Poranna mgła zaległa wśród drzew. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że gdzieś na granicy widzialności coś się rusza, pełznie i skrada.

Nocą historie stają się lepsze. Świat zwęża się do ogarniętego światłem kawałka przestrzeni czyniąc go przyjaznym, dostępnym, poznanym. Tam dalej czyha czerń. Nie jest nieprzenikniona – uwierz mi, lepiej by było, gdyby była. Czerń wchłania świat stopniowo, pozostawiając jego kształty domysłom. Czerń wchłania też twoją uwagę, przyciąga wzrok, wyostrza słuch, sprawia, że krąg ognia nie jest już schronieniem, a pułapką. Świetlistą klatką, poza którą krążą nienasycone bestie. One nie chcą tylko cię rozszarpać, o nie. One chcą ciebie całego, twojej uwagi, twoich emocji. Chcą najpierw zachłysnąć się twoim niepokojem i niepewnością.

Bestie nocy chcą cię całego.

Bestie pojawiły się także i dla mnie, kiedy czwartego wieczoru siedziałem w Nowym Obozie pilnując ognia. Obok spał mój druh i w tej chwili równie dobrze mógłby być trupem. Zastanawiasz się pewnie, czy się bałem?

Nie… nie, mój przyjacielu. Czerń nie chce, byś się bał i uciekał do ognia. Czerń woła, przyzywa, fascynuje. Czerń chcę cię całego, chce, byś ty CHCIAŁ do niej przyjść.
Chcesz wiedzieć, co wtedy czułem?

Tej nocy, kiedy wołała mnie pustka, chciałem, by mnie wchłonęła.
Tej nocy chciałem w niej zniknąć.

***

Zanim jednak przydarzyła się ta noc, Nowy Obóz musiał dopiero powstać, musiała minąć noc trzecia i następny dzień budowy. Musiałem się obudzić rano sam, do towarzystwa mając tylko Charliego, białą czaszkę sarny, która jeszcze tego samego wieczoru chciała mnie zabić. *

Zacznijmy więc tam, gdzie skończyliśmy – dokładnie w momencie, kiedy poranne słońce zmusiło mnie do wyjścia z namiotu i pomaszerowania pod najbliższe drzewko, gdzie spotkałem jelenia.

Było zimno, wypracowanym więc sposobem zrobiłem habit z wojskowego koca. Nie wziąłem ze sobą noża. Nie chciałem zrobić nic nielegalnego, a już na pewno nie chciałem spróbować wydobyć trochę soku z najbliższej brzozy, która wcale nie rosła tam, gdzie nie obozowaliśmy.

Kiedy więc stałem i nie doskrobywałem się do wnętrza drzewa, a wiatr nie wiał mi w twarz, nie zobaczyłem wspaniałego, młodego jelonka idącego w moją stronę. Jelonki, musisz wiedzieć, mają dosyć słaby wzrok, a że byłem ubrany w szary koc, zaś wiatr wiał mi w twarz, takie jelonki mogą podejść całkiem blisko. Dosyć blisko, jeśli nie będziesz się ruszał. Na tyle blisko, że zesztywnieją dopiero wtedy, kiedy skubiąc trawę napotkają językiem na kawałek glana.

Patrzyliśmy sobie w oczy, on i ja.
– Cześć – przywitałem się grzecznie, jak to przystało na wędrowca.
– Paaaaa! – zabuczał jelonek, wydzierając nogami sporą kępkę mchu.

Wtedy właśnie doszedłem do wniosku, że zwierzęta leśne są strasznie niewychowane.

 Jelonek odbiegł pokazując mi zad, ja zaś zająłem się ogniskiem, czekając na Franka, który nadszedł półtorej godziny później. Miał dobre wieści – znalazł miejsce całkowicie odosobnione, bez ludzi, ciche i spokojne – nie jak tu, gdzie w odległości sześćdziesięciu metrów trwał wyrąb lasu i wszędzie pełno było drwali. Nowy Obóz, miał być – jak twierdził – odosobnioną ostoją, w której poczekamy na przyjazd naszego trzeciego kompana.

Nowy obóz - namiot, ognisko, szałas.

Następnego ranka miałem się obudzić, słysząc w uszach warkot i wyczuwając drżenie podłoża, kiedy w odległości pięciu metrów od naszego Nowego Obozu przejeżdżał traktor wypakowany drwalami, machającymi do nas radośnie.

Zostaliśmy. Jak stwierdził mój kompan – „To na pewno byli inni drwale”. Przyjaźniejsi, znaczy.         I mieli baby na wozie. Jak się miało okazać, baby chciały potem, by drwale przynieśli nam do lasu jajka i chleb. Starsi panowie wybawili nas jednak od tej niezręczności informując nas tylko o tym fakcie i przepraszając za parę godzin piłowania drzew tuż przy naszym obozie. Wymieniliśmy uprzejmości, drwal który z nami rozmawiał nie mógł niestety podać nam ręki, gdyż ściskał w niej dosyć sporą siekierę. Uśmiechnął się za to do Charliego, a Charlie odwzajemnił uśmiech.

***

Budowa Nowego Obozu trwała w sumie trzy dni, głównie z powodu ciągłych ulepszeń                     i innowacji, a także budowy nowych, lepszych ognisk, otoczonych coraz masywniejszymi kawałkami drzew.

Plan był prosty – ognisko pośrodku, bo jednej jego stronie namiot, po drugiej zaś rozwieszona plandeka obłożona gałęziami tworzącymi ściany, dzięki czemu powstał dosyć spory szałas, chroniący od deszczu, słońca i wygodny, gdyż pałatki idealnie nadawały się na podłogę.

Siedziska i ognisko. Komfort i wygoda :)

Nie mogę powiedzieć, by następny czas minął mi bezczynnie, ale też nie wysiliłem się wiele – ot, co najwyżej przeniosłem parę pniaków. Drugiej zaś nocy w obozie, a czwartej wędrówki i jeśli się nie mylę taj samej, kiedy mój kompan poszedł spać, a ja objąłem wartę, usłyszeliśmy swojego tradycyjnego ducha – tym razem brzmiącego jak Wuwuzela na nóżkach.

Wuwuzela na nóżkach nie miała zresztą wielkiego interesu nas straszyć . Jej celem okazał się pies. Pies, który od dwóch nocy szczekał na nas ze wsi w równych interwałach czasowych.
– Hau! – szczekał pies.
– I widzisz – próbowałem rozmawiać. – Jest taka (Hau!) legenda, w zasadzie domysł o (Hau!) pamięci genetycznej i pochodzeniu (Hau!) człowieka…
Przerwałem, pykając fajkę. Hau.
– Wkurza mnie ten pies (Hau!) – stwierdził Franek.
– Tak, mnie (Hau!) też.
– ZAMKNIJ SIĘ WRESZCIE! – krzyknęliśmy razem.

I pies o dziwo, przestał szczekać. Zapiszczał za to, zaskowyczał i chwilę później z jego strony doleciało nas ryczenie wuwuzeli, przybliżyło się, zatoczyło pół okręgu i oddaliło się w las.
Pies jednak już nie zaszczekał.
Nigdy więcej.

***

Chciałbym powiedzieć więcej, tu jednak muszę opowieść urwać. Świta już i czas historii dobiega końca. Słońce, życie i ruch znów ma zalać miasto, z nim pojawi się hałas, trąbienie samochodów, głosy ludzi i dzienny, śpieszny chaos. Nie czas i miejsce dla historii.

Następnym razem opowiem jednak o Trollowaniu deszczu, o przyjeździe naszego przyjaciela i burzy w lesie. A być może i więcej, kto wie?
Bądź tu następnym razem, nie szczędź komentarza. Możesz przyprowadzić znajomych, jeśli by chcieli wysłuchać opowieści o trzech takich, co poszli w las. Jeśli ich to nie znuży.

*Miałem opowiedzieć o Charliem, o tej małej czaszce, co chciała mnie zabić. Mogę w sumie. To wszystko wina Franka, gdyż on zaczął w pewnym momencie, tej trzeciej nocy wędrówki z nią gadać. No i Charlie powiedział, że jestem bardzo nieprzyjemny, bo to on ma rozpalać ogień, nie ja. Za to zresztą został lekko nadpalony. W końcu na wędrówkach to ja jestem władcą ognia.
I chyba wszystko, czar prysł.  

Comments

comments

Powered by Facebook Comments