Kategoria: Wędrówka (Page 1 of 2)

Dzienniczek Romański #1

Kraków żegna mnie gęstymi warstwami chmur i pokropującym deszczem. Samolot wzbija się w górę, w głowie szumi mi krew. Chwilę później jestem już nad chmurami. Białe morze towarzyszy mi aż do Rzymu. 

Rzym jest gęsty, dominuje prosta zabudowa, jakieś palmy. Rzym jest gęsty, pełny ludzi wielu narodowości, kiedy jadę metrem, wsiadają jacyś dwaj mężczyźni. Jeden jest pod wpływem narkotyków – on beatboxuje, jego towarzysz rapuje. Ich występ musi być bardzo komediowy, wielu ludzi się śmieje. Znikają tak szybko, jak się pojawili. Mi przypomina się pewien film – chyba bułgarski, lub czeski. Było tam metro właśnie, gapowicze i człowiek, który jadł cebule, jak jabłko. Niestety, zapomniałem tytułu. Transpotting? Nie pamiętam, nie mam pamięci do tytułów.

IMG_20150523_185729

IMG_20150524_175827

Rzym jest cyberpunkowy i brudny. Kiedy pada deszcz, neony rozświetlają ulice. Na ulicach leżą pety, na chodnikach walają się śmieci i przepełnione, porzucone kontenery. Nikt nie zwraca uwagi na brud. Może dlatego, że go nie czuć – Rzym pachnie różami. Ich zapach jest tak intensywny, że niemal mogę go gryźć.

Młodzi Włosi palą skręty. Młode Włoszki chodzą po ulicach z butlami wina. Na ulicach nie widzę wielu starszych mieszkańców, dominują ludzie w średnim wieku. Ubierają się niedbale, ale bogato, w specjalnie postarzane i dziurawione spodnie, koszule i skórzane kurtki.

Docieram w końcu do polskiego klasztoru, gdzie czekają przygotowane pokoje. W niczym nie przypomina tych naszych – tu podłogi są marmurowe, budynki duże i bogate. W pokoju gościnnym stoją suweniry z całego świata. Zmarszczki mimiczne na twarzy witającej mnie siostry mówią, że często się uśmiecha. Pierwszy dzień kończę w miękkim łóżku po sutej kolacji.

***

Słoneczny Rzym ma taką samą temperaturę, jak deszczowy. Termometr mówi coś innego, ale ja dalej czuję to samo – jest ciepło, ale znośnie.

Z rana odwiedzam białego papę w Watykanie. Wchodzę do katedry razem z sześcioma tysiącami ludzi i większość mszy robię to samo, co biały papa – przysypiam. Myślę, że ani on, ani ja nie przepadamy za rytuałami. Ożywia się dopiero w oknie, na placu św. Piotra. Żywo gestykuluje, zwracając się do wiernych. Wierni odpowiadają okrzykami. W dziesięciotysięcznym tłumie powiewają polskie flagi.

Z miejsca, gdzie stoję nie widać okna – jest telebim. Turyści podchodzą, by robić mu zdjęcia, niektórzy robią sobie selfie z telewizorem. Furorę robią wysięgniki do robienia sweet foci.

IMG_20150524_121518

Razem z tłumem przetaczamy się ulicą. Tu atakują nas sprzedawcy. Najwięcej jest czarnoskórych, obwieszonych torebkami, mapami, sprzedającymi wspomniane wysięgniki. Ktoś bierze mnie za Niemca i oferuje się za przewodnika. Tłum pcha mnie między ustawionymi na ulicy kramami z „tanim chińskim barachłem” po 150zł. Chodniki są dziurawe i brudne.

Po obiedzie jestem nad Tybrem. Przechadzam się mostami. Przy brzegach cumują domy. Wszędzie jeżdżą małe samochody. Śpiewają ptaki, nasila się zapach róż. Na każdym budynku są tarasy. Na tarasach rosną krzaki, drzewa i palmy. Słońce podbija termometr do 30 stopni.

IMG_20150524_181325 IMG_20150524_182327

Nienawidzę takiej pogody. W Polsce. Tu czuję, że mogłoby być cieplej.

Rzym wygląda pięknie o tej porze roku. Wracając na kolację połykam zapach róż.

Co można spakować w 11 minut?

11min

Znów tu jesteśmy, Przyjacielu – Ty i ja. Droga – choć ośnieżona  i często nieprzejezdna – wzywa bez względu na porę roku. Myślałem, że uda mi się przezimować spokojnie – myliłem się. Z roku na rok trakt wzywa mnie coraz silniej, na coraz dłuższe dystanse. Obawiam się, że to nieuleczalna choroba. A nawet, gdyby była – nie chciałbym znaleźć lekarstwa. 

Marzenia 

Od nich się wszystko zaczyna – kiedyś zamarzyłem, że zostanę pisarzem – moje marzenie trwało ponad 10 lat, nim stało się rzeczywistością. Chciałem być blisko książek, zostałem recenzentem, a teraz biorę udział w inicjatywach o tak wielkim stopniu rażenia, iż ciągle zadaję sobie pytanie czym sobie na to zasłużyłem.

Parę lat temu trójka przyjaciół zamarzyła sobie, że chcą wędrować. Od „Dnia pełzacza”, parogodzinnych spacerów po mieście z kierunkową kostką w dłoni, do parodniowych wędrówek w nieznane, urzeczywistniliśmy swoje marzenie i zapłaciliśmy stosowną do niego cenę. Źle się patrzy na ludzi, którzy żyją marzeniami – nigdy nie rozumiałem dlaczego. Kiedy będę umierał, chciałbym mieć świadomość, że wykorzystałem dany mi czas najlepiej, jak potrafiłem i nikogo nie muszę za to przepraszać.

Kiedy patrzę na zaśnieżoną ulicę za oknem, budzi się we mnie następne marzenie – chciałbym za parę lat pójść w góry na zimową wędrówkę. A kiedyś – być może – gdzieś dalej, w śnieg i las.

Dziś muszę odwrócić się od okna i czekać na wiosnę.

Lekarstwo

Był wieczór, parę dni temu. Zderzyło się, że we trzech siedzieliśmy w mieszkaniu, złapała nas nuda i zniechęcenie. Tak działa na ludzi perspektywa pracy, której każdy już ma dość.
– Ced, wymyśl coś – jęknął Franek.
Rychło w czas. Właśnie otwierałem okno przeglądarki. Syrena alarmu nuklearnego ryknęła tak, że wszyscy (włącznie ze mną) podskoczyli.
Odwróciłem się i wyszczerzyłem zęby.
– Piętnaście minut na spakowanie – powiedziałem.

Próbowałeś kiedyś pakować się w pośpiechu od zera? Możliwe, ale pomyśl, że w perspektywie masz przeżycie 72 godzin – a najlepiej dwóch tygodni. To dobry test na zorganizowanie i świadomość własnego wyposażenia. I dobre ćwiczenie – w razie czego.

Nam się udało. W lekko ponad jedenaście minut byliśmy gotowi – spakowani i ubrani, każdy dzierżąc w dłoni swój wędrowny kostur. Franek zaproponował, byśmy wyszli – choćby po to, by okrążyć kamienicę. Gdybyśmy to zrobili, w tej chwili siedziałbym w lesie przy ognisku, jakieś dwadzieścia, trzydzieści kilometrów od Krakowa.

Mieliśmy wszystko, co byłoby potrzebne do przeżycia. Nie będę się rozpisywał – bo nie ma to większego sensu.Ważne, że mieliśmy wodę, prowiant, źródło ognia, niezbędne pałatki, koce i – oczywiście – zestaw noży.

Na chwile odegnałem myśli o drodze. Nie na długo – przecież to, że piszę te słowa jest tego najlepszym dowodem.

2015-01-23 02.09.09

Spacer #2 – Pierwszy stopień do Pokoju

Topka

To już? Znów czas, na gawędę? Tak – to czas. Opowieści są jak rzeki – zbyt długo wstrzymywane, w końcu zaczynają rozsadzać tamę, przelewać się górą. Porywają, niczym spieniona fala powodzi, całkowicie poza kontrolą. Ta opowieść nie jest inna, dlatego czas. Nim się przeleje. Otwórzcie ze mną śluzę, dajmy się porwać.

Jedną z najlepszych rzeczy na wędrówkach są poranki. Kiedy budzisz się i wiesz, że kolejna noc minęła, a las cię zaakceptował – jesteś teraz jego częścią. Miasto i jego problemy zostały gdzieś w tyle. Już o tym nie myślisz. Jeden dzień i jedna noc – tyle wystarczy, by przesiąknąć ciszą, pogłębić zmysły i się uspokoić. 

I ja się wyciszyłem. Drzewa szumiały, kiedy otworzyłem oczy. Sam z siebie, bez natrętnego budzika. Wiedziałem też, że nie muszę wstawać od razu. Mogłem leżeć i myśleć, rzecz coraz rzadsza w szybkim, cywilizowanym świecie. Myślałem więc, a lekki wiatr wdzierał się przez ścianę lasu i poruszał liśćmi na jego brzegu. W małym jeziorze obok obozu coś pluskało, gęgały dzikie kaczki.

Moi dwaj przyjaciele spali jeszcze, kiedy niespiesznie wychodziłem z namiotu. Spali, kiedy szedłem po wodę do oddalonego o parędziesiąt metrów potoczku. Spali też, kiedy pakowałem śpiwór i karimatę. Obudzili się, kiedy otworzyłem puszkę tuńczyka.

Po raz pierwszy spróbowałem zrobić to nożem. Doszedłem do wniosku, że jest to łatwiejsze, niż standardowy otwieracz.

Wędrówka II.1 - 4 kwiecień 2014

Wędrówka II.1 – 4 kwiecień 2014

Pamiętacie, jak mówiłem, że tym razem nie było naszym zamiarem robić wielokilometrowych marszy? Liczył się spacer, wiosenne rozprostowanie nóg, trochę dobrego czasu i wiosennej pobudki. Tego dnia też tak myśleliśmy, dlatego niespiesznie ruszyliśmy dalej.

Wkrótce miało się okazać, że każde postanowienie jest z góry skazane na niepowodzenie. Tak, jak jest to zapisane w ogólnej idei naszych wędrówek – bez planu i mapy.

1396948211512

Droga

poprowadziła nas dalej, na „państwowe, obłożone zakazami stawy” – jak ujął to poprzedniego dnia starszy z dwóch chyba-nie-za-bardzo-legalnych drwali. Wiatr, tłamszony przez rozległe lasy wokół, mógł się tu wreszcie rozpędzić, co było nam bardzo na rękę. Początek kwietnia przyniósł bowiem niespodziewanie wysoką temperaturę.

Gościniec ziemnych grobli biegł najpierw koło budynku uprawnionych rybaków, potem bogatej hacjendy (bo inaczej nie nazwę dużego, sterylnego domu z równie sterylnym trawnikiem jak z okładki katalogu Castoramy). Patrząc na wodę i czując na skórze chłodny dotyk wiatru, miałem wielką ochotę na kąpiel. I być może zamoczyłbym nogi, siedząc na brzegu jednego ze stawów i ćmiąc fajkę, gdybyśmy rozłożyli się obozem gdzieś bliżej. Nikt z nas nie chciał jednak rozbijać się tak blisko trzech położonych nad stawami domostw. Jak to określił Franek:

– Ci ludzie raczej nie przyjęliby nas, gdyby w nocy zaskoczyła nas burza.

Mówił o „burżujach”, sam mając burżujską przeszłość. Nie miałem oporów, by mu uwierzyć, choć – gdyby nadeszła burza – najpewniej spróbowałbym poszukać schronienia. Wyładowania atmosferyczne w obozie w lesie, tuż koło rozległych zbiorników wodnych to nie jest najlepsze połączenie.

Zresztą, właśnie z obawy przed złą pogodą, złożyliśmy tego wieczora zobowiązanie, którego nie sposób było nie dotrzymać… a które okazało się prawdziwą próbą charakteru.

Ciekawość 

to pierwszy stopień do piekła – tak mawiają. Nikt jednak nie uściślił, gdzie to piekło się znajduje.

Wędrówka II.2 – 4 kwietnia 2014

Justin Bober

Justin Bober

 

Niezdrową fascynację, jeszcze przed spacerem, wzbudziła w nas wieś Pokój, leżąca na północ od dwóch starych stawów Zofii i Fryderyka. W przeciwieństwie do popularnych w naszym kraju „drogówek”, czyli wsi na planie jednej drogi, Pokój cieszy się budynkami na planie koła, zaś sercem wsi jest duże rondo. Widok, jaki prezentuje sobą z dużej wysokości (a więc i na mapie googla) jest cokolwiek dziwaczny i niepokojący. Koło i odchodzące od niego promienie.

Obóz rozłożyliśmy po przejściu zaledwie paru kilometrów (sześciu, może ośmiu) w środku lasu. Tradycji musiało też stać się zadość – za każdym razem od półtora roku ktoś z nas znajduje czaszkę. Tym razem były to bielejące pod drzewami kości bobra, które Franek skwapliwie przywiązał sobie do plecaka. Tak poznaliśmy Justina.

To był wciąż ranek – nie umiem dziś określić, która mogła być godzina. Zapowiadało się więc budowanie wzorcowego obozu. Całość popsuł Alak, który musiał zapytać:

– A może droga, ta którą przecinaliśmy, biegnie do Pokoju?

Tak właśnie Spacer zamienił się w Wędrówkę, bowiem trójka ciekawskich istotnie doszła wspomnianą wyżej drogą do tej jedynej w swoim rodzaju wsi. Dopiero na miejscu, koło mapy, konstatując dwa fakty: Że przeszli właśnie jakieś dziewięć, lub dziesięć kilometrów w jedną stronę i tyle samo czeka ich z powrotem, oraz, że jeśli już muszą koniecznie skorzystać ze sklepu (w końcu po coś chodzi się pod namiot do lasu), to jakieś cztery, pięć kilometrów w drugą stronę od ich obozu są dwie inne wioski.

Wesołą przygodę spuentowali więc na ławce w Pokoju, pijąc napoje energetyczne i obserwując przejeżdżające opodal samochody. Jak przystało na ludzi lasu.

Sowa-drzewo.

Po kolejnych dziesięciu (być może mniej, jako, że wybraliśmy inną trasę) kilometrach byliśmy znów w obozie. Słońce właśnie zaczynało chylić się ku zachodowi.

– Wyszliśmy na spacer – zauważył kąśliwie Franek, wyjmując z reklamówki paczkę czipsów.

Justin Bober wyszczerzył do nas zęby.

Zobowiązanie 

Las przyjął nas w swoje ramiona, a my to zlekceważyliśmy. Tego wieczoru mieliśmy usłyszeć zapowiedź kary. Subtelną, jak mały kamyczek w bucie.

1396948239381

Poniemieckie groby

Zaczęło się, kiedy rozpalałem ogień. Jako samozwańczy mistrz ognia, jestem odpowiedzialny za to najważniejsze miejsce w obozie. Ogień zasyczał, kiedy spadły na niego krople. Nieprzyjemny i źle widziany jest deszcz w środku lasu. Zwłaszcza, jeśli gdzieś daleko słychać grzmoty.

O burzy mówiłem już wcześniej – burzę da się przeżyć, ale nie jest to miłe. Zwłaszcza w miejscach narażonych na uderzenia piorunów, jak właśnie płaskie tereny i zbiorniki wodne. Albo jak szczyty gór, w okolicy radio przekaźników. Burza nie jest miła, choć piękna – oczywiście. Dlatego właśnie zaczęliśmy zaklinać przyrodę, by tym razem jej nie było.

Zaryzykowałem nawet obietnicę udania się w niedzielę na mszę. Musicie wiedzieć, że nie jestem zwolennikiem rytuałów Kościelnych, choć nigdy nie zbliżyłem się do ateizmu. Wręcz przeciwnie – od kiedy katolickie gimnazjum sprawiło, że doszedłem do takich, a nie innych wniosków na temat religii (nie wiary), znalazłem wiele odpowiedzi i ścieżek – paradoksalnie – łączących wszystkie religie świata, nie zaś dzielących… choć jest to temat na inną rozmowę.

Obiecałem więc, że jeśli się rozpogodzi, udam się w niedzielę na mszę razem z człowiekiem Kościoła, Alakiem i człowiekiem bez Kościoła –  Frankiem. Zobowiązanie to musiałem wypełnić, gdyż pięć minut później w groźnych, jak się wydawało, chmurach, zrobiła się mała dziurka – tuż nad naszym obozem. Tej nocy przy ogniu mogliśmy ćmiąc fajki oglądać gwiazdy.

Las jednak nie wybacza – karę, nawet odroczoną, musieliśmy ponieść. I w głębi swojej duszy każdy to podejrzewał.

Choć o tym – już następnym razem.  

Pokój!

Pokój!

Spacer #1 – Bez planu i mapy

topka

Zbierzcie się, przyjaciele. Tutaj, niedaleko. Nie chcę podnosić głosu, ani powtarzać dwa razy. Właśnie tak, w kręgu. Jak czyniono przed wiekami i jak przez wieki będzie się czynić, bo przecież opowiadanie gawęd chyba najmocniej leży w ludzkiej naturze. Snucie historii – wszyscy jesteśmy ich piewcami, uczestnikami, słuchaczami. Więc raz jeszcze – zbierzcie się. Bo mam dla Was nową opowieść. 

Zima, jeśli oczywiście ostatnie miesiące można nazwać zimą, minęła szybko… i wolno. Nie tęskniłem za wędrówkami, te przecież są nieuchronne. Nie tęskniłem za nimi przez Listopad, nie dotykałem kostura w Grudniu, nie próbowałem rozchodzić stóp w Styczniu, ani w lutym. Z początkiem Marca po raz pierwszy spakowałem plecak, by po tygodniu go rozpakować i spakować ponownie. Za każdym razem lżej, ciągle kompresując i wyrzucając zbędne graty.

Kiedy pomyślę o naszej pierwszej wędrówce (tak przecież niedawno!) jestem pełen podziwu dla siebie, że przez pięć dni nosiłem na plecach dwadzieścia dodatkowych kilogramów. W porównaniu z nimi, mój plecak wiosenny nie ważył nic, a przecież był lepiej zaopatrzony. I jestem z tego faktu bardzo zadowolony.

Spacer dzien I - 3 kwietnia 2014

Spacer dzien I – 3 kwietnia 2014

Droga 

Pamiętacie, jak wędrówka się zaczyna? Bilbo mówił, że od pierwszego kroku. Miał dużo racji, oczywiście. Ale moje wędrówki rozpoczynają się jeszcze wcześniej, od preludium. Od momentu, kiedy trzech wędrowców staje naprzeciw siebie tworząc trójkąt i jeden z nich czyta bardzo, bardzo ważne zdanie:

Biorąc od drzwi swój początek, Droga bieży wciąż przed siebie; Hen, rozwinął się jej wątek, Czas więc teraz i na ciebie. Obolałe zmierz z nią stopy, Na rozstaje gdzieś wywiedzie, Gdzie się mylą, trakty, tropy. Stamtąd dokąd? Tum jest w biedzie!

– Bilbo Baggins

I dopiero wtedy na klatce schodowej słychać stukanie kosturów i za trzema postaciami obracają się zdziwione głowy przechodniów.

Za nami się nie obracały, przynajmniej nie wtedy, kiedy wyszliśmy z bramy. Dopiero świtało, a kwietniowy chłód nocy szczypał po nogach. Droga tym razem wiodła dalej, niż jakakolwiek wcześniej, bo oto porzucaliśmy tereny Małopolski, kierując się na Dolny Śląsk. Tam, gdzie płynie łagodna Odra, w okolicę Nysy, czy jeszcze bliżej – Oławy. Tam, gdzie zaledwie paręset lat wcześniej przetaczały się Tabory, a Boży Bojownicy zmieniali kształt Kościoła Jezusa Chrystusa.

Nie zostało nic po Prokopie Gołym i nie zostało też wiele po pięknie Dolnego Śląska. Teraz z okien sunącego leniwie pociągu, można było podziwiać gruzy, budynki w rozbiórce i nieużytki rolne. Wszystko szare, kwadratowe, co najwyżej pomazane przez kiboli. Ale kiedy parę godzin później autobus z Opola wysadzał nas w Krzywej Górze, znów zobaczyliśmy las. I chociaż poraniony siecią dróg i podzielony na kwartały – ciągle był dziki, cichy i… pachnący.

1396948158143Zapach był pierwszym, na co zwróciłem uwagę. W słoneczny, ciepły dzień początku Kwietnia nad rolnymi polami unosił się zapach świeżej trawy, błota, rodzących się liści, ściółki… fascynująca mieszanina, od której kręciło się w głowie, ale dalej wciągałeś do płuc. Tak chyba pachnie rodzące się życie, wiecie? Nie do końca miło, ale też nie drażniąco. Oszałamiająco.

Nie zrobiliśmy tego dnia wielu kilometrów. Nie było to naszym zamiarem, ani tego dnia, ani też w ciągu całej wędrówki. To miał być wiosenny spacer. I oczywiście, nie do końca nam to wyszło, podobnie jak zaplanowane wcześniej noclegi.

Jak zwykle.

Podziwiając w mapach google tereny przyszłej wędrówki, wybraliśmy sobie wcześniej punkty, do których „wypadałoby” dojść w ciągu tych czterech dni. Dobre miejsca na obóz, oddalone od ludzi i dobrze wyglądające. I… znaleźliśmy lepsze.

Obóz

1396948189405

Pierwszego dnia rozłożyliśmy obóz na skraju lasu, tuż, przy małym jeziorku, spotykając wcześniej dwóch nie-do-końca-legalnych drwali, wycinających drzewa na opał. Ojciec i syn, mili ludzie, którzy doradzili nam, jak dojść do stawów rybnych, własności państwa objętej tysiącem zakazów, takich jak zakaz chodzenia, zakaz hałasowania, zakaz łowienia ryb, zakaz ognisk, zakaz ignorowania zakazów…

1396948190300

Nie chcieliśmy dojść do stawów – nie tego dnia. Kiedy Franek znalazł na zwiadzie idealne (albo prawie idealne) miejsce pod obóz, natychmiast skorzystaliśmy ze sposobności. I, oczywiście, już tej pierwszej nocy spotkaliśmy się ze strachem.

Pisałem o strachu, pamiętacie? Na każdej wędrówce coś się dzieje i ta nie była wyjątkiem. Siedząc przy ogniu mieliśmy przyjemność podziwiania wojskowych transporterów, lecących w kluczu. A w nocy obudziły nas błyski.

Czym były? Tego nie wiem – na pewno nie burzą, tego dnia – jak mówi pogodynka – w okolicy żadnej nie było, zresztą nie miałyby się po czym nieść, na niebie widać było gwiazdy. I gdzieś w okolicach pierwszej cały las zaczął rozświetlać się pojedynczymi błyskami, jak gdyby Bóg robił zdjęcia gigantycznym aparatem.

Mnie błyski obudziły na pograniczu snu i jawy. Przez chwilę widziałem nad sobą wykrzywioną w gigantycznym uśmiechu, demoniczną twarz, chwilę później został już tylko powidok, ciemność lasu i dziwne wrażenie, że coś szura w liściach wokół obozu.

Błyski powtarzały się jeszcze przez godzinę. Przetaczały się po niebie bezgłośnie, jak dalekie uderzenia bomb nuklearnych, co w połączeniu z wcześniejszymi samolotami i ciemną nocą, nie było wcale tak śmieszne, jak się teraz wydaje. W nocy najgłupsze żarty brzmią niezwykle poważnie.

Strach? To za duże słowo, prędzej niepokój, jak zawsze, kiedy dzieje się coś, czego nie do końca rozumiemy. Zmęczenie jednak wkrótce wzięło górę, a rano las znów wydał się miłym i bezpiecznym miejscem.

A na pewno bezpieczniejszym, niż miasta. I cichszym, o tak.

Kiedy opuszczaliśmy to miejsce następnego dnia, zostawiliśmy jeszcze kupkę drewna przy ognisku – dla przyszłych wędrowców. Więc jeśli kiedyś będziecie wędrować po jakiś lasach, zróbcie proszę to samo. Kto wie, może komuś się przyda.

I tu urwę. Pierwszy dzień nie był ani długi, ani bardzo obfitujący w wydarzenia. Nie było na to czasu, sama bowiem podróż zajęła przynajmniej sześć godzin. Ale czy się opłacało? Bardzo.

O czym opowiem już następnym razem.

 1396948196108

Stonawskiego nie ma

topka

Jeśli Stonawskiego nie ma, to znaczy, że poczuł. A jeśli czuje, to znika.

 Stonawski wróci. A kiedy wróci, znów będzie czas na gawędy – dostałem swego czasu wiele maili i prywatnych wiadomości, że powinienem kontynuować gawędy – była zima. Była.

Więc – do zobaczenia!

miejsce

Wędrówka do źródeł

wpisowy

Znów się zaczyna – nie skończyłem ostatniej Gawędy i zrobię to, kiedy wrócimy – jednocześnie zaczynając następną. Od poniedziałku do środy nie będę dostępny nigdzie, znikam bowiem w lasach między Starym Sączem a Krynicą – Zdrój. Lasach dosyć dużych, gęstych i górzystych, bo to przecież wschodnie Karpaty. 

Zdjęcie nie przedstawia trasy wędrówki, a jedynie kierunek – jak znam życie, po powrocie trasa okaże się szlaczkiem wijącym się pomiędzy górami, po ich szczytach… i być może wcale się nie skończy w Krynicy? Kto wie.

trasa

Najważniejsza jest droga – znów czuję jej wezwanie, znów nastała jesień. Ta wędrówka jest też szczególna, po raz pierwszy bowiem zamiast wychodzić prosto spod domu – dojeżdżam w jakieś miejsce i dopiero stamtąd idę dalej. Obszedłem Kraków w koło – chyba najwyższy czas na dalsze wypady.

Tymczasem – bywajcie, przyjaciele!

Droga wzywa.
Znów.

Bez Celu #3 – Gdy zapada noc

Poranna mgła zaległa wśród drzew. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że gdzieś na granicy widzialności coś się rusza, pełznie i skrada.

Nocą historie stają się lepsze. Świat zwęża się do ogarniętego światłem kawałka przestrzeni czyniąc go przyjaznym, dostępnym, poznanym. Tam dalej czyha czerń. Nie jest nieprzenikniona – uwierz mi, lepiej by było, gdyby była. Czerń wchłania świat stopniowo, pozostawiając jego kształty domysłom. Czerń wchłania też twoją uwagę, przyciąga wzrok, wyostrza słuch, sprawia, że krąg ognia nie jest już schronieniem, a pułapką. Świetlistą klatką, poza którą krążą nienasycone bestie. One nie chcą tylko cię rozszarpać, o nie. One chcą ciebie całego, twojej uwagi, twoich emocji. Chcą najpierw zachłysnąć się twoim niepokojem i niepewnością.

Bestie nocy chcą cię całego.

Bestie pojawiły się także i dla mnie, kiedy czwartego wieczoru siedziałem w Nowym Obozie pilnując ognia. Obok spał mój druh i w tej chwili równie dobrze mógłby być trupem. Zastanawiasz się pewnie, czy się bałem?

Nie… nie, mój przyjacielu. Czerń nie chce, byś się bał i uciekał do ognia. Czerń woła, przyzywa, fascynuje. Czerń chcę cię całego, chce, byś ty CHCIAŁ do niej przyjść.
Chcesz wiedzieć, co wtedy czułem?

Tej nocy, kiedy wołała mnie pustka, chciałem, by mnie wchłonęła.
Tej nocy chciałem w niej zniknąć.

Read More

Bez Celu #2 – Droga

Dziewiątka

Znów się spotykamy – Ty i ja.

O ile mnie pamięć nie myli (a trzeba Ci wiedzieć, że czasem tak się dzieje), skończyłem swoją opowieść w momencie, kiedy nasi trzej bohaterowie – czyli ja, Charlie i Franek, spali smacznie pośrodku lasu, ogrzewani palącym się w środku pnia ogniem.

I o ile dobrze pamiętam, to ja właśnie pełniłem tej nocy rolę stróża ognia, co jakiś czas dokładając jakąś gałązkę.

To była spokojna noc, chyba jedna ze spokojniejszych jakie pamiętam. Ciepła, bezwietrzna, cicha. A nad obozowiskiem, w dużym prześwicie między drzewami migotały gwiazdy, układając się w gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy, zwany też Wielkim Wozem. I kiedy tak patrzyłem, zasypiając, na jego dyszel, przypomniałem sobie, jak będąc jeszcze małym chłopcem słuchałem książek mówionych na kasetach magnetycznych. Były tam polskie legendy, były bajdy i klechdy. Był wreszcie i Kornel Makuszyński ze swoimi przygodami małpki Fiki-miki i murzynka Gogo(czy gaga, nie pamiętam). Gdzieś z głębokiej studni napłynęły do mnie echa piosenki o gwiazdce, która przyświecała tamtym – dziecięcym – wędrowcom. To było dobre wspomnienie i przy nim usnąłem – już ostatecznie. I spałem do rana, kiedy obudził mnie mój towarzysz.

Drugi dzień wędrówki rozpoczyna się przy pierwszej, ciemnej kropce, w małym lasku.

W dole, bowiem rozłożyliśmy się na lekkim stoku, płynął mały strumień, w którym aż żal było się nie wykąpać, a przy tym – umyć menażkę i kubki. Kto wie, czy taka okazja nie trafiała się ostatni raz. Dość powiedzieć, że po czterdziestu minutach byliśmy już spakowani i gotowi do drogi, a ta – wiodła na północ.

Idąc przez ten mały las (chociaż „mały” nie jest tu dobrym określeniem, gdyż parę kilometrów rozpiętości miał), rozprawialiśmy, co może się wydać dziwne, o grach RPG, a szczególnie o projektach, jakie nas w tej dziedzinie czekają. Temat ten miał zresztą powrócić jeszcze popołudniem, lecz tym, co nas na niego naprowadziło było zwykłe życie, namawiające, by korzystać z podsuwanych nam pod nos dobrodziejstw.

Jeszcze przed wyjściem marudziłem na brak porządnej liny, czy choćby sznurka. Taka rzecz jest nieoceniona w czasie wędrówki, przydaje się praktycznie do wszystkiego. I oczywiście, pierwszym, na co natrafiliśmy była leżąca pod nogami linka. Pocięta co prawda w kawałki, jednak tą skazę dało się szybko naprawić. Ot tak, rzucona w środku lasu biała linka.

Jeszcze tego samego dnia miała się przydać.

Drugą rzeczą, jaką odnaleźliśmy były zawinięte w tekturowe rulony kawałki… czegoś, jakiegoś białawego prochu. Szczerze powiedziawszy wyglądało to trochę jak środki wybuchowe, więc sporych rozmiarów kupę obeszliśmy, jak to się powinno z każdą kupą robić, szerokim łukiem.

Las się zmieniał, drzewa rzedły, coraz więcej było słońca a coraz mniej – cienia. W dole stoku między zaroślami prześwitywała jezdnia, do której zresztą doszliśmy, przechodząc obok czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było samochodem, a dziś – kupą żelastwa. Tej jednak nie obeszliśmy,  wchodząc w głęboki wykrot, który zaprowadził nas wprost do asfaltu. Tutaj znów dało o sobie znać słońce, jednak łagodny wietrzyk dawał wytchnienie.

Jakieś dwa kilometry dalej droga rozwidlała się. Wybierając lewą odnogę mieliśmy nadzieję trafić wkrótce na obrany – północny szlak, albo chociaż wyjść zza zasłony drzew i rozejrzeć się po okolicy. Nasza prośba została spełniona, kiedy wyszliśmy na szosę biegnącą dokładnie po szczycie wysokiego pagórka. Tu, pod brzozą, rozłożyliśmy się na krótki popas… i odetchnęliśmy.

Oto przed nami rozpościerał się krajobraz kipiący wręcz życiem, bo wczesnowiosenny. Ze szczytu Łuszczyckiego pagórka mogłeś dojrzeć dwadzieścia kilometrów terenu, jeśli nie lepiej. Tam, w dole, pomiędzy mozaiką zielonych i czarnych, świeżo zaoranych pól, między sadami i polami młodych kwiatów, krzątali się w swych domach ludzie. Na prawo, z wiatrem powiedziałbyś, przycupnęły w dolinie Marszowice. Po lewej znów rozpościerał się widok na Sadowie, zaś na wprost dostrzec można było odległe zabudowania Polanowic. Na horyzoncie rysowała się gruba linia drzew – las. To jednak nie był nasz las, wiedzieliśmy na pewno, bowiem zaraz obok Sadowia, śledząc okiem nasyp i linię kolei, rozłożyła się dumnie Goszcza, a tuż przy niej – ledwo parę kilometrów w lewo! – całą połać terenu zajmowały drzewa. Zielone, wysokie, potężne, stojące tu od setek lat, marny, lecz ciągle imponujący strzępek pradawnej puszczy.

Goszczycki las znajdował się na wyciągnięcie ręki, tuż pod naszymi stopami, wabiąc niesłyszalnym jeszcze szumem drzew, rozbrzmiewającym w wyobraźni.

Nasze przypuszczenia co do tego miejsca potwierdziły się, kiedy tylko ruszyliśmy w dalszą drogę. Zapytana przez nas kobieta twierdząco pokiwała głową – tak, to Goszczyce. Obdarzyła nas zaciekawionym spojrzeniem i uśmiechnęła się. Tu już nie było obszarów, w których wzbudzalibyśmy niezdrową sensację – tu była Droga, którą przez lata deptali wędrowcy i deptać będą, mam taką nadzieję.

Już w Goszczy Franek zażądał postoju, bowiem droga w dół okazała się znacznie bardziej wyczerpująca, niż gdybyśmy pięli się w górę zbocza. Jedynym miejscem, gdzie można było na chwilę usiąść była trwa przy cmentarzu, z czego ucieszył się Charlie, podskakując wesoło na klapie Frankowego plecaka. Charlie jako czaszka bywał czasami zbyt towarzyski, więc, nie chcąc zadzierać z miejscowymi – wynieśliśmy się stamtąd czym prędzej.

Zatrzymaliśmy się jeszcze przed małym sklepem, gdzie poczuliśmy na własnej skórze przychylność bogów. Oto legendarny napój energetyczny, którego poszukiwaliśmy ostatnie cztery lata (w końcu się poddając), a który nie dawał nam zasnąć pięć lat temu na obozie nad Jeziorem Żywieckim – oto więc ten napój, V-max odnalazł się na sklepowych półkach.

Ostatnie trzy kilometry pokonaliśmy rekordowo szybko. Czy to efekt placebo, czy też zadziałał napój – zmęczenie czmychnęło, a kiedy przekroczyliśmy wreszcie tory, naszym oczom ukazał się taki oto widok:

Droga, po prostu.

Zaraz później znalazłem też kartę z prześladującym mnie numerem dziewięć – który to numer zawsze wskazuje mi dobrą drogę. Więcej znaków nie było trzeba.

Las zamknął nas wkrótce w swych ramionach.

Wkrótce też mieliśmy rozłożyć „Stary Obóz” zwany wtedy jeszcze „Obozem”. Sznurki przydały się, kiedy zaczął padać deszcz i Franek wyjął z plecaka wielki brezent. Tym sposobem mieliśmy dach, uwiązany do drzew, a pod nim pałatki, zaś tuż przy ich skraju – ognisko, które tego wieczora huczało wesoło, podgrzewając nam posiłek, składający się głównie z ryżu i suszonego mięsa.

Ogień zaś, był oczywiście naszego kościstego przyjaciela – i nie mówię tu o Franku, także znanym z bycia kościstym.

Charlie rozpala ogień.

 Tej samej nocy zapadła też decyzja, iż nie zostaniemy tu dłużej. W bliskiej odległości rozpoczynała się bowiem ścinka drzew, zaś kto wie, co drwalowi może w łeb strzelić.

Tej samej nocy (też), po raz pierwszy słyszałem uprawiające miłość sowy. Jeśli sądzisz, mój przyjacielu, że pohukiwanie czasami brzmi zabawnie, wyobraź sobie… nie, nic sobie nie wyobrażaj. Dość powiedzieć, że pół godziny nie mogłem oddychać ze śmiechu, bowiem odgłosy porównywać można było tylko do bardzo cienko piszczących gremlinów. Jeśli nie oglądałeś gremlinów – zrób to. Nawiasem mówiąc.

Nie wiem, o której zmorzył nas sen. Ważne, że kiedy obudziłem się następnego ranka, byłem w obozie zupełnie sam. Jeśli nie liczyć Charliego, który szczerzył się do mnie z nadpalonego pnia.

Ale o tym – już następnym razem. 

Bez Celu #1 – Gawęda przy skraju drogi

GAWĘDA PRZY SKRAJU DROGI

Pełna trasa wędrówki

Mój Przyjacielu,

Wróciłem z wędrówki – nie tak, jak się spodziewałem, po dziesięciu dniach od chwili, kiedy ostatni raz na horyzoncie zamajaczyły mi wysokie zabudowania Nowej Huty, a po siedmiu. Nie mogę jednak Ci powiedzieć, czy jest to porażka, sukces,      czy po prostu lekcja jaką znów dało mi życie.

Tak naprawdę to sam nie jestem tego pewien. Liczę, że myśli rozjaśnią mi się, kiedy wszystko Ci opiszę. Tutaj. Teraz. W kolejnej gawędzie wędrownej.

Jeśli więc możesz – rozsiądź się wygodnie, zrób herbatę, zapal fajkę, czy po prostu puść cicho nastrojową muzykę. Ja poczekam, sam nabiję fajkę, a kiedy zanurzymy się już w morzu gęstego dymu – opowiem, jak umiem najlepiej o tym, co mnie spotkało. Przerwij mi, jeśli czegoś będziesz chciał się dopytać, mam też nadzieję, że moja opowieść nie minie bez echa, że uszanujesz gawędę groszem cenniejszym niż złoto – brakiem obojętności.

Pierwsze pakowanie plecaków

Zastanawiam się, od czego mógłbym zacząć, bo wędrówka nie rozpoczęła się ani wtedy, kiedy rano zbudziły mnie promienie słońca, ani też wtedy, kiedy ostatni raz patrzyłem na Molocha Nowej Huty. Wędrówka zaczęła się dzień wcześniej – w momencie, w którym po raz pierwszy spojrzałem na zapakowany plecak, a w powietrzu unosił się aromat świeżo ususzonego mięsa.

Parę godzin później zbudziło mnie słońce, ja zaś zbudziłem Franka. To we dwóch mieliśmy wykonać pierwszy etap podróży –  dotrzeć do Goszczyckiego lasu. Miało nam to zająć jeden dzień, a po rozłożeniu obozu – pięć długich dni ulepszania go i oczekiwania na Maćka, którego zatrzymała praca.

Stało się inaczej.

Do Końca Świata – Grębałowa, dotarliśmy tramwajem, nie jest bowiem rozsądne ryzykować przejście piechotą Nowej Huty. Zwłaszcza, jeśli ubrany jesteś w glany, koszule, na plecach ciąży plecak, a po chodniku stuka kij. Zwłaszcza, jeśli przy pasie kołyszą się noże. Któż wie, co czyha na zagubionego wędrowca między szarymi blokami i krętymi uliczkami zmierzającymi donikąd, albo do kryjówek meneli. Zwłaszcza, jeśli kompan u boku nigdy nie nauczył się, kiedy przydałoby się trzymać gębę na kłódkę.
Bezpieczniej jest dotrzeć na obrzeża, z których już tylko parę kilometrów dzieli cię do wolności.

Grębałów był niegdyś ważnym ośrodkiem militarnym. Snujący się tędy historyczny Proszowicki trakt przechodził przez naturalny wał obronny, jaki tworzą Wzgórza Krzesławickie i wiódł dalej w stronę Krakowa. Tereny jeszcze w XIX wieku wykorzystała armia Austro-węgier, budując pierwszy z trzech fortów od tego czasu broniących dostępu do miasta, a które miały się przydać już wkrótce, kiedy w 1914 roku nadciągnął XVIII korpus 9 armii rosyjskiej pod dowództwem generała Płatona. Dzisiaj niewielu już może opowiedzieć o tamtych czasach.

Obok „Fortu Grębałów” znajduje się cmentarz i pętla tramwajowa, na której z ulgą wysiedliśmy.  Ulga ta nie była tylko wynikiem końca niepokojenia współpasażerów, ale także podniesionej temperatury, jaka panowała w środku. Łagodne słońce, które obudziło mnie tego ranka, wkrótce miało się przerodzić w złośliwego potwora utrudniającego wędrówkę.

W rzeczy samej. Ledwo odwróciliśmy się plecami do miasta, ledwo przebyliśmy parę kilometrów, ledwo rzuciliśmy okiem na starego molocha kombinatu, któraś z poszarpanych chmur odsłoniła słońce, zalewając nas żarem promieni.

Wyobraź nas sobie w tym właśnie momencie:

Jeszcze nie czujemy gorąca, jak urzeczeni wpatrujemy się w horyzont. Oto przed nami, na obszarze wielu kilometrów kwadratowych majaczą kominy i zabudowania molocha. Komunistyczna huta im. Sędzimira, kombinat, powód, dla którego dziewicze niegdyś tereny od Krakowa do Krzesławic pokryły się blokowiskami. Zwaliste, betonowe cielsko potwora, chciwie wyciągające powykrzywiane paluchy dróg po jeszcze, jeszcze, jeszcze. Lewiatan Lenina, ospały potwór moszczący się w swym gnieździe. Silniejszy wiatr przynosi ze sobą odgłosy samochodów, które brzmią jak odległe, gardłowe wycie. Być może to właśnie kombinat przeciąga się, rozprostowuje stare kości, chciwie pożądając pokarmu. 

Czuję, jak po karku ścieka mi pot. Czy to żar z nieba, czy też ogniste trzewia bestii? Ściskam mocniej kij i obracam się do tego widoku plecami. Przede mną droga – polna, sprężysta. Ubieram kapelusz, słońce przygrzewa coraz mocniej.  

Pamiętam, że poczułem ulgę, kiedy zabudowania kombinatu zniknęły za wzgórzem. Teren to wznosił się, to opadał, nie raz i nie dwa przecinaliśmy pola, błądząc po ścieżkach między nimi. Tak trafiliśmy do miejsca, gdzie cień starego buka i stojącej przy nim stodoły ochronił nas od żaru. Tam miał się odbyć pierwszy, krótki popas. Ze stęknięciem więc ściągnęliśmy ciężkie, około 20-kilogramowe plecaki. Woda była jak najwspanialsze wino, suszone mięso spełniło swą rolę – dodało sił, kiedy tego potrzebowaliśmy. Zaś na szczycie drzewa usiadł ptak, wyśpiewując trele.

Drogą przejechało kilka samochodów. Za każdym razem wzbudzaliśmy oczywiście sensacje. Co młodsi ich pasażerowie odgrywali glonojady, nieomal przysysając się do szyb. Nasz śmiech wzbudził samochód dostawczy z konserwami turystycznymi. Śmiech nostalgii i obrzydzenia jednocześnie, co stanowiło dosyć ciekawe doznanie.

Ruszyliśmy po dwudziestu minutach. Droga była daleka, co niespecjalnie nas martwiło. Mijaliśmy wioski, pola i małe sady, czasem idąc drogą, czasem… cóż, nie. W końcu za wzgórzem , w dole, dostrzegliśmy nasyp kolejowy. Przed nami była jeszcze łąka i świeżo zaorane pole. Tu postój był dłuższy, bo w cieniu paru drzew, przy chłodzącym ciała wietrze i z widokiem zarówno na pobliską stacyjkę, jak i odległe już ostatnie bloki Huty. Na prawo zaś czerniała niewyraźna jeszcze linia lasu – naszego lasu, w którym mieliśmy zbudować obóz.

Nim przeszliśmy pole, minęło prawie pół godziny. Na niebie nie było ani jednej chmurki, ostre słońce w oka mgnieniu spaliło nam ręce. Nie ułatwiała sprawy grząska ziemia i wznoszący się lekko teren, który zaraz opadł, byśmy dosłyszeli delikatny szum wody z odległego o parę metrów potoku. I mimo wzbierającego w gardle krzyku, nie zatrzymaliśmy się tutaj – w końcu przystanki nie mogą być zbyt częste. Za to idąc przez przybrzeżne krzaki, Franek znalazł sarnią czaszkę.

Nazwał ją Charlie.

Od tej pory Charlie towarzyszył nam  przypięty do plecaka. W dniach późniejszych miał pomóc w rozniecaniu ognia, a nawet namawiać Franka, by mnie zabił.

Las, który najpierw majaczył na horyzoncie, z wolna począł się przybliżać. W zakłopotanie wprawiła nas mała dziewczynka na różowym rowerku, wyprzedzając nas parę razy pod rząd, kiedy wspinała się pod górkę, przygryzając język i zjeżdżała z niej z rozanieloną twarzą.

W zakłopotanie wprawiły nas też dzieciaki, grające na boisku w piłkę, a które na nasz widok przerwały grę z ciekawością się nam przypatrując.

I wiedz, mój przyjacielu, że nie do końca mi się te ich spojrzenia podobały.

– Kłaniam się nisko – zagaił mój towarzysz.
– My się kłaniamy wysoko!
– Cicho, nie kłaniamy się w ogóle!
– My się nie kłaniamy! – Najwyraźniej nie mogły się zdecydować.
– A skąd takie buty? – pytały. – Co to za buty?
– Glany – odparłem zgodnie z prawdą. – Możesz je kupić w Krakowie, u Szyszki. Popytaj ludzi.
– Eee, do dupy takie!
Rozwrzeszczana gromadka nie odstępowała nas o krok.
– A pieniądze macie? A po co idziecie? A… – Pytania sypały się jak z worka.
Grzecznie wyjaśniłem, że idziemy, bo lubimy. A dokąd – nie wiemy.
– A wyglądamy na takich, co mają pieniądze? – zapytał Franek.
Dzieciarnia  zatrzymała się przy końcu boiska. Najwyższy chłopiec, widocznie przywódca bandy, zmarszczył nos myśląc.
– Nie – orzekł wreszcie.

Kiedy się odwrócił, dzieciarnia najwyraźniej straciła zainteresowanie naszymi osobami i wróciła do gry.  Trochę nam było smutno, lecz uczucie to opuściło nas dziesięć minut później, kiedy dotarliśmy do zagłębiającej się w las drogi.

Po oddaleniu się od szosy, zdecydowaliśmy się na postój, było co prawda późne popołudnie, lecz i tak dziwiliśmy się, jak szybko doszliśmy do lasu. Pół godziny później Franek zdecydował się na głęboki zwiad, a ja – zadowolony – oparłem się o pień potężnego drzewa, żując mięso.

Nie pamiętam, kiedy usnąłem, ani jak długo spałem. Dosyć powiedzieć, że kiedy się obudziłem, słońce było wyraźnie niżej, o czym mogły poświadczyć długie i ciemniejsze niż wcześniej cienie drzew. Jednocześnie, znienacka zaatakował skurcz górnych mięśni pleców, dając mi dobitnie znak, iż noszenie dwudziestu kilogramów (większość z tego – woda)  w plecaku z uszkodzonym pasem biodrowym, a więc utrzymując cały ciężar na łopatkach, to nie był zbytnio dobry pomysł.

Wstałem, rozmasowując barki. Bolało. Skórcz minął dopiero po piętnastu minutach i dopiero wtedy odzyskałem pełną władzę w rękach.

I wtedy stanąłem jak wryty.

Widzisz, do tej pory, zajęty sobą nie pomyślałem, że minęło już naprawdę sporo czasu, zaś kompan mój nie wrócił ze zwiadu. Charlie szczerzył się do mnie z plecaka, ale mi do śmiechu nie było. Jeśli pokażesz się zbyt dużej ilości osób w otoczeniu swojego postoju, może się zdarzyć, że niektóre z nich nie będą zbyt miło nastawione. Pomyślałem o dzieciarni i o ich starszych braciach. Potem pomyślałem o wyszczekaniu mojego druha. A potem raz jeszcze o tym, że minęło sporo czasu.

Wrócił, czterdzieści minut później, przynosząc złe wieści. To nie był nasz las, pomyliliśmy się w obliczeniach. Było za późno, by dojść do celu, zaś obrzeża tego drzewostanu były uczęszczane  przez ludzi, jak choćby pary zakochanych, z rodzaju tych, które Franek na zwiadzie niechcący wypłoszył z krzaków.

Las nie był duży. Szybko znaleźliśmy polanę na nocleg. Nie zadawaliśmy sobie trudu, by rozbić namiot. Zbawienny okazał się pień ściętego drzewa z małą dziurą w środku. To tu rozpaliliśmy ognisko.

Ognisko w pniu i nasze posłania. Na pierwszym planie Charlie.

Nigdy wcześniej, ani nigdy później w czasie trwania wędrówki, nie uświadczyłem tak wspaniałego obozu i tak niesamowitego ognia, na którym woda zagotowała się w ciągu zaledwie pięćdziesięciu sekund.

A kiedy zapadła noc i w mroku odezwały się sowy, wiedziałem, że znów mi się udało. Znów na szlaku, znów wolny.

Tej nocy spałem jak dziecko, budząc się tylko parę razy, by dołożyć do ognia.

W pewnej norce w pniu mieszkał sobie pewien Hobbit. Cieszył się dobrym zdrowiem i szacunkiem leśnych krasnoludków. Aż pewnego dnia przyszedł zły człowiek i go spalił, razem z całym domem, dobytkiem i niedojedzoną do połowy jajecznicą. Zwłaszcza jajecznicą. Hobbit chciałby ją przynajmniej skończyć, ale nie.

A co było dalej? Co było dalej?! 

O tym, mój drogi Czytelniku, opowiem Ci następnym razem. Opowiem o wraku samochodu, o życiowym RPG-u, o cmentarzu i co tam robił Charlie… będzie też o miłych ludziach, dobrych widokach na przyszłość, lesie… i oczywiście o drodze.

Już niedługo.

The Poland Dead #1 – Pierwsze dni

 

Kiedyś podobno istniał Wielki Świat. Ojciec opowiadał mi o Sieci oplatającej całą planetę. Mówił, że mógł rozmawiać przez gadającą skrzynkę z ciocią mieszkającą na Nowym Kontynencie, wiele, wiele tysięcy kilometrów dalej. Mówił też, że kiedyś ludzie latali jak ptaki w metalowych pojazdach, a nawet, że ktoś o nazwisku brzmiącym trochę jak „Pstrąg” zostawił ślady swoich butów na księżycu.
Potem przyszli Martwi Ludzie i nam to zabrali. Nikt już nigdzie nie latał i nie rozmawiał z nikim za oceanem.
Tata musiał opowiadać bajki. Pokazywał mi co prawda obrazki w książkach na których widziałem ludzi w kombinezonach kosmicznych, ale wcześniej pokazywał mi też obrazki na których były smoki i Hobbity. Mówił, że to nie prawdziwe.
Chciałem się go zapytać, czy tamte obrazki też nie były prawdą, ale przyszli Martwi Ludzie i jego też zabrali, tak jak wcześniej sieciowe rozmowy i metalowe skrzydła. 
Co do jednej prawdy mam pewność – Martwi Ludzie zabierają wszystko.

Zombie opanowały świat. Zrobiły to na swój własny, oryginalny sposób – z trupią, powolną dokładnością. Nie wzięły go szturmem, jak Pokemony, nie owładnęły urokiem jak Wampiry (bo i jaki urok mogą mieć truposze?), nie zadziwiły niezłomnością małego ducha – jak Hobbity (bo też trudno powiedzieć, by trup miał ducha), nie przygniotły epickością, jak rycerze Jedi.
Krok za krokiem, wlokąc się bardziej, niż idąc, od kiedy kult Voodoo powołał je do życia u początku XX wieku, jak kropla skałę, tak one męczyły świadomość ludzką, aż wreszcie postawiły na swoim – Żywe Trupy świętują tryumf w kulturze masowej. Z niecierpliwością czekam na „World War Z” i jeśli film okaże się tak dobry, jak się zapowiada, przeboleję nawet Brada Pitta w roli głównej. „The Walking Dead” już od trzech sezonów szturmują torrenty i telewizję (w tej kolejności) z powodzeniem zaskarbiając sobie sympatię widza. Do kin wchodzi nawet romans Zombie… choć nasuwające się skojarzenie z nekrofilią pozostawię bez komentarza.

Gdzie jednak nie spojrzę, tam Zombie są rodowitymi (jeśli można ich tak nazwać) amerykanami. Aż dziw, że takie wychudłe. Kiedy zaczynają swój marsz przez USA, giną miliony. Tu też się dziwę, bowiem chodzące trupy są tak wolne, że ich sukces może świadczyć tylko o bardzo złej kondycji fizycznej żywych mieszkańców ameryki. Północnej, dodajmy. Bo kiedy chodzi o Zombie, reszta świata nie istnieje – zostaje tylko najbardziej wojowniczy na naszej planecie kraj, wygrywający każdą wojnę, nawet z obcymi (ten incydent w Wietnamie się nie liczy), za to kruszący się jak domek z kart w obliczu inwazji ślimaczących się trupów.

W obliczu apokalipsy, USA ucieka tak daleko w przeszłość, jak tylko umieją, czyli gdzieś około 300-400 lat – do czasów romantycznego wyżynania Indian ze spluwą w jednej ręce i siodłem w drugiej, czyli do Dzikiego Zachodu. Oczywiście w tym zestawieniu rolę Indian grają trupy.

Bardzo lubię Zombie i oglądając „The Walking Dead” cieszę się nimi, starając się pomijać rażącą głupotę amerykanów czy drewniany styl „władania” kataną wiecznie obrażonej na cały świat Michonne. Niemniej, co jakiś czas pod czaszką tłucze mi się pytanie „a co się dzieje z resztą świata? Gdzie Europa? I co z Polską?” – rzecz jasna żaden z twórców TWD nie odpowie mi na to pytanie, gdyż zwyczajnie nie wie nawet, że coś takiego jak Polska, czy Europa istnieje. Szczerze mówiąc, próbując włączyć którekolwiek z sieciowych materiałów dodatkowych serialu (i za każdym razem stwierdzając, iż w Polsce i jakiś 30 innych krajach są zablokowane), można wysnuć teorię, iż twórcy TWD albo nie wiedzą, że coś takiego jak „Świat Poza Ameryką” istnieje, albo też mają to głęboko w rzyci pomocnika drugiego pucybuta trzeciego pomocnika charakteryzatora.

Pytanie zostaje jednak bez odpowiedzi.

CO Z TĄ POLSKĄ?

Zagadnieniami związanymi z post apokalipsą zajmuję się (hobbistycznie) już ładne parę lat. Od kiedy żyję, nie ma roku w którym nie uświadczyłbym choćby 300 snów o tej tematyce. Bardzo je lubię, zawsze dają mi powód do rozmyślań, czy to nad stanem mojej psychiki, czy końcem cywilizacji.

To nie jest tak, że tylko Zombie chodzą po Ameryce. Zniszczenie tego pięknego kraju za cel wzięli  sobie też wszelkiej maści terroryści, obcy, mutanty, super-źli antybohaterzy czy nawet wielgachne mrówki. Apokalipsa w innych krajach, nawet, jeśli ma miejsce, odsunięta jest na dalszy plan, a o Polsce to już nikt nie mówi (pomijając wyjątki takie jak Autobahn Nach Poznań Andrzeja Ziemiańskiego choćby).

Zacząłem się więc zastanawiać, jak wyglądałaby apokalipsa Zombie w naszym kraju? Bo jedno jest pewne – o Dzikim Zachodzie możemy zapomnieć.

ŚMIERĆ JEST TYLKO POCZĄTKIEM

Jak by się to zaczęło? Czy Zombie wstawaliby z grobów, czy też żywi ludzie, umierając zamienialiby się w dzikie bestie? A może i to, i to?

Jakkolwiek nie zaczęłaby się Apokalipsa Zombie, najważniejszym pytaniem w związku z przebiegiem pierwszych, decydujących dni byłoby pytanie o szybkość rozprzestrzeniania się tej… epidemii. Bo byłaby to epidemia, obojętnie, czy winę ponosiłby wirus, promieniowanie kosmiczne, czy ewolucja.

Kto siedzi w temacie, ten szybko zorientuje się, że apokalipsa Żywych Trupów ma wszelkie znamiona ogólnoświatowej pandemii, co już nakreśla rodzaj końca z jakim się zetkniemy.

Mamy dwa scenariusze: W pierwszym Zombie atakują zupełnie nieprzygotowanych ludzi znienacka. Są morderczo szybkie i okrutne. Mózg, wyzbyty świadomości może użyć całej siły mięśni, dodatkowo ciało cały czas napędzane jest wielkimi dawkami adrenaliny. Zombie nie mają oporów, by wykonać tak mocny cios, by drzwi, które próbują wyważyć się rozpadły. W tej samej chwili zrywają się też ścięgna w ręce trupa, kość idzie w drzazgi, mięso w strzępy. Zombie jednak się tym nie przejmuje, nie wiemy, czy czuje ból, czy nie – jest tak otumanione furią, iż idzie dalej, ciągle próbując używać niedziałającej już ręki.

Bardzo prawdopodobne, że w tym scenariuszu ludzie będą zamieniać się w Zombi nie tylko umierając, napad furii i zanik świadomości mogą być symptomami choroby którą dziś prezentują „Trupy”. Ludzie, którzy będą w tym odsetku populacji „Odpornej” i którym uda się przeżyć nie będą mieli żadnego wyboru poza instynktownym – ucieczka, albo walka i zapewne śmierć.

W drugim scenariuszu pandemia jest bardziej podobna do siebie – przyrasta szybko, niemniej ludzkość ma czas na reakcje. Zanim więc dojdziemy do panicznej ucieczki, następuje szereg wydarzeń, którymi się w tej chwili zajmiemy, a które noszą nazwę

PIERWSZE DNI

Wszystko zaczyna się od informacji. Któregoś dnia na portalach informacyjnych i chwilę później w telewizji znajdujemy gorącego newsa o paru przypadkach, kiedy „Umarli wstali z grobu”. Póki co, nie dajemy temu większej wiary. Na Kwejku szybko trafiają na główną memy w rodzaju „Zabili go i uciekł” czy kadry z popularnego serialu o Zombiakach z podpisem „Zaczyna się”. Ludzie kpią, hejterzy hejtują, gdzieniegdzie pojawia się nawiedzony komentarz w rodzaju „JEZUS CIE URATUJE, ZBLIŻA SIĘ KONIEC NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWANGELIĘ!!!!!!”. To dziwne, ale pierwsze godziny, a może nawet parę dni Apokalipsy Zombie to normalne życie w którym ludzie więcej czytają o nowych aferach politycznych Tuska, zaś na informacje o umarlakach zbywają machnięciem ręki. Bo i kto by się przejmował wątpliwej jakości newsami zamieszczanymi głównie na stronach „Paranormalne”.

Świat ma Apokalipsę Zombie głęboko w dupie, oglądając z napięciem „The Walking Dead”.

Z wolna informacji zaczyna być więcej, napływają z całego świata. Jakiś użytkownik przebija się na główną stronę Wykopu, gdzie oczywiście na news czeka lawina komentarzy z cyklu „Kto kogo przegada i dostanie najwięcej plusów”. Jednak co poniektórzy (z reguły fantaści) podnoszą już głowy, rozglądając się podejrzliwie.

Tak mija parę dni, telewizja donosi o alarmach epidemiologicznych w paru krajach i niektórych miastach w Polsce. Za oknami jakby więcej patrolów policji. Działa poczta pantoflowa, sąsiadka z góry opowiada, że jej koleżanka ma sąsiada, który nagle zabił żonę i dziecko gołymi rękami, przyszli po niego panowie w gumowych kostiumach i wywieźli. Tamta sąsiadka się boi. My też czujemy niepokój, ale blokujemy go myślą, że to nic takiego.

Ten niepokój to instynkt, który każe nam już teraz uciekać. Podświadomość zbiera dane i wie, że coś się kroi. Niemniej, nie należymy do ludzi pochopnych, na paru forach zabłyśliśmy wyszukanym cynizmem, zebraliśmy paręset plusów. Nie damy się tak łatwo.

Podświadomość zaczyna bić na alarm, kiedy z telewizji znikają wiadomości o coraz liczniejszych alarmach epidemiologicznych (póki co jeszcze oddzielnych) głównie w USA i Azji oraz przepełnionych szpitalach. Zamiast tego Tusk szykuje niebotyczną podwyżkę podatków a matka Madzi w lateksie jeździ na słoniu.

I ten dzwonek ignorujemy.

W sieci wrzawa. Na niektórych portalach pojawiają się informacje, na innych są kasowane. Na Wykopie cisza i spokój, administracja czuwa, na Onecie słychać o coraz poważniejszych alarmach, na portalach o zjawiskach paranormalnych aż huczy, posty lecą tak szybko, że nikt nawet nie zadaje sobie trudu, by ten spam czytać. Jeśli mowa o spamie, na skrzynki przychodzą informacje o rychłym zbawieniu, przewyższając nawet oferty odnośnie powiększenia penisa, których teraz jakby mniej.  Odpalając Tora dowiadujemy się, że z głębokiej sieci (nareszcie) zniknęły setki pedofilskich zdjęć, za to wszyscy chcą sprzedawać i kupować broń. Na forach całkiem poważnie piszą „Uciekajcie, ratujcie się!”, hakerzy przypuszczają ataki na komputery rządu, wygrzebując zatrważające informacje.

Nadchodzi dzień, kiedy idziemy do apteki po lekarstwa, z niedowierzaniem zauważając rankiem na ulicach wozy wojska i policji. Telewizja podaje, iż miasto zostało objęte kwarantanną. Większość szpitali jest zamknięta, NFZ nie refunduje leków na nową chorobę. Szczerze mówiąc, media zdziwione zauważają, że w rządzie mało kto został. Posłowie już się nie kłócą. Posłów już nie ma.
Tusk nie przyszedł dziś do pracy, wziął chorobowe.

Sytuacja z wolna wymyka się spod kontroli. Dwa piętra wyżej ktoś krzyczy, do kamienicy wbiega oddział uzbrojonej w tarcze policji. Dziwnie przypominają ZOMO. Słychać strzały – i tym razem nikt już z tego hasła nie żartuje.

Dzwonimy do rodziny, niektórzy nie odpowiadają. W telewizji orędzie prezydenta – wprowadzony zostaje stan wojenny, nie będzie już teleranka. Miasta objęto kwarantanną. Zaleca się zebranie zapasów i pozostanie w domach. Sklepy i apteki pustoszeją, dochodzi do pierwszych rabunków. Niektóre rodziny gromadzą się razem, inne są rozdzielane, kiedy wojsko dzieli miasto na segmenty i ustawia worki z piaskiem i druty kolczaste.

Telewizja wysiadła, na kanałach publicznych miga tylko komunikat „Zostańcie w domu, czekajcie na pomoc” – pomoc nie nadchodzi, chyba, że mówimy o Post-Zomowcach, czy Wojsku z karabinami. Strzały słychać już paręnaście razy dziennie w okolicy. Czasem całe serie.

Chcemy wyjść, kiedy jednak wyglądamy przez okno i widzimy, jak paru Post-Zomowców nagle rzuca się na współtowarzyszy i zostaje rozstrzelanych, cofamy się do mieszkania i dla pewności zamknięte drzwi przystawiamy szafą.

Teraz podświadomość już nie mówi o ucieczce – na to za późno. Czekamy w bezpiecznym schronieniu.

Za ścianą wyje facet, jego żona – miła sąsiadka, warczy. Facet po parunastu minutach przestaje wyć i wzywać pomocy. Jego żona ciągle warczy. Coś nam mówi, że tym razem nie jest to okres.

Sytuacja nabiera tempa. Większość stron w internecie nie działa, lub nie jest aktualizowanych. Facebook wyłączony, nikt już nie lajkuje Zombiaków. Próbujemy dzwonić, lecz wystarczył dzień, by najpierw w działaniu siedzi nastąpiły długie przerwy spowodowane przeciążeniem, potem wreszcie została wyłączona. Parę godzin później pada internet. Dla zabicia czasu (i by ignorować strzały) sięgamy wreszcie po książki. Działa radio. Wciąż parę kanałów, na niektórych słyszymy nieznajomych prezenterów – jeden z nich mówi, że jest sprzątaczem. Pan Zdzisiu od mopa, samotny, zabarykadował się w radiu i nie ma co robić – to gada. Ze zdziwieniem zauważamy, że pan Zdzisiu ma talent do gawędy większy, niż wszyscy prezenterzy radiowi razem wzięci.

Na dwóch z trzech działających kanałów odprawiane są msze. Z nagrań, czasem trafiamy na urywek świąt Bożego Narodzenia, innym razem na Wielkanoc. Na jednym kanale leci to w kółko, a Radiu Maryja włącza się często kobiecy odpowiednik pana Zdzisia, pani Marysia, najwyraźniej strzygąca uchem do radiowego głosu kolegi po fachu. Czasem robią sobie taki „Radiowy dialog” i gadają. Głównie o czasach młodości, ponoć mają wspólnych znajomych. Pani Marysia odprawia różaniec dla wierzących i modli się za Dyrektora, który też wziął chorobowe.

To nie serial, akcja rozgrywa się powoli. Przez ten tydzień w domu zaczynamy powoli jeść kocie żarcie (Kot nie jest zadowolony, ale potulnie je swoją działkę, choć wcześniej grymasił). Nie jest takie złe, już wcześniej smacznie pachniało. Można się przyzwyczaić do strzałów, których po kilku na prawdę ostrych strzelaninach i wybuchach gdzieś na głównych ulicach jest jakby mniej.

Po tygodniu nie ma już prądu (wcześniej była przynajmniej parę godzin dziennie). W lodówce to, co się mogło popsuć, to się popsuło. W kranach nie ma wody. W kiblach też. Nagle ich pojemność zaczyna być bardzo ograniczona, nie mówiąc o zapachu. Komputery bez prądu są bezużyteczne, laptopy pociągną parę godzin, ale – o zgrozo – i tak nie ma po co ich używać. Internet to już przeszłość.

Brak wody i pożywienia powoduje, że odsuwamy szafę i wyglądamy na klatkę schodową. Cisza. Dopiero teraz, dziewiątego dnia, uświadamiamy sobie, że od jakiś dwóch dni nikt już nie strzela. Jest cicho.

Stajemy przed trudnym wyborem – zostać, albo uciekać. Jeśli wybierzemy pierwszą możliwość, prawdopodobnie umrzemy. Jeśli wybierzemy drugą, mamy o parę procent większe szanse na przeżycie, dalej jednak wynoszą one jakieś 20-30%.

I nie chodzi tu o Zombie – w całej Apokalipsie Zombie Zombie są tylko tłem, głównymi zabójcami ludzi są:
– Inni ludzie
– Głód i pragnienie
– Więcej innych ludzi

W Polsce jest to co prawna mniejsze zjawisko, niż w Ameryce. Tam ludzie w razie niebezpieczeństwa troszczą się o siebie i swoje rodziny, Polacy dowiedli niejednokrotnie, że w razie katastrofy są najsilniejszą nacją.

Niemniej, kiedy wyjdziemy, widząc pewnych siebie ludzi z karabinami musimy uciekać (Zwłaszcza, jeśli są łysi – to się nie zmienia). Ci, którzy będą mogli pomóc, na pewno nie będą pewni siebie… i nie będą mieli dużo broni palnej, jeśli w ogóle. Druga różnica między Polską a USA polega na tym, że tam prawie każdy ma broń, a tu zaledwie garstka. Co w przyszłości zwiększy oczywiście jej wartość.

Wychodzimy po namyśle. Im dłuższy namysł, tym pewniejsza śmierć, więc nasze myśli kierujemy ku temu, co zabrać ze sobą. Jeśli wcześniej wędrowaliśmy i wiemy co nieco o sztuce przetrwania – znów nasze szanse są zwiększone, jeśli nie, na pewno przyda się dobry koc, plecak, KAŻDE MOŻLIWE JEDZENIE I WODA, nóż. Kota też możemy wziąć, jeśli mamy. Psa tym bardziej – jeśli duży, to dobrze.

Duże psy mają dużo mięsa.

Był taki post na R.I.P Facebooku, w którym to, co było najbliżej ciebie po prawej stronie zamieniało się w broń podczas Zombieapokalipsy. Nie wierzcie w to. U mnie byłby to gumowy kurczak, nie sądzę, by się przydał.

Za to można wziąć czysty papier, zeszyty, bloki, tytoń i papierosy. To wszystko w przyszłości zamieni się w dobro luksusowe przez które albo możemy umrzeć, albo się urządzić.

Póki co, pakujemy się do jakiegoś ładnego samochodu, najlepiej z napędem na cztery koła i dużego. O Zapchanych ulicach głównych rodem z USA możemy zapomnieć. Pamiętacie wojsko? Oni już sobie wszystko posprzątali. W przypadku pierwszego scenariusza drogi też są puste, bo nie było nikogo, kto by je mógł zatkać.

Ucieczka z miasta nie jest trudna. Jedynym, co ją może utrudniać są nieliczne Zombie. Nieliczne? Ano, jeszcze tak. Póki co jak każde stadne zwierzęta (nasza „stadność” nie jest tylko zasługą osobowości) są w fazie reorganizacji. Muszą wydostać się z domów i mieszkań, w których wcześniej sami się zabarykadowali, z zamkniętych szpitali (a póki co mają pożywienie w postaci personelu), supermarketów i galerii handlowych. Dlatego po zapasy udajemy się (po cichu, dmuchamy na zimne) do małych sklepików. Najlepiej tych jeszcze zamkniętych, w tych z rozbitymi wystawami wiele nie znajdziemy, mieszkań (otwartych, w zamkniętych są Zombie). Warto zadbać o jakąkolwiek broń. Posterunki policji i koszary odradzam, prawdopodobnie są już zajęte. Jednak wiemy, że są warsztaty samochodowe a w nich klucze, łomy, palniki… w Krakowie na ul. Szpitalnej jest sklep co się zwie „Galeria rycerska” a w niej miecze, zbroje i łuki wszelkiej maści. W dobrym stanie, to nie są ciupagi dla Anglików, tylko sprzęt bractw. Nie ma co się zrażać, że nie umie się władać mieczem – na pewno będziemy to robić lepiej, niż Michonne.
Przydadzą się też sklepy ze sprzętem turystycznym i mapy.

To wszystko spakowaliśmy do samochodu. Klucze znaleźliśmy przy trupie właściciela, lub uruchomiliśmy przez krótkie spięcie, co wcale trudne nie jest. Alarmem ani brakiem prawa jazdy się nie martwimy, bo i tak policja już nie istnieje. Najlepiej znaleźć samochód, pod którego maską znajdziemy klakson i go najpierw po prostu wyrwać. Cichy alarm? A co to?

Z miasta wyjeżdżamy albo żywi i spakowani, albo wychodzimy parę tygodni później jako Zombie. Druga opcja kończy nasze przygody, więc nie będziemy się nad nią rozwodzić.

Po drodze możemy spotkać żołnierzy, którzy będą nas chcieli zatrzymać. W tym przypadku dodajemy gazu, bo nie są to żołnierze, tylko parę wyrostków, którzy czekają na dostawę sprzętu pomocnego do życia jak na chłopaka od pizzy.

Być może nawet nie będą strzelać – żal nabojów. Chociaż na tym etapie mogą ich sobie nie żałować.

Jako, że jesteśmy w Polsce, najlepszym pomysłem jest kierować się albo na południe, jeśli w tych regionach kraju mieszkamy, lub w stronę morza, jeśli nasz dom był na północ od stolicy. W żadnym wypadku nie zmierzamy do niej, myśląc o ratunku.
Tam go na pewno nie uświadczymy –  pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

CDN

Tu kończymy. W przypadku pierwszych dni, pomiędzy USA a Polską występuje – przyznam – dużo podobieństw, są to jednak podobieństwa globalne, zaś diabeł, czy też Zombie tkwi w szczegółach.

Pierwsze dni trwają tak naprawdę (w zależności od przypadku) od 2 godzin, do tygodnia, dziesięciu dni. Jeśli nie staniesz się Zombie, możesz umrzeć na dziesiątki innych sposobów i prawdopodobnie wielu z nas tak by właśnie umarło, nie doczekując widoku chodzącego umarlaka z bliska.

Największe różnice pomiędzy romantyczną wizją USA a twardą rzeczywistością Polską występują w OKRESIE PRZEJŚCIOWYM, który trwać może nawet parę pierwszych lat.

Ale o tym już w odcinku drugim. Krótszym, obiecuję.

Wędrówka #4 – Głupota

 

Witaj, Przyjacielu!

Znów zrobiło się zimniej. Podobno niedługo ma spaść śnieg. Szczerze? Czekam na niego z wytęsknieniem. Śnieg zawsze sprawia, że rzeczy wyglądają lepiej, czyściej, schludniej. Zakrywa nasz szary świat obiecując zmiany, przygotowywane dla nas za białą kurtyną.

Usiądźmy wygodniej. Chyba już czas na kolejną wędrowną gawędę, prawda? Muszę Ci powiedzieć, że jest to zdumiewające, jakie kręgi zatacza historia. Zapłatą wędrowca zawsze była gawęda, a teraz – nawet w tym świecie XXI wieku – dalej to działa. Chociaż prawdziwy świat XXI wieku będzie wtedy, kiedy wymrze pokolenie wieku XX… choć tego już nie zobaczę. A szkoda.

Tymczasem… tymczasem (jeśli nie masz dostępu do ognia) puść sobie to:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw[/youtube]

Albo… nie. Do pisania słuchałem tego, więc puść to (nie pożałujesz):

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=s3MuiNY9Soo[/youtube]

(Albo coś innego, co wprowadzi nastrój) i… zaczynajmy.

Głupota

 

Jestem głupi. Podobno pierwsza oznaka mądrości, zdać sobie z tego sprawę, ale nie czuję się przez to wcale ani trochę mądrzejszy. Co najwyżej pokorniejszy. Jestem kretynem jakich mało.

Po pierwsze, zamiast siedzieć w domu, jeść tłusto, grzać w piecu, rozkoszować się ciepłem i żyć wygodnie, ja chodzę na wędrówki, nie grzeję póki nie ma przynajmniej -15 stopni, a lodówka za każdym razem, jak do niej zaglądam jest pusta. Jestem kretynem, bo zamiast robić sobie dobrze i iść na łatwiznę, wybieram trud.

Matka zawsze powtarzała mi, bym mierzył wysoko i „został kimś”. Miał dużo pieniędzy. Miałem zostać prawnikiem, inżynierem, albo wybitnym kucharzem znanym w całej Europie. „Masz mieć pieniądze, by utrzymać rodzinę i żona od ciebie nie odeszła”, mówiła. I świat dobitnie pokazał mi, że w pewnym sensie miała rację.
Nie chciałem być inżynierem. Mimo przemawiających do mnie duchów przodków i nazwisku, które w tych inżynierskich kręgach zapewniłoby mi (gdybym się tylko postarał) sukces, pieniądze i otworzyłoby każde drzwi, wymyślałem sobie żołnierza, psychologa, geologa, podróżnika… pisarza. Uparty osioł (ale zdolny, dodałaby moja polonistka). Głupota, czy chęć bicia się ze sztormem… iskra odwagi? Ostatecznie dowiem się tego dopiero w ostatnich dniach życia. Póki co może to się nazywać… brakiem instynktu samozachowawczego. Tak to nazwałaby moja matka.

Czasem opłaca się być głupim. Albo tym, kogo ludzie nazywają głupim i robić rzeczy głupie, które tak właśnie się nazywa w kręgach osób cywilizowanych. A czasem  po prostu trzeba nim być, tym głupkiem – by się pewnych rzeczy nauczyć. To chyba jedna z tych rzeczy, których nie rozumieją osoby starsze, chcące swoje pociechy uchronić przed  światem, nie uważasz? Że niektóre błędy po prostu muszą zostać popełnione. Tak myślę.

Także i te w drodze, by na dłuższych szlakach mieć już

doświadczenie. 

Ta wędrówka, parę miesięcy temu. To była wiosna. Jedna z najbardziej gorących wiosen, jakie pamiętam. I jednocześnie chyba najwięcej wtedy uszedłem. Potem liczyliśmy, w linii prostej w pięć dni pokonaliśmy 60km. Klucząc, będzie koło 100. Nic imponującego (szczególnie w stosunku do tego, co planujemy z moim tatą, ale o tym póki co sza), ale biorąc pod uwagę temperatury… to chyba ta trudność najbardziej mnie mobilizowała.

Czasem wędrówka jest jak bitwa. Z samym sobą, z żywiołami, z którymi trzeba się zmierzyć i wygrać. Tutaj już nie ma żartów. I boleśnie się o tym przekonałem.

Temperatury w słońcu często przekraczały 50 stopni Celsjusza. I nie byłoby to takie złe, jeśli byłby to okres najwyższego szczytu. Ale to trwało często 4-5 godzin w ciągu dnia, a wcześniej i potem i tak było ponad 30… już normalnej. I żadnej chmurki na niebie. Pogoda idealna, jeśli chcesz sobie popływać, ale kiedy masz na nogach glany, na plecach dźwigasz 20kg a droga to wznosi sie, to opada…

Do dziś nie wiem dokładnie, co przyczyniło się do tego, co stało się dnia drugiego. Bardzo możliwe, że nie powinienem wiązać sobie tej bandanki na głowie, kropić jej wodą i wkładać na to skórzanego kapelusza.
Mój błąd.
Moja głupota.
Mój udar.

Mieliśmy już dosyć chodzenia w świetle dnia, kiedy w godzinach 11-14 i tak trzeba było siedzieć w jakimś zacienionym miejscu, bo nie dało się iść. Zapasy wody topniały w zastraszającym tempie. W końcu dotarliśmy do… raju.

(Dla zainteresowanych, podaję namiary: 49°58’53.37″N 19°39’27.84″E)

Decyzja, by tu zostać przynajmniej do wieczora została podjęta właśnie dnia drugiego. W tym jeziorku spędziłem w zasadzie cały dzień… tym bardziej, że we znaki dawał się drugi z moich błędów, o którym opowiem za chwilę.

To też był błąd. Nie można cały dzień leżeć na słońcu w wodzie. Nie można i kropka. „Matka cię nie uczyła”? Uczyła. Ale kto dzisiaj słucha rad starszych. Na pewno nie ja.

W nocy ruszyliśmy dalej. Z godziny na godzinę słabłem. Z powodu drugiego błędu (tego, o którym opowiem za chwilę), wlokłem się noga za nogą. No, powiedzmy. Fakt faktem, że Franek znany jest z tego, że umie bardzo szybko chodzić i tym razem to on narzucił tępo.

Koło północy zatrzymaliśmy się niedaleko jakiejś stajni. I tu po raz pierwszy w swoim całym życiu oznajmiłem, że nie potrafię dalej. Że coś mi się dzieje złego i jest coraz gorzej.
Przeszliśmy jeszcze parę kilometrów. Zapasy wody skurczyły się do 0.5 litra na cztery osoby. Kiedy dotarliśmy do tego lasu było to już tylko 0.2 litra.
Kiedy leżałem pod drzewem, czekając aż przyjaciele rozłożą namioty i dzwoniąc zębami (było mi autentycznie zimno), trzęsąc się i mając w dupie (ciekawie brzmi, prawda?) mrówki i mrowisko, na którym się położyłem, w  myślach biłem się po twarzy za głupotę. Tej nocy z udarem słonecznym i dosłownie paroma kroplami do picia nie spałem zbyt wiele.

A rano, kiedy poczułem się lepiej, zrozumiałem, że

to nie koniec nauczki.

Jedną z najważniejszych, jeśli nie najważniejszą i PODSTAWOWĄ rzeczą każdego wędrowca są dobre buty.  A mało jest butów, które są lepsze, niż dobre glany.
Ale pod warunkiem, że są to glany rozchodzone. I że ma się już stopy do nich przyzwyczajone. Stopy, którymi można śmiało chodzić po żwirze, twarde. Stopy wędrowca.
Jak jesteś żółtodziobem i na takie temperatury ubierzesz jeszcze nie do końca rozchodzone glany to… umarł w butach.

Nie zrozum mnie źle. Glany to specyficzny rodzaj obuwia. Kiedy już oddasz im część swojej krwi i naskórka, po paru tygodniach (dwóch) nie znajdziesz wygodniejszych butów. A już po paru miesiącach będziesz się zastanawiać, jak by to było spać w glanach. Ciepło, przyjemnie. Milusio.
Jednak musisz to najpierw okupić odrobiną cierpienia i trochę większą ilością plastrów i maści.

Kolejna rzecz tak oczywista, że można o niej zapomnieć. Już drugiego dnia moje stopy przypominały bitki. Odciski? Mało. Trzy, cztery na każdej stopie. Ale każdy przynajmniej pięć centymetrów średnicy.

Kiedy doszliśmy do raju i mogłem pływać w jeziorze, poczułem ulgę, jakiej nie pamiętam już od dawna. Odciski co prawda pękły wcześniej i szczypało, ale po chwili było już dobrze.

Dnia czwartego, kiedy przygotowywałem sobie okłady z nasączonych Panadolem bandaży i musiałem do tego ściągnąć skarpetki, moi przyjaciele odwracali głowy, krzywiąc się. Do dziś pamiętam, jakie to uczucie, czuć każde źdźbło trawy przez podeszwę glana, trzy warstwy skarpetek i bandaż. Łykając wcześniej dwie tabletki.

Kiedy wróciłem do domu, dojście do siebie zabrało mi parę dni. Starałem się nie chodzić za wiele,  po mieszkaniu czasem poruszałem się na klęczkach.

Chwalisz się swoją głupotą? Jesteś żałosny. 

Nie mam zamiaru się chwalić, a jedynie przestrzec. To prawda, niektóre błędy musimy popełnić, ale niekiedy warto uczyć się od innych. Choć nie urodził się jeszcze taki, który rozróżnił, które błędy są które. Dlatego popełniamy także i takie, których popełniać nie powinniśmy.

Każde jednak czegoś nas uczą. O świecie, innych ludziach, nas samych. Pojąłem lekcję. Pochyliłem głowę z pokorą. Czy jestem dumny? Nie… i tak. Przeszedłem przez to, nie dałem się przeciwnościom. Przepłynąłem morze podczas sztormu.

Nazwiesz to głupotą, nazwiesz odwagą, nazwiesz idiotyzmem, brawurą, skrajnym kretynizmem. I zawsze będziesz miał rację, bo pewne czyny są mieszanką wszystkich tych składników.

Ostateczny rachunek i podsumowanie zostanie wystawione kiedy indziej.

Mam nadzieję i w pewnym sensie tak myślę, że umierając będę człowiekiem z olbrzymią ilością popełnionych w życiu błędów, z których konsekwencjami sobie poradziłem i które przeżyłem.
Myślę, że umierając będę się wtedy miał prawo uśmiechnąć.

Oczywiście, pod warunkiem, że jestem na tyle inteligentny, że nie dam się zabić.
Mam taką nadzieję.

KONIEC

Wędrówka #3 – Kuchnia

 

Hile, Przyjacielu.

Znów się spotykamy. Robi się coraz zimniej, podejdź do ogniska, ogrzej swoje utrudzone ręce. Jeśli masz coś do jedzenia, wrzuć do wspólnego garnka. Jeśli nie, ugoszczę Cię jak króla. Na drodze każdy posiłek to danie warte co najmniej 3/4 królestwa, dwóch rąk smacznej królewny i przynajmniej jednego dobrze wyhodowanego smoka.

Zajmij dogodną pozycję. Porozmawiajmy, Ty i ja. Porozmawiajmy o dobrych czasach, kiedy uda nam się zapełnić żołądki i przywrócić spokój umysłu.
Porozmawiajmy o posiłku, chyba jednej z najważniejszych rzeczy na trakcie.

***

Pamiętam naszą pierwszą Wędrówkę. 3/4 mojego plecaka zajmowała woda, pięciolitrowy baniak i cztery 1.5 litrowe butelki. Parę puszek, trochę ubrań. Menażka. Więcej nic nie weszło. To Franek był naszą spiżarnią. Kupiliśmy chyba z 20 przeróżnych puszek. Od sałatek rybnych, po konserwy turystyczne i wojskowe.

Większego gówna nie jadłem nigdy.

Jedyne, co z tego wszystkiego dało się zjeść, to tuńczyk i Paprykarz Szczeciński. Reszta nie stawała ością w gardle tylko dlatego, że wszystko – ości i kości razem z flakami, kopytami i odbytami zwierząt było zmielone w mało apetyczną papkę przypominającą bardziej efekt finalny – zewnętrzny, procesu trawienia, niż coś, co możesz zjeść i skorzystać energetycznie.

Aha, i mieliśmy jeszcze ze sobą słodzik. Nie skorzystaliśmy.

Rok później też mieliśmy „puchy”, ale mniej. Większość dobytku stanowiły kaszki i ryż, czy makaron.

Ostatnio mieliśmy jedną puszkę. Awaryjną. Została zjedzona przez moich dwóch przyjaciół na śniadanie, dnia ostatniego.
Mnie mdliło. Nie zjadłem. Choć był to paprykarz.

Wyglądał dokładnie jak to, co poprzedniej nocy zostawiłem pod krzaczkiem.

A więc wybierasz się „na szlak”? No to weź ze sobą całe cywilizacyjne gówno, które znajdziesz.

Powodzenia.

Puszki to chyba pierwsze, co  przychodzi na myśl człowiekowi, który chciałby się wybrać „gdzieś pod namiot”. I z mojego punktu widzenia jest to najgorsza pomyłka, jaką możesz zrobić.

Jeśli jakimś cudem (przynajmniej mnie się takowy trafił) po paru dniach na czymś takim nie dostaniesz rozwolnienia stulecia, to i tak wartość energetyczna takiego „jedzenia” jest na tyle mała, że stanowi ono w zasadzie tylko zapychacz żołądka. Równie dobrze możesz jeść trawę.

Drugą wadą puszek jest oczywiście to, że są wytworem cywilizacji dla typowych turystów. Po pierwsze, na szlaku nie ma za bardzo co zrobić z metalowymi odpadkami, po drugie ich twórcy zadbali, byś po zakupie parunastu takich miał wygodniej w kieszeni. Za grube portfele są dosyć niekomfortowe – gniotą.

To, co widzisz na powyższym zdjęciu to jedno z najbardziej wyszukanych dań, a jednocześnie jeden z najlepszych pomysłów na dobre i pożywne jedzenie nadające się do wszystkiego.

Przed państwem bohater dzisiejszego wieczoru – suszona wieprzowinka.
Oklaski dla wieprzowinki!  

Wyobraź sobie, przyjacielu, kotlety zmniejszone ponad trzykrotnie, ale bardzo energetyczne, bardzo kaloryczne, lekkie i z bardzo dłuuugim okresem przydatności. To właśnie jest suszone mięso.

Przygotowanie tego specjału wymaga wcześniejszego planowania. Wołowina, czy wieprzowina – to już zależy od nas. Ważne, by była to chuda szynka.

Do bardzo trudnego procesu przygotowania dania, za którego parę plasterków na stronach survivalowych zapłacilibyśmy jakieś 20-40zł, a którego za tą samą sumę możemy mieć 2kg skurczone do 600 gram potrzebne będą:

– Piekarnik
– Patyczki do szaszłyków
– Mięso
– Przyprawy
– Jakieś suche miejsce i szczelny pojemnik.
– Pomocna dziewczyna (dzięki, Basiu!) 

 Wykonanie zajmuje parę dni. Mnie zajęło trzy, przy czym pierwszego kupiłem tylko mięso i je przygotowałem.

Krótka instrukcja suszenia mięska.
Jeśli chcesz przejść do następnych produktów, opuść proszę tę część.


1. Przygotowanie mięsa. 

Kupujemy swoje mięso (można upolować, ale sza, bo to przecież nielegalne i niehumanitarne. Ludzie nie zabijają zwierząt, a mięso przynosi bocian, biedronka a czasem można je znaleźć w sałacie. Każdy ekolog ci to powie). Mamy? Super.

Myjemy pod bieżącą wodą (albo w potoczku. Tylko niech to nie będzie „martwy” potoczek. Wywar z trupa (patrz. poprzednia część) to nie jest to, co chcielibyśmy jeść), zostawiamy na chwilę, by obciekło. Jak na razie super.

To teraz zaczyna się ta przyjemna część, którą kocha każdy psychopata. Mięso będziemy dręczyć. Wycinać mu zbędny tłuszcz. Jak najwięcej. Wyciąć i dać kotu/psu/ptaszkowi za oknem. Im mniej tłuszczu, tym lepiej. Następnie mięso kroimy w poprzek włókien na płaty o grubości    3-5mm, potem wzdłuż – by nasze mięso stało się takimi „kotlecikami” o długości 2-3cm.

To, co robimy później to najbardziej dowolna część. Szykujemy sobie mieszanki przypraw. Polecam sól czosnkową, curry, sól morską, sól ziołową, pieprz,oregano, bazylię… cokolwiek się nam wymarzy. Odradzam tylko paprykę. Papryka bardzo chłonie wilgoć i jeśli koniecznie chcemy, by znalazła się na naszym przysmaku – musimy go później trzymać w dużej ilości soli morskiej, która z kolei wyciąga wilgoć.

Nasze mieszanki wcieramy w przygotowane paski mięsa z obu stron, potem kładziemy je na jakimś talerzu, przykrywamy, wkładamy do lodówki i zostawiamy na jakieś… najlepiej 20 godzin. Niech się trochę przegryzie.

Martwe mięso czasami lubi gryźć, szczególnie, jak ktoś je obudzi na cmentarzu.

2. Suszenie Zombiech. 

Kiedy już nasze przegryzione mięsko jest gotowe i pachnące, nie zostaje nic innego, jak nabić je na pal.

Patyczki do szaszłyków to cudowny wynalazek. Zawieszamy więc nasze przysmaki na nich, w takich odstępach, by spokojnie zmieściły się w kratownicy.

Mięsko na palach, pale na kratownice, kratownicę do piekarnika. Ustawiamy na jakieś 50-60 stopni (Celsjusza. Fahrenheit raczej nic tu nie poradzi), zostawiamy drzwiczki uchylone, a jeśli mamy przewiew – włączamy.

UWAGA: Na czas suszenia zalecane jest śluzowanie kuchni poprzez zamykanie drzwi. Zapachy które się będą roznosić mogą prowadzić do zadławienia się własną śliną. 

Wszystko powinno potrwać jakieś 3 godziny. Czasem cztery. Dlatego, co jakiś czas trzeba niestety tam wejść (przygotować śliniaczek na szyję) i sprawdzić jak się ma nasze mięsko.

Efekt finalny to twarde z wierzchu, lekko gumiaste skurczone plastry mięsa. Można jeść, podgryzać, przegryzać, rozszarpywać, delektować się i dostawać orgazmu kubków smakowych.

3. Przechowywanie

Jeśli chcemy, by nasze mięsko przetrwało do wędrówki należy przechowywać je w suchym, ciepłym miejscu (ważne szczególnie przez pierwsze parę dni, kiedy mięso schnie jeszcze), najlepiej przysypać trochę solą morską. Wciąga wilgoć.

Aha, jeszcze jedna rada – stawiamy to tak wysoko i w tak niedostępne miejsce, jak tylko się da.

Bo inaczej zjemy. Zjemy bardzo szybko.

A ile to może wytrzymać? Dobrze zrobione mięso przetrwa sporo ponad rok, ale nie słyszałem jeszcze o nikim, kto pozwoliłby takiemu mięsku tyle czasu leżeć i by nie zjadł…

Z czym to się je?

No dobrze, masz mięso. Co dalej? Można je podgryzać w trakcie wędrówki. Jest bardzo pożywne i kaloryczne. Zawiera dużo białka. Już w parę minut poczujesz przypływ sił.

Bardzo przydaje się też, jeśli wieczorem chcesz wrzucić do gara coś, co podniesie walory twojej potrawy.

Co jeszcze?

Kiedy już oduczyłem się brać ze sobą puszki (a zajęło mi to zadziwiająco mało czasu), zacząłem szukać innych możliwości. I szybko znalazłem. Pierwszym co można ze sobą wziąć jest po prostu kaszka dla dzieci. Bardzo pożywna, bardzo lekka. Mało miejsca w plecaku, dużo ciepłego jeściu w brzuszku. Franek to uwielbia (może dlatego właśnie spał jak dziecko? [patrz. „Strach”])

Prócz kaszek, możesz ze sobą wziąć także… no dobrze. Kaszkę. Kuskus. Najlepiej taki z warzywami. Prócz tego oczywiście ryż, makaron.

Polecam też brać ze sobą paletę warzyw (czasem takie sprzedają), cebulę, pomidory. I… chleb. I tutaj najlepiej zadowolić się podpłomykami, albo płaskimi, wielkimi, naturalnymi bochenkami, które bardzo dobrze można przytroczyć do plecaka. Pychota!

Wszystko to łączy się ze sobą w wiele kombinacji, zup, dań. śniadań, kolacji… aha. Jakiś tłuszcz się przyda. Zabrałem ze sobą oliwę i myślę, że to dobry wybór. Nie psuje się tak łatwo, a można ją transportować w jakimś słoiczku… na ten przykład.

I przydaje się, jeśli chciałbyś złowić rybkę.

Naprawdę, bardzo chciałem wtedy ją złowić. To, że trafiłem na „martwą rzekę” zrzucam na złośliwość tej suki – matki natury (i tak cię kocham, mamusiu!). Niemniej, w przeszłości zdarzało mi się już łowić i oprawiać ryby.

Ale pamiętaj, że to zakazane! Nielegalne. Jeśli zdychasz z głodu, idź do supermarketu. Ewentualnie poproś jakąś wiewiórkę, może Ci kopsnie szyszkę. W cywilizacji nie ma miejsca na niehumanitarnych outsiderów, bezczeszczących płotki. Ekologom proponuję protest w tej sprawie i przypięcie się do dna Bałtyku grubym łańcuchem.

Sprawa jest w zasadzie prosta. Żyłka, haczyk, jakiś dosyć giętki kij. A technika? W zasadzie sprowadza się do wyszukania przynęty, umiejętnemu jej rozprowadzeniu i paru godzinach na klasyczne moczenie kija z fajeczką w zębach.

Szczegóły, jeśli bardzo chcesz je poznać, opisał już kto inny i to na tyle dobrze, że raczej nie będę  się wywnętrzał – KLIK 

Aha. No i zbieraj wszystko, co znajdziesz. Gruszki, jabłka, odstrzelone ręce Zombiaków (przydatne jako uchwyty)

Polecam też czekoladę. W kryzysowych sytuacjach (jak np. deszcz i niemożność rozpalenia ognia) przydaje się jak mało co. Tylko dzięki temu się nie pozabijaliśmy.

Coś do picia?

Woda, mój przyjacielu. Zwykła woda (chyba nie muszę przypominać o przegotowaniu tej „znaleźnej”?), albo herbata (Preferuję oczywiście Earl Grey’a), najlepiej nic gazowanego. Pomyśl o sobie, jak o butelce, która nagle ubiera plecak i idzie w świat, trzęsąc z każdym krokiem. Na pewno chcesz tą Colę?

Bardzo fajnym pomysłem jest też zebranie soku z brzozy (co najlepiej robić wczesną wiosną). Sok z brzozy to najlepszy drink energetyczny na świecie. Smakuje trochę jak sok jabłkowy, ma w sobie dużo witamin, minerałów i cukrów. Nawet kawa przy tym odpada.

Ale uważaj – to jest oczywiście nielegalne. Tak nie można. Więc na pewno nie powinieneś zrobić dwu centymetrowego (głębokość) otworu w pniu na wysokości jakiegoś metra i oczywiście nie powinieneś też spuszczać z drzewa soku do butelki, a potem zatkać otworu np. kawałkiem drewna, czy korkiem.

Koniec…? 

Troszkę się nagadałem, prawda? W sumie ta noc była owocna w opowieści. Bo i mój głód „Lecznicy” został nasycony i „Gawędy przy skraju drogi” (Wypijcie proszę toast za obu braci Strugacckich, w szczególności za Borysa) także.

Ale, to raczej nie jest koniec, mój Przyjacielu. Jeszcze nie.

W następnym odcinku opowiem trochę o… głupocie. I co się z nią wiąże, o wypadkach oraz apteczce.

A teraz, pozwól, zjem coś i pójdę spać.

Dziękuję, że jesteś.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén