Kategoria: Romantycznym okiem (Page 2 of 3)

Wędrówka #1 – Początek opowieści

 

Tak sobie myślałem. A może by tak trochę napisać o tych moich podróżach donikąd? W sumie – pomysł dosyć świeży, bo sprzed paru minut. Ale że mam chęć, to zacznę.
Tak często wspominam o tym, że co jakiś czas chwyta mnie za krocze jakaś taka łapa z lasu i ciągnie. Nigdy jednak się o tym szerzej nie rozpisałem.

A czemu by nie? 

Początek opowieści

Rozsiądź się więc wygodnie, proszę. Mam zamiar opowiedzieć Ci trochę o życiu bardzo młodego wędrowca. A mimo to, będzie to historia długa, w wielu odsłonach.
Czekaj. Zaparzę jeszcze herbaty i dołożę do ognia.
A Ty tymczasem znajdź sobie jakąś wygodną pozycję do słuchania.

No, chyba możemy zacząć.

Na czym właściwie to polega?

Koncepcja Wędrówki jest prosta – żadnej zbędnej technologii (jak usłyszałem o ludziach, którzy biorą laptop pod namiot, to się załamałem) , nogi i wypróbowany, dobry kij (mój przeszedł ze mną już z… 120-150km. Jeszcze się nie starł do końca), plecak i uśmiech.

Tyle.

Mam to szczęście, że moją wędrówkową pasję podzielają moi dwaj najbliżsi przyjaciele-bracia. Zresztą, nie tylko tą jedną, przecież. Zwykle Wielka Łapa Z Lasu chwyta nas w mniej więcej tym samym momencie i od tego dnia, aż po wyruszenie nie odpuszcza. Wychodzimy zwykle z mojego domu w środku miasta, obierając jeden z czterech kierunków: W przód, w tył, w prawo, w lewo.

I idziemy.

Idziemy tak długo, jak długo możemy, rozbijając się tam, gdzie znajdujemy miejsce. Czy łamiemy prawo? Oczywiście. W Polsce nie wolno się rozbijać. Nie wolno palić ognia. Można dostać mandat za włóczęgostwo (swoją drogą – chciałbym jeden), nie wolno zrywać roślin, straszyć zwierząt swoją bytnością w lesie, zbierać drewna tam, gdzie jest i szukać  tam gdzie go nie ma. Nie wolno nocować „dziko”. Nie wolno zbaczać z zaśmieconych szlaków. Jeśli jesteś głodny, nie możesz sobie nawet złowić ryby.
Nie wolno być trampem.

Oczywiście niewielu znalazłoby się stróży prawa, którzy by się czepiali. Na szczęście. Niemniej zakazy powodują, że ludzie zostają w domach. Oczywiście, bierze w tym udział także lenistwo czy zwykła niewiedza. Wolimy oglądać sobie Gryllsa, czy Cejrowskiego, zamiast zwyczajnie wziąć plecak i wyjść za miasto. A gwarantuję, już 10km od Waszego domu znajdują się tak niesamowite okolice, że wręcz zapiera dech w piersiach.

Idziemy bez mapy, poczucia czasu i zmartwień. Stukają kije, pobrzękują menażki. Nogi bolą, kiedy wchodzimy pod górkę i oddychają z ulgą, kiedy stajemy na krotki postój.

I wszędzie, dosłownie wszędzie widzimy prawdziwą mozaikę ludzkich emocji.

Nazwij mnie świrem

Śmiało. Możesz to zrobić, bo w rzeczy samej – jestem nim. Tylko świr zabrałby się z początkiem listopada na pięć dni pod namiot. Czasem sobie myślę, że to, że nas jeszcze nikt nie chciał pobić jest tylko wynikiem tego, że ludzie się nas boją.

Jeśli idziesz po drodze z plecakiem, przytroczonymi do niego kocem, pałatką i śpiworem, z tęgim kijem w ręce i kapeluszem na głowie (w lecie), musisz budzić zainteresowanie. A im bliżej miasta jesteś, tym więcej emocji widzisz.

Twarze mijanych osób. Chciałbym czasami je fotografować. Emocje są różne, zależy od człowieka i od miejsca, gdzie się go spotka. Z reguły jest to zdziwienie. W wielu przypadkach puste, tępe. Coś, co rysownik komiksów określiłby jako „Eeee?” w dymku, nad głową bohatera. Czasem widzimy rozbawienie, z reguły na terenach podmiejskich. W mieście, im bliżej rynku, tym więcej ciekawości. Ludzie biorą cię za osobliwość, jakąś atrakcję uliczną. Dzieci krzyczą – „Patrz mamo, Indiana Jones!”, matki przygarniają je do siebie, jak gdyby się czegoś obawiały. Może, że porwę ich potomstwo i zjem?

Kiedy wychodzi się z urbanistycznego piekła i trafia do podmiejskich wsi; jeszcze nie terenów wiejskich, ale też już nie miasta, większość spojrzeń jest wyniosła. Obdarzają nas nimi panie w długich futrach, postukując obcasami na popękanych chodnikach. Kobiety w średnim wieku usilnie pokazujące, iż są „miastowe” oraz dziewczyny z utlenionymi blond włosami, tipsami i pancernym makijażem na twarzy. Te uśmiechają się często z pogardą. Czasem mruczą pod nosami coś, co brzmi jak „Wsioki, phi!”.

Im dalej miasta, tym lepiej. Na trakcie można spotkać starszych ludzi, którzy pozdrowią wędrowca dobrym słowem, uśmiechną się, albo wdadzą w dyskusję. Ale co to są za rozmowy! Pełne humoru, wspomnień i historii. Bo wędrowcy na trakcie zawsze płacą sobie w historiach. A ci staruszkowie bez wątpienia są wędrowcami. Już prawie dotarli do końca podróży i niejedno widzieli. Ich buty są już zdarte, ale serca biją mocno.

Czasem aż miło złożyć takiej osobie ukłon szacunku.

Pamiętam, jak rok temu, wiosną, kiedy wybraliśmy się mniej więcej w kierunku Olkusza (gdzie zresztą dotarliśmy), zaobserwowałem ciekawe zjawisko:
Kiedy opuszczaliśmy podmiejskie wsie, zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy obserwowani. W domach zamykały się okna, trzaskały okiennice. Ale zza lekko odchylanych firanek często patrzyły czujne oczy.

Dzień później było po wszystkim. Mijaliśmy po drodze jedna wioskę. Przysiedliśmy przed sklepem spożywczym, by coś zjeść.  Nie było osoby, która by nas nie pozdrowiła, mijając. Czy stara, czy młoda. Dzieci machały do nas z ogródków. Śmiały się przyjaźnie.

A potem, już przy Olkuszu, znów to samo. Dzikie spojrzenia, niepokój, pogarda. Chyba w im większym mieście mieszkasz, tym więcej tam strachu. A strach wywołuje agresję. Dzieciaki w tym samym wieku jak te, które parę dni wcześniej do nas machały, pod Olkuszem zbiły się w grupkę, naciągnęły na łyse głowy kaptury i wbijały w nas ponure spojrzenia.

Koniec?

Chciałbym tu przerwać. Opowieść jest długa i – mam nadzieję – dobra. A jeśli tak, to muszę ją dawkować. Opowiedziałem Ci, na czym cała rzecz polega, jednak jest tak wiele kwestii, których jeszcze sobie nie wyjaśniliśmy.

I chcę to zrobić.

Następnym razem. Następnym razem porozmawiamy sobie trochę o strachu.
Tymczasem, dobrej nocy.

Czapki z głów, panowie!

 

Zawsze się zastanawiałem, jak to jest, że USA, mając tak skąpą – w stosunku do naszej – historię, umie jednocześnie sprzedać ją w tak niesamowity sposób… a my z kolei zupełnie gubimy się w tej naszej Polsce, mało wiemy (dzięki naszemu szkolnictwu), mało wiedzieć chcemy a o patriotyzmie uczą nas zagraniczne zespoły metalowe jak „Sabaton”.

Być może także dlatego polak wstydzi się swojego kraju, kiedy powinien dumnie wypiąć pierś. Być może dlatego także stąd uciekamy, bo nie widząc dobrych fundamentów trudno cokolwiek zbudować, zwłaszcza, kiedy rządzący usilnie starają się zasłaniać nam oczy.

Upada kultura, patriotyzm, polak wie, że to co Polskie jest złe, a to, co zagraniczne – dobre. Od małego nauczony jest, by kpić z innych polaków, którzy próbują coś osiągnąć i utwierdzać się  w beznadziei, w końcu wreszcie się ucząc, że „tego kraju już nic nie uratuje”.

A mamy z czego być dumni. Tyle, że podczas coraz bardziej ograniczonych lekcji historii mówi się o Pearl Harbor a o Wiznie nikt nie pamięta. Rozpamiętuje się Normandię i wspaniałość innych, zapominając, że Polska była kiedyś potęgą. I że może być nadal, jeśli tylko w nią uwierzymy.

Chociaż jak wierzyć, kiedy nie wie się w co?

Amerykanie wierzą. Ich kultura, ich filmy historyczne wychwalają Amerykę pod niebiosa. Często już do znudzenia eksponując flagę i hymn. Patos wylewa się z ekranu, i choć mamy tego dosyć, to wrażenie pozostaje – ta wielka Ameryka.

Szczególne w pamięci utknął mi początek filmu „Legenda 1990”, kiedy chyba 10 pierwszych minut zajmuje opis podróży do Ameryki i jej widok. Imigranci z Europy padają na kolana, krzyczą, rzucają kapeluszami, płaczą ze szczęścia. Bo to „Ta Ameryka!”.

Tymczasem nasze rodzime kino serwuje nam wątpliwej jakości romanse i filmy komediowe, polegające głównie na podkreślaniu absurdu naszego kraju i jego beznadziei. A jeśli już robi się film, który mógłby być naprawdę dobry, to wychodzi „Bitwa pod Wiedniem”.

Gorzkie to słowa, ale konkluzja jest optymistyczna, zapewniam.

Bo oto okazuje się, że jest jeszcze nadzieja – i tak – brzmi to patetycznie. I dobrze, tak ma brzmieć.  Bo jeśli w Polsce żyją ludzie, którzy potrafią zrobić taki film, jak „Gniew Husarii”, film z rodzimymi aktorami, takąż muzyką (Nasz kompozytor!), trwający co prawda ledwo ponad 4 minuty, jednak mocny, wręcz niesamowity.

Jeśli żyją ludzie, którzy umieją tak pokazać Polskę, to jest nadzieja. Wielu dzisiejszych rodzimych mistrzów kina może tym ludziom czyścić buty co najwyżej. Jeśli to jest film amatorski, to pomyśleć, co by było, gdyby Crusader Films i Studio Kobart, oraz Piotr Musiał, zrobili produkcję pełnometrażową!

Kiedy widzę takie filmy, wierzę, że jest nadzieja.
Brawo, najwyższe dowody uznania dla twórców.

Nawet szarża Rohanu wymięka.

Polecam oglądać w HD i na pełnym ekranie. 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=AyJdeSslnys[/youtube]

I bonus, 40:1 zespołu Sabaton.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xcFzsvnMmXY[/youtube]

Rzemieślnik czy Artysta?

Spór stary jak świat – jest to jest z tymi twórcami?  Podobno, by osiągnąć pełny sukces potrzeba 5% talentu, a cała reszta to rzemiosło – ciężka praca.

Nie do końca się z tym zgadzam.

Cała sprawa wydaje mi się rozdmuchana. Bo jeśli ktoś nie ma talentu, pomysłów, wyobraźni, to choćby nie wiem jaki dobry miał warsztat – twórcą dobrym nie zostanie.
W zasadzie głupio używam słowa „twórca”, gdyż skupiam sę tu tylko na jednej ich grupie – literatach. Mając dziewczynę malarkę łatwo mi zauważyć, że we współczesnym malarstwie o wiele bardziej liczy się technika, wykonanie, niż sam talent. I tyle w temacie, bo to tylko spostrzeżenie zewnętrzne, a dalej się kompromitować brakiem wiedzy w temacie malarstwa  nie mam zamiaru. Tu może się wypowiedzieć mój imiennik, jeśli wstukacie w google „Michał Stonawski” na pewno jednym z wyników będzie odnośnik do strony tego malarza. Swoją drogą, polecam. Michał jest naprawdę dobry.

Pytanie w sporze „Rzemieślnik-Artysta” jest jedno – czy taki literat powinien być bardziej uduchowionym artystą, czy twardo szlifującym swój warsztat wyrobnikiem?
Moim zdaniem już to pytanie postawione jest źle.  Powinniśmy się raczej zapytać; Co ważniejsze dla twórcy prozy – talent, czy warsztat?

I to jest dobre pytanie. Chociaż nie prowadzi do pełnego wyniku. Proponuje eksperyment; rozgraniczmy sobie (laboratoryjnie) talent i warsztat, wykorzystując do tego pana A i pana B. Uwaga, mogą pojawić się ekstremy.

1. Pan A jest twórcą natchnionym. Czysty intelekt, czysty talent i czysta od czasu do czasu. Na pobudzenie neuronów. Pan A pisze i pisze a jego pomysły przyćmiewają Kinga, Hemingwaya, Le Guin, Sapkowskiego i całą reszte. Ale pan A zupełnie nie przejmuje się swoim warsztatem. Ten wyrabia się sam, więc nie jest zbyt dobry. Skutkiem czego ujęcie tych wspaniałych pomysłów pana A jest zupełnie nieczytelne dla odbiorców. Pan A popada w coraz większy alkoholizm. Być może w przyszłości ktoś go odcyfruje i po śmierci nagrodzi. Może.

2. Pan B nigdy nie miał głowy, by zbyt duzo myśleć. Obsesyjnie za to dba o każdy przecinek, kropkę, o logikę w zdaniach i poprawność. Jego teksty są nieskazitelne. Może i by je ktoś wydał, bo są naprawdę dobre, ale… nic w nich nie ma. Pomysły jakieś i może są, ale wtórne, nieciekawe – słowem – nudne. Pan B jest smutny i wiedzie życie telemarketera. Być może kiedyś załapie się do jakiejś redakcji, jako korektor-frustrat (oby nie).

Specjalnie użyłem ekstremów, chcąc zobrazować oczywisty fakt, że jedno bez drugiego sobie nie poradzi. Ale dalej jesteśmy tutaj przy tych 5% i reszcie, prawda?

A jednak nie. Chciałbym rzucić tutaj tezę, że tak warsztatu jak i talentu umniejszać nie wolno. Że proporcje zbliżone są do 50/50, jeśli z przewagą warsztatu, to dlatego, że osoba chcąca pisać talent już w założeniu ma, a warsztat musi dopiero zdobyć.

Na koniec ciciałbym rzucić jeszcze jedną ideą; dotychczas odnosiłem wrażenie (być może mylne, w końcu nie jestem alfą i omegą), że w teorii talent traktuje się jako rzecz twardą, niezmienną – jak leżąca na łące skała. Być może mieliśmy na ten temat zły pogląd?
Bo co jeśli ta „skała” talentu przykryta jest gruzami śmiecia i ziemią, którą warsztat, w miarę pracy nad nim, potrafi usunąć? Powstaje nam wtedy coś w rodzaju kopalni odkrywkowej, w której warsztat gra rolę narzędzia, a talent – surowca. Innymi słowy, doskonaląc warsztat, odkrywamy nowe pokłady talentu i dzięki właśnie warsztatowi lepiej je wykorzystujemy, tak, że teksty są coraz lepsze i lepsze.

Reasumując, jeśli chcemy pisać a mamy talent, potrzebujemy zdobyć narzędzia, by można go było dalej odkrywać. W kategorii ważności narzędzia, jako to, czego nie mamy, są ważniejsze. Ale czy surowiec to tylko 5% sukcesu kopalni? Nie, surowiec jest tym, co sprzedajemy, obrobionym narzędziami.
W kontekście ważności odrobinę tylko wazniejsze jest to, czego nie mamy.
Wracając do samego sporu, uwzględniając źle postawione pytania,  myślę, że jest on niepotrzebny. Ponieważ do sukcesu potrzebujemy tak jednego jak i drugiego, a tak talent jak i warsztat w dodatku nie są oddzielne a ściśle z sobą powiązane.

Socjopata i faszysta, czyli JKM

 

Każdy ma prawo uprawiać dowolne ćwiczenie fizyczne i urządzać dowolne zawody. Można się tylko cieszyć, że inwalidzi też organizują zawody. Ze sportem nie ma to jednak wiele wspólnego – równie dobrze można by organizować zawody w szachy dla debili – lub turnieje brydżowe dla ludzi z zespołem Downa – napisał na swoim blogu na Nowym Ekranie Janusz Korwin Mikke.

Ależ zawrzało!
Vlogerzy, blogerzy, namiętni Facebookowcy zaczęli rozpisywać się o tym chamstwie, jakiego dopuścił się kontrowersyjny polityk. Po paru minutach ogólnej wrzawy okrzyknięto go największym idiotą w polskiej polityce, rasistą, socjopatą, człowiekiem niegodnym nawet pogardy. Portale, które wcześniej słowem nie wspomniały o JKM, teraz namiętnie cytują smaczki z jego bloga, nie omieszkując podkreślać, że „Polityk, który chciał być prezydentem Polski, napisał też…”.

Aż z ciekawości się zatrzymałem przy tej sprawie. No bo jak tolerować takie chamstwo? Parę kliknięć dalej jestem już na blogu polityka, który chciał być prezydentem.

Już po pierwszych paru akapitach dowiaduję się, że JKM ma myślenie imperialistyczne. Żadna nowość, każdy by chciał, by polska i ogólnie cywilizacja europejska była potęgą. JKM widzi w paraolimpiadzie promocję słabości, gryzie sprawę od strony psychologicznej.

„(…)Jednak ONI (budowniczy obecnej anty-cywilizacji) wielkie „halo” robią nie z okazji rozgrywek innych kategorii niepełnosprawnych – np. (istniejącej w USA!) ligi koszykówki dla niziołków, lub (nieistniejącej) olimpiady dla młodzików – lecz z okazji rozgrywek inwalidów, zwanych „Para-olimpiadą”. Dlaczego? To oczywiste. Cywilizacja europejska, która panowała nad światem, stawiała na najmądrzejszych, najsilniejszych, najinteligentniejszych, najszybszych – a obecna anty-cywilizacja za najważniejsze uważa forowanie biednych, głupich, niezaradnych – i również inwalidów.

W efekcie to nie my dziś kolonizujemy świat – to nas kolonizują. Ciekawe, czy jak dojdzie do rozgrywki, np. z muzułmanami, to bronić nas będą żołnierze bez ręki lub na wózkach inwalidzkich?”

W tym twardym, pozbawionym opiekuńczości (skoro państwo opiekuńcze, według JKM jest złe, nie może myśleć w sposób opiekuńczy, tak?) myśleniu można znaleźć logikę. Jednocześnie sam JKM wkłada do jednego wora socjalistów, jacyś „Oniów”, którzy usiłują zniszczyć cywilizację i murzynów (ach, jak to rasistowsko brzmi, prawda?).

„Przy okazji: obejrzałem sobie klasyfikację medalową para-olimpiady. Nie ma tam prawie w ogóle państw afrykańskich. Tam zaraza nie dotarła.

Ale to oznacza, że Murzyni niedługo podbiją świat. I wyrżną nas.

Zaczynając od niepełnosprawnych.”

Dalej tak perorując, dochodzi wreszcie do wniosku, że zawody niepełnosprawnych (czy też, jak sam niepoprawnie się wyraża „inwalidów”, cham i prostak) nie są sportem.

„Dlaczego para-olimpiada jest – jako wydarzenie sportowe – nonsensem? Dlatego, że premiuje cechę będącą przeciwwskazaniem do uprawiania sportu: kalectwo.

I tu rodzą się podstawowe paradoksy.

Jeśli zrobimy zawody w skoku wzwyż dla liliputów, to mierzący 140 cm karzełek może ustanowić rekord świata skacząc 130 cm. Jednak jest to wysokość niedostępna dla liliputów mierzących 90 cm…

Podobnie w pływaniu: zawodnik pozbawiony lewej nogi nie ma szans z zawodnikiem pozbawionym tylko łydki – a ten z zawodnikiem pozbawionym stopy, a ten z zawodnikiem pozbawionym połowy stopy!!

W sporcie zawodnicy walczą (pomijając kategorie młodzików, juniorów, kobiet czy oldboyów) jako jedna kategoria: pełnosprawni. Natomiast niepełnosprawni nie stanowią jednej kategorii.Każde kalectwo jest inne.

By temu zaradzić ustala się skomplikowane „przeliczniki”.Podobnie jak na rajdach samochodowych – tylko tam jest to obiektywne (pojemność silnika mierzy się w centymetrach) – a tu…Tu o zdobyciu medalu w niewielkim tylko stopniu decyduje wynik: w znacznie większym ten, kto ustanowił przelicznik…”

Trzeba przyznać, że to rozumowanie ma w sobie pewną logikę. Pewną? Ma dosyć dużo logiki. Twardej, bezdusznej i przez to właśnie bardzo logicznej… logiki (pal sześć, jak to zdanie wygląda).

Kończąc, podaje jeszcze cytat z pewnego oświadczenia z tegorocznej paraolimpiady i ja zacytuję za nim:

Cytuję: „W sumie zmieniono miejsca siedmiu zawodniczek z czołowej dziesiątki. W wielu konkurencjach, w których rywalizują ze sobą sportowcy o różnym stopniu niepełnosprawności, rezultaty są przeliczane na punkty i na przykład w przypadku rzutów nie liczą się bezwzględne odległości uzyskane w konkursie. Jak przyznał komitet organizacyjny, podobne pomyłki wystąpiły przy obliczaniu wyników w pchnięciu kulą mężczyzn, ale nie dotyczyły one czołowej trójki”.

Ale mnie nie chodzi o pomyłki. Chodzi o zrozumienie, że gdyby ustalono inne przeliczniki, to wygrywaliby inni zawodnicy. Podobnie jak w dość absurdalnej „klasyfikacji łącznej” w rajdach samochodowych.

Oglądający słynną szarżę lekkiej brygady francuski marszałekśp.Piotr Bosquet powiedział: „To wspaniałe – ale to nie jest wojna”. Nie oglądając para-olimpiady oświadczam: „To godne podziwu – ale to nie jest sport!

 

Skończyłem. I zacząłem zastanawiać się, za co dostało się JKM? Wiele tu do zastanawiania nie ma; jesteśmy tak dobrymi i wielkodusznymi ludźmi, że traktujemy się wszyscy z równością i poszanowaniem, stąd zawody także dla niepełnosprawnych. Bo przecież to też ludzie.

Tymczasem wizerunek JKM kreowany w tej chwili w internecie, to obraz wrednego, demonicznego faszysty, nie szanującego inwalidów, wręcz ich obrażającego. W dodatku z zaburzeniami maniakalnymi.

JKM robi źle to, co źle – w kontekście politycznym – robił zawsze; nie umie przejść obok nurtującej go sprawy w milczeniu, zawsze mówi to, co myśli, zachowując się przy tym w ten twardo-logiczny, bynajmniej nieopiekuńczy sposób i nigdy nie kłamie.
W świecie w którym polityk to ten, który zawsze kłamie, milczy i co najwyżej myśli po swojemu, ale robi zupełnie co innego, byle by słupki były większe, JKM szans nie ma, bo tak jak nie lubimy tych prawdziwych polityków, tak twierdzimy, że nie ma od nich ratunku. Żyjemy w świecie, który zaakceptowaliśmy „bo tak to po prostu jest”.

Wracając do tematu, JKM zapomniał, że każdy medal ma dwie strony – paraolimpiada jest też wyrazem szacunku i poszanowaniem równości ludzkiej. To nic, że symbol ten jest przekłamany a równości nie ma – i tak go potrzebujemy. A wywlekając na wierzch tą drugą stronę, że każde kalectwo jest inne (bo jest), więc tym bardziej tej równości nie ma, można dostać przez łeb od wszystkich, którzy uwielbiają piękne i wzniosłe symbole, szczególnie, jeśli chodzi o ludzi mających gorsze warunki (co nie znaczy, że gorszych).
Niemniej, zawody paraolimpiady są potrzebne – i w tym kontekście rozmijam się z JKM – właśnie po to, by reklamować, pokazywać choćby symbol, by była nadzieja. Nadziei nikt lekceważyć nie powinien, choć w żadnym wypadku nie jest logiczna, panie Spock.
Bez niej świat byłby zgubiony.

Jednocześnie, kończąc te około-polityczne dywagacje, dalej zastanawiam się, gdzie też JKM tych inwalidów obraził? I dochodzę do wniosku, że tak pomyśleć mogą tylko osoby, które jeśli mają napisany ciąg liter „A, b, c, d, e” dopatrują się tam też litery „f”, ukrytej między wierszami, jak to w polityce bywa.

Tylko czemu dopatrują się tego u JKM?

Jako bonus dołączam jeden z komentarzy z bloga polityka. Bardzo wymowny:

I coz sie dziwic tym max 2% poparcia dla Nowej Prawicy?
Polityk powinien wiedziec co mozna pisac a co nie.
Prywatnie to nawet zgadzam sie JKM , ale na boga czy’s chlopie juz calkiem oszalal?

Myślą w przód

Tak sobie czytałem TEN wpis i przypomniała mi się ciekawa myśl, koncepcja właściwie, nad którą od lat sobie myślę…

Europa, drugie miejsce po Marsie, gdzie chciałbym się znaleźć. I o ile Marsa mam szansę pewnie dożyć, to Europa pozostaje w sferze sf. No, chyba, że się zahibernuję, choć póki co nie jest to miły proces i w jednej z amerykańskich firm kriogenicznych przeprowadzany za pomocą usunięcia wnętrzności, odcięcia głowy i wsadzeniu jej do specjalnego pojemnika w nadziei, że w przyszłości medycyna pozwoli na odtworzenie ciała… więc chyba się nie zainteresuję, póki co.

Wyobraźmy sobie więc Europę, pokryty skorupą lodu księżyc Jowisza. Być może istnieje pod nią ocean, tak można stwierdzić po badaniach pola magnetycznego. Być może wokół wulkanów w tym oceanie istnieje życie. Być może egzystuje już na tyle długo, by osiągnąć formę większą, niż bakteria.
Być może, osiągnęło kształty i rozmiary nie znane ziemskim naukowcom. Być może zyskało nawet inteligencję.

Koncepcja inteligencji ukrytej gdzieś pod lodami Europy jest dobrze znana, pisał o niej nawet sam Arhur C. Clarke. Zastanówmy się chwilę, jakie to inteligentne życie mogłoby być?

Zostawmy ciało, byłoby dostosowane do warunków, gruba skóra do ochrony przed zimnem, być może brak oczu, niepotrzebnych, kiedy nie ma światła.
Pomyślałem o cywilizacji, która nigdy nie widziała gwiazd, a jej największym osiągnięciem technicznym może być sposób podróży pomiędzy niewielkimi wysepkami ciepła, jakie dają wulkany, ich odpowiednikami kontynentów. Takie istoty musiałyby też komunikować się w jakiś sposób, echolokacja? Telepatia? Dotyk we właściwym miejscu i z odpowiednim naciskiem?

A co z kulturą? Jak wyglądałoby życie cywilizacji, która nie zna pojęcia „wszechświat”? Dla której jest tylko „tu i teraz”, której badacze nawet nie podejrzewają istnienia gwiazd, czy też innych światów?

Byłoby dla nich szokiem, gdyby dowiedzieli się o wszechświecie. Być może tak wielkim,             że – jako cywilizacja – nie przetrwali by tego.
Pod warunkiem, że by się dowiedzieli. Musieliby się porozumieć z nami, co prawdopodobnie  nie byłoby możliwe, z uwagi nawet nie na język a na brak punktów odniesienia.

Jak jeszcze wyglądaliby, jak mieszkaliby Europejczycy?

Zapraszam do komentarzy :)

Czerwony Mars…

… A potem „Zielony” i „Błękitny” – tak wyobraził sobie kolonizacje Marsa Kim Stanley Robinson, autor chyba jednego z ciekawszych spojrzeń na kolonizacje czerwonej planety.

Tymczasem problem zasiedlenia Marsa przestał być tylko fabułą książek science fiction, stał się rzeczywistością, najpierw w odległych planach, potem coraz śmielej przebijając się do świadomości.
Osobiście zwątpiłem w możliwość kolonizacji – jeśli zabiorą się za to organizacje państwowe takie jak NASA, która – owszem – odwala kawał dobrej roboty jeśli chodzi o obserwacje kosmosu, czy nawet zamieszkanie paru osób na orbicie, ale poważniejsze zadania, takie jak choćby lot na księżyc przerastają ją w tej chwili zupełnie.

W tym czasie zarówno w Europie, jak i wschodzie prowadzone są dosyć ambitne programy kosmiczne, mające jednak przed sobą długą drogę by technologicznie choćby dogonić amerykanów.

Na pierwszy plan w kwestii podboju kosmosu wychodzą organizacje prywatne, szukające w tym zysków, czy to turystycznych (jak w wypadku Space Ship Two) czy rozrywkowych… i o tych ostatnich właśnie sobie powiemy.

Kolonizacja Marsa jest nie tylko możliwa, ale i prawdopodobna. Nie tylko „za naszego życia” ale już niedługo, w przeciągu następnej dekady, dwóch. A wszystko to dzięki projektowi
Mars One, który przewiduje pierwsze kosmiczne miasto już między 2023 a 2025.

Jeśli zapytałbyś mnie, jaki jest największy zysk z tego typu przedsięwzięcia, odpowiedziałbym – największy z możliwych: przetrwanie.
Wystarczy jeden kawałeczek skały, by nasza cywilizacja przestała istnieć, parę bomb atomowych, nieudany eksperyment… kosmos i my sami cały czas próbujemy się wyeliminować. To, że się to nie udaje oznacza, że mamy wręcz nieprawdopodobne szczęście. A to Jowisz wyłapie co większe okruchy, a to jedno użycie bomby atomowej w odpowiednim historycznie czasie sprawia, że wszyscy zaczynają się bać konsekwencji. I słusznie.
Ale nie łudźmy się – szczęście zawsze kiedyś się kończy. W każdej chwili może wybuchnąć park(super wulkan) Yellowstone. W zasadzie powinien niedługo, jeśli wierzyć w powtarzalność jego wybuchów. Jowisz też nie zawsze jest w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – dowodzą  tego choćby dinozaury. Nie wspominając o wielkim wymieraniu permskim, podczas którego w zasadzie prawie cała flora i fauna uległa całkowitej zagładzie.

Niestety, mądre głowy rządzące światem mają gdzieś tak wielkie ideały jak przetrwanie gatunku. Dlatego sposób finansowania projektu Mars One może wydać się trochę dziwny.
Jest to bowiem reality show podobny do Big Brothera. Poczynania astronautów będą emitowane na żywo, a przychód z tego zasili konto organizacji.
Pomysł tak samo dziwny, jak… interesujący. W tym szaleństwie jest metoda.
Zaś nagroda jest warta gry.
Tym bardziej, że pierwsza faza projektu już za rok. Oto prosty i interesujący plan Marso One:

2013 – rozpoczyna się selekcja grupy około 40 astronautów. Przejdą oni szkolenie i zostaną umieszczeni w replice marsjańskiej osady, aby tam przystosować się do funkcjonowania;
2014 – startują przygotowania pierwszych satelitów komunikacyjnych oraz zapasów, które zostaną przetransportowane na Marsa;
2016 – pierwszy statek z ładunkiem 2500 kg prowiantu zostanie wystrzelony w stronę czerwonej planety;
2018 – łazik wyląduje na powierzchni Marsa. Będzie poszukiwał idealnego miejsca na budowę pierwszej osady. Bezpośrednia transmisja z powierzchni ma być dostępna dla każdego;
2021 – wszystkie niezbędne komponenty do budowy stacji oraz drugi łazik są już na Marsie;
2022 – maszyny zapewniające dostawy wody, tlenu oraz produkujące atmosferę mają być gotowe. Na 14 września 2022 roku zaplanowano start pierwszej 4-osobowej ekipy astronautów w kierunku Marsa. Bilety oczywiście w jedną stronę;
2023 – pierwsi ludzie lądują na czerwonej planecie, rozpoczynając budowę pierwszej bazy. Dwa lata później dołączają do nich kolejni astronauci, wraz ze sprzętem oraz zaopatrzeniem, gotowi na dalszą kolonizację.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=n4tgkyUBkbY&feature=plcp[/youtube]

Ja rekrutuję się na pewno. A Ty? :)

Zobacz też:
Artykuł na Gadżetomanii
Artykuł na Spokogadzet
Strona główna projektu

 

Polska koko, już nie spoko

Ależ się posypały gromy! Wybór „Koko euro spoko” na hymn naszej reprezentacji (przypominam, że hymnem całego Euro 2012 jest wciśnięty nie wiadomo skąd i dlaczego Endless Summer) podziałał wręcz elektryzująco na większość Polaków.
Na mnie też.

Kibicem nie jestem, a z piłką mam tyle do czynienia, co w szkole kopałem na WF-ie. Krótko – nie mój cyrk i nie moje małpy. Zawsze jednak podziwiałem w tym wszystkim atmosferę. Coś sprawia, że w tych naszych polskich kibicach pojawia się jedność, czy to w obrębie klubu, czy też całego kraju. Miło się patrzy na zdjęcia z biało-czerwonymi trybunami. Bo to oznacza, że wciąż jesteśmy jednym narodem.
Już samo to świadczy o poczuciu polskości, patriotyzmie i wspólnej sile. I wtedy z głośników, na cały świat wybucha „koko euro spoko”…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=MIsX5Rh1ktE[/youtube]

Jest to swoista wizytówka (jedna z paru) Polski na Euro 2012. Nie mam nic do folkloru, wsi i wiejskich potańcówek, ale tą piosenką dajemy światu znać, że tak ma właśnie nas postrzegać.
I – co uważam za najbardziej oburzające w tym wszystkim – robimy to sami, bez przymusu i z uśmiechem na ustach.
Pomijając oczywiste skojarzenia z wiejską potańcówką, tekst „koko euro spoko” jest nie tyle mało skomplikowany, co po prostu głupi. Zresztą, sam tytuł mnie przeraża. Sens ma tylko słowo „euro”. Reszta do pomieszanie mowy pseudo młodzieżowej i… imitacji dźwięków wydawanych przez kurę? Bo nie mam pojęcia, co to by jeszcze mogło być.
Całość wygląda jak połączenie łomotu techno, muzyki zespołu ludowego i tekstu ułożonego przez jakiegoś dziesięciolatka w piaskownicy.
Na obronę można tylko powiedzieć, że muzyka jest skoczna a wykonawczynie bardzo pozytywne (serio. Te starsze panie zasługują na szacunek). Gdyby zaśpiewały na festynie, przyklasnąłbym i majdał nogami do taktu.
Ale „koko euro spoko”jako utwór polskiej reprezentacji z okazji Euro 2012 nie pasuje ani trochę.

Rodzi się pytanie, dlaczego „koko euro spoko” wygrało w konkursie sms-owym? Jednym z wytłumaczeń jest, że w czasie głosowania prawie nikt nie siedział w domu przed telewizorem. Możliwe, sam w tym czasie prawdopodobnie zdzierałem sobie kostur o jeden z traktów…
Drugie z rozwiązań jest jednak o wiele bardziej prawdopodobne; na tle wystawionych propozycji babcie z Jarzębiny wypadły żywo, sympatycznie i oryginalnie.

Problem pozostał. Mamy w naszym kraju tylu wspaniałych twórców, a na euro został wybrany kawałek mówiący obcokrajowcom, że jesteśmy rolnikami i znamy się nie na kopaniu piłki a ziemniaków?
Trochę kłóci mi się to z dumą narodową.

Utwór na Euro 2012 powinien być pieśnią zagrzewającą do boju, wzmacniającą poczucie braterstwa i polskości. Coś, przy czym chce się śpiewać pełnym gardłem, z dumą mówiąc o sobie „jestem Polakiem”.

Postanowiłem znaleźć taki utwór. Nieskomplikowany, a oddziaływający na emocje, odwołujący się do symboli narodowych i… dumny. Tak, jak orzeł, którego mamy w godle.
Trwało to może dwadzieścia sekund.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kqwg9cV9wOs&feature=colike[/youtube]

Dalej więc pytam sam siebie – w czym problem?

I dostaję odpowiedź – ponieważ zapomnieliśmy, że naszym godłem nie jest kura, a dumny orzeł.
Zapomnieliśmy, co to znaczy.

Jak naprawić Polskę?

 

Rzadko poruszam tematy polityczne. Nigdy się też do tego nie garnąłem, polityka jest dla mnie szambem, z którego – kiedy już się wejdzie – nie da się uwolnić.
W jednym z sezonów „Z archiwum X” ktoś powiedział, że polityka jest wszystkim i jest wszędzie. Miał rację, można się bronić, nałożyć na siebie coś w rodzaju skafandra, odciąć się od niektórych sposobów manipulacji poprzez dobór odpowiednich informacji, jak telewizja. Ale od polityki uwolnić się nie można,  bo to jest tego rodzaju gówno, którym oddycha się na co dzień, biorąc prysznic, czytając, czy wynosząc śmieci.

Myślałem ostatnio dosyć dużo o sprawach typowo politycznych. Dzisiaj rano moją uwagę zwrócił TEN news na stronie tygodnika „Wprost”. Zacząłem siebie pytać – czemu my, mieszkańcy kraju podobno demokratycznego tak bardzo narzekamy, a kiedy przychodzi co do czego – nic się nie zmienia?
Przeżyłem już w swoim życiu parę tur wyborów. Za każdym razem wybór był jak w PRL-owskim spożywczaku – nic, albo nic. I za każdym razem wybieraliśmy bardzo zachowawczo – „jest do dupy, ale niech będzie już jak jest, bo nowe może być gorsze”. Ewentualnie:  „głosuję na to, czego nie chcę, bo innej możliwości nie ma, jest gorsza, a jak jest lepsza, to i tak się nie uda”. I nie jest to żadne odkrycie – toż wszyscy o tym wiedzą! Demotywatory, kwejk i inne tego typu strony roją się od obrazków przedstawiających całą sytuację.
Nic się nie zmienia.
Jedną z odpowiedzi byłoby uznanie, że demokracji nie ma, jesteśmy okłamywani, albo ten ustrój się po prostu u nas nie sprawdza… ale jest najlepszy z możliwych. W obu stwierdzeniach jest trochę prawdy. Jednak według mnie brzmi ona inaczej, a mianowicie:
Demokracja ma się naprawdę dobrze. Działa, buczy, świeci i gra zabawne melodyjki.
To my jesteśmy popieprzeni.

Po ’89 zachłysnęliśmy się wolnością, nie wiedząc nawet, że w ten sposób wpadamy w spore kaka, pułapkę z pozoru bez wyjścia. Demokracja została poniekąd zbudowana na walącym się systemie, podobnie jak niektóre domy – byle jak, machnąć zaprawą, skleić taśmą i do dzieła. To nie mogło się udać.
Nawet zasady fizyki mówią, że bez dobrych fundamentów niczego się nie zbuduje. Tymczasem nasze fundamenty są nie tylko przegniłe, ale i cuchną niemożebnie. W efekcie tego, większość nowych przepisów, ustaw i rozporządzeń to nieporadne próby przykrycia pod farbą pęknięć w ścianie. Przez lata budowaliśmy domek z kart na zwykłym gównie.
Zadziałał też tutaj efekt domina – jedna niewłaściwa ustawa pociąga za sobą inne. System się psuje, kołacze, rozpada. A wszystko ma swój początek w fundamentach.
Nie wiem, czy będę dobrze zrozumiany, więc chcę podkreślić, że w tej chwili nikt nie ponosi za to odpowiedzialności. Ani Tusk, ani Kaczyński, ani Komorowski. Ani jedna, druga czy trzecia partia. Wszyscy chcą dobrze, ale są poniekąd ofiarami systemu – mogą tylko łatać coraz większe dziury, w efekcie gubią się, z bezsilności czynią jeszcze większe szkody. A to w wielu (nie we wszystkich) przypadkach jednak mądrzy ludzie, którzy w innych okolicznościach mogliby zrobić coś pożytecznego.
Czy zatem nie mogą brać odpowiedzialności za swoje czyny? Owszem, mogą, a nawet muszą. Myślę, że oni widzą co się dzieje, ale każdy z osobna nie potrafi nic zrobić.

Polityka dzisiaj, cały nasz kraj i system wygląda jak jedno wielkie trzęsawisko. Szarpiemy się coraz mocniej – w efekcie tonąc jeszcze bardziej. To ta pułapka, o której przed chwilą mówiłem. I chyba każdy wie, jak można się z trzęsawiska wydostać – wesprzeć na czymś i jednym ruchem wydostać, spokojnie, bez szarpaniny.
Tego nie umiemy.

Pozwólcie, że przerwę na moment.
Jak wielu ludzi w tym kraju – jestem kompletnym politycznym laikiem. W dodatku żyję poniekąd oddalony od rzeczywistości (a może właśnie to pozwala spojrzeć na nią z dystansem?).
Ale jestem też fantastą. A fantaści, to taki ludek, który umie przewidywać całkiem trafnie przyszłość i teraźniejszość, oraz klimaty społeczne.
Niech więc będzie, że sobie pofantazjuję na temat instrukcji, jak naprawić ten nasz kraj.
Bez faktów i zagłębiania się w ekonomię, prawo, bo to nie moja brożka. Zostaje sama teoria i idea, dobrze?

Odpowiedź na pytanie: „Jak naprawić Polskę? ” jest moim zdaniem jedna:
Nie da się.
Naprawiać próbujemy już od blisko dwudziestu lat. No cóż, jak na razie to nie skutkuje. Wątpię, by kiedykolwiek mogło.
Jak już wcześniej powiedziałem, z pułapki można uwolnić się tylko zdecydowanym, radykalnym ruchem. Nie mogąc naprawić Polski, trzeba ją zburzyć.
Trochę wyjaśnień – w burzeniu fajne jest to, że jego następstwa zależne są od osób burzących. Kiedy robi to agresor, działa w ten sposób zapewne po to, by zniszczyć. Jeśli robimy to sami, własnymi rękami, to mamy na celu jakąś przebudowę, gruntowne (dobre słowo) zmiany.
Znów odwołam się do budowlanych skojarzeń – na miejscu walącej się chatki może powstać luksusowy apartament. Ale nie zrobi się apartamentu z chatki, trzeba ją najpierw wyburzyć.

Fantazjuję sobie więc o kraju, w którym odwołano rząd, powołano nowy, złożony głównie, a może nawet z samych tylko „nowych” ludzi z nowym spojrzeniem. Fantazjuję o takim państwie, w którym wszystko wybudowano od nowa, spisano nową konstytucję, nowe prawo, nowe ustawy o chociażby szkolnictwie, czy NFZ. Oczyma wyobraźni widzę, jak na znak tych nowych czasów burzą sejm i budują nowy, nowoczesny, przystosowany do XXI wieku. I nie, nie na Wiejskiej, bo w tych nowych czasach rozumiemy czym jest duma narodowa i (bez obrazy dla wsi) nie kojarzymy ze sobą gnojówki i głów rządzących.

Ktoś może powiedzieć, że ludzie się nie zmienią. Ja patrzę w historię i widzę momenty przełomowe, w których zmiana ustroju, czy też otoczenia wpływała diametralnie na ludzi. Moim zdaniem Polska potrzebuje właśnie takiego momentu przełomowego.
Nawet za cenę odgryzienia sobie łapy.

Musimy tylko zdać sobie sprawę, że to możliwe. A jesteśmy w dobrej sytuacji, będąc polakami. Zjednoczenie w sprawach narodowościowych zawsze szło nam łatwo.

Na koniec coś do odsłuchania… myślę, że bardzo z dzisiejszym tematem zbieżne.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=BzxXfsogf0w[/youtube]

Słuchajcie głosu Trójłapego, choć z daleka:
Krew szybko wsiąka w ziemię, strach zabija czas!
Słuchajcie bracia! Wyje do was wilk – kaleka,
Trzeba odrzucić to co w nas zniewala nas!
I po dziś dzień naganiacz, strzelec, czy kłusownik,
Przyzwyczajony do czytania tropów map,
Przez zęby mówi – Oto jest wilk wolny!
– Kiedy na śniegu ujrzy ślady trojga łap!

Ja, bóg.

 

Oczywiście, tytuł tego wpisu jest prowokujący (jak to tytuły bywają). Nie ma tu miejsca na samozachwyt, a jedynie rozważania wynikłe z koncepcji, która od paru(nastu) dni chodzi za mną i nie chce się odczepić. Jak tak – mówię sobie – muszę o niej napisać. To się odczepi.
Mam nadzieję.

Była taka książka, czytałem ją dobre dziesięć lat temu. Autor tej powieści Science Fiction posłużył się koncepcją jakoby świat przedstawiony był prawdziwy, a czytelnik mógł na niego wpływać i postrzegać realnie. Nie, nie mówię tu o „Niekończącej się historii”. W książce o której mowa bohater w końcu odkrywa, że coś albo ktoś go obserwuje, a my odkrywamy – że to my jesteśmy obserwatorami. Ciekawe uczucie, kiedy postać literacka prosi cię, byś nie przekładał kartki, gdyż na następnej stronie jego żona umiera. Błaga, krzyczy… przyznam się, miałem chwilę wahania.
(Jeśli ktoś kojarzy tytuł tej książki, będę wdzięczny za informacje. To była dobra powieść, zapadła w pamięć. Ale ani autora, ani tytułu nie pamiętam)

To, co mi chodzi po głowie jest innej zgoła natury, choć podobne. Pomyśleć, a gdyby tak pisarz – każdy pisarz – mógł tworzyć (nieświadomie) całe światy i jego historie działyby się naprawdę w jakiś alternatywnych rzeczywistościach, czy może pod-rzeczywistościach? Cała rzesza ludzi byłaby winna morderstw (nieświadomych), czasem ludobójstwa a nawet wielu końców świata. Coś takiego w ludzkiej mentalności byłoby nieopisanym wręcz przestępstwem i aby taki pisarz mógł działać trzeba by było przyrównać go do boga – bo i boskie miałby umiejętności, w tej skali byłoby to już zwykłą „codziennością”, potrzebą a nawet musem. Sensem istnienia.
Całkiem ciekawie jest też spojrzeć przez pryzmat tego na szmiry typu „Zmierzch”.
Całe to myślenia otwiera wrota do koncepcji multi-świata być może naprawdę nieskończonego, z multi-bogami w dodatku. I pytaniem nowym – w zastępstwie o istnienie boga – czy jest gdzieś „pierwszy”?
Zaś odwracając perspektywę stawiamy pytanie, czy i my jesteśmy tworami jakiegoś boga, demiurga, twórcy (tfórcy), poety albo grafomana, nieświadomego nawet w pełni dzieła swojego stworzenia, a co dopiero naszej w nim obecności.
Boga-człowieka.

I kim w tym wszystkim jest przewracający kartki czytelnik?

 

Coś nastrojowego na koniec.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=fpWNimba344&feature=fvst[/youtube]

Zew dziczy

 

Podróżowałem od czasu, kiedy nauczyłem się chodzić. W wieku lat sześciu razem z dziadkiem odbywaliśmy  wielogodzinne wycieczki po górskich lasach na Orawie. Ale tak naprawdę podróżować zacząłem dopiero niedawno – gdyż odbywać się to zaczęło na innych zasadach; umiłowaniu wolności, częściowym wyrzeczeniu rzeczywistości i chęci zagubienia.

Udało mi się. Gubiłem się wielokrotnie w ostępach polski. Oglądamy programy Cejrowskiego z zapartym tchem, ale nawet nie przypuszczamy, że parę kilometrów od naszego miejsca zamieszkania są rzeczy o wiele ciekawsze. Inni ludzie, inna społeczność, inny świat.

Byłem już w Rohanie, Mordorze, Shire. Widziałem Minas Thirith. Podziwiałem Mroczną puszczę. Kosztowałem wody z elfickiego strumienia. I nie potrzebowałem do tego Nowej Zelandii, a jedynie pięciu dni wędrówki. Pieszej. Z plecakiem na grzbiecie i przyjaciółmi u boku.

Zawsze odbywa się to podobnie; choć każda wyprawa wyzwala doświadczenia których przekreślić nie mogę, nie jestem, ani nigdy nie będę „starym wyjadaczem”.
Wyruszamy z rana. Plecaki, kostury, namiot i prowiant. Przełom następuję przed pierwszym krokiem. Kierujemy się albo w lewo, albo w prawo, prosto, czy też w tył.

I tyle. To proste. A już pierwszy krok budzi trzepotanie serca.
I gubię się w tej polskiej dziczy. Na parę dni przestaję istnieć dla świata… nie, inaczej. Na parę dni zaczynam naprawdę istnieć. Doświadczam wolności, której zawsze pragnąłem. Odrzucając technologię, hipokryzję świata i te „społeczne normy”, będące jedynie pianką na mocno nagazowanym piwie rzeczywistości.

Idea jest piękna. Ale ktoś może zapytać, czemu – skoro taki jestem mądry – nie zrobię jak Chris McCandless?
A ja na to – może kiedyś. Supertramp aby odrzucić świat, musiał go całkiem znienawidzić. Ja nie potrafię.

Powrót do domu po dobrej włóczędze jest jedną z jej piękniejszych części. A przecież wiadomo, że to nie na długo. Znów wezwie mnie dzicz, bym się zgubił – bym się odnalazł. Odpoczął.

Tego odpoczynku, podróży bez mapy, pieniędzy i rozsądku, nie zastąpi mi nic i nikt.

 

Zimową porą tęsknię za tym, co jakiś czas chwytając w ręce swój kostur, czując pod palcami wygładzoną powierzchnię drewnianego uchwytu.
Znów chcę powrócić na krawędź – załamanie światów pomiędzy cywilizacją a rzeczywistością.

Myślę też o przyszłości (odległej), kiedy doświadczenie pozwoli mi przenieść wrażenia na papier, by powstało „Na krawędzi„.
Teraz czas wracać do pisania. Jedyny, chyba, ratunek.

 

Tymczasem, ku pamięci bohatera i wielkiego podróżnika:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=3tdQx4Y3I2c[/youtube]

Jak umilić sobie zimę

 

Wiatr i mróz smagają świat za oknami. Stare okna przepuszczają chłód, piecyki ledwo dyszą. Nawet mój kaflowy, który – dzięki swoim umiejętnościom – zwie się Mefisto, ciągnie na ostatnich grzałkach. Kiedy wyglądam na ulice, na termometrze kreska opada na -16 stopni. W środku miasta.
Nie, żeby mi to przeszkadzało.

Ten czas jest idealny na książkę. Dobrą powieść, którą odkładałeś już zbyt długo – bo praca, bo szkoła, bo studia, bo obowiązki. Nie. Jest środek zimy – tej dobrej, z mrozem i śniegiem (choć tego jak na lekarstwo niestety). Ogrzać nas może słowo i odpowiedni nastrój.

Proponuję Ci dwie drogi – jedną jest ogień, drugą woda. Każda prowadzi do miejsca, w którym się zrelaksujesz. To, co Ci bardziej pasuje, to już Twoja sprawa, prawda?

 

Osobiście preferuję wodę, więc… na niej skończymy. Ogień. Ciepły, ujarzmiony, pachnący drewnem i dymem. Jeśli nie masz kominka, oferuję Ci namiastkę (jeśli masz, to co, u ciężkiej cholery tu jeszcze robisz?!)… wystarczającą do odpowiedniego nastroju.

Po pierwsze włącz sobie to wideo, zapętl na jakiejś playliście YT ( osobiście robię osobną, z dwoma tymi samymi nagraniami i daję opcję zapętlenia) i włącz pełny ekran.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw&feature=related[/youtube]

To samo zrób z tym plikiem:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

A teraz książka, łóżko lub fotel, kołdra i… nie czytaj już dalej. Po prostu baw się dobrze.

 

A teraz – jeśli wybrałeś wodę (masz u mnie wielkiego plusa), proponuję Ci tą stronę:

www.rainymood.com

I dobrze Ci już znany plik, który zapętlasz:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

 

I tyle. Jeśli nie masz już uśmiechu na twarzy, to jestem bardzo zdziwiony. Masz? No to…co Ty tu jeszcze robisz?
Miłej zabawy :)

I co teraz?

 

Jak było do przewidzenia – „nasz” rząd, nie bacząc na setki tysięcy głosów mówiących stanowczo „nie” i wczorajsze manifestacje (we wszystkich miastach było ok 100 tyś. ludzi, w samym Krakowie 15 tyś.) podpisał dzisiaj w ACTA.

Już samo to wydaje się oburzające, biorąc pod uwagę ustrój, który przypisuje się Polsce. Już wisienką na torcie staje się fakt, że wedle ustaleń, kraje członkowskie UE miały czas na podpisanie ACTA do 31 marca 2013 roku. Mało tego – nie ma wymogu podpisania tego dokumentu.
Pytanie jest więc oczywiste – dlaczego tak się pospieszyliśmy?

Szczerze? Nie rozumiem. Jaki cel miał w tym  Donald „Jeszcze Premier”  Tusk? Jaki cel miał w takim działaniu rząd? Jako zwyczajni ludzie – sami sobie zaszkodzili. Więc? Naciski ze strony USA? Obietnica ciepłej posadki po wszystkim? Wkraczamy na niebezpieczny grunt teorii spiskowych, które teraz będą się mnożyły.
Nie jestem znawcą prawa, ani tym bardziej polityki. Być może istnieje wytłumaczenie, ale ja go nie widzę. Nie, bez sięgania to teorii spiskowych.

Tymczasem przeraża mnie dezinformacja. Podczas trwania protestów ktoś ewidentnie kontrolował media. A że żyjemy w Polsce, gdzie rządzący nie przeprowadzają – nigdy nie przeprowadzali – takich akcji umiejętnie, sam fakt kontroli widać jak na dłoni. Ponoć na jednej z manifestacji doszło do zamieszek. Media mówią o rzucaniu kamieniami. Jak się okazuje, cała sprawa miała miejsce już PO manifestacji. Ot, zebrało się paru kiboli. Przy takiej rzeszy osób było to do przewidzenia. Jestem wręcz pod wrażeniem, jak spokojnie to wszystko się odegrało. Ludzie pokazali, że im zależy.

Pomijam już takie kwiatki jak usunięcie tysięcy komentarzy internautów ze strony Kancelarii Premiera na Facebooku, czy listę podmiotów, z którymi „konsultowano” ACTA.

 

Pytanie, które zadaję w tej chwili, to – co teraz?
Minie jeszcze trochę czasu, umowa musi zostać ratyfikowana. Czy potem zaczną się kłopoty? Zobaczymy. Wedle konstytucji my, ludzie, możemy przejąć władzę. To znaczy – jeśli nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele nie działają w naszym interesie.
Czy będzie nas stać na taki krok?

Tu już chyba nawet nie chodzi o ACTA. Sam dokument może być zapalnikiem odkorkowującym gaz niezadowolenia społecznego z ostatnich lat działań nie tylko tego rządu, ale całej areny politycznej.

 

Dziś widzę dwie, skrajnie od siebie różne drogi:

Jedna z nich, to wolne uspokajanie się tłumów. Miną tygodnie, a ACTA będzie tematem memów i słabych przypomnień. Ogień rewolucji ma to do siebie, że płonie jasno, ale szybko się wypala. Za dwa, trzy miesiące mało kto będzie się już tym zajmował. Kiedy dojdzie do wyborów, ktoś wspomni o całym fakcie, przypomni ACTA, ale w telewizji niczego nie podadzą. PO będzie straszyło Kaczyńskim i PIS, albo damy sie przekonać, albo nie. W każdym razie sytuacja sie powtórzy. Afery i wojna między PO a PIS – bez znaczenia kto będzie za sterami. Bo przecież inne opcje polityczne nie istnieją. Nikt nie zagłosuje na kogoś „kto i tak nie wygra, bo ma za mało poparcia”.
Potem wszystko potoczy się już samo. Będzie nam źle, będziemy wygrażać rządowi, opozycji i słuchać jak to źle na świecie się dzieje w telewizji (choć o tym, że obywatele Islandii obalili swój rząd się nie dowiemy. Te rzeczy mogłyby wzbudzać niepotrzebne niepokoje ). Szara, polska rzeczywistość. No, może poza tym, że od czasu do czasu kogoś będą zamykać za piractwo. Niekoniecznie tego, kto piracił. Ale o tym też nie musimy wiedzieć.
A poza tym? Będzie do bólu normalnie.

 

Druga droga jest krótsza – ACTA jest tylko zapalnikiem. Do świadomości ludzi docierają też nowe uprawnienia kontrolerów NIK (Najwyższej Izby Kontroli).

Dla przypomnienia, lub też informacji – projekt ustawy, który został już zaakceptowany i która wejdzie w życie w czerwcu pozwala kontrolerom NIK zbierać informacje ze wszystkich dziedzin naszego życia. Rzecz jasna, by lepiej nas chronić przed nami samymi. W tym preferencji seksualnych, pochodzenia rasowego, preferencji politycznych i wyznaniowych, nałogów, stanu zdrowia, czy – błahostka – informacji genetycznej.
A wszystko dlatego, obywatelu, że jesteś zbyt głupi. Dlatego państwo musi Cię trzymać za główkę i inwigilować na wszelkie możliwe sposoby. Byś przypadkiem głupstwa nie popełnił. Dla Twojego dobra. Idioto.
Koniec dygresji.

Płomień rewolucji nie tylko nie gaśnie, ale i jest podsycany. Ludzie mają dosyć. Wszystko zlewa się w jedno, Smoleńsk, krzyż, afery korupcyjne, ACTA, NIK, kłamstwa i machinacje. Do jednego wora. Nikt nie patrzy, czy to ma sens. Dosyć, po prostu dosyć. Anonimowi powielają ataki, wyciągają niewygodne dla rządu informacje na światło dzienne. Odtajniają najtajniejsze z akt. Ten był agentem, ten donosił, tamten manipulował, inny łapówkarz, a co do prezydenta…
W końcu zbiera się garstka zapaleńców, być może podkładają bomby, albo idą z bronią pod sejm. Oczywiście zostają szybko i krwawo spacyfikowani. Wybuchają zamieszki. Ktoś nie wytrzymuje. Pada rozkaz. Do gazu pieprzowego i armatek wodnych dołącza się ostra amunicja…
Rząd zostaje obalony. Krwawo, lub też w sposób bardziej pokojowy – podaje się do dymisji. Nowe ustawy, nowa władza, być może nowa konstytucja. Mimo ofiar – swoiste katharsis.
Ale za jaką cenę?

 

A może zupełnie inaczej? A może wymieszanie się tych dwóch wizji, swoisty złoty środek? Popadłem w skrajności specjalnie, dając upust wyobraźni. Rzeczywistość – jak zawsze – zweryfikuje. Jeśli będzie ku temu powód, jeśli ACTA zmieni naszą rzeczywistość w ten gorszy sposób, wezmę udział w protestach. Będę walczył o wolność. Jeśli nie, nie zagłosuję ani na PO ani na PIS – jak zawsze. Mam inne poglądy.
Jedno jest pewne – nie zapomnę.

A w tej chwili?

Czekam.

 

Na koniec – całkiem ciekawy kawałek. Polecam odsłuchać.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=F2fYUMWZLL0[/youtube]

Page 2 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén