest Sztuką, niemniej mam wielką ochotę sam coś takiego namalować i zarobić choćby 1/4 podanej wyżej ceny. Potrafię. Ale niestety nie jestem uznanym malarzem (znaczy – nie mam papierka na którym jakiś ktoś napisał, iż jestem, bo do tego się to obecnie sprowadza)

Oko w waginie 

Przykładem tej „Sztuki przez duże S” jest także niebagatelna ekspozycja pani Alicji Żebrowskiej, która nakręciła dwa (a nawet więcej) filmy, w których zaznajamia widownie bliżej z okolicami swojego odbytu i pochwy.

Tajemnica PATRZY (taak, to tez jest link)

I znów można mówić o próbie ucieleśnienia męskiego lęku przed pochwą i tajemnicą kobiecości, a jednocześnie niezwykłym pożądaniu. Można nawet pochwalić autorkę za odwagę w realizacji takiego, niewątpliwie niebagatelnego, widowiska.

Podobnie jest zresztą z filmem

GRZECH PIERWORODNY

w którym pani Alicja wsadza sobie w pochwę naprawdę różne rzeczy, a nawet zabawia się przez chwilę sztucznym penisem. Dalej pod sztandarem Sztuki, oczywiście.

Można też się zastanowić nad programem dwóch z kolei artystek, które w TVP Kultura robiły z sobą wszystko, co telewidzowie chcieli, by zrobiły, a skończyło się oczywiście na tym, że się po prostu musiały rozebrać.

LINK dla zainteresowanych.

I dochodzimy do pierwszego i ostatniego pytania

A gdzie tutaj sztuka…? 

Skoro sztuką nie jest jednoznacznie to, co opisuje nas, streszcza i ukazuje naszą rzeczywistość, bowiem każdy z nas ma dowolność interpretacji, ani też to, co zostanie nam pokazane i ktoś z góry powie : To jest sztuka! to co w takim razie nią jest i czy można jednoznacznie ją zinterpretować?

I odpowiadam, sam sobie, na to pytanie:

I tak – i nie. Po pierwsze sztuka nie jest w drzewie, ani w obrazie, ani też w gównie, czy waginie. To są tylko pewne przełączniki, które mogą podziałać, lub nie – w zależności od danego człowieka. Sztuka jest więc sama w sobie sprawą jak najbardziej osobistą.

Niemniej – skoro nie wychodzi od dzieła, ani od artysty, to także nikt nie może z góry narzucić nam czegoś jako sztuki. I na takim założeniu gówno w puszce miałoby pełne prawo działać, gdyby nie jeszcze jeden prosty fakt… a nawet dwa:

Po pierwsze sztuka musi przetrwać próbę czasu. I nie mam tu na myśli zwykłego nośnika, jak  te nieszczęsne puszki, dzięki którym parę miliardów bakterii miało obiad. Mam na myśli ideę, którą dana rzecz zdołała zaszczepić, jak chociażby dziewiąta symfonia Beethovena.

Po drugie – żadna prawdziwa sztuka nie potrzebuje tłumaczeń. To obiekt, dźwięk, czy też inny nośnik, który potrafi wywrzeć na nas, odbiorcach pewien wpływ, tak, abyśmy poczuli, iż dotykamy niezwykłej idei. To po prostu ten „przycisk”, który buduje artysta, by włączyć w nas odpowiednie brzmienie, zagrać na nas, jak na instrumentach. I to nie dzieło jest jego „dziełem”, lecz my właśnie.

Jak tutaj wypada gówno w puszce? Czy wywołało w nas tak niesamowite drgania, iż poczuliśmy dziwne uniesienie w środku – uniesienie odkrywcy, który właśnie zobaczył brzegi nowego świata, czy też zwykły – chwilowy – wstrząs, o którym zapomnimy w następnych latach, a jeśli kiedykolwiek sobie przypomnimy, będzie to bardziej ciekawostką?

I chyba na tym – jak dla mnie – polega właśnie rozróżnienie, co sztuką jest, a co nie. Możecie się oczywiście nie zgodzić, albo też przyjąć moją tezę.

Ale pamiętajcie, że sztuka nie potrzebuje się tłumaczyć. Dlatego właśnie „Biuro tłumaczeń sztuki” przestało istnieć.

Rzemieślnik czy Artysta?

Spór stary jak świat – jest to jest z tymi twórcami?  Podobno, by osiągnąć pełny sukces potrzeba 5% talentu, a cała reszta to rzemiosło – ciężka praca.

Nie do końca się z tym zgadzam.

Cała sprawa wydaje mi się rozdmuchana. Bo jeśli ktoś nie ma talentu, pomysłów, wyobraźni, to choćby nie wiem jaki dobry miał warsztat – twórcą dobrym nie zostanie.
W zasadzie głupio używam słowa „twórca”, gdyż skupiam sę tu tylko na jednej ich grupie – literatach. Mając dziewczynę malarkę łatwo mi zauważyć, że we współczesnym malarstwie o wiele bardziej liczy się technika, wykonanie, niż sam talent. I tyle w temacie, bo to tylko spostrzeżenie zewnętrzne, a dalej się kompromitować brakiem wiedzy w temacie malarstwa  nie mam zamiaru. Tu może się wypowiedzieć mój imiennik, jeśli wstukacie w google „Michał Stonawski” na pewno jednym z wyników będzie odnośnik do strony tego malarza. Swoją drogą, polecam. Michał jest naprawdę dobry.

Pytanie w sporze „Rzemieślnik-Artysta” jest jedno – czy taki literat powinien być bardziej uduchowionym artystą, czy twardo szlifującym swój warsztat wyrobnikiem?
Moim zdaniem już to pytanie postawione jest źle.  Powinniśmy się raczej zapytać; Co ważniejsze dla twórcy prozy – talent, czy warsztat?

I to jest dobre pytanie. Chociaż nie prowadzi do pełnego wyniku. Proponuje eksperyment; rozgraniczmy sobie (laboratoryjnie) talent i warsztat, wykorzystując do tego pana A i pana B. Uwaga, mogą pojawić się ekstremy.

1. Pan A jest twórcą natchnionym. Czysty intelekt, czysty talent i czysta od czasu do czasu. Na pobudzenie neuronów. Pan A pisze i pisze a jego pomysły przyćmiewają Kinga, Hemingwaya, Le Guin, Sapkowskiego i całą reszte. Ale pan A zupełnie nie przejmuje się swoim warsztatem. Ten wyrabia się sam, więc nie jest zbyt dobry. Skutkiem czego ujęcie tych wspaniałych pomysłów pana A jest zupełnie nieczytelne dla odbiorców. Pan A popada w coraz większy alkoholizm. Być może w przyszłości ktoś go odcyfruje i po śmierci nagrodzi. Może.

2. Pan B nigdy nie miał głowy, by zbyt duzo myśleć. Obsesyjnie za to dba o każdy przecinek, kropkę, o logikę w zdaniach i poprawność. Jego teksty są nieskazitelne. Może i by je ktoś wydał, bo są naprawdę dobre, ale… nic w nich nie ma. Pomysły jakieś i może są, ale wtórne, nieciekawe – słowem – nudne. Pan B jest smutny i wiedzie życie telemarketera. Być może kiedyś załapie się do jakiejś redakcji, jako korektor-frustrat (oby nie).

Specjalnie użyłem ekstremów, chcąc zobrazować oczywisty fakt, że jedno bez drugiego sobie nie poradzi. Ale dalej jesteśmy tutaj przy tych 5% i reszcie, prawda?

A jednak nie. Chciałbym rzucić tutaj tezę, że tak warsztatu jak i talentu umniejszać nie wolno. Że proporcje zbliżone są do 50/50, jeśli z przewagą warsztatu, to dlatego, że osoba chcąca pisać talent już w założeniu ma, a warsztat musi dopiero zdobyć.

Na koniec ciciałbym rzucić jeszcze jedną ideą; dotychczas odnosiłem wrażenie (być może mylne, w końcu nie jestem alfą i omegą), że w teorii talent traktuje się jako rzecz twardą, niezmienną – jak leżąca na łące skała. Być może mieliśmy na ten temat zły pogląd?
Bo co jeśli ta „skała” talentu przykryta jest gruzami śmiecia i ziemią, którą warsztat, w miarę pracy nad nim, potrafi usunąć? Powstaje nam wtedy coś w rodzaju kopalni odkrywkowej, w której warsztat gra rolę narzędzia, a talent – surowca. Innymi słowy, doskonaląc warsztat, odkrywamy nowe pokłady talentu i dzięki właśnie warsztatowi lepiej je wykorzystujemy, tak, że teksty są coraz lepsze i lepsze.

Reasumując, jeśli chcemy pisać a mamy talent, potrzebujemy zdobyć narzędzia, by można go było dalej odkrywać. W kategorii ważności narzędzia, jako to, czego nie mamy, są ważniejsze. Ale czy surowiec to tylko 5% sukcesu kopalni? Nie, surowiec jest tym, co sprzedajemy, obrobionym narzędziami.
W kontekście ważności odrobinę tylko wazniejsze jest to, czego nie mamy.
Wracając do samego sporu, uwzględniając źle postawione pytania,  myślę, że jest on niepotrzebny. Ponieważ do sukcesu potrzebujemy tak jednego jak i drugiego, a tak talent jak i warsztat w dodatku nie są oddzielne a ściśle z sobą powiązane.

Pogadanka Naukowa #1 – Jesteś hologramem.

Na powyższym zdjęciu widzimy zwykłą kartę do bankomatu. Jak na każdej, tak i na taj umieszczono hologram – zapis informacji, zabezpieczenie karty kredytowej. Wszyscy to znamy. Sama idea jakiegokolwiek hologramu, czyli projekcja informacji w formie trójwymiarowej, czy też złudzenia 3D to żadna nowość. Nowością jest natomiast teoria naukowców, mówiąca, że wszystko, co nas otacza, cała materia, a także my sami, mój komputer, czy nawet czerwona lampa na moim biurku – jest właśnie hologramem, projekcją danych zapisanych na dwuwymiarowym nośniku.

Że co proszę?

Wszechświat jako hologram? To chyba jedna z najbardziej drastycznych zmian naszego obrazu przestrzeni, jaką kiedykolwiek zaproponowano. Gdyby to była prawda, nasze pojęcie świadomości, religii, filozofii, nie mówiąc już o pojęciu świata musiałoby zostać przewartościowane.
Tymczasem dowody na poparcie koncepcji dostarczane są przez jedne z najdziwniejszych tworów w naszej rzeczywistości – czarne dziury.

Mimo lat obserwacji i badań, nie wiadomo jeszcze wielu rzeczy o czarnych dziurach. Najbliższa nam (o której wiemy) znajduje się miliardy kilometrów od nas, a z oczywistych powodów, nawet gdyby była bliżej – nikt nie chciałby się do niej zbliżyć.

Gdybym zbliżył się za blisko do czarnej dziury zostałbym dosłownie rozerwany przez siły grawitacji. Dla obserwatora z Ziemi trwałoby to bardzo długo, gdyż w tym miejscu czasoprzestrzeń ulega znacznemu zakrzywieniu.

Tymczasem może się okazać, że to nie jest cała prawda. Wpadając do czarnej dziury teoretycznie przestaję istnieć, z matematycznych równań wynika jednak, że informacja o tym, kim jestem, jak wyglądam i ile mam lat, słowem – informacja o tym, kim jestem zostanie dosłownie rozsmarowana na powierzchni tej osobliwości.

Co z tego wynika?

Istnieję w dwóch miejscach. Jako trójwymiarowy obraz świadomości, który w tej chwili pisze na klawiaturze i, kiedy znikam w czarnej dziurze, dwuwymiarowa informacja o mnie samym, przechowywana podobnie jak dane w komputerze.

Pogmatwajmy sprawę.

W tej teorii wszystkie informacje przechowywane w czarnej dziurze, o tym, co do niej wpadło, mogą być wyrażone tylko i wyłącznie w kategoriach spoza czarnej dziury. Dzięki temu możemy opisać to, co dzieje się wewnątrz niej, odnosząc się do tego, co jest na zewnątrz.
Co to oznacza? Przestrzeń wewnątrz czarnej dziury rządzi się tymi samymi regułami, co przestrzeń na zewnątrz niej. Dzięki tej teorii, można by było mnie odtworzyć, opierając się o informacje o mnie z zewnątrz czarnej dziury – na jej powierzchni.

Ale co z kosmosem?

Skupiliśmy się na czarnej dziurze, gdyż oddaje ona sedno całej teorii. Skoro i tam i tu panują te same zasady przestrzeni. Jeśli wpadłem do czarnej dziury, zaś kopia mnie, jako informacje opisane na dwuwymiarowej powierzchni może posłużyć do rekonstrukcji mnie samego, bardzo możliwe, że wszystko – galaktyki, planety, samochody czy nawet Ty, jest zwykłą, trójwymiarową projekcją informacji przechowywanych na jakiejś bardzo odległej dwuwymiarowej płytce z zestawem informacji o wszystkim, co – teoretycznie – istnieje.
Innymi słowy, Ty, ja i wszystko, łącznie z samą przestrzenią jest tylko rodzajem hologramu, zaś uznajemy to za rzeczywistość, gdyż po prostu brak nam punktu odniesienia.

Pomyśl&Powiedz:

Skoro więc nasza trójwymiarowa rzeczywistość jest tylko iluzją, zaś prawdziwy świat to tylko zestaw informacji, być może zapisany na dwuwymiarowej powierzchni wszechświata, to:

Czym jest wszechświat? Kolejną czarną dziurą?

Jak to się ma to teorii multi-świata? A jak do teorii multi-świata w multi-świecie, wielowarstwowego świata, w którym wszechświat to atom, lub jego część, a wszystkie atomy są w przypisanym do nich wszechświecie i tak dalej?(klik!)

Co z naszą świadomością? Czy koncepcja rzeczywistości jako zbioru informacji wyklucza świadomość inteligentnych istot, zaś to, co uznajemy za świadomość jest tylko wynikiem projekcji, jak w grze komputerowej, kiedy informacje zmieniają się w obraz?

Czekam na Twoją wersję odpowiedzi.
(A jeśli Ci się podobało, puść to dalej w świat!)

Ja, bóg.

 

Oczywiście, tytuł tego wpisu jest prowokujący (jak to tytuły bywają). Nie ma tu miejsca na samozachwyt, a jedynie rozważania wynikłe z koncepcji, która od paru(nastu) dni chodzi za mną i nie chce się odczepić. Jak tak – mówię sobie – muszę o niej napisać. To się odczepi.
Mam nadzieję.

Była taka książka, czytałem ją dobre dziesięć lat temu. Autor tej powieści Science Fiction posłużył się koncepcją jakoby świat przedstawiony był prawdziwy, a czytelnik mógł na niego wpływać i postrzegać realnie. Nie, nie mówię tu o „Niekończącej się historii”. W książce o której mowa bohater w końcu odkrywa, że coś albo ktoś go obserwuje, a my odkrywamy – że to my jesteśmy obserwatorami. Ciekawe uczucie, kiedy postać literacka prosi cię, byś nie przekładał kartki, gdyż na następnej stronie jego żona umiera. Błaga, krzyczy… przyznam się, miałem chwilę wahania.
(Jeśli ktoś kojarzy tytuł tej książki, będę wdzięczny za informacje. To była dobra powieść, zapadła w pamięć. Ale ani autora, ani tytułu nie pamiętam)

To, co mi chodzi po głowie jest innej zgoła natury, choć podobne. Pomyśleć, a gdyby tak pisarz – każdy pisarz – mógł tworzyć (nieświadomie) całe światy i jego historie działyby się naprawdę w jakiś alternatywnych rzeczywistościach, czy może pod-rzeczywistościach? Cała rzesza ludzi byłaby winna morderstw (nieświadomych), czasem ludobójstwa a nawet wielu końców świata. Coś takiego w ludzkiej mentalności byłoby nieopisanym wręcz przestępstwem i aby taki pisarz mógł działać trzeba by było przyrównać go do boga – bo i boskie miałby umiejętności, w tej skali byłoby to już zwykłą „codziennością”, potrzebą a nawet musem. Sensem istnienia.
Całkiem ciekawie jest też spojrzeć przez pryzmat tego na szmiry typu „Zmierzch”.
Całe to myślenia otwiera wrota do koncepcji multi-świata być może naprawdę nieskończonego, z multi-bogami w dodatku. I pytaniem nowym – w zastępstwie o istnienie boga – czy jest gdzieś „pierwszy”?
Zaś odwracając perspektywę stawiamy pytanie, czy i my jesteśmy tworami jakiegoś boga, demiurga, twórcy (tfórcy), poety albo grafomana, nieświadomego nawet w pełni dzieła swojego stworzenia, a co dopiero naszej w nim obecności.
Boga-człowieka.

I kim w tym wszystkim jest przewracający kartki czytelnik?

 

Coś nastrojowego na koniec.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=fpWNimba344&feature=fvst[/youtube]

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén