Kategoria: Romantycznym okiem (Page 1 of 3)

Śmierć

Umiera.
Obok mnie, na podłodze. Mucha. Kona, a ja przeżywam relaksującą noc.

Właśnie przeczytałem około koło 250 stron ciągiem. Dawno nie miałem takiej okazji, by sobie położyć się z książką i po prostu czytać. Puściłem 10godzinną porcję jazzu z odgłosami deszczu, na obu monitorach mam interaktywną tapetę – szyba, strugi deszczu i zachmurzone miasto. Piję sobie earl greya na rozgrzanie i odczuwam totalny relaks – tylko taki, jaki można odczuć w trakcie czytania, jakby książka dosłownie defragmentowała mózg, układając w nim myśli tak, by łatwiej im się płynęło.

Read More

Za co umieracie?

topkamajdan
Tam powiewają flagi i zgasili światło. Brakło prądu? Nie, to blokada Kijowa. Nikt nie wejdzie, nikt nie wyjdzie. Majdan płonie. Właśnie zginęły kolejne dwie osoby – to już 22, po obu stronach. Giną protestujący, giną policjanci, którzy nie chcą bić, ale biją. Niedaleko, bo za zachodnią granicą – Polska. Jak zwykle, podzielona na tych, którzy kibicują i tych drugich, zadających bardzo trzeźwe pytanie – po co Wam Unia? Przecież tu jest źle. 

Wybór, przed którym staje Ukraina jest już całkowicie jasny – albo Rosja, albo Unia. Nie ma trzeciej drogi, teraz już nawet ucieczki nie ma. Majdan…? Majdan to jedno z wielu miejsc, niemniej symbol. Jeśli on się załamie, to wszystko się załamie. Ale buntownicy stoją twardo. Kiedy Berkut strzela, oni rzucają kamienie i koktajle Mołotowa. Kiedy Berkut przypuszcza szturm, oni go odbierają, kiedy Berkut wysyła wóz piechoty, nie dojeżdża nawet do protestujących – staje w ogniu.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=wm1NkqSPsvM[/youtube]

Taka zajadła walka wprawia niektórych w zdziwienie. Zrezygnowany Polak puka się w czoło i pyta – po co oni tak walczą? Przecież z Rosją będzie im lepiej, niż z nami, z Unią, bo już nie z Polską. Putin sprawi, że będzie żyło się lepiej.

Zrezygnowany Polak ma rację.

Czarnowidzenie

Jeśli demonstranci wygrają, przyjdzie taki dzień, że powiedzą – to był błąd. Będą o tym mówić głośno w telewizji, na blogach, na fejsie. Okaże się, że Ukraina nie ma pieniędzy, a rządzące partie rozrywają jej truchło jak hieny walczące o padlinę. Ukraina, tak dumna w czasie protestów, teraz zbombardowana tolerancją, rozmiękczona przepisami i pozbawiona duszy i tożsamości – już nie kraj, ale euroregion. A obok będzie silna Rosja, z rurociągami, z wielką flotą i wpływami. Zrezygnowany Ukrainiec usiądzie wtedy, westchnie, spakuje się i pojedzie na emigracje gdzieś, gdzie będzie mógł jakoś żyć. Wcześniej jeszcze napisze na Facebooku, że pieprzyć to wszystko.

z15484960AA

Majdan 2014

Więc po co i na co walczy i ginie Ukrainiec? Zanim do tego dojdziemy, może parę słów o tym, jak wygląda dziś Majdan. Sława Ukrainie – tak się witają protestujący. Obok strażaka siedzi pisarz, profesor i robotnik. Wszyscy krzyczą równo – Sława Ukrainie! Majdan płonie, ludzie z pierwszych szeregów nazywani są „górnikami” – to dlatego, że są czarni od dymu. Pewnie umrą szybciej, bo dym jest toksyczny. Kto może stoi na warcie, pozostali albo śpią, albo śpiewają hymn, lub Metalicę, albo oglądają Simpsonów i filmy motywujące i patriotyczne, puszczają je też Berkutowi, ale funkcjonariusze w tym czasie mają prikaz, by oglądać serial rosyjski. Obok w knajpach ludzie piją kawę i cykają zdjęcia – turyści. Czasami widać przechadzające się obok rannych pluszowe maskotki.

(…) Obok inny świat. W kawiarni ludzie piją gorącą czekoladę i herbatę. Na rogu kilka osób robi zdjęcia. Fotografują ślad po ostrej amunicji i wszystko, co pozwoli im opublikować na Facebooku dowody, że byli w środku rewolucji. Co krok, ktoś, kto nie wygląda na rebelianta je roznoszony przez wolontariuszy barszcz ukraiński, kanapki ze smalcem. „Turyści” rozglądają się jakby uczestniczyli w wycieczce po skansenie.

Na terenie całego Majdanu stoją stragany, na których można kupić ukraińskie flagi, proporce. Pewnego razu zaczepiają mnie gigantyczne, pluszowe maskotki. Proponują, że mogę zrobić sobie z nimi zdjęcie – jeśli zapłacę. Jedna z nich to znana z „Epoki Lodowcowej” wiewiórka. Jej związek z rewolucją i Ukrainą jest niejasny.

WIĘCEJ: http://wyborcza.pl/1,75477,15485066,Prawnik__pisarz__bezrobotny___siedzialam_z_nimi_na.html#ixzz2tj5r2WBB

Tak wygląda Majdan, kiedy jest spokojnie. Kiedy leje się krew, zostają już tylko protestujący, berkut i media, w bezpiecznej odległości. Czasem ludzie są po prostu zestrzeliwani, jak TUTAJKrajobraz po bitwie wygląda w większości tak samo, zmienia się tylko liczba rannych i zabitych – nie maleje.
(Jeśli chcesz to zobaczyć – proszę bardzo – ostrzegam jednak, że nie jest to widok dla nieletnich… albo tym bardziej – jest).

Śmierć na marne? 

Oceniając sytuację z zewnątrz, można oczywiście stwierdzić, że Ukraina znalazła się między młotem a kowadłem. Do niedawna sam skwitowałbym sytuację, że być może i protestujący walczą i (może) wygrają ku własnej zgubie, ale przynajmniej będą mogli o tym mówić, narzekać. Pisać. Będą mogli wyjechać, pieprzyć wszystko i wszystkich. Będą mieli na tyle wolności, by być zrezygnowani i z kwaśną miną powiedzieć – to był błąd. I nie dostaną później smsa, iż zostali zarejestrowani, jako uczestnik zamieszek. Mało prawdopodobne też, by ich ktoś za własne zdanie wywiózł do lasu i zabił. A przynajmniej nie za często. Walczą więc o wolność, albo chociaż – jej namiastkę.

Myślę jednak, że gdyby zapytać Ukraińca, czemu postanowił postawić swoje życie, nie mówiłby tymi słowami. Nie zastanawiałby się, czy to dobrze, czy źle, że walczy, ani jakie to będzie miało wieloletnie konsekwencje, ani tym bardziej nie wykłócałby się na Facebooku w komentarzach, wyzywając od lewaków, prawicowców i oszołomów.

Próbuję sobie wyobrazić Ukraińca. Myślę, że powiedziałby, że po prostu coś w nich wszystkich pękło, że nie potrafili dłużej siedzieć w domach bezczynnie, ani wcześniej, ani teraz, kiedy giną ludzie. Że walczy, bo on nie jest zrezygnowany, że walczy, bo ma nadzieję, że będzie lepiej. I po prostu nie może, nie umie i nie chce zmieniać swojego kraju wkładając głos do puszki, bo to i tak nic nie zmieni – koryto i świnie zawsze pozostaną. On, Ukrainiec, wyszedł na ulicę i zapewne zginie. Nie wie, czy będzie lepiej z Unią. Ma nadzieję, że po prostu będzie.

I najważniejsze – wie, że gdyby został w domu i zrezygnowany wykłócał się z drugim Ukraińcem w internecie, to nic by się nie zmieniło.

Tylko nie mogą odpuścić. Więc umierają.

Dla szansy i wmawiając sobie, że będzie lepiej.

z15485112AA

 

Trudna sztuka wyszczerzu

wyszczerz

Życie jest do dupy – tę prawdę znają wszyscy mieszkańcy Ziemi – jedni bardziej, drudzy mniej. I nie przytoczę tu za przykład skwaszonego narodu polskiego, bo skala rozciąga się od obywateli tej bardziej znanej (ale ciągle nie poznanej) Korei, do tryskających szczęściem ludzi jakiegoś odległego kraju, który gdzieś przecież musi istnieć. Prawdę tę znam i ja, a ciągle zdarza mi się chodzić z głupim wyszczerzem. Są dwa rozwiązania – albo jestem głupi, albo wiem coś, czego nie wiedzą smutni ludzie. 

Przestałem pisać, dopiłem ostatni łyk herbaty, poćwiczyłem trochę na gitarze i zacząłem pytać sam siebie, czemu się uśmiecham. Moje życie to droga przez ciernie na dnie bagna zanieczyszczonego przez oczyszczalnie ścieków. A ja? Uśmiecham się jak debil. Więc, czemu nie? Pogdybam sobie na luzie, w końcu od tego też są blogi.

Miałem taką nauczycielkę WFu w gimnazjum. Miałem dwie, ale ta, o której mówię była… tą brzydszą. No i ta nauczycielka każde zajęcia zaczynała od pytania mnie, czemu się uśmiecham i okpienia mnie z tego powodu. A ja, niezmiennie, odpowiadałem, że uśmiecham się, bo mi wesoło. Sam nie wiem, czemu – w końcu gimnazjum to najgorszy okres w życiu każdego ucznia, u mnie nie było w tym temacie odstępstw. No, ale, jako lekkoduch, uśmiechałem się tym bardziej, im bardziej było do dupy. I narobiłem sobie tym wrogów, nie tylko takich, którzy kpili.

Przykładowo w liceum strasznie zbulwersowałem moją chemiczkę tym, że po otrzymaniu pały, poszedłem do ławki z uśmiechem na twarzy. Zwymyślała mnie, że nie powinienem się uśmiechać, tylko płakać. Cóż, kiedy nie potrafiłem? Uśmiechałem się nawet wtedy, kiedy pani chemiczka zrobiła wszystko, by mnie na koniec roku upupić – co jej się zresztą udało. Jeszcze bardziej się uśmiechałem, kiedy w następnym roku liceum tajemniczo zniknęła, a ja – jak się okazało – taki zły z chemii nie byłem…

Ale do rzeczy. Siedzę wczesnym rankiem (a nawet nocą jeszcze) i pytam się, dlaczego ten wyszczerz? I dochodzę do takich wniosków – nie dlatego, że mam pasję. Pasja pozwala się oderwać od świata, ale kiedyś trzeba do niego wrócić, więc logicznym wnioskiem jest, że byłbym wtedy smutnym człowiekiem. Nie dlatego też, że jest paru dobrych ludzi w moim otoczeniu – dobrzy ludzie mają własne życia, ich pojawienia się są miłe, ale nie bombardują mnie przecież pomocą cały czas. Także zaneguję myśl, że jest to oznaka mojej wytrzymałości na szarość życia. Bo i nie uważam siebie za jakoś szczególnie silnego. Nie przyrósł mi też wyszczerz do warg, bo nie mam go cały czas, jedynie czasami.

Skąd więc wyszczerz się wziął? 

Czy jestem głupi? Tak, trochę tak, ale to też nie o to chodzi. Dochodzę do wniosku, że cała sztuka jakiejś namiastki szczęścia polega na selekcji – wpychaniu całego brudu do jednego wora, zostawianiu reszty. Niejako budowania sobie własnej rzeczywistości – bo i sobie ją małymi kroczkami (ważne, by były małe, dużymi nie wyjdzie) zbudowałem. Umościłem sobie własne miejsce do mieszkania – tak, jak tego potrzebowałem, oraz by odpowiadało mojemu poczuciu estetyki. Zamontowałem grube zasłony w oknach. Zacząłem realizować najgłupsze marzenia, które ludzie zwykle spychają gdzieś dalej, z uwagi na niepotrzebne wydatki.

Chciałem mieć gumowego kurczaka, więc go kupiłem. W dzieciństwie bawiłem się szklanymi kulkami, po wielu latach udało mi się zakupić bardzo podobne. Pomyślałem też sobie, że chciałbym nauczyć się grać na gitarze – i brzdąkam, idzie mi coraz lepiej. Nie kupiłem sobie jeszcze kaftanu bezpieczeństwa – a zawsze chciałem go mieć. Kupię, wkrótce, jest następny w kolejce.

Marzenia zacząłem realizować jeszcze w dzieciństwie – a im więcej mogłem, tym więcej realizowałem. Zasadę, by spychać złe rzeczy do wora, pierwszy raz zastosowałem w głębokiej podstawówce. Czy one się tam gromadziły? Kiedyś – tak. I to było trudne, ale potem po prostu zacząłem oddychać. Co więc dla mnie jest drogą, by schwycić swoją część szczęścia?

Ośli upór, sito, małe kroczki.

Truizm? Banał? Głupota? Zwariowałem?

Owszem. I jest mi z tym bardzo, bardzo dobrze.

Bez Celu #3 – Gdy zapada noc

Poranna mgła zaległa wśród drzew. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że gdzieś na granicy widzialności coś się rusza, pełznie i skrada.

Nocą historie stają się lepsze. Świat zwęża się do ogarniętego światłem kawałka przestrzeni czyniąc go przyjaznym, dostępnym, poznanym. Tam dalej czyha czerń. Nie jest nieprzenikniona – uwierz mi, lepiej by było, gdyby była. Czerń wchłania świat stopniowo, pozostawiając jego kształty domysłom. Czerń wchłania też twoją uwagę, przyciąga wzrok, wyostrza słuch, sprawia, że krąg ognia nie jest już schronieniem, a pułapką. Świetlistą klatką, poza którą krążą nienasycone bestie. One nie chcą tylko cię rozszarpać, o nie. One chcą ciebie całego, twojej uwagi, twoich emocji. Chcą najpierw zachłysnąć się twoim niepokojem i niepewnością.

Bestie nocy chcą cię całego.

Bestie pojawiły się także i dla mnie, kiedy czwartego wieczoru siedziałem w Nowym Obozie pilnując ognia. Obok spał mój druh i w tej chwili równie dobrze mógłby być trupem. Zastanawiasz się pewnie, czy się bałem?

Nie… nie, mój przyjacielu. Czerń nie chce, byś się bał i uciekał do ognia. Czerń woła, przyzywa, fascynuje. Czerń chcę cię całego, chce, byś ty CHCIAŁ do niej przyjść.
Chcesz wiedzieć, co wtedy czułem?

Tej nocy, kiedy wołała mnie pustka, chciałem, by mnie wchłonęła.
Tej nocy chciałem w niej zniknąć.

Read More

Bez Celu #1 – Gawęda przy skraju drogi

GAWĘDA PRZY SKRAJU DROGI

Pełna trasa wędrówki

Mój Przyjacielu,

Wróciłem z wędrówki – nie tak, jak się spodziewałem, po dziesięciu dniach od chwili, kiedy ostatni raz na horyzoncie zamajaczyły mi wysokie zabudowania Nowej Huty, a po siedmiu. Nie mogę jednak Ci powiedzieć, czy jest to porażka, sukces,      czy po prostu lekcja jaką znów dało mi życie.

Tak naprawdę to sam nie jestem tego pewien. Liczę, że myśli rozjaśnią mi się, kiedy wszystko Ci opiszę. Tutaj. Teraz. W kolejnej gawędzie wędrownej.

Jeśli więc możesz – rozsiądź się wygodnie, zrób herbatę, zapal fajkę, czy po prostu puść cicho nastrojową muzykę. Ja poczekam, sam nabiję fajkę, a kiedy zanurzymy się już w morzu gęstego dymu – opowiem, jak umiem najlepiej o tym, co mnie spotkało. Przerwij mi, jeśli czegoś będziesz chciał się dopytać, mam też nadzieję, że moja opowieść nie minie bez echa, że uszanujesz gawędę groszem cenniejszym niż złoto – brakiem obojętności.

Pierwsze pakowanie plecaków

Zastanawiam się, od czego mógłbym zacząć, bo wędrówka nie rozpoczęła się ani wtedy, kiedy rano zbudziły mnie promienie słońca, ani też wtedy, kiedy ostatni raz patrzyłem na Molocha Nowej Huty. Wędrówka zaczęła się dzień wcześniej – w momencie, w którym po raz pierwszy spojrzałem na zapakowany plecak, a w powietrzu unosił się aromat świeżo ususzonego mięsa.

Parę godzin później zbudziło mnie słońce, ja zaś zbudziłem Franka. To we dwóch mieliśmy wykonać pierwszy etap podróży –  dotrzeć do Goszczyckiego lasu. Miało nam to zająć jeden dzień, a po rozłożeniu obozu – pięć długich dni ulepszania go i oczekiwania na Maćka, którego zatrzymała praca.

Stało się inaczej.

Do Końca Świata – Grębałowa, dotarliśmy tramwajem, nie jest bowiem rozsądne ryzykować przejście piechotą Nowej Huty. Zwłaszcza, jeśli ubrany jesteś w glany, koszule, na plecach ciąży plecak, a po chodniku stuka kij. Zwłaszcza, jeśli przy pasie kołyszą się noże. Któż wie, co czyha na zagubionego wędrowca między szarymi blokami i krętymi uliczkami zmierzającymi donikąd, albo do kryjówek meneli. Zwłaszcza, jeśli kompan u boku nigdy nie nauczył się, kiedy przydałoby się trzymać gębę na kłódkę.
Bezpieczniej jest dotrzeć na obrzeża, z których już tylko parę kilometrów dzieli cię do wolności.

Grębałów był niegdyś ważnym ośrodkiem militarnym. Snujący się tędy historyczny Proszowicki trakt przechodził przez naturalny wał obronny, jaki tworzą Wzgórza Krzesławickie i wiódł dalej w stronę Krakowa. Tereny jeszcze w XIX wieku wykorzystała armia Austro-węgier, budując pierwszy z trzech fortów od tego czasu broniących dostępu do miasta, a które miały się przydać już wkrótce, kiedy w 1914 roku nadciągnął XVIII korpus 9 armii rosyjskiej pod dowództwem generała Płatona. Dzisiaj niewielu już może opowiedzieć o tamtych czasach.

Obok „Fortu Grębałów” znajduje się cmentarz i pętla tramwajowa, na której z ulgą wysiedliśmy.  Ulga ta nie była tylko wynikiem końca niepokojenia współpasażerów, ale także podniesionej temperatury, jaka panowała w środku. Łagodne słońce, które obudziło mnie tego ranka, wkrótce miało się przerodzić w złośliwego potwora utrudniającego wędrówkę.

W rzeczy samej. Ledwo odwróciliśmy się plecami do miasta, ledwo przebyliśmy parę kilometrów, ledwo rzuciliśmy okiem na starego molocha kombinatu, któraś z poszarpanych chmur odsłoniła słońce, zalewając nas żarem promieni.

Wyobraź nas sobie w tym właśnie momencie:

Jeszcze nie czujemy gorąca, jak urzeczeni wpatrujemy się w horyzont. Oto przed nami, na obszarze wielu kilometrów kwadratowych majaczą kominy i zabudowania molocha. Komunistyczna huta im. Sędzimira, kombinat, powód, dla którego dziewicze niegdyś tereny od Krakowa do Krzesławic pokryły się blokowiskami. Zwaliste, betonowe cielsko potwora, chciwie wyciągające powykrzywiane paluchy dróg po jeszcze, jeszcze, jeszcze. Lewiatan Lenina, ospały potwór moszczący się w swym gnieździe. Silniejszy wiatr przynosi ze sobą odgłosy samochodów, które brzmią jak odległe, gardłowe wycie. Być może to właśnie kombinat przeciąga się, rozprostowuje stare kości, chciwie pożądając pokarmu. 

Czuję, jak po karku ścieka mi pot. Czy to żar z nieba, czy też ogniste trzewia bestii? Ściskam mocniej kij i obracam się do tego widoku plecami. Przede mną droga – polna, sprężysta. Ubieram kapelusz, słońce przygrzewa coraz mocniej.  

Pamiętam, że poczułem ulgę, kiedy zabudowania kombinatu zniknęły za wzgórzem. Teren to wznosił się, to opadał, nie raz i nie dwa przecinaliśmy pola, błądząc po ścieżkach między nimi. Tak trafiliśmy do miejsca, gdzie cień starego buka i stojącej przy nim stodoły ochronił nas od żaru. Tam miał się odbyć pierwszy, krótki popas. Ze stęknięciem więc ściągnęliśmy ciężkie, około 20-kilogramowe plecaki. Woda była jak najwspanialsze wino, suszone mięso spełniło swą rolę – dodało sił, kiedy tego potrzebowaliśmy. Zaś na szczycie drzewa usiadł ptak, wyśpiewując trele.

Drogą przejechało kilka samochodów. Za każdym razem wzbudzaliśmy oczywiście sensacje. Co młodsi ich pasażerowie odgrywali glonojady, nieomal przysysając się do szyb. Nasz śmiech wzbudził samochód dostawczy z konserwami turystycznymi. Śmiech nostalgii i obrzydzenia jednocześnie, co stanowiło dosyć ciekawe doznanie.

Ruszyliśmy po dwudziestu minutach. Droga była daleka, co niespecjalnie nas martwiło. Mijaliśmy wioski, pola i małe sady, czasem idąc drogą, czasem… cóż, nie. W końcu za wzgórzem , w dole, dostrzegliśmy nasyp kolejowy. Przed nami była jeszcze łąka i świeżo zaorane pole. Tu postój był dłuższy, bo w cieniu paru drzew, przy chłodzącym ciała wietrze i z widokiem zarówno na pobliską stacyjkę, jak i odległe już ostatnie bloki Huty. Na prawo zaś czerniała niewyraźna jeszcze linia lasu – naszego lasu, w którym mieliśmy zbudować obóz.

Nim przeszliśmy pole, minęło prawie pół godziny. Na niebie nie było ani jednej chmurki, ostre słońce w oka mgnieniu spaliło nam ręce. Nie ułatwiała sprawy grząska ziemia i wznoszący się lekko teren, który zaraz opadł, byśmy dosłyszeli delikatny szum wody z odległego o parę metrów potoku. I mimo wzbierającego w gardle krzyku, nie zatrzymaliśmy się tutaj – w końcu przystanki nie mogą być zbyt częste. Za to idąc przez przybrzeżne krzaki, Franek znalazł sarnią czaszkę.

Nazwał ją Charlie.

Od tej pory Charlie towarzyszył nam  przypięty do plecaka. W dniach późniejszych miał pomóc w rozniecaniu ognia, a nawet namawiać Franka, by mnie zabił.

Las, który najpierw majaczył na horyzoncie, z wolna począł się przybliżać. W zakłopotanie wprawiła nas mała dziewczynka na różowym rowerku, wyprzedzając nas parę razy pod rząd, kiedy wspinała się pod górkę, przygryzając język i zjeżdżała z niej z rozanieloną twarzą.

W zakłopotanie wprawiły nas też dzieciaki, grające na boisku w piłkę, a które na nasz widok przerwały grę z ciekawością się nam przypatrując.

I wiedz, mój przyjacielu, że nie do końca mi się te ich spojrzenia podobały.

– Kłaniam się nisko – zagaił mój towarzysz.
– My się kłaniamy wysoko!
– Cicho, nie kłaniamy się w ogóle!
– My się nie kłaniamy! – Najwyraźniej nie mogły się zdecydować.
– A skąd takie buty? – pytały. – Co to za buty?
– Glany – odparłem zgodnie z prawdą. – Możesz je kupić w Krakowie, u Szyszki. Popytaj ludzi.
– Eee, do dupy takie!
Rozwrzeszczana gromadka nie odstępowała nas o krok.
– A pieniądze macie? A po co idziecie? A… – Pytania sypały się jak z worka.
Grzecznie wyjaśniłem, że idziemy, bo lubimy. A dokąd – nie wiemy.
– A wyglądamy na takich, co mają pieniądze? – zapytał Franek.
Dzieciarnia  zatrzymała się przy końcu boiska. Najwyższy chłopiec, widocznie przywódca bandy, zmarszczył nos myśląc.
– Nie – orzekł wreszcie.

Kiedy się odwrócił, dzieciarnia najwyraźniej straciła zainteresowanie naszymi osobami i wróciła do gry.  Trochę nam było smutno, lecz uczucie to opuściło nas dziesięć minut później, kiedy dotarliśmy do zagłębiającej się w las drogi.

Po oddaleniu się od szosy, zdecydowaliśmy się na postój, było co prawda późne popołudnie, lecz i tak dziwiliśmy się, jak szybko doszliśmy do lasu. Pół godziny później Franek zdecydował się na głęboki zwiad, a ja – zadowolony – oparłem się o pień potężnego drzewa, żując mięso.

Nie pamiętam, kiedy usnąłem, ani jak długo spałem. Dosyć powiedzieć, że kiedy się obudziłem, słońce było wyraźnie niżej, o czym mogły poświadczyć długie i ciemniejsze niż wcześniej cienie drzew. Jednocześnie, znienacka zaatakował skurcz górnych mięśni pleców, dając mi dobitnie znak, iż noszenie dwudziestu kilogramów (większość z tego – woda)  w plecaku z uszkodzonym pasem biodrowym, a więc utrzymując cały ciężar na łopatkach, to nie był zbytnio dobry pomysł.

Wstałem, rozmasowując barki. Bolało. Skórcz minął dopiero po piętnastu minutach i dopiero wtedy odzyskałem pełną władzę w rękach.

I wtedy stanąłem jak wryty.

Widzisz, do tej pory, zajęty sobą nie pomyślałem, że minęło już naprawdę sporo czasu, zaś kompan mój nie wrócił ze zwiadu. Charlie szczerzył się do mnie z plecaka, ale mi do śmiechu nie było. Jeśli pokażesz się zbyt dużej ilości osób w otoczeniu swojego postoju, może się zdarzyć, że niektóre z nich nie będą zbyt miło nastawione. Pomyślałem o dzieciarni i o ich starszych braciach. Potem pomyślałem o wyszczekaniu mojego druha. A potem raz jeszcze o tym, że minęło sporo czasu.

Wrócił, czterdzieści minut później, przynosząc złe wieści. To nie był nasz las, pomyliliśmy się w obliczeniach. Było za późno, by dojść do celu, zaś obrzeża tego drzewostanu były uczęszczane  przez ludzi, jak choćby pary zakochanych, z rodzaju tych, które Franek na zwiadzie niechcący wypłoszył z krzaków.

Las nie był duży. Szybko znaleźliśmy polanę na nocleg. Nie zadawaliśmy sobie trudu, by rozbić namiot. Zbawienny okazał się pień ściętego drzewa z małą dziurą w środku. To tu rozpaliliśmy ognisko.

Ognisko w pniu i nasze posłania. Na pierwszym planie Charlie.

Nigdy wcześniej, ani nigdy później w czasie trwania wędrówki, nie uświadczyłem tak wspaniałego obozu i tak niesamowitego ognia, na którym woda zagotowała się w ciągu zaledwie pięćdziesięciu sekund.

A kiedy zapadła noc i w mroku odezwały się sowy, wiedziałem, że znów mi się udało. Znów na szlaku, znów wolny.

Tej nocy spałem jak dziecko, budząc się tylko parę razy, by dołożyć do ognia.

W pewnej norce w pniu mieszkał sobie pewien Hobbit. Cieszył się dobrym zdrowiem i szacunkiem leśnych krasnoludków. Aż pewnego dnia przyszedł zły człowiek i go spalił, razem z całym domem, dobytkiem i niedojedzoną do połowy jajecznicą. Zwłaszcza jajecznicą. Hobbit chciałby ją przynajmniej skończyć, ale nie.

A co było dalej? Co było dalej?! 

O tym, mój drogi Czytelniku, opowiem Ci następnym razem. Opowiem o wraku samochodu, o życiowym RPG-u, o cmentarzu i co tam robił Charlie… będzie też o miłych ludziach, dobrych widokach na przyszłość, lesie… i oczywiście o drodze.

Już niedługo.

Ziemia atakuje Marsa

No i stało się – ruszyły zapisy na pierwszy załogowy lot na Marsa. Tradycyjnie, jak przystało na nasz zadufany w sobie gatunek, jest to projekt parunastu pasjonatów, którym jakimś cudem udało się zgromadzić wokół siebie naukowców. Trudniejszym zadaniem jest sfinansowanie całej akcji – tutaj wkraczają możliwości dzisiejszej techniki rozrywkowej rodem z domu Wielkiego Brata, w jaki ma przeistoczyć się życie pierwszych pierwszych ludzi na Marsie. Dodatkowo, aplikujący otrzymują nakaz zapłacenia 38 dolców „wpisowego”, co przy fakcie iż już pierwszego dnia było tych ochotników  10 000 daje do myślenia.

A może by się tak zgłosić? Zostawić w tyle ten popieprzony świat, jego problemy i powolną agonię cywilizacji zachodu, która prawdopodobnie zginie do 2050 roku zgnieciona przez świat islamski? Nie bardzo chce mi się wstawać każdego ranka, słysząc nawoływanie z pobliskiego meczetu. Jak każdy człowiek, chcę też coś znaczyć – jeśli byłoby to zapisanie się w historii jako kolonista pierwszej obcej planety? Czemu nie? To chyba najwyższy czas – coś, co jeszcze 10 lat temu było czystym Sf, dzisiaj staje się tematem ogólnoświatowej debaty i poniżenia dla programów kosmicznych „mocarstw”, które bełkoczą coś o „powrocie na księżyc”.

Projekt Mars One jest szalony, ale czy szaleńcem nie był także Kolumb? I czy nie jest bardziej szalone siedzenie na jednym tylko kawałku skały, czekając, aż zabłąkany kamyk rozgniecie nas na nim jak mrówki? A to się prędzej czy później stanie – to, albo wojna. Te rzeczy nie należą do spekulacji, bo wydarzyły się w historii tak często, że wiadomo, iż wydarzą się znowu. Mamy siedzieć i czekać? Ten statek powoli tonie, dane demograficzne jasno mówią, że z islamem już przegraliśmy. To nie jest apokalipsa, jakiej oczekiwałem. To powolne konanie cywilizacji, zmiana warty, w której nie mam zamiaru uczestniczyć i na którą się nie godzę.

Czy Mars One jest wyjściem? Tak wygląda, lecz rozsądek mówi, że niekoniecznie. Że jest parę faktów, które zastanawiają, jak brak jasno określonych cech doboru kandydatów, jak dziwny system finansowania, dziwnie wyglądający na wyłudzaczy, którzy – kiedy już zbiorą kasę – znikną sobie obwołując projekt „fiaskiem” – fiaskiem za które my zapłacimy miliony dolarów. Do ich kieszeni. Całkowicie legalnie.

Nie wiem, jak mam odnaleźć prawdę i czy warto zapłacić te 120 ponad złotych, by dostać się w szeregi ochotników.

Kiedy byłem dzieckiem marzyłem sobie o wielu rzeczach, część z nich konsekwentnie teraz realizuję. Marzyłem, że kiedyś będę wydawał – i tak sie stało. Marzyłem też, że polecę na Marsa, zamieszkam tam. Czy właśnie teraz otwiera się przede mną szansa, czy to tylko fatamorgana, miraż, drgający obraz moich największych próśb?

I pytanie najważniejsze – czy mógłbym się tak poświęcić, jak poświęcał się prawdopodobnie Kolumb i jemu podobni, a nawet bardziej? Mars One to droga bez powrotu, małe szanse przeżycia… na co czekamy? – zapytałby Gimli.

Nie chodzi mi tu o pisanie, bo to wezmę ze sobą wszędzie, gdzie pójdę. Ale są rzeczy, których nigdy więcej bym ie zobaczył, jak niebieskie niebo, twarze rodziny, ukochanych osób, przyjaciół. Nie wykąpałbym się nigdy w jeziorze, pod moimi stopami nie uginała by się lekko gleba, ściółka lasu. Nigdy nie usłyszałbym śpiewu ptaków, ani nie poczułbym na twarzy lekkiego powiewu wiosennego wiatru. Nigdy nie poszedłbym już na piwo ze znajomymi. Nie zagrałbym w grę z kimś z ameryki. Nie pojechał w góry. Nie odetchnąłbym świeżym powietrzem, ani nie zaznał tego szczególnego uczucia, kiedy świeże łany zboża ocierają się o wnętrze dłoni.

Nie będzie powrotu do Shire, Frodo. Umrzesz w Mordorze, przez okno widząc wznoszącą się nad Tobą czerwoną górę, Olimpus Mons. A czym jest wędrówka, jeśli nie ma dokąd wracać?

Czy zrobiłbym to wszystko dla siebie i ludzi, których nigdy nie poznam, przyszłych kolonizatorów i budowniczych nowych miast?

Białe statki nie przypłyną, tam czeka tylko spieczone słońcem pustkowie.

Pustkowie, dla którego mógłbym oddać życie.

Mógłbym.

Wielka Sztuka tworzyć sztukę…

 

… za to mniejsza, tworzyć Sztukę. 

Poniższy wpis przeznaczony jest wyłącznie dla czytelników dorosłych. 

Oglądałem kiedyś taki film – łysy mężczyzna wynajął się – w imię Sztuki oczywiście – jako przedmiot. Można było na nim siedzieć, jeść, wozić cegły, uprawiać seks i deptać. Nie miał nic do powiedzenia – był przedmiotem, artystą uprawiającym performance.  Nie wiem, czy mu ktoś za to zapłacił – chyba nie. On porostu tworzył tą wielką , niezrozumiałą Sztukę przez duże S.

Fiutem w takt piosenki.

Film albo zniknął, albo nie umiem go już znaleźć. Za to powrócił do mnie we wspomnieniu, kiedy natknąłem się na nagranie przedstawiające jednego z profesorów uczelni wyższej w jednym z większych miast w Polsce. Cóż takiego robi ten człowiek?

Ano, w zasadzie nic – zmywa naczynia, śpiewając, czy też fałszując niemiłosiernie. Robi to nago, co jakiś czas machając przyrodzeniem w takt melodii (czyt. nie do rymu)

http://www.artmuseum.pl/filmoteka/?l=0&id=1267 

Tu pojawia się powracające jak bumerang pytanie – co tak naprawdę definiuję Sztukę (tą przez duże S)? Jeśli wybierzemy odpowiedź najprostszą, czyli „My” dochodzimy do rozdroża, na którym w jedną stronę idą obrazy Leonarda Da Vinci, czy symfonie Mozarta, w drugą zaś… gówno w puszce.

I obie te rzeczy są Sztuką! Wyobrażasz sobie? Mona Lisa jest taką samą sztuką, jak machający fiutem fałszujący mężczyzna przy zmywaku, czy gówno w puszce.

Powiesz – Może i my definiujemy Sztukę, ale ona także definiuje nas, opisuje rzeczywistość, wchodzi głębiej by ukazać nam pewne prawdy o nas samych. Mozart w swoich symfoniach umiał wyrazić tysiące emocji, ukazać cały ich świat, poruszyć serca…

Ale co w takim razie powiemy o

MĘŻCZYŹNIE SIKAJĄCYM NA KRZESŁO (Tak, to jest link)

 o którym pani Karolina Breguła, twórczyni strony „Biuro tłumaczeń sztuki” mówi tak:

Karolina Breguła: „Man pissing on chair” to, jak w wiele fotografii Tillmansa, wyraz buntu młodego człowieka przeciw rzeczywistości swojego pokolenia. Chłopak teatralnie sikający na krzesło reprezentuje młodych idealistów, którzy nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów, olewają walkę o stołki.

Więc i to… ten performance, da się wytłumaczyć i to tak, że pasuje do wcześniejszych definicji.
Ciekawe.

 Złoty interes

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za posikanymi krzesłami, żył sobie Włoch – Pier Manzoni. Był rok 1961. Artysta (czując najpewniej niesamowitą chęć wysrania z siebie czegoś) napełnił swoimi własnymi odchodami 90 puszek i opatrzył je etykietką „Gówno artysty” w trzech językach.

Ten gówniany pomysł okazał się wręcz na wagę złota, bowiem nasz bohater w niedługi czas potem sprzedał całe to gówno za cenę jego wagi w złocie. Inwestycja, przyznasz, jak marzenie.

Minęło parę lat. W wyniku korozji metalu część z puszek pękła, lub zwyczajnie eksplodowała, a złote gówno artysty znalazło swoje miejsce na kompoście, gdzie jego wartość doceniły drobnoustroje, wznosząc zapewne pochwalne toasty na cześć ich bogatego dobrodzieja.

Nie ma nic na ziemi lepszego dla bakterii, niż przeterminowane gówno o wartości 120 tyś. złotych.

Jeśli myślałeś, że takie rzeczy to tylko za granicą, to przypatrz się temu wspaniałemu obrazowi u góry. Mój 11-letni brat umie robić takie rzeczy na poczekaniu i z przykrością zaznaczę, że póki co nie wykazuje większych zdolności plastycznych. Tymczasem obraz budynku z wieżą jest dziełem – a jakże by inaczej – Sztuki, wybitnego malarza Jerzego Nowosielskiego, wycenionym na  marne 50 000, 00 złotych. Nie znam innych prac pana Nowosielskiego i sądzę, że większość z nich jest Sztuką, niemniej mam wielką ochotę sam coś takiego namalować i zarobić choćby 1/4 podanej wyżej ceny. Potrafię. Ale niestety nie jestem uznanym malarzem (znaczy – nie mam papierka na którym jakiś ktoś napisał, iż jestem, bo do tego się to obecnie sprowadza)

Oko w waginie 

Przykładem tej „Sztuki przez duże S” jest także niebagatelna ekspozycja pani Alicji Żebrowskiej, która nakręciła dwa (a nawet więcej) filmy, w których zaznajamia widownie bliżej z okolicami swojego odbytu i pochwy.

Tajemnica PATRZY (taak, to tez jest link)

I znów można mówić o próbie ucieleśnienia męskiego lęku przed pochwą i tajemnicą kobiecości, a jednocześnie niezwykłym pożądaniu. Można nawet pochwalić autorkę za odwagę w realizacji takiego, niewątpliwie niebagatelnego, widowiska.

Podobnie jest zresztą z filmem

GRZECH PIERWORODNY

w którym pani Alicja wsadza sobie w pochwę naprawdę różne rzeczy, a nawet zabawia się przez chwilę sztucznym penisem. Dalej pod sztandarem Sztuki, oczywiście.

Można też się zastanowić nad programem dwóch z kolei artystek, które w TVP Kultura robiły z sobą wszystko, co telewidzowie chcieli, by zrobiły, a skończyło się oczywiście na tym, że się po prostu musiały rozebrać.

LINK dla zainteresowanych.

I dochodzimy do pierwszego i ostatniego pytania

A gdzie tutaj sztuka…? 

Skoro sztuką nie jest jednoznacznie to, co opisuje nas, streszcza i ukazuje naszą rzeczywistość, bowiem każdy z nas ma dowolność interpretacji, ani też to, co zostanie nam pokazane i ktoś z góry powie : To jest sztuka! to co w takim razie nią jest i czy można jednoznacznie ją zinterpretować?

I odpowiadam, sam sobie, na to pytanie:

I tak – i nie. Po pierwsze sztuka nie jest w drzewie, ani w obrazie, ani też w gównie, czy waginie. To są tylko pewne przełączniki, które mogą podziałać, lub nie – w zależności od danego człowieka. Sztuka jest więc sama w sobie sprawą jak najbardziej osobistą.

Niemniej – skoro nie wychodzi od dzieła, ani od artysty, to także nikt nie może z góry narzucić nam czegoś jako sztuki. I na takim założeniu gówno w puszce miałoby pełne prawo działać, gdyby nie jeszcze jeden prosty fakt… a nawet dwa:

Po pierwsze sztuka musi przetrwać próbę czasu. I nie mam tu na myśli zwykłego nośnika, jak  te nieszczęsne puszki, dzięki którym parę miliardów bakterii miało obiad. Mam na myśli ideę, którą dana rzecz zdołała zaszczepić, jak chociażby dziewiąta symfonia Beethovena.

Po drugie – żadna prawdziwa sztuka nie potrzebuje tłumaczeń. To obiekt, dźwięk, czy też inny nośnik, który potrafi wywrzeć na nas, odbiorcach pewien wpływ, tak, abyśmy poczuli, iż dotykamy niezwykłej idei. To po prostu ten „przycisk”, który buduje artysta, by włączyć w nas odpowiednie brzmienie, zagrać na nas, jak na instrumentach. I to nie dzieło jest jego „dziełem”, lecz my właśnie.

Jak tutaj wypada gówno w puszce? Czy wywołało w nas tak niesamowite drgania, iż poczuliśmy dziwne uniesienie w środku – uniesienie odkrywcy, który właśnie zobaczył brzegi nowego świata, czy też zwykły – chwilowy – wstrząs, o którym zapomnimy w następnych latach, a jeśli kiedykolwiek sobie przypomnimy, będzie to bardziej ciekawostką?

I chyba na tym – jak dla mnie – polega właśnie rozróżnienie, co sztuką jest, a co nie. Możecie się oczywiście nie zgodzić, albo też przyjąć moją tezę.

Ale pamiętajcie, że sztuka nie potrzebuje się tłumaczyć. Dlatego właśnie „Biuro tłumaczeń sztuki” przestało istnieć.

Merry Creepstmas! – Top 10 książek na święta.

Najpierw życzenia

Jest kicz, jest śnieg (nawet na ulicach, o dziwo), jest Last Christmas w radiu, jest karp i opłatek.  Mamy wigilię Bożego Narodzenia, czyli czas na życzenia.

Życzę Ci, drogi czytelniku, naprawdę wielu udanych prezentów (kolejne skarpetki to dopiero frajda, nie?), świetnych książek , samych dobrych historii, udanego świątecznego klimatu, naprawdę dobrego karpia i poczucia dobrze spędzonego czasu.
I niech pójdzie w cycki tym, którym pójść może.

Dla umilenia – naprawdę świetna kolęda, polecam odsłuchać do końca, a potem kliknąć ten czerwony krzyżyk  po prawej u góry, złapać jakąś naprawdę dobrą książkę i usiąść w fotelu, najlepiej zwróconym do okna tak, by było widać padający za nim śnieg.

[youtube]http://youtu.be/tra1zPqj9T8[/youtube]

 A teraz świąteczna TOPka :)

Co? Jeszcze tu jesteś? No to poczekaj chwilę, bo mam dla Ciebie mój własny świąteczny TOP10 naprawdę dobrych książek na wolny czas.
A przy okazji zapraszam Cię do małego wyzwania. Zróbmy razem taki prawdziwy, świąteczny TOP 10. Wypisz w komentarzu swój TOP10, a pierwsze punkty zarówno z moich, jak i Twoich propozycji wylądują w tym ostatecznym, wielkim świątecznym TOP10.

Gotowy? No, to zaczynamy!

1. Stephen King – Mroczna Wieża.

 Naprawdę mało jest powieści, które wciągają na tyle, że odradzam ich czytanie każdemu, jeśli ma zbyt mało czasu… co w kontekście 7,5 książek w całej serii ma naprawdę wielkie znaczenie. Tom pierwszy może nie nastrajać tak pozytywnie, jak wszystkie pozostałe, ale gwarantuję, że maksymalnie do połowy drugiej części przestaniesz jeść, pić i reagować na bodźce, a podstawowe czynności wykonywać będziesz z książką w ręku.

2. Peter Watts – Ślepowidzenie

Jeśli istnieje książka Sf, która zasługuje na miano „Książki dekady” z zakresu fantastyki naukowej, jest to zdecydowanie „Ślepowidzenie”. Peter Watts pokazał, że science fiction nie umarło i ciągle da się napisać coś innowacyjnego w tym gatunku.

3. Stephen King – Misery

Krótka, acz bardzo klimatyczna powieść Kinga. Jeśli nie czytałeś, nie możesz się nazwać prawdziwym fanem Kinga. Śniegi i samotna kobieta potrzebująca trochę ciepła, akceptacji i bliskości kogoś sławnego…

4.  J.R.R Tolkien – Hobbit

Jeśli jest czas, by odświeżać klasyki i znów zanurzyć się w magiczny świat baśni, to są to właśnie święta. Szczególnie teraz, kiedy przecież film pod tym samym tytułem (czy tej samej treści – się okaże) wchodzi do kin.
A jeśli już nie sami, podsuńmy tę książkę młodszym. Mój brat, który właśnie patrzy mi przez ramię stwierdził przed chwilą:
– O, masz Władcę pierścieni!
– Jak to? – pytam zdziwiony.
– No Tolkien, czyli Władca pierścieni!
– Ale przecież to Hobbit, młody.
– No Hobbit to Władca pierścieni.
– Nie, Hobbit to nie jest…
– To taka gra jest.
Jeszcze nie rozumiem. Jeszcze się dziwię. Przecież to nie możliwe, by…
– Gra?
– Taka gra Lego, komputerowa…

Tak więc podajmy dalej. Przekażmy Hobbita młodszym.
Proszę.

5. K.A Szklarscy – Złoto gór czarnych

Ileż ja przeżyłem przygód z Indianami, dzięki Szklarskim! Ich trylogia to bezkresne przestrzenie prerii i niezwykłe życie czerwonoskórych braci, opisane w mistrzowski sposób. Na święta – jak znalazł.

6. Karol Dickens – David Copperfield 

Naprawdę magiczna opowieść o chłopcu, buncie, złym losie i mężczyźnie, który się mści. I to nie tak, jak myślisz. Subtelniej. Po… angielsku, rzekłbym.

7. C.S. Lewis – Opowieści z Narnii 

Jeśli kiedyś wracać do klasyków…
Cóż więcej powiedzieć? Jeszcze raz, przygoda czeka.
Dalej wzwyż, dalej w głąb!

8. Andrzej Pilipiuk – Norweski Dziennik

Kiedyś się pochwaliłem Andrzejowi, że czytałem, że uznaję to za jego najlepsze dzieło powieściowe, bo szkoła, bo bunt, bo PRL, bo Norwegia wreszcie. Uniósł brwi, zdziwiony. „To ktoś to czyta…?” spytał. Ano, czyta. I zachęcam do tej lektury każdego. Przygodowa, lekka ale bardzo wymowna.

9. Marcin Wolski – The BESTlarium

Science Fiction? Taaak. Wolski? No, to będzie się działo. Naczelny satyryk RP pokazał klasę. I to już dawno, ale dalej, mimo upływających lat, nie mogę wyjść z podziwu nad ciętym, cynicznym humorem i zajmującą fabułą tych paru opowiadań.
Gratka dla fanów czytelnictwa!

10. Janusz A. Zajdel – Paradyzja

Czy muszę cokolwiek pisać? Po prostu wybitna powieść jednego z najwybitniejszych pisarzy na świecie. I zarazem pokaz naprawdę dobrej walki z PRL-owską głupią cenzurą.

I to koniec TOP10. Czekam na Twoje propozycje z ciekawością.
Aha, no i pamiętaj, że to są książki szczególne, naprawdę umilające święta.

Wesołych, raz jeszcze… i tym razem poważnie :)

Wędrówka #4 – Głupota

 

Witaj, Przyjacielu!

Znów zrobiło się zimniej. Podobno niedługo ma spaść śnieg. Szczerze? Czekam na niego z wytęsknieniem. Śnieg zawsze sprawia, że rzeczy wyglądają lepiej, czyściej, schludniej. Zakrywa nasz szary świat obiecując zmiany, przygotowywane dla nas za białą kurtyną.

Usiądźmy wygodniej. Chyba już czas na kolejną wędrowną gawędę, prawda? Muszę Ci powiedzieć, że jest to zdumiewające, jakie kręgi zatacza historia. Zapłatą wędrowca zawsze była gawęda, a teraz – nawet w tym świecie XXI wieku – dalej to działa. Chociaż prawdziwy świat XXI wieku będzie wtedy, kiedy wymrze pokolenie wieku XX… choć tego już nie zobaczę. A szkoda.

Tymczasem… tymczasem (jeśli nie masz dostępu do ognia) puść sobie to:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw[/youtube]

Albo… nie. Do pisania słuchałem tego, więc puść to (nie pożałujesz):

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=s3MuiNY9Soo[/youtube]

(Albo coś innego, co wprowadzi nastrój) i… zaczynajmy.

Głupota

 

Jestem głupi. Podobno pierwsza oznaka mądrości, zdać sobie z tego sprawę, ale nie czuję się przez to wcale ani trochę mądrzejszy. Co najwyżej pokorniejszy. Jestem kretynem jakich mało.

Po pierwsze, zamiast siedzieć w domu, jeść tłusto, grzać w piecu, rozkoszować się ciepłem i żyć wygodnie, ja chodzę na wędrówki, nie grzeję póki nie ma przynajmniej -15 stopni, a lodówka za każdym razem, jak do niej zaglądam jest pusta. Jestem kretynem, bo zamiast robić sobie dobrze i iść na łatwiznę, wybieram trud.

Matka zawsze powtarzała mi, bym mierzył wysoko i „został kimś”. Miał dużo pieniędzy. Miałem zostać prawnikiem, inżynierem, albo wybitnym kucharzem znanym w całej Europie. „Masz mieć pieniądze, by utrzymać rodzinę i żona od ciebie nie odeszła”, mówiła. I świat dobitnie pokazał mi, że w pewnym sensie miała rację.
Nie chciałem być inżynierem. Mimo przemawiających do mnie duchów przodków i nazwisku, które w tych inżynierskich kręgach zapewniłoby mi (gdybym się tylko postarał) sukces, pieniądze i otworzyłoby każde drzwi, wymyślałem sobie żołnierza, psychologa, geologa, podróżnika… pisarza. Uparty osioł (ale zdolny, dodałaby moja polonistka). Głupota, czy chęć bicia się ze sztormem… iskra odwagi? Ostatecznie dowiem się tego dopiero w ostatnich dniach życia. Póki co może to się nazywać… brakiem instynktu samozachowawczego. Tak to nazwałaby moja matka.

Czasem opłaca się być głupim. Albo tym, kogo ludzie nazywają głupim i robić rzeczy głupie, które tak właśnie się nazywa w kręgach osób cywilizowanych. A czasem  po prostu trzeba nim być, tym głupkiem – by się pewnych rzeczy nauczyć. To chyba jedna z tych rzeczy, których nie rozumieją osoby starsze, chcące swoje pociechy uchronić przed  światem, nie uważasz? Że niektóre błędy po prostu muszą zostać popełnione. Tak myślę.

Także i te w drodze, by na dłuższych szlakach mieć już

doświadczenie. 

Ta wędrówka, parę miesięcy temu. To była wiosna. Jedna z najbardziej gorących wiosen, jakie pamiętam. I jednocześnie chyba najwięcej wtedy uszedłem. Potem liczyliśmy, w linii prostej w pięć dni pokonaliśmy 60km. Klucząc, będzie koło 100. Nic imponującego (szczególnie w stosunku do tego, co planujemy z moim tatą, ale o tym póki co sza), ale biorąc pod uwagę temperatury… to chyba ta trudność najbardziej mnie mobilizowała.

Czasem wędrówka jest jak bitwa. Z samym sobą, z żywiołami, z którymi trzeba się zmierzyć i wygrać. Tutaj już nie ma żartów. I boleśnie się o tym przekonałem.

Temperatury w słońcu często przekraczały 50 stopni Celsjusza. I nie byłoby to takie złe, jeśli byłby to okres najwyższego szczytu. Ale to trwało często 4-5 godzin w ciągu dnia, a wcześniej i potem i tak było ponad 30… już normalnej. I żadnej chmurki na niebie. Pogoda idealna, jeśli chcesz sobie popływać, ale kiedy masz na nogach glany, na plecach dźwigasz 20kg a droga to wznosi sie, to opada…

Do dziś nie wiem dokładnie, co przyczyniło się do tego, co stało się dnia drugiego. Bardzo możliwe, że nie powinienem wiązać sobie tej bandanki na głowie, kropić jej wodą i wkładać na to skórzanego kapelusza.
Mój błąd.
Moja głupota.
Mój udar.

Mieliśmy już dosyć chodzenia w świetle dnia, kiedy w godzinach 11-14 i tak trzeba było siedzieć w jakimś zacienionym miejscu, bo nie dało się iść. Zapasy wody topniały w zastraszającym tempie. W końcu dotarliśmy do… raju.

(Dla zainteresowanych, podaję namiary: 49°58’53.37″N 19°39’27.84″E)

Decyzja, by tu zostać przynajmniej do wieczora została podjęta właśnie dnia drugiego. W tym jeziorku spędziłem w zasadzie cały dzień… tym bardziej, że we znaki dawał się drugi z moich błędów, o którym opowiem za chwilę.

To też był błąd. Nie można cały dzień leżeć na słońcu w wodzie. Nie można i kropka. „Matka cię nie uczyła”? Uczyła. Ale kto dzisiaj słucha rad starszych. Na pewno nie ja.

W nocy ruszyliśmy dalej. Z godziny na godzinę słabłem. Z powodu drugiego błędu (tego, o którym opowiem za chwilę), wlokłem się noga za nogą. No, powiedzmy. Fakt faktem, że Franek znany jest z tego, że umie bardzo szybko chodzić i tym razem to on narzucił tępo.

Koło północy zatrzymaliśmy się niedaleko jakiejś stajni. I tu po raz pierwszy w swoim całym życiu oznajmiłem, że nie potrafię dalej. Że coś mi się dzieje złego i jest coraz gorzej.
Przeszliśmy jeszcze parę kilometrów. Zapasy wody skurczyły się do 0.5 litra na cztery osoby. Kiedy dotarliśmy do tego lasu było to już tylko 0.2 litra.
Kiedy leżałem pod drzewem, czekając aż przyjaciele rozłożą namioty i dzwoniąc zębami (było mi autentycznie zimno), trzęsąc się i mając w dupie (ciekawie brzmi, prawda?) mrówki i mrowisko, na którym się położyłem, w  myślach biłem się po twarzy za głupotę. Tej nocy z udarem słonecznym i dosłownie paroma kroplami do picia nie spałem zbyt wiele.

A rano, kiedy poczułem się lepiej, zrozumiałem, że

to nie koniec nauczki.

Jedną z najważniejszych, jeśli nie najważniejszą i PODSTAWOWĄ rzeczą każdego wędrowca są dobre buty.  A mało jest butów, które są lepsze, niż dobre glany.
Ale pod warunkiem, że są to glany rozchodzone. I że ma się już stopy do nich przyzwyczajone. Stopy, którymi można śmiało chodzić po żwirze, twarde. Stopy wędrowca.
Jak jesteś żółtodziobem i na takie temperatury ubierzesz jeszcze nie do końca rozchodzone glany to… umarł w butach.

Nie zrozum mnie źle. Glany to specyficzny rodzaj obuwia. Kiedy już oddasz im część swojej krwi i naskórka, po paru tygodniach (dwóch) nie znajdziesz wygodniejszych butów. A już po paru miesiącach będziesz się zastanawiać, jak by to było spać w glanach. Ciepło, przyjemnie. Milusio.
Jednak musisz to najpierw okupić odrobiną cierpienia i trochę większą ilością plastrów i maści.

Kolejna rzecz tak oczywista, że można o niej zapomnieć. Już drugiego dnia moje stopy przypominały bitki. Odciski? Mało. Trzy, cztery na każdej stopie. Ale każdy przynajmniej pięć centymetrów średnicy.

Kiedy doszliśmy do raju i mogłem pływać w jeziorze, poczułem ulgę, jakiej nie pamiętam już od dawna. Odciski co prawda pękły wcześniej i szczypało, ale po chwili było już dobrze.

Dnia czwartego, kiedy przygotowywałem sobie okłady z nasączonych Panadolem bandaży i musiałem do tego ściągnąć skarpetki, moi przyjaciele odwracali głowy, krzywiąc się. Do dziś pamiętam, jakie to uczucie, czuć każde źdźbło trawy przez podeszwę glana, trzy warstwy skarpetek i bandaż. Łykając wcześniej dwie tabletki.

Kiedy wróciłem do domu, dojście do siebie zabrało mi parę dni. Starałem się nie chodzić za wiele,  po mieszkaniu czasem poruszałem się na klęczkach.

Chwalisz się swoją głupotą? Jesteś żałosny. 

Nie mam zamiaru się chwalić, a jedynie przestrzec. To prawda, niektóre błędy musimy popełnić, ale niekiedy warto uczyć się od innych. Choć nie urodził się jeszcze taki, który rozróżnił, które błędy są które. Dlatego popełniamy także i takie, których popełniać nie powinniśmy.

Każde jednak czegoś nas uczą. O świecie, innych ludziach, nas samych. Pojąłem lekcję. Pochyliłem głowę z pokorą. Czy jestem dumny? Nie… i tak. Przeszedłem przez to, nie dałem się przeciwnościom. Przepłynąłem morze podczas sztormu.

Nazwiesz to głupotą, nazwiesz odwagą, nazwiesz idiotyzmem, brawurą, skrajnym kretynizmem. I zawsze będziesz miał rację, bo pewne czyny są mieszanką wszystkich tych składników.

Ostateczny rachunek i podsumowanie zostanie wystawione kiedy indziej.

Mam nadzieję i w pewnym sensie tak myślę, że umierając będę człowiekiem z olbrzymią ilością popełnionych w życiu błędów, z których konsekwencjami sobie poradziłem i które przeżyłem.
Myślę, że umierając będę się wtedy miał prawo uśmiechnąć.

Oczywiście, pod warunkiem, że jestem na tyle inteligentny, że nie dam się zabić.
Mam taką nadzieję.

KONIEC

Jesień przyszła, nie ma na to rady

 

Była taka piosenka. Śpiewałem ją przy ognisku, dawno, dawno temu, kiedy jeszcze świat mienił się złotem i srebrem. Piosenka o jesieni… i zaczynała się chyba tak:

Raz staruszek, spacerując w lesie,
Ujrzał listek przywiędły i blady
I pomyślał: – Znowu idzie jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady!

Bardzo piękna, smutna piosenka do ogniska.

I ja dzisiaj usiadłem w fotelu i zamyśliłem się głęboko. Bo to właśnie dziś poczułem gdzieś głęboko w kościach, trzewiach czy duszy, że nadeszła jesień i nic już tego nie cofnie. A zima za pasem. Mieszkanie zrobiło się tak niesamowicie przytulne, dywan pod stopami miękki, ręka sama sięgnęła po książkę.
Już niedługo, niedługo przyjdzie zima a nam, drogi przyjacielu, zostanie grzać się w cieple i korzystać z długich wieczorów.

Chyba chciałbym już dziś to zacząć. Te wieczory, oczywiście. I Ciebie, drogi Czytelniku, chciałbym zaprosić do wspólnego grzania się przy kominku. To jest najlepszy czas na gawędę, wyobraźnię i uśmiech. Cisza, książka, herbata i wyciszenie, którego chyba potrzebuję i którego szukam.

Nie mam kominka. Mam tylko fotel i książki. Ale w przywołaniu dobrej, przytulnej atmosfery pomóc może technologia (jakkolwiek by to nie brzmiało). Zwykle wystarcza mi mój dobry przyjaciel – Frank Sinatra, ale na dziś przygotowałem dla nas – dla Ciebie i mnie – coś specjalnego.

Po pierwsze, włącz proszę tą stronę – http://www.rainymood.com/

Słyszysz? Widzisz? To dobrze. Wystarczy tylko zwiększyć lekko głośność i… jest dobrze. Ale to nie wszystko.

Teraz zapraszam przed kominek.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw[/youtube]

Taaak, teraz lepiej. Ale jeszcze nie to, jeszcze chwilę. Do tego polecam dołączyć dobrą muzykę. Preferuję… Jazz. Dobry, spokojny, miły.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

I w ten sposób, jesiennym wieczorem możemy usiąść, otworzyć ulubioną książkę, albo też wyjąć fajkę i zadumać się, uspokoić.

Odpocząć. 

A jeśli do wieczora masz jeszcze parę godzin, mam też rozwiązanie dla Ciebie. Wczoraj, moja dobra przyjaciółka podesłała mi ten link. Zna mnie bardzo dobrze, wiedziała, co wywoła u mnie uśmiech. Oto ciche miejsce. Specjalnie dla siedzących w biurze, by tak – po prostu na chwilkę – odsapnąć.

A jeśli korzystasz z przeglądarki Chrome, do kompletu (po wcześniejszym wyłączeniu muzyki) polecam stronę „Stars”, która pozwoli się oderwać od ziemi, choć na chwilę.

Ewentualnie, jeśli masz mniej czasu… powiedzmy, dwie minutki – kliknij sobie tutaj – tutaj.

No dobrze… chyba już. Chyba jest lepiej. Mogę odpocząć… chociaż nie. Nie mogę, mam trochę jeszcze do zrobienia, ale wieczorem na pewno usiądę i przymknę oczy, nie robiąc zupełnie NIC.

Tymczasem do zobaczenia, Przyjacielu, niedługo, w następnej Gawędzie o Wędrówkach.
Idę pisać dla Ciebie następny numer Wieści Literackich. A Ty… odpocznij :)

Michał Stonawski – Na Efantastyce

 

Przerywając na chwilę opowieści ze szlaku, chciałbym zaproponować nowy cykl artykułów, który prowadzi Marta „Nubia” Porwich – „Ja, Debiutant”, czyli o tym, jak ludzie pióra dochodzą… do pióra.

Jestem zaszczycony, że to ja właśnie mogę ten cykl otworzyć swoją opowieścią. Tekst pisałem nie będąc jeszcze członkiem redakcji serwisu. Nie wiem, czy czytanie historii mojego życia może być w jakiś sposób ciekawe, czy nie, ale… zapraszam. Bo mogę :)

-1-

Moja historia z pisaniem rozpoczęła się w czasach, kiedy nawet za bardzo nie potrafiłem sklecić poprawnego zdania. Za to umiałem czytać. Dukając, bo dukając, ale jednak.

A pociąg do czytania? Był. To nieprawda, że dzieci trzeba uczyć tej sztuki pod przymusem. Wystarczy podsunąć im odpowiednią lekturę, nawet jeśli z początku to nie one osobiście zapoznają się z daną pozycją. Mnie czytano bardzo dużo. Już w wieku sześciu lat (głównie dzięki niezmordowanej babci i maniakowi czytania – ojcu) znałem „Historię żółtej ciżemki” i wiedziałem, jak to wyglądało za czasów „Paziów króla Zygmunta”. Nie był mi obcy Robin Hood, Sherlock Holmes, powieści Juliusza Verne’a czy nawet „Quo Vadis”.

Książki sprawiły też, że zainteresowałem się szczegółowo niektórymi z prezentowanych w nich tematów. Pamiętam, jakby to było wczoraj, moje „wykłady” o układzie słonecznym i innych galaktykach, wygłaszane w czymś, co nazywało się „Akademia Sześciolatka”. Wychowawcy dziwili się, a ja po prostu dorwałem w swoje ręce opasły tom jakiejś encyklopedii astronomicznej i tak długo dręczyłem mamę, aż w końcu zaczęła mi ją czytać.

Popołudniowe, czy też wieczorne odczyty szybko przestały mi wystarczać. W końcu musiałem nauczyć się trudnej sztuki odcyfrowywania liter. W wieku lat siedmiu byłem już tak zakręcony, że pochłaniałem co popadło – od ulotek reklamowych po liczące ponad osiemset stron cegły. Rzecz jasna, miało to swoje odbicie w szkole. Początkowa (pełna niedowierzania) radość nauczycieli, że oto dukający chłopiec tak szybko stał się mistrzem szybkości w przekładaniu kolejnych stron przerodziła się w zgrozę, kiedy moje stopnie zaczęły drastycznie spadać. Powód? Poza czytaniem nie robiłem praktycznie nic innego. Doszło nawet do tego, że za złe sprawowanie w domu dostawałem szlaban na książki… Szlaban, który i tak omijałem, czytając pod kołdrą w nocy i śpiąc tylko parę godzin dziennie.

Ten głód historii nie obejmował tylko i wyłącznie książek. Niestety, z filmami było gorzej, bo choć wiele z tego, co studiowałem uważano za lektury „ponad mój wiek” (jakby ktoś określił odpowiedni przedział lat do czytania), to serwowane w telewizji „ruchome obrazki” w kategoriach wiekowych przekraczających moją, często znajdowały się poza zasięgiem, strzeżone przez dzierżące pilota władcze ręce starszych (ale i tak sobie radziłem. Wystarczyło tylko cicho, w godzinach nocnych, podkraść się do uchylonych drzwi w pokoju rodziców…).

-2-

Gdzieś tak miesiąc przed rozpoczęciem trzeciej klasy podstawówki, mając osiem lat (osiem i PÓŁ! – jak z dumą podkreślałem), uwidziało mi się, że zostanę pisarzem. Pewnego sierpniowego wieczora, goszcząc w domku cioci nad Bałtykiem, siadłem przy stole, prosząc o kredki, ołówek oraz papier… i zniknąłem z otaczającej mnie rzeczywistości. Wszyscy myśleli, że będę rysował. Lecz ja skupiłem się nad wielkim dziełem, do którego zrobiłem okładkę, a kiedy ta już była gotowa, wzorem z czytanych książek – od akapitu – rozpocząłem opowieść.

Sam nie wiem, czemu tematyka tegoż dzieła nie obracała się wokół Indian i szalonych przygód. W tym czasie byłem wręcz rozkochany w książkach Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, a także, napisanej z udziałem jego żony, trylogii Złoto Gór Czarnych.

Jednak bardziej kochałem moje własne światy, kreowane za pośrednictwem klocków LEGO. Ta moja pierwsza „powieść” opiewała więc rycerskie czyny (dziwnie podobne do tych, znanych mi z legend arturiańskich) wcześniej odgrywane podczas zabawy i ciągnącego się godzinami budowania świata przedstawionego z małych, plastikowych sześcianów.

Moje postanowienie zostało odebrane jako zwykła fanaberia ośmiolatka. Chciałem wtedy zostać także żołnierzem, geologiem (do dzisiaj mam całą gablotę skamienielin, niektóre całkiem reprezentatywne) i wielkim podróżnikiem, choć nigdy nie potrafiłem sprecyzować czy tylko ziemskim, czy kosmicznym również.

Nie zostałem żołnierzem. Marzenie o byciu geologiem umarło gdzieś w gimnazjum, po tym, jak przegalopowała po nim pewna pani od geografii. Z fantazji o podróżowaniu pozostały częste wypady w niewiadomym kierunku z plecakiem i kosturem w ręku. Jednak marzenie o pisaniu stało się dla mnie niezniszczalnym kierunkowskazem życiowym.

-3-

Kiedy, po pamiętnym wieczorze sierpniowym, pasja pisania nie tylko mi nie minęła, ale i zaczęła wzrastać, stało się jasne, że (z niewiadomych moim opiekunom powodów) uparłem się jak osioł. Na nic się zdały początkowe tłumaczenia, że takiego młodego to nikt nie wyda, że nie dam rady, że to bardzo długa i niepewna droga. W końcu machnięto ręką i zaczęto całą sprawę traktować z pobłażaniem, przecież życie i tak mnie w końcu kopnie w cztery litery.

Tymczasem z opowiadania na opowiadanie uczyłem się, jak pisać… 

 

Dalszy ciąg na EFANTASTYCE

Wędrówka #2 – Strach

 

Otworzyłem oczy, obudzony przez głosy przyjaciół. Był środek nocy, coś uwierało mnie w plecy (chyba korzeń). Poraziło mnie jasne światło.
Moi dwaj kumple siedzieli w kucki przy zapalonej latarce.
– Co…? – zapytałem jeszcze zaspanym głosem.
– Ced, coś tu łazi…!

Teraz się z tego śmiejemy, ale wtedy, w środku nocy, o mało nie posraliśmy się ze strachu.

Boisz się? Bo ja czasami bardzo.

Porozmawiajmy o strachu, Ty i ja. To jedna z tych emocji, które są z nami na dobre i złe, choć niekoniecznie tego chcemy. Porozmawiajmy o tym, że się boimy. Że czasami lubimy mieć włączone jakieś światło, kiedy jesteśmy sami w domu. W szafie nie ma żadnego potwora, oczywiście. Ale mimo to skrzypi. I mógłby tam być.

Jeśli tylko byśmy o tym pomyśleli.

Tak sobie czasami myślę, że strach niejako wpisany jest w wędrówkę. I to bez znaczenia, czy oglądałeś „Blair Witch Project”, czy nie. On po prostu jest, a idąc w miejsca zupełnie Ci nieznane, musisz się z nim zmierzyć.

Ostatnio mówiłem o tym strachu, jaki żywią niektórzy ludzie, widząc trzech typów z plecakami i kosturami w dłoniach. Wspomniałem, że im dalej od miasta, tym mniej tej niekoniecznie miłej emocji. Im więcej ludzi w jednym miejscu – tym więcej strachu o jutro. Ludzie robią sobie nawzajem bardzo złe rzeczy i wszyscy o tym wiemy. Mieszkając w mieście, dużym mieście, obawiamy się mijanych na ulicy łysych gości w dresach, zarośniętych, długowłosych metali w skórach i małych dziewczynek stojących jak gdyby nigdy nic, samotnie, o 12 w nocy w jakimś ślepym zaułku.

Skąd więc strach w lesie? 

Bo wszystko w mieście znamy bardzo dobrze (no, może poza małymi dziewczynkami w zaułkach. One ciągle są dosyć niepokojące). Jeśli decydujemy się na ten specyficzny wymiar wolności jakim jest wędrówka, decydujemy się też na nieznane. Bierzemy wszystko w pakiecie, a strach dostajemy w promocji.

Już parę kilometrów od mojego miasta zaczynają się tereny, które mógłbym nazwać w pewnym stopniu dzikimi. Oczywiście, nie są takie. Gdyby coś się stało, najbliższe domy znalazłyby się parędziesiąt minut marszu od miejsca naszego obozowiska. Czasami więcej, może dwie godziny. Ale zawsze blisko. I to jest dosyć niepokojące.

A poza tym, kto wie, co tak naprawdę dzieje się w lasach w porach, kiedy mało kto się do nich zapuszcza, późną jesienią, czy wczesną wiosną?
Kto wie.

Pamiętam tą sytuację, kiedy obudziłem się w środku nocy. „Coś tu łazi”, powiedział Maciek. Chciałem go wyśmiać, ale wtedy usłyszałem wyraźnie łamiące się gałęzie i kroki. A jedyne miejsce na obóz znaleźliśmy  niedaleko jakiegoś pola uprawnego i spalonego samochodu. Kładąc się spać, jeszcze żartowaliśmy, że pewnie jakieś porachunki przestępczego światka.

W środku nocy to już nie było takie śmieszne.

Możliwości jest sporo, zwierzę, wiatr, duchy, wampiry, zombie, małe dzieci bez oczu, samotne wiedźmy chcące tylko się napić ciepłej krwi. Byle nie człowiek. Człowiek to najgorsze draństwo w lesie, szczególnie, jeśli jest trzecia w nocy.

To coś krążyło dobre dziesięć minut wokół.

– To jeż – powiedziałem wreszcie. – Jeże tak tupią.

Chwilę później „Jeż” uderzył w „sufit” naszego namiotu. Parę razy.
Jedyną możliwością jest wyjrzeć, co się dzieje.
Ale jak to zrobić? Jak wyjść? Głową do przodu? Za cholerę. No to nogami. Najwyżej zostaną odgryzione.

W świetle latarki oczywiście wszystko wokół było puste. Ani dzieci, ani wiedźm. Jeży też. Pustka, cisza. Niewinność i oddanie Matki Natury.

Wszystko ma swoją cenę

Zapłatą za wolność są napięte nerwy nocami. A przecież kocham to, siedzenie przy ogniu, rozmowy, przygotowywanie posiłków (nigdy się tak nie najadłem, jak na ostatniej wędrówce!). Kocham to nawet, kiedy o drugiej w nocy trzeba wyjść w zimną noc pod krzaczek. Nawet wtedy, kiedy – jak ostatnio – coś dziwnego stoi nad namiotem.

Rozbiliśmy się koło cmentarza. Nie wiedzieliśmy tego, w całą sprawę wtajemniczył nas pan grzybiarz – już rano. Cmentarz stary, zapomniany. W zasadzie wiele z niego nie zostało, zarósł cały. Drzewa łapczywie wyciągnęły korzenie po zawartość grobów i pożywiły się.

Mamy jakiś talent do rozbijania się obok cmentarzy. Tej wiosny też nocowaliśmy niedaleko jednego, znów dzikiego. Ale wtedy nic się nie wydarzyło. Przynajmniej nie tamtej nocy. Bo ostatniej coś chodziło wokół ogniska, ale raczej było to zwierzę. Tak myślę.

Ostatnio rozbiliśmy się na dwie noce w małej kotlince, niedaleko źródła. I rzeki, potoczku w zasadzie, gdzie poszedłem złowić rybę. Niestety, wróciłem z pustymi rękami. Tak martwego potoku nie widziałem chyba nigdy. Tylko trochę śmieci – żadnego życia. W myślach nazwałem go „Martwą rzeką”. Oryginalnie, prawda?

Po powrocie dowiedziałem się, że kiedyś policja wyławiała stamtąd topielca.

To była chyba druga noc, tak, raczej na pewno. Tym razem to ja obudziłem się pierwszy, potem Maciek. Franek przespał wszystko jak małe dziecko.
Dziwne, bo cokolwiek stało niedaleko (ze słuchu, jakieś 10 metrów) naszego namiotu, było tak głośne, że i martwego by obudziło.

Kroki, coś jakby łamane gałązki. A potem gardłowe dźwięki dławienia się, czy może gardłowy krzyk. Coś, co mógłbym zapisać tylko jako  „Aaaarrrrrhhhh, aaaarrrrgggg, arrrrhhhh!”. Donośne, odbijające się echem wśród drzew. Szybkie, głośne. Parę minut później zaczęło się dosyć szybko oddalać, aż wreszcie zupełnie ucichło.

To śmieszne, ale moje pierwsze (wyszeptane)słowa brzmiały:
– Looool… (cóż Internet robi z człowiekiem).
– Zawsze coś… – jęknął Maciek.

A potem przez godzinę gadaliśmy o najlepszych i najstraszniejszych książkach Stephena Kinga i Jacka Ketchuma.

Wszystko ma swoją cenę, nawet ta wolność, którą kocham. Wolność wybierania własnej ścieżki. Dosłownie i w przenośni.
Cenę, którą mogą zapłacić tylko tacy popieprzeni ludzie jak my.
Lub Ty, drogi Czytelniku, jeśli oczywiście chcesz.

Kończę, dobrze?

Bo się trochę rozgadałem. A miałem iść spać. Teraz kończę, ale następnym razem opowiemy sobie trochę o weselszych rzeczach, dobrze? Może o… kuchni. Jedzenie zawsze poprawia humor.

 

Page 1 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén