Kategoria: Świat (Page 1 of 2)

Co nam mówi wczorajszy dzień?

pytania topka

Jesteśmy tak skonstruowani – by ciągle szukać odpowiedzi. Te zwykle kryją się gdzieś za horyzontem. I dobrze! Bez tego nie byłoby ani Homo Sapiens, ani cywilizacji. Dosyć ironiczne, że to szukanie celu jest w istocie celem życia. Dosyć ironiczne, że czasami najlepszymi odpowiedziami okazują się być pytania. 

25 maja 2014 roku jest chyba jednym z bardziej zauważalnych dni. Na pewno bardzo emocjonującym, dla Polaków i mieszkańców Europy ogólnie. Dla nas z dwóch powodów – po pierwsze, umarł ostatni komunistyczny dyktator naszego kraju. Po drugie, nic tak nie emocjonuje ludzi, jak polityka. Poniekąd słusznie – przynajmniej do pewnego stopnia.

Ale do rzeczy – nie mam zamiaru się rozpisywać. W końcu mam postawić pytania:

Pytanie pierwsze:

O czym nam mówi fakt, że czwartą siłą polityczną w Polsce okazał się Kongres Nowej Prawicy? 

Przypomnijmy – zwalczany, wyśmiewany, ignorowany, w końcu – bombardowany ze wszystkich stron i wszelkimi znanymi sposobami. Już nawet nie patrząc, czy jest to sprzeczne z etyką dziennikarską, lub jakąkolwiek. Obrażany, dyskredytowany, bity, wyśmiewany, zakrzyczany i poddawany manipulacjom na szeroką skalę. Otwarcie niszczony przez media, histerycznie tłuczony przez wszystkie inne siły polityczne kraju KNP dostaje ponad 7 % poparcia i wchodzi do Parlamentu Europejskiego. O czym to świadczy?

Pytanie drugie:

O czym nam mówi fakt, że KNP nie będzie w PE sam? 

Szersze spojrzenie. Eurosceptycy okazują się być trzecią siłą polityczną w całej Europie. Póki co KNP i parę podobnych partii nie jest liczonych w poczet tego zgromadzenia – z racji bycia nowymi i niezrzeszonymi. Partie, które są liczone – to właśnie trzecia siła polityczna, czekająca na zasilenie „nową krwią”. W socjalistycznej Francji eurosceptycy i wielbiciele wolnego rynku wygrali w wyborach, całkowicie deklasując przeciwników. W Wielkiej Brytanii Nigel Farage umocnił swoją pozycję. W Danii – znów wygrana. We Włoszech eurosceptycy są drugą siłą, w Niemczech weszli do PE, w Rumunii liberałowie okazali się drugą siłą. Ba, nawet w Szwecji dostali mandaty. Wobec powyższego, w Parlamencie Europejskim zaroiło się nagle od… przeciwników Unii i zwolenników wolności. O czym to świadczy?

Pytanie trzecie:

O czym nam mówi fakt, że umarł Wojciech Jaruzelski? 

A w zasadzie – co nam mówią reakcje? Czy odbędzie się cichy pogrzeb i będzie mały grób, oraz wzmianka w mediach, czy – tak, jak chce Leszek Miler – żałoba narodowa, a w konsekwencji zapewne materiały medialne pełne smutku, żalu i współczucia, a potem pogrzeb z honorami? Co nam powie (i o kim) wczorajszy dzień w konsekwencji tego wydarzenia?

Pytanie czwarte i ostatnie:

O czym nam mówi fakt, że frekwencja wyborów w Polsce wyniosła 22,7 %? 

Dodajmy, że w całej Unii Europejskiej nie przeskoczyła progu 50%. Ilu zagłosowało i kto później podniesie największy krzyk, jeśli coś nie będzie tak, jak „być powinno”? I nade wszystko (i tym też pytaniem zakończę) – czy to jest właśnie ta demokracja?

O Polaczkach Cebulaczkach

cebulaki

Jak cię widzą, kiedy jesteś polakiem? Jako złodzieja? Pijaka? Biedaka, zabierającego robotę uczciwym obywatelom, tylko dlatego, że dla ciebie psie pieniądze, to fortuna, jakiej nie zarobiłbyś w kraju? Kiedyś czytałem wywiad z pewną dziewczyną, której wstyd było się przyznać do narodowości – nie dlatego, że ktoś źle polaków postrzega, ale dlatego, że sami siebie źle postrzegają. A skoro tak swojego kraju i innych polaków nie kochają, to coś musi być na rzeczy. Polska musi być straszny krajem, a Polacy (może nie ten, ten to całkiem sympatyczny gościu) to straszni ludzie. 

Dosyć zabawny wydaje mi się fakt, że kiedy ktoś z zagranicy przyjeżdża do nas, bardzo staramy się, by okazać mu gościnność, nie urazić go, pokazać się z jak najlepszej strony – bo wstyd. Kiedy z kolei „my” jesteśmy „tam” też chcemy pokazać się w jak najlepszym świetle. Bardzo surowo oceniamy polityków, ponieważ robią nam „wstyd” na arenie międzynarodowej. Cokolwiek robią nasi artyści, mamy zwykle to w dupie, póki nie wyjdzie poza granice naszego kraju – wtedy zaczynają zbierać baty – bo wstyd. W zasadzie wydawałoby się, że chcemy zrobić cokolwiek, by inne narody nas po prostu lubiły. Taki (zupełnie przecież zrozumiały) mechanizm. Polak musi być najlepszy – a przynajmniej o polaku ma się tak mówić.

A tymczasem nikt tak polaka nie nienawidzi, jak drugi polak.

Jakieś dwa dni temu Hugh Laurie na swoim twitterze powiedział, że rosyjska wódka nadaje się tylko do przemywania zlewów, zaś polska czysta jest najlepsza na świecie. Nie czytam twittera Lauri’ego, skąd zatem o tym wiem? Ponieważ w parę godzin napisały o tym Gazeta Polska, Wprost, WSieci, Onet, Interia, o2, Wykop (…). Wczoraj wieczorem wicepremier Beńkowska broniąc PKP w TVN-ie przyznała, że dwa pociągi zamarzły, zaś pozostałe 3998 dojechały do miejsca przeznaczenia. Nie wdając się w słuszność dyskusji, która odbiegła od tematu – tj. fatalnego działania zarządu PKP w obliczu awarii (ludzie zostawieni na lodzie, bez zadośćuczynienia, jedzenia i wody), od dziś rana Beńkowska atakowana jest, ponieważ przyniosła Polsce wstyd na arenie międzynarodowej i wszyscy się z nas śmieją. Jeszcze lepszym przykładem było pamiętne pobicie biednych marynarzy meksykańskich przez kiboli Ruchu na plaży, czego skutkiem polski rząd przez parę dni przepraszał cały świat, zupełnie pomijając fakt, kto zaczął i o co poszło. Jeszcze lepszym przykładem było spalenie budki koło ambasady Rosji – tu też polska padła na kolana, zgięła się w pokłonie i z płaczem lizała stopy Rosji.

Przykłady można mnożyć. Wniosek nasuwa się sam – polska stała się popychadłem narodów. I jest to wniosek błędny, bo należałoby powiedzieć – z polski zrobiliśmy popychadło narodów. My, Polacy.

Zastanawiam się często, dlaczego tak jest, że jako naród cierpimy na zanik własnej wartości do tego stopnia, że możemy zaobserwować przypadki autoagresji. Już nikt nas nie musi osłabiać, podbijać, nikt nie musi bombardować naszej ekonomii – sami to robimy. W poszukiwaniu lepszego życia, czy też po prostu – życia godnego, z kraju uciekło pół narodu i mało kto wraca. Ci, którzy zostali biegają od granicy do granicy jak zapracowane mrówki, dzieląc się na dwa (lub więcej) obozów i zagryzając się wzajemnie. Ci, którzy siedzą za granicą często odcinają się od polskości, tęskniąc za domem – owszem, ale jednocześnie nienawidząc „polaczków cebulaczków” z całego serca. Dlaczego?

Myślę, że określenie „cebulaczki” wykuli właśnie emigranci. Być może właśnie dlatego, że wyjechali – zakosztowali innego życia, innego świata. Innego myślenia. Nagle znaleźli się w kraju, w którym ludzie są dla siebie uprzejmi, mili, w którym urzędy działają szybko, a odpowiedzi na maile od instytucji dostaje się nawet tego samego dnia. Gdzie, jeśli chcesz coś załatwić i dostajesz odpowiedź odmowną, to ją dostajesz, a nie zostajesz wrzucony do kosza i czekasz, tracąc nadzieję.

Myślę, że wiele emigrantów odczuwa coś w rodzaju poczucia mściwej satysfakcji z wygranego życia, jednocześnie tęskniąc przecież za polską, polskimi tradycjami i zwyczajami, których na obczyźnie nie rozumieją. Myślę, że to poczucie wprowadza w swego rodzaju dysonans. Niektórzy muszą się wyładować, co prowokuje agresję w stosunku do „przegranych” – czyli tych, którzy zostali w kraju i na wysokich stanowiskach zarabiają podobnie, jak zamiatacz ulic, a żyją gorzej. I tu – przypuszczam – jest część prawdy o tym, dlaczego polak polaka nienawidzi.

Gdzie znajduje się następny fragment układanki? Być może w historii.

A może to było tak? 

Zastanawiam się, jak może nie być „u nas” źle, kiedy, cóż, żyjemy w Polsce? – i to byłby obraz przeciętnego komentarza internetowego, gdyby go nie rozwinąć. Żyjemy w Polsce, a to oznacza, że przez nasz kraj w dosyć krótkich odstępach czasu przetoczyły się dwie wojny światowe, wybijając większość inteligencji, paląc biblioteki, zatrzymując rozwój, który tymczasem kwitł (tak, jak to rozwój kwitnie w czasie wojny) w USA, Niemczech, Rosji…

Żyjemy w Polsce oszukanej – najpierw przez „sprzymierzeńców” którzy kierując się swoim interesem nie pomogli w ’39 roku, potem przez tych samych „sprzymierzeńców” – w Jałcie, kiedy Churchill pozwolił Stalinowi zorganizować „wolne wybory”, a tym samym zniewolić nasz naród. Kierując się dalej – a jakże! – interesem swoim i swojego narodu.

Żyjemy w Polsce po chemioterapii – osłabionej długim i wyniszczającym rakiem komunizmu. Komunizmu, przez który naród zatracił poczucie własnej wartości i nauczył się patrzeć na błyszczący Zachód, który w czasie, kiedy my byliśmy wyniszczani, pławił się w coraz większych powojennych luksusach, glorii i chwale zwycięstwa.

Żyjemy wreszcie w Polsce patologicznej – skołowanej, miękkiej, na kolanach, jak kurwa narodów uzależnionej od innych, nie mającej wartości – albo lepiej, nie znającej jej i nie chcącej znać. W Polsce autoagresywnej, wyniszczającej się od środka, w miarę jak odpływają siły i na Zachód, do lepszych krajów, odjeżdżają autokary pełne ludzi stających przed wyborem „miłość do ojczyzny albo godne życie”.

Żyjemy w Polsce demokratycznej, w której demokracja się nie narodziła, ale została zaszczepiona, jako obietnica lepszego życia po 89 roku. Demokracja, która została zbudowana na gruzach, na niepewnym gruncie i przez ludzi, którzy tylko naśladowali „umiłowany zachód”. Demokracja, która ma ledwo ponad 20 lat, dziecko w zasadzie, wrzucone na głęboką wodę. Demokracja która jest, ponieważ nie ma lepszej alternatywy. Bo tak jest lepiej, niż było. Co wcale nie znaczy, że jest dobrze.

Dlaczego zatem? 

Ciągle zastanawiam się, dlaczego zatem Polacy tak bardzo siebie nienawidzą. Za historie, czy przez historię? Za to, że by godnie żyć muszą pracować w trybikach ekonomii krajów, które wcześniej Polskę zdradziły i ze wzruszeniem ramion zrobiłyby to podobnie, za co nie można ich winić, bo działają we własnym interesie?  Czy może za to, że to właśnie te kraje były przez ostatnie parędziesiąt lat synonimem słowa „utopia” – utopia, do której jedziesz po to, by zostać robolem i żyć lepiej, niż udałoby ci się to w kraju. Grecka tragedia się chowa.

Czy wreszcie – nienawidzimy siebie za to, że wiemy o tym wszystkim, czy że o tym nie wiemy? A może są jeszcze inne powody, o których nie pomyślałem – bo pewnie są. Nienawiść to bardzo złożone uczucie.

Paradoksalnie (jakby było tych paradoksów mało) bycia polakami możemy się nauczyć przyswajając niektóre zachodnie wartości – takie, jak właśnie poszanowanie własnego narodu, kochanie kraju, zamknięcie na wpływy i odzyskanie wartości.

Ale do tego trzeba czasu, podejrzewam, że nawet śmierci i narodzin kilku pokoleń. I oby w tym czasie wojny i zbrodnicze systemy przewalały się przez inne kraje, zostawiając Europę środkową w spokoju. Może wtedy znów odnajdziemy sens w słowach „będziem polakami”.

Ludziki w akwarium – Czyli o „Pod Kopułą”

 

Od czasu premiery serialu na podstawie książki Stephena Kinga wyszło siedem odcinków. Powiedzieć jednak o tym dziele, że jest „na podstawie” książki, to trochę za wiele, bo doszło do pewnych… rozbieżności, które nawet sam King skomentował w liście do fanów, podkreślając, że fabuła „pod kopułą” wcale się nie zmieniła – bo przecież książka dalej tam, na półce, stoi. A serial przecież książką nie jest.
King ma absolutną rację. Pisząc o serialu nie będę zwracał uwagi na przekłamania względem książki. Może to i dobrze, bo gdyby tak było, dosłownie kopałbym leżącego. 

Jeszcze zanim zacznę – ten tekst zawiera spoilery, więc jeśli nie jesteś na bieżąco i nie chcesz wiedzieć ode mnie tego,  co chcesz wiedzieć z serialu… nie czytaj. Tak tylko ostrzegam.

Do rzeczy. 

Jeśli czytasz, prawdopodobnie nie muszę Ci streszczać fabuły serialu – jednak dla tych, którzy mają gdzieś spoilery mogę nakreślić sytuację: Oto z nieba spada przezroczysta, niezniszczalna kopuła, zamykając pod sobą małe miasteczko. Wkrótce przybywa armia, otaczając kordonem kopułę. Pomysł – przyznasz – przedni. Idealne poletko do pokazania psychologii bohaterów, zamkniętych w pewnej przestrzeni, walącej się infrastruktury miasta, chaosu, armagedonu, zgrzytania zębów i zębów tych wybijania. W dodatku, rzecz dzieje się w USA, a to oznacza dużo, dużo broni będącej w posiadaniu większości społeczeństwa. Cud, miód i orzeszki. A fani Gothica odprawiają orkowy taniec szczęścia.

Niestety, choć scena i teatr piękny, a warunki znakomite – do sukcesu potrzeba czegoś jeszcze – dobrego scenariusza i co najmniej dobrych aktorów. Nad scenariuszem miał czuwać sam King, ale tak sobie myślę, że poklepał tylko głównego scenarzystę po ramieniu i poszedł dalej pisać książki.  A do tego dochodzą jeszcze aktorzy, których producenci wytargali chyba za uszy z kółka teatralnego (co jest ciekawe, bo wśród producentów wykonawczych widnieją nazwiska King, Spielberg czy Bender).

Ale do rzeczy – zaczniemy od głównego problemu wątku głównego – Kopuły. Ludzie nie wyglądają na przestraszonych kiedy spada. Owszem, dostajemy parę mrożących krew w kałuży scen wypadków, jak zderzający się „z niczym” samolot, czy rozgniatający się na „niczym” samochód. Amerykanie obserwujący wypadek samolotu (jak się okazuje – główni bohaterowie serialu) stoją sobie dokładnie pod miejscem, w którym samolot wpada na kopułę i z rozdziawionymi ustami obserwują kulę ognia. Owszem, dla zaznaczenia, że spadają szczątki Barbie (główny laluś, twardziel i idealna postać do RPGa) ratuje jedną osobę, ale pozostałe fragmenty spadają dziwnym trafem nikogo nie raniąc… a w zasadzie są prawie że pominięte. Dalej mamy scenę z przeciętą na pół krową, która wygląda jak wnętrze hamburgera, bo coś dziwnego stało się z jej wnętrznościami, których… nie ma.
Ale to błahostki. Nastrój uwięzienia serial stara się budować stwierdzeniem Dużego Jima (najpotężniejszej postaci w miasteczku)  „jesteśmy uwięzieni”, które przechodzi nawet do czołówki serialu. I… to w zasadzie tyle. Ludzie rozchodzą się do domów, statystom zapłacono, na planie zostaje garstka aktorów.  Na lekki powiew paniki musimy poczekać parę odcinków, kiedy twórcy pokazują nam scenę grabieży sklepu. Znikąd nagle dowiadujemy się, że skończyło się jedzenie. Stąd odnoszę wrażenie, że stało się to nagle i bez uprzedzenia. I nagle amerykanie zdali sobie sprawę, że pieniądze nic nie znaczą i postanowili działać. Nikt jeszcze nie zaczął głodować, nikt nawet z tego głodu nie zemdlał (a przynajmniej serial nam tego nie pokazuje) –  nagle ludzie się wkurzają i po otwarciu sklepu zaczynają się zamieszki. Nie wywołane też niczym szczególnym, po prostu scenarzysta postanowił sobie – O, a tutaj będą zamieszki. Ludzie będą wkurzeni. Kropka.

A potem znowu rozchodzą się do domów, by grzecznie siedzieć pod kopułą, w międzyczasie parę razy stojąc kręgiem podczas przemówień Dużego Jima. Ba, nawet scena, w której znikąd pojawiają się ich krewni, zamiast być wzruszająca – nudzi. Mimo rzewnej muzyczki, widzę tylko dwie grupy statystów machających do siebie.

Bardzo trudno się pisze taki tekst bez odwołań do książki Kinga – bo tam, jeśli coś się działo, miało swoje wyjaśnienie. Już sam fakt komunikacji Barbie -> Wojsko wyjaśniał bardzo dużo, w serialu mamy tylko przechwytywane komunikaty wojskowe przechwytywane dzięki grubej pani geniusz z rozgłośni radiowej. A rzeczy się dzieją nie dlatego, że prowadzi do nich ciąg przyczynowo skutkowy, ale dlatego, że „tak ma być”.

Być jak srajtaśma.

Wkurza, naprawdę wkurza papierowość zarówno bohaterów, jak statystów, którzy zamiast tworzyć szalejące tło, czasami wychodzą za bardzo na pierwszy plan. Kopuła opadła? No to jesteśmy zamknięci. Woda się kończy? Duży Jim się przejmuje, ludzie mają gdzieś. Rząd wysyła na nas wielki pocisk, który prawdopodobnie nas zabije? Posiedzimy chwilę z markotnymi minami, dwie, czy trzy osoby pochlipią, a potem, po wyjściu ze schronu gdzieś znikniemy (pewnie znów w domach)!

Ale to statyści, nie wymagajmy od nich zbyt wiele. Zajmijmy się głównymi bohaterami – Julią Shumway i Barbiem. Barbie ma tajemnice – zabił męża Julii. O tym, że kłamie, dziennikarka (która ANI RAZU jeszcze nie pracowała, jeśli nie liczyć jednej, bardzo krótkiej sceny – dla akcentu) dowiaduje się bardzo szybko. Oczywiście, tylko tyle, że Barbie nie wyjawił jej, iż miał coś wspólnego z jej mężem za którym bardzo, ale o bardzo tęskni (Julia, nie Barbie. Choć Barbie czasami też wygląda, jakby tęsknił), chociaż ten ją zdradzał. I po krótkim dąsie co robi – IDZIE Z NIM DO ŁÓŻKA. Nie, żeby była między nimi jakaś chemia. Nie, po prostu scenarzysta napisał: A tutaj Barbie i Julia zaczynają się całować i idą uprawiać seks.

Dobrze,  ale tak się czasami zdarza – ludzie lubią seks. Przyjrzyjmy się następnej „parze” – oto Angie i Junior – syn Dużego Jima. Angie zabawia się z Juniorem, by potem powiedzieć mu, że było dobrze, ale ona go nie kocha. Kiedy spada kopuła, Junior wariuje i stwierdza, że to przez nią właśnie Angie już nie darzy go uczuciem. Zamyka ją w bunkrze koło domu, gdzie nasza bohaterka siedzi przez większość odcinków. Co jednak robi, kiedy zostaje uwolniona i dochodzi do konfrontacji z Juniorem? Nie, nie ucieka. Ona przy nim zostaje, głaszcząc go i się nad nim litując. Dopiero potem uzmysławia sobie, że wypadałoby uciec.

Nikt nie zrozumie kobiet.

Z Angie jest zresztą związana jeszcze inna sprawa – nie jest jedynaczką. Kiedy spada kopuła, jej brat wie, że jego siostra jest gdzieś w mieście. Co robi? Podrywa dziewczynę. Nie, stop. Dziewczyna podrywa jego, bo razem mają ataki padaczki, podczas których bredzą o różowych gwiazdach – co ma związek z kopułą, oraz machają dziwnie rękami. Absolutnie, wcale ale to wcale nie widać, że grają.
No dobrze, ale mija parę odcinków, czy w trakcie nich Joe choć raz próbuje znaleźć swoją siostrę? NIE. Pyta się tylko paru osób, czy ją widzieli, tak mimochodem, ponieważ akurat ich napotkał. Znów – dla zaakcentowania jego troski.

Sama Angie zresztą także nie żywi jakiś bliższych uczuć do brata. Kiedy wychodzi, pierwsze co robi zaraz po głaskaniu swojego oprawcy to udaje się do miejscowego baru, gdzie zostaje prawie zgwałcona. Mija… ile, jeden, dwa odcinki, zanim spotyka się z bratem. I znów – spotkanie to jest tylko zaakcentowane w montażu z tandetnym podkładem.

I tak można wymieniać – w zasadzie każdy aktor jest w serialu po prostu aktorem. Widać, jak gra, widać, że gra. Widać, że jest płaski jak srajtaśma i wykonuje dokładnie to, co napisał scenarzysta. Czy o to chodzi? W teorii. Bo w praktyce przydałoby się nieco uczucia. Tymczasem dostajemy film kukiełkowy. Co jednak zaskakujące, najlepiej wypada tutaj główny zły charakter – Duży Jim (złym charakterem miał być jeszcze Junior, obłąkany morderca, ale Alexander Koch wcielający się w jego rolę woli robić słodkie oczka do kamery). Duży Jim zdaje się być całkiem dobrym człowiekiem, mimo, że zdarza mu się być nieuczciwym, ba – nawet zabija miejscowego klechę. I to właśnie to wymieszanie cech dobrych z naprawdę złymi sprawia, że jest postacią pełnowymiarową. Da się zrozumieć, wiemy, jaki jest jego cel i jakie ma zmartwienia. W przeciwieństwie do innych aktorów nie wychodzi w przód i nie opowiada nam swojej roli odprawiając pantomimę – Dean Norris po prostu JEST James’em Rennie.

To czemu oglądasz?

W zasadzie sam nie wiem, czemu dalej oglądam ten serial. Nie, błąd – wiem doskonale. To prawda – wkurza mnie papierowość bohaterów, wkurzają mnie twarze bez wyrazu, półotwarte usta, obowiązkowa muzyczka z montażem na koniec odcinka (nie jestem pewien, czy po raz pierwszy nie pojawiło się to w House’ie), zupełny brak pokazywania ciągu przyczyna-skutek, zupełne zaniedbanie psychologii zamknięcia (czyt. głównej siły serialu!), amerykanie bez większych emocji, schematy (motyw kłamcy, obowiązkowy choć jeden związek homo [pamiętajcie, nie odwołujemy się do książki], obowiązkowa rola przynajmniej jednej ciemnoskórej osoby (nie epizodycznej), sztuczne wywoływanie pobudzającej atmosferę katastrofy [wypadek z ciężarówką wpadającą w wieżę ciśnień = nie ma wody]), wkurza brak logiki i marny scenariusz pisany prawdopodobnie na zasadzie „co by tu zrobić, by fabułę na miniserial (najwyżej) rozwlec na dwa sezony”.

Czemu zatem oglądam? Bo, cholera, zacząłem. A jak zaczynam jakąś historię, to skończyć muszę, takie skrzywienie. Ale bywa i tak, że jeden odcinek oglądam przez dwa, trzy dni.

Pozostaje mi jednak pocieszenie, że to dopiero siedem odcinków. Być może wkrótce czeka nas przełom, jednak póki co aktorzy bardziej chcą pokazać jakie postacie grają, niż je po prostu zagrać, zaś serial chciałby być dobrym, amerykańskim serialem na którego punkcie zwariują tłumy. I będzie tak, pod warunkiem, że dostaniemy więcej kopuły, więcej zamknięcia i strachu, więcej emocji i, Boże, więcej Dużego Jima. Póki co jednak istnieje tylko dlatego, że podpisują się pod nim znane nazwiska.

NIE BĘDĘ

 

Zastanawiam się.

 Zastanawiam się, kto i kiedy dokładnie wymyślił ten idiotyzm, ten czysty debilizm że mam tolerować. Wszystkich i zawsze, bez znaczenia, czy jest czerwony, zielony, bury w kwiatki, czy wymachuje tęczową flagą, krzycząc mi w twarz, że jest homo. W świecie, gdzie wszystko jest w porządku, ścieram radośnie ślinę z policzków i całuję go w policzek. „Toleruję cię” – mówię. – „Popluj na mnie jeszcze, proszę”.

W tym idealnym świecie, w którym wszyscy są szczęśliwi i wszystko jest w całkowitym porządku. Syria znika z mapy świata. Na chwilę, Syryjczycy mają przelotne problemy ze szczęściem, ale to nie potrwa długo. My wiemy, że przecież są szczęśliwi. W Turcji szczęście aż rozlewa się po ulicach, dławiąc ludzi z różowych armatek. Kiedy wchodzę do domu, włączam telewizor i oglądam kolejny odcinek „S jak szczęście”, nie interesuje mnie, co się dzieje na świecie.  Ja to dobrze wiem – na świecie wszyscy są szczęśliwi.

Świat nie jest niestety idealny, a ja nie oglądam telewizji. A że ten świat jest podły, nie jestem też człowiekiem tolerancyjnym i ciągle nie mogę, lub też nie umiem, zrozumieć – kto i kiedy wymyślił, że mam i powinienem tolerować wszystko. Nie chcę tolerować, nie będę. Nie mam zamiaru podchodzić do życia bezkrytycznie – ja zwyczajnie tolerancji nie toleruję.

Nie mam najmniejszego zamiaru nazywać afroamerykaninem murzyna, który w życiu nie widział ani Afryki, ani tym bardziej Ameryki, bo zwyczajnie – jest francuzem.
Nie będę nazywał geja homoseksualistą, tylko dlatego, że ktoś mi tak każe.
Nie będę tolerował geja, którzy narzuca mi się ze swoim gejostwem, zwyczajnie mnie to nie obchodzi.
Nie toleruję wiecznie skrzywdzonych feministek wydających wojnę innej płci, tylko dlatego, że są inne, a chcą być takie same a nawet lepsze.
Nie będę tolerował tolerancji, która każe mi tolerować wszystkich, poza sobą.
Nie mam najmniejszego zamiaru oddawać świata islamskiej nacji i w imieniu tolerancji rezygnować z własnej kultury.

Nie będę podchodził do życia bezkrytycznie, bezmyślnie akceptując wszystko – korupcję, zwyczajnie głupie przepisy i zabijających w biały dzień Muzułmanów. Nie obchodzi mnie, czy jesteś, bądź uważasz się za „tego dobrego”. Twoi ludzie są przeze mnie postrzegani jako śmiertelne zagrożenie. Twoja kultura jest zagrożeniem dla mojej. Twoja moralność jest przeciwna mojej.

Akceptuję to. Nie toleruję. Odejdź w pokoju.

To ty musisz tolerować – to mój dom i moje zasady. Jeśli przyjadę do ciebie, będę musiał tolerować twoje. A ty akceptować moją inność.

Nie będę więc tolerował tego, co mi się nie podoba. Będę o tym mówił i będę krytykował. Świat nie jest idealny, ja nie jestem tolerancyjny.

Nie toleruję też ludzi, którzy wymyślili tą tolerancję, którą teraz krztusi się Europa, nie tolerująca swojej kultury, swoich obywateli, samej siebie tak bardzo, iż musi tolerować wszystkich innych.

Tego też nie będę tolerował.

Bo jeszcze mogę być nietolerancyjny.

The Poland Dead #2 – Zombieland

Jeśli chcesz przeżyć, musisz uciekać. Miasta, dające iluzję bezpieczeństwa i zarobku w czasach pokoju, w czasie wojen i klęsk są miejscami, gdzie najłatwiej zginąć. W Polsce, w trakcie Zombie Apokalipsy, najwięcej ludzi zginie w miastach, w ciasnych uliczkach i zaułkach.

Zombie w końcu wyjdą ze szpitali, mieszkań i domów. Jak każde stworzenia stadne, wydzielą terytoria z łatwym dostępem do zwierzyny łownej – w brew temu, co pokazuje Ameryka, nie tylko ludzi. Trupy są wiecznie głodne, nienasycone. Kieruje nimi wirus, każąc zarażać ciągle nowych, ci odporni na zwykłe jego działania, poddają się ugryzieniom.

I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy, o której nikt chyba nie pomyślał. Twórcy TWD zbyli to stwierdzeniem „Wszyscy to mamy”. Może i tak… a co, jeśli nie? Skoro zadrapania i ugryzienia spowodują, iż staniemy się Zombie (chyba, że odetniemy sobie nogę/rękę z zarażoną raną) sugerują, iż wirus, który dostanie się bezpośrednio do krwiobiegu jest statystycznie za silny dla sił obronnych organizmu – następuje zainfekowanie, utrata świadomości, wzrost agresji… przemiana w bestię, którą znamy jako Zombie. Najlepiej pokazał to film „I am Legend”.

Zombie bywają więc tu podobni do węży – a skoro tak, ich „Jad” można także wyssać, ratując nogę czy rękę. Ponadto, przy radosnym grzebaniu w ich flakach, należy uważać, by krew nie zetknęła się z ranami – nie wiemy, jak długo wirus po „śmierci” trupa jest jeszcze aktywny.

Drugą rzeczą, na którą zwykle nie zwraca się uwagi jest pytanie – czy wirus groźny jest tylko dla ludzi, czy też zwierząt też? W tym drugim przypadku mamy Zombie-psy, Zombie-koty, Zombie-kanarki czy nawet Zombie-Chomiki, co kto woli. Oczywiście, są też i zdrowe osobniki, lecz w czasach głodu, jakie nastaną, szybko zostają zjedzone.

Te elementy to szczegóły i szybko mogłoby się okazać, że w Krakowie na rynku szaleją eskadry Zombie-Gołębi. Ale może właśnie o to chodzi? Zmienia się cały świat, od ogółu, do szczegółu.

 NIE TAKI DZIKI ZACHÓD 

Jak w tych pierwszych latach wyglądałoby życie ludzi? O Dzikim Zachodzie możemy zapomnieć. Podobnie jak o radosnym uganianiu się z bronią.

W Polsce mało kto ma dostęp do broni palnej, szybko więc stanie się ona towarem tyleż pożądanym, co niedostępnym. A jeśli już – zapłacimy za niego krocie. Czym? O pieniądzach możemy zapomnieć. W społeczeństwie post-apokalipsy wracamy do handlu barterowego: coś za coś. Dam ci mojego gnata, jeśli ty dasz mi swoje fajki. Oddam ci AK47, ale oddasz mi swoją kobietę. Chcesz kobietę, musisz dać mi parę beczek paliwa.

To, że towarem staną się nawet ludzie, jest całkiem pewne. Szybko wytworzą się profesję takie jak najemny zbir (i ich bandy) do łapania niewolników, czy wędrowny kupiec, zwykle bardzo dobrze uzbrojony, silny i nie wahający się zabić, czy to zombiech, czy ciebie.

Kupcy będą mieli wszystko to, czym warto handlować: Papier, jedzenie, leki, broń, tytoń, paliwo. Prościej jednak będzie pozyskiwać część tych rzeczy samemu, choćby z upraw. Do tego jednak  potrzeba bezpiecznego miejsca do życia. Względnie.

Miasta są zajęte przez Zombie, które obficie tam żerują. Jak każde społeczności mają grupy wypadowe, zagłębiające się w teren, by zdobywać pożywienie i nowych członków. Zapomnieć jednak możemy o ujęciach w stylu TWD gdzie zawsze na drugim planie chodzą trupy. To, że ciało nie ma już świadomości, nie oznacza, że zabrakło też instynktu. Pewne zachowania się nie zmieniają, zaś na wierzch wychodzi po prostu dzikie, pozbawione skrupułów zwierzę. Stadne zwierzę. Widzimy to choćby w przypadkach, kiedy odnajdujemy dzieci wychowane przez zwierzęta – dalej mają pewne odruchy, choćby nigdy już nie mogły być… ludźmi.

W świadomości amerykanów żyją małe miasteczka – to oczywiste, są ich macierzystymi domami z czasów Dzikiego Zachodu. Jednak w Europie, a co najważniejsze w Polsce bezpieczne miejsce wyglądało zupełnie inaczej.

Niewielu z nas wie gdzie dokładnie znajdują się schrony i które z nich są poza miastem. Niewielu zna miejsca takie, jak elektrownie wodne, czy choćby nawet progi na Wiśle, idealnie nadające się nawet na schron przeciwatomowy. Ja mam tą „przewagę” iż należę do rodziny inżynierów (humanista w rodzinie inżynierów. Wyobraźcie sobie moje życie :)), bywałem w tych miejscach. Widziałem obiekty, które wyglądały jak NORAD. Jednak jest ich za mało i na dłuższa metę, nie dają nic poza schronieniem – a nam chodzi o przestrzeń do życia i siania.

Amerykanie są biedni. Nie mają zamków. Fortec, z wysokimi murami, kratami, bramami, zwodzonymi mostami. Amerykanie mają małe miasteczka, które obstawiają blachami.

Amerykanom życzę powodzenia.

Miejscami, gdzie gromadziliby się ludzie byłyby zamki, przynajmniej te, które jeszcze się ostały. Zbudowane w miejscach najlepiej nadających się na obronę i obserwację pobliskich terenów. Idealne schronienia. Nigdy nie słyszałem, by Zombie używały drabin i machin oblężniczych.

Szybko pojawiliby się władcy. Każdy zamek byłby odrębnym państwem, z władcą albo absolutnym, albo radą – przy czym w tej drugiej opcji „demokratycznej” szybko skończyłoby się na wymordowaniu rady przez niezadowolonych z kłótni ludzi i obsadzeniu na „tronie” kogoś, kto mógłby rządzić. Niestety, w trakcie klęsk miejsca na demokrację nie ma, gdyż jest po prostu nieefektywna.

Tak byłoby na południu kraju. Na północy, prócz zamków, ludzie znaleźliby schronienie na statkach. Bardzo możliwe, że część wojska szybko by się zreorganizowała i mielibyśmy do czynienia z w miarę stabilnym państwem na morzu – na statkach, oczywiście – demokracji mówimy nie. I ci „morzanie” mieliby atut, o którym „Południacy” mogliby zapomnieć – łatwy dostęp do broni i jedzenia.

Środek kraju szybko stałby się pustynią opanowaną przez chordy Zombie. Tam zapuszczaliby się tylko najodważniejsi kupcy, po wyposażenie, a także, by się przebić i zanieść wiadomości od jednej, dla drugiej strony.  W wielu przypadkach kończyłoby się to śmiercią, jednak taka profesja musiałaby budzić respekt, a także i zyski. Kupiec/Kurier byłby ważniejszy, niż władca.

Kolejną rzeczą, którą chciałbym poruszyć jest omijana zwykle szerokim łukiem przez USAnów religia. W kraju takim, jak Polska ludzie podzieliliby się albo na grupy obwiniające Boga za to, co się stało, albo też garnące się do kościołów… czy też po prostu osób duchownych, czy proroków, pojawiających się jak grzyby po deszczu w każdym możliwym miejscu.

WOJNA!

Wyobraź sobie Polskę po apokalipsie Zombie. Największym zagrożeniem w jej trakcie wcale nie są grupy Zombie, które – choć zbierają krwawe żniwo – robią to w sposób zwierzęcy, instynktowny, ale bezmyślny.

Największym zagrożeniem jest to, co ma mózg.

Pomiędzy Zamkami-państwami, czy też po prostu grodami szybko zawiązywałyby się sojusze, ale równie szybko mogłyby upadać, kiedy jedni mieliby jedzenie, a drudzy nie. Należy się też liczyć z wędrownymi grupami-armiami z daleka, zdesperowanymi, poszukującymi miejsca do życia (oczywiście kosztem innych) i – jakże by inaczej – jedzenia.

Ostatnią z grup, którą należy się obawiać na każdym kontynencie są dzieci.  A dokładnie – ich bandy. W okresie głodu najniebezpieczniejsze są właśnie dzieci, jakby jakaś siła mówiła im „Żyj! Żyj za wszelką cenę, żyj!” – i dzieci to robią. Najlepiej było to widać w Afryce, kiedy pozbawione opieki dzieci łączyły się w bandy. To zdumiewające, co potrafiły zrobić ludziom, które stały im na drodze…

ZOMBIELANDIA

Życie nie byłoby łatwe, ale tak naprawdę nie z powodu Zombie – one były tylko dźwignią, która uruchomiła maszynę chaosu. W tym świecie wróciliśmy do średniowiecza, nie ma prądu, trzeba uprawiać ziemię i polować. O Facebooku nikt już nie pamięta. Jeśli ktoś jest hejterem – to zwyczajnie się go zabija, albo idzie w niewolę. Tusk? Kaczyński? Polityka? Panie, kiedy to było!

Ciągle korzystamy z „zabawek”. Niektórzy mogą mieć, lub zbudować generatory prądu. Samochody napędzane są znaleźnym paliwem. Ocaleli żyją dalej, próbując się odnaleźć w nowym świecie.

Czy im się to uda? I jak będzie wyglądało nowe życie, kiedy sytuacja się unormuje?

To, o czym nie mówimy, to to, że post-apokalipsa nie trwa wiecznie. Cywilizacja się odbudowuje,. Jak szybko? To zależy od rodzaju kataklizmu, jaki ja spotkał. Choć może „Odbudowuje” to źle dobrane słowo, bowiem zaczyna się po prostu od nowa, na starych śmieciach. Tak było w Rzymem, tak będzie także i z nami. Pytanie tylko – kiedy i jak?

W przypadku Zombie możemy powędrować tam, gdzie jeszcze mało kto wędrował, do dalekiej wizji świata za 10, 20 lat… aż wreszcie pół tysiąclecia, kiedy drugie średniowiecze się wreszcie skończy. Gdzie w tedy będziemy i jak Zombie zmienią nasz świat?

Dowiemy się w trzeciej części.

The Poland Dead #1 – Pierwsze dni

 

Kiedyś podobno istniał Wielki Świat. Ojciec opowiadał mi o Sieci oplatającej całą planetę. Mówił, że mógł rozmawiać przez gadającą skrzynkę z ciocią mieszkającą na Nowym Kontynencie, wiele, wiele tysięcy kilometrów dalej. Mówił też, że kiedyś ludzie latali jak ptaki w metalowych pojazdach, a nawet, że ktoś o nazwisku brzmiącym trochę jak „Pstrąg” zostawił ślady swoich butów na księżycu.
Potem przyszli Martwi Ludzie i nam to zabrali. Nikt już nigdzie nie latał i nie rozmawiał z nikim za oceanem.
Tata musiał opowiadać bajki. Pokazywał mi co prawda obrazki w książkach na których widziałem ludzi w kombinezonach kosmicznych, ale wcześniej pokazywał mi też obrazki na których były smoki i Hobbity. Mówił, że to nie prawdziwe.
Chciałem się go zapytać, czy tamte obrazki też nie były prawdą, ale przyszli Martwi Ludzie i jego też zabrali, tak jak wcześniej sieciowe rozmowy i metalowe skrzydła. 
Co do jednej prawdy mam pewność – Martwi Ludzie zabierają wszystko.

Zombie opanowały świat. Zrobiły to na swój własny, oryginalny sposób – z trupią, powolną dokładnością. Nie wzięły go szturmem, jak Pokemony, nie owładnęły urokiem jak Wampiry (bo i jaki urok mogą mieć truposze?), nie zadziwiły niezłomnością małego ducha – jak Hobbity (bo też trudno powiedzieć, by trup miał ducha), nie przygniotły epickością, jak rycerze Jedi.
Krok za krokiem, wlokąc się bardziej, niż idąc, od kiedy kult Voodoo powołał je do życia u początku XX wieku, jak kropla skałę, tak one męczyły świadomość ludzką, aż wreszcie postawiły na swoim – Żywe Trupy świętują tryumf w kulturze masowej. Z niecierpliwością czekam na „World War Z” i jeśli film okaże się tak dobry, jak się zapowiada, przeboleję nawet Brada Pitta w roli głównej. „The Walking Dead” już od trzech sezonów szturmują torrenty i telewizję (w tej kolejności) z powodzeniem zaskarbiając sobie sympatię widza. Do kin wchodzi nawet romans Zombie… choć nasuwające się skojarzenie z nekrofilią pozostawię bez komentarza.

Gdzie jednak nie spojrzę, tam Zombie są rodowitymi (jeśli można ich tak nazwać) amerykanami. Aż dziw, że takie wychudłe. Kiedy zaczynają swój marsz przez USA, giną miliony. Tu też się dziwę, bowiem chodzące trupy są tak wolne, że ich sukces może świadczyć tylko o bardzo złej kondycji fizycznej żywych mieszkańców ameryki. Północnej, dodajmy. Bo kiedy chodzi o Zombie, reszta świata nie istnieje – zostaje tylko najbardziej wojowniczy na naszej planecie kraj, wygrywający każdą wojnę, nawet z obcymi (ten incydent w Wietnamie się nie liczy), za to kruszący się jak domek z kart w obliczu inwazji ślimaczących się trupów.

W obliczu apokalipsy, USA ucieka tak daleko w przeszłość, jak tylko umieją, czyli gdzieś około 300-400 lat – do czasów romantycznego wyżynania Indian ze spluwą w jednej ręce i siodłem w drugiej, czyli do Dzikiego Zachodu. Oczywiście w tym zestawieniu rolę Indian grają trupy.

Bardzo lubię Zombie i oglądając „The Walking Dead” cieszę się nimi, starając się pomijać rażącą głupotę amerykanów czy drewniany styl „władania” kataną wiecznie obrażonej na cały świat Michonne. Niemniej, co jakiś czas pod czaszką tłucze mi się pytanie „a co się dzieje z resztą świata? Gdzie Europa? I co z Polską?” – rzecz jasna żaden z twórców TWD nie odpowie mi na to pytanie, gdyż zwyczajnie nie wie nawet, że coś takiego jak Polska, czy Europa istnieje. Szczerze mówiąc, próbując włączyć którekolwiek z sieciowych materiałów dodatkowych serialu (i za każdym razem stwierdzając, iż w Polsce i jakiś 30 innych krajach są zablokowane), można wysnuć teorię, iż twórcy TWD albo nie wiedzą, że coś takiego jak „Świat Poza Ameryką” istnieje, albo też mają to głęboko w rzyci pomocnika drugiego pucybuta trzeciego pomocnika charakteryzatora.

Pytanie zostaje jednak bez odpowiedzi.

CO Z TĄ POLSKĄ?

Zagadnieniami związanymi z post apokalipsą zajmuję się (hobbistycznie) już ładne parę lat. Od kiedy żyję, nie ma roku w którym nie uświadczyłbym choćby 300 snów o tej tematyce. Bardzo je lubię, zawsze dają mi powód do rozmyślań, czy to nad stanem mojej psychiki, czy końcem cywilizacji.

To nie jest tak, że tylko Zombie chodzą po Ameryce. Zniszczenie tego pięknego kraju za cel wzięli  sobie też wszelkiej maści terroryści, obcy, mutanty, super-źli antybohaterzy czy nawet wielgachne mrówki. Apokalipsa w innych krajach, nawet, jeśli ma miejsce, odsunięta jest na dalszy plan, a o Polsce to już nikt nie mówi (pomijając wyjątki takie jak Autobahn Nach Poznań Andrzeja Ziemiańskiego choćby).

Zacząłem się więc zastanawiać, jak wyglądałaby apokalipsa Zombie w naszym kraju? Bo jedno jest pewne – o Dzikim Zachodzie możemy zapomnieć.

ŚMIERĆ JEST TYLKO POCZĄTKIEM

Jak by się to zaczęło? Czy Zombie wstawaliby z grobów, czy też żywi ludzie, umierając zamienialiby się w dzikie bestie? A może i to, i to?

Jakkolwiek nie zaczęłaby się Apokalipsa Zombie, najważniejszym pytaniem w związku z przebiegiem pierwszych, decydujących dni byłoby pytanie o szybkość rozprzestrzeniania się tej… epidemii. Bo byłaby to epidemia, obojętnie, czy winę ponosiłby wirus, promieniowanie kosmiczne, czy ewolucja.

Kto siedzi w temacie, ten szybko zorientuje się, że apokalipsa Żywych Trupów ma wszelkie znamiona ogólnoświatowej pandemii, co już nakreśla rodzaj końca z jakim się zetkniemy.

Mamy dwa scenariusze: W pierwszym Zombie atakują zupełnie nieprzygotowanych ludzi znienacka. Są morderczo szybkie i okrutne. Mózg, wyzbyty świadomości może użyć całej siły mięśni, dodatkowo ciało cały czas napędzane jest wielkimi dawkami adrenaliny. Zombie nie mają oporów, by wykonać tak mocny cios, by drzwi, które próbują wyważyć się rozpadły. W tej samej chwili zrywają się też ścięgna w ręce trupa, kość idzie w drzazgi, mięso w strzępy. Zombie jednak się tym nie przejmuje, nie wiemy, czy czuje ból, czy nie – jest tak otumanione furią, iż idzie dalej, ciągle próbując używać niedziałającej już ręki.

Bardzo prawdopodobne, że w tym scenariuszu ludzie będą zamieniać się w Zombi nie tylko umierając, napad furii i zanik świadomości mogą być symptomami choroby którą dziś prezentują „Trupy”. Ludzie, którzy będą w tym odsetku populacji „Odpornej” i którym uda się przeżyć nie będą mieli żadnego wyboru poza instynktownym – ucieczka, albo walka i zapewne śmierć.

W drugim scenariuszu pandemia jest bardziej podobna do siebie – przyrasta szybko, niemniej ludzkość ma czas na reakcje. Zanim więc dojdziemy do panicznej ucieczki, następuje szereg wydarzeń, którymi się w tej chwili zajmiemy, a które noszą nazwę

PIERWSZE DNI

Wszystko zaczyna się od informacji. Któregoś dnia na portalach informacyjnych i chwilę później w telewizji znajdujemy gorącego newsa o paru przypadkach, kiedy „Umarli wstali z grobu”. Póki co, nie dajemy temu większej wiary. Na Kwejku szybko trafiają na główną memy w rodzaju „Zabili go i uciekł” czy kadry z popularnego serialu o Zombiakach z podpisem „Zaczyna się”. Ludzie kpią, hejterzy hejtują, gdzieniegdzie pojawia się nawiedzony komentarz w rodzaju „JEZUS CIE URATUJE, ZBLIŻA SIĘ KONIEC NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWANGELIĘ!!!!!!”. To dziwne, ale pierwsze godziny, a może nawet parę dni Apokalipsy Zombie to normalne życie w którym ludzie więcej czytają o nowych aferach politycznych Tuska, zaś na informacje o umarlakach zbywają machnięciem ręki. Bo i kto by się przejmował wątpliwej jakości newsami zamieszczanymi głównie na stronach „Paranormalne”.

Świat ma Apokalipsę Zombie głęboko w dupie, oglądając z napięciem „The Walking Dead”.

Z wolna informacji zaczyna być więcej, napływają z całego świata. Jakiś użytkownik przebija się na główną stronę Wykopu, gdzie oczywiście na news czeka lawina komentarzy z cyklu „Kto kogo przegada i dostanie najwięcej plusów”. Jednak co poniektórzy (z reguły fantaści) podnoszą już głowy, rozglądając się podejrzliwie.

Tak mija parę dni, telewizja donosi o alarmach epidemiologicznych w paru krajach i niektórych miastach w Polsce. Za oknami jakby więcej patrolów policji. Działa poczta pantoflowa, sąsiadka z góry opowiada, że jej koleżanka ma sąsiada, który nagle zabił żonę i dziecko gołymi rękami, przyszli po niego panowie w gumowych kostiumach i wywieźli. Tamta sąsiadka się boi. My też czujemy niepokój, ale blokujemy go myślą, że to nic takiego.

Ten niepokój to instynkt, który każe nam już teraz uciekać. Podświadomość zbiera dane i wie, że coś się kroi. Niemniej, nie należymy do ludzi pochopnych, na paru forach zabłyśliśmy wyszukanym cynizmem, zebraliśmy paręset plusów. Nie damy się tak łatwo.

Podświadomość zaczyna bić na alarm, kiedy z telewizji znikają wiadomości o coraz liczniejszych alarmach epidemiologicznych (póki co jeszcze oddzielnych) głównie w USA i Azji oraz przepełnionych szpitalach. Zamiast tego Tusk szykuje niebotyczną podwyżkę podatków a matka Madzi w lateksie jeździ na słoniu.

I ten dzwonek ignorujemy.

W sieci wrzawa. Na niektórych portalach pojawiają się informacje, na innych są kasowane. Na Wykopie cisza i spokój, administracja czuwa, na Onecie słychać o coraz poważniejszych alarmach, na portalach o zjawiskach paranormalnych aż huczy, posty lecą tak szybko, że nikt nawet nie zadaje sobie trudu, by ten spam czytać. Jeśli mowa o spamie, na skrzynki przychodzą informacje o rychłym zbawieniu, przewyższając nawet oferty odnośnie powiększenia penisa, których teraz jakby mniej.  Odpalając Tora dowiadujemy się, że z głębokiej sieci (nareszcie) zniknęły setki pedofilskich zdjęć, za to wszyscy chcą sprzedawać i kupować broń. Na forach całkiem poważnie piszą „Uciekajcie, ratujcie się!”, hakerzy przypuszczają ataki na komputery rządu, wygrzebując zatrważające informacje.

Nadchodzi dzień, kiedy idziemy do apteki po lekarstwa, z niedowierzaniem zauważając rankiem na ulicach wozy wojska i policji. Telewizja podaje, iż miasto zostało objęte kwarantanną. Większość szpitali jest zamknięta, NFZ nie refunduje leków na nową chorobę. Szczerze mówiąc, media zdziwione zauważają, że w rządzie mało kto został. Posłowie już się nie kłócą. Posłów już nie ma.
Tusk nie przyszedł dziś do pracy, wziął chorobowe.

Sytuacja z wolna wymyka się spod kontroli. Dwa piętra wyżej ktoś krzyczy, do kamienicy wbiega oddział uzbrojonej w tarcze policji. Dziwnie przypominają ZOMO. Słychać strzały – i tym razem nikt już z tego hasła nie żartuje.

Dzwonimy do rodziny, niektórzy nie odpowiadają. W telewizji orędzie prezydenta – wprowadzony zostaje stan wojenny, nie będzie już teleranka. Miasta objęto kwarantanną. Zaleca się zebranie zapasów i pozostanie w domach. Sklepy i apteki pustoszeją, dochodzi do pierwszych rabunków. Niektóre rodziny gromadzą się razem, inne są rozdzielane, kiedy wojsko dzieli miasto na segmenty i ustawia worki z piaskiem i druty kolczaste.

Telewizja wysiadła, na kanałach publicznych miga tylko komunikat „Zostańcie w domu, czekajcie na pomoc” – pomoc nie nadchodzi, chyba, że mówimy o Post-Zomowcach, czy Wojsku z karabinami. Strzały słychać już paręnaście razy dziennie w okolicy. Czasem całe serie.

Chcemy wyjść, kiedy jednak wyglądamy przez okno i widzimy, jak paru Post-Zomowców nagle rzuca się na współtowarzyszy i zostaje rozstrzelanych, cofamy się do mieszkania i dla pewności zamknięte drzwi przystawiamy szafą.

Teraz podświadomość już nie mówi o ucieczce – na to za późno. Czekamy w bezpiecznym schronieniu.

Za ścianą wyje facet, jego żona – miła sąsiadka, warczy. Facet po parunastu minutach przestaje wyć i wzywać pomocy. Jego żona ciągle warczy. Coś nam mówi, że tym razem nie jest to okres.

Sytuacja nabiera tempa. Większość stron w internecie nie działa, lub nie jest aktualizowanych. Facebook wyłączony, nikt już nie lajkuje Zombiaków. Próbujemy dzwonić, lecz wystarczył dzień, by najpierw w działaniu siedzi nastąpiły długie przerwy spowodowane przeciążeniem, potem wreszcie została wyłączona. Parę godzin później pada internet. Dla zabicia czasu (i by ignorować strzały) sięgamy wreszcie po książki. Działa radio. Wciąż parę kanałów, na niektórych słyszymy nieznajomych prezenterów – jeden z nich mówi, że jest sprzątaczem. Pan Zdzisiu od mopa, samotny, zabarykadował się w radiu i nie ma co robić – to gada. Ze zdziwieniem zauważamy, że pan Zdzisiu ma talent do gawędy większy, niż wszyscy prezenterzy radiowi razem wzięci.

Na dwóch z trzech działających kanałów odprawiane są msze. Z nagrań, czasem trafiamy na urywek świąt Bożego Narodzenia, innym razem na Wielkanoc. Na jednym kanale leci to w kółko, a Radiu Maryja włącza się często kobiecy odpowiednik pana Zdzisia, pani Marysia, najwyraźniej strzygąca uchem do radiowego głosu kolegi po fachu. Czasem robią sobie taki „Radiowy dialog” i gadają. Głównie o czasach młodości, ponoć mają wspólnych znajomych. Pani Marysia odprawia różaniec dla wierzących i modli się za Dyrektora, który też wziął chorobowe.

To nie serial, akcja rozgrywa się powoli. Przez ten tydzień w domu zaczynamy powoli jeść kocie żarcie (Kot nie jest zadowolony, ale potulnie je swoją działkę, choć wcześniej grymasił). Nie jest takie złe, już wcześniej smacznie pachniało. Można się przyzwyczaić do strzałów, których po kilku na prawdę ostrych strzelaninach i wybuchach gdzieś na głównych ulicach jest jakby mniej.

Po tygodniu nie ma już prądu (wcześniej była przynajmniej parę godzin dziennie). W lodówce to, co się mogło popsuć, to się popsuło. W kranach nie ma wody. W kiblach też. Nagle ich pojemność zaczyna być bardzo ograniczona, nie mówiąc o zapachu. Komputery bez prądu są bezużyteczne, laptopy pociągną parę godzin, ale – o zgrozo – i tak nie ma po co ich używać. Internet to już przeszłość.

Brak wody i pożywienia powoduje, że odsuwamy szafę i wyglądamy na klatkę schodową. Cisza. Dopiero teraz, dziewiątego dnia, uświadamiamy sobie, że od jakiś dwóch dni nikt już nie strzela. Jest cicho.

Stajemy przed trudnym wyborem – zostać, albo uciekać. Jeśli wybierzemy pierwszą możliwość, prawdopodobnie umrzemy. Jeśli wybierzemy drugą, mamy o parę procent większe szanse na przeżycie, dalej jednak wynoszą one jakieś 20-30%.

I nie chodzi tu o Zombie – w całej Apokalipsie Zombie Zombie są tylko tłem, głównymi zabójcami ludzi są:
– Inni ludzie
– Głód i pragnienie
– Więcej innych ludzi

W Polsce jest to co prawna mniejsze zjawisko, niż w Ameryce. Tam ludzie w razie niebezpieczeństwa troszczą się o siebie i swoje rodziny, Polacy dowiedli niejednokrotnie, że w razie katastrofy są najsilniejszą nacją.

Niemniej, kiedy wyjdziemy, widząc pewnych siebie ludzi z karabinami musimy uciekać (Zwłaszcza, jeśli są łysi – to się nie zmienia). Ci, którzy będą mogli pomóc, na pewno nie będą pewni siebie… i nie będą mieli dużo broni palnej, jeśli w ogóle. Druga różnica między Polską a USA polega na tym, że tam prawie każdy ma broń, a tu zaledwie garstka. Co w przyszłości zwiększy oczywiście jej wartość.

Wychodzimy po namyśle. Im dłuższy namysł, tym pewniejsza śmierć, więc nasze myśli kierujemy ku temu, co zabrać ze sobą. Jeśli wcześniej wędrowaliśmy i wiemy co nieco o sztuce przetrwania – znów nasze szanse są zwiększone, jeśli nie, na pewno przyda się dobry koc, plecak, KAŻDE MOŻLIWE JEDZENIE I WODA, nóż. Kota też możemy wziąć, jeśli mamy. Psa tym bardziej – jeśli duży, to dobrze.

Duże psy mają dużo mięsa.

Był taki post na R.I.P Facebooku, w którym to, co było najbliżej ciebie po prawej stronie zamieniało się w broń podczas Zombieapokalipsy. Nie wierzcie w to. U mnie byłby to gumowy kurczak, nie sądzę, by się przydał.

Za to można wziąć czysty papier, zeszyty, bloki, tytoń i papierosy. To wszystko w przyszłości zamieni się w dobro luksusowe przez które albo możemy umrzeć, albo się urządzić.

Póki co, pakujemy się do jakiegoś ładnego samochodu, najlepiej z napędem na cztery koła i dużego. O Zapchanych ulicach głównych rodem z USA możemy zapomnieć. Pamiętacie wojsko? Oni już sobie wszystko posprzątali. W przypadku pierwszego scenariusza drogi też są puste, bo nie było nikogo, kto by je mógł zatkać.

Ucieczka z miasta nie jest trudna. Jedynym, co ją może utrudniać są nieliczne Zombie. Nieliczne? Ano, jeszcze tak. Póki co jak każde stadne zwierzęta (nasza „stadność” nie jest tylko zasługą osobowości) są w fazie reorganizacji. Muszą wydostać się z domów i mieszkań, w których wcześniej sami się zabarykadowali, z zamkniętych szpitali (a póki co mają pożywienie w postaci personelu), supermarketów i galerii handlowych. Dlatego po zapasy udajemy się (po cichu, dmuchamy na zimne) do małych sklepików. Najlepiej tych jeszcze zamkniętych, w tych z rozbitymi wystawami wiele nie znajdziemy, mieszkań (otwartych, w zamkniętych są Zombie). Warto zadbać o jakąkolwiek broń. Posterunki policji i koszary odradzam, prawdopodobnie są już zajęte. Jednak wiemy, że są warsztaty samochodowe a w nich klucze, łomy, palniki… w Krakowie na ul. Szpitalnej jest sklep co się zwie „Galeria rycerska” a w niej miecze, zbroje i łuki wszelkiej maści. W dobrym stanie, to nie są ciupagi dla Anglików, tylko sprzęt bractw. Nie ma co się zrażać, że nie umie się władać mieczem – na pewno będziemy to robić lepiej, niż Michonne.
Przydadzą się też sklepy ze sprzętem turystycznym i mapy.

To wszystko spakowaliśmy do samochodu. Klucze znaleźliśmy przy trupie właściciela, lub uruchomiliśmy przez krótkie spięcie, co wcale trudne nie jest. Alarmem ani brakiem prawa jazdy się nie martwimy, bo i tak policja już nie istnieje. Najlepiej znaleźć samochód, pod którego maską znajdziemy klakson i go najpierw po prostu wyrwać. Cichy alarm? A co to?

Z miasta wyjeżdżamy albo żywi i spakowani, albo wychodzimy parę tygodni później jako Zombie. Druga opcja kończy nasze przygody, więc nie będziemy się nad nią rozwodzić.

Po drodze możemy spotkać żołnierzy, którzy będą nas chcieli zatrzymać. W tym przypadku dodajemy gazu, bo nie są to żołnierze, tylko parę wyrostków, którzy czekają na dostawę sprzętu pomocnego do życia jak na chłopaka od pizzy.

Być może nawet nie będą strzelać – żal nabojów. Chociaż na tym etapie mogą ich sobie nie żałować.

Jako, że jesteśmy w Polsce, najlepszym pomysłem jest kierować się albo na południe, jeśli w tych regionach kraju mieszkamy, lub w stronę morza, jeśli nasz dom był na północ od stolicy. W żadnym wypadku nie zmierzamy do niej, myśląc o ratunku.
Tam go na pewno nie uświadczymy –  pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

CDN

Tu kończymy. W przypadku pierwszych dni, pomiędzy USA a Polską występuje – przyznam – dużo podobieństw, są to jednak podobieństwa globalne, zaś diabeł, czy też Zombie tkwi w szczegółach.

Pierwsze dni trwają tak naprawdę (w zależności od przypadku) od 2 godzin, do tygodnia, dziesięciu dni. Jeśli nie staniesz się Zombie, możesz umrzeć na dziesiątki innych sposobów i prawdopodobnie wielu z nas tak by właśnie umarło, nie doczekując widoku chodzącego umarlaka z bliska.

Największe różnice pomiędzy romantyczną wizją USA a twardą rzeczywistością Polską występują w OKRESIE PRZEJŚCIOWYM, który trwać może nawet parę pierwszych lat.

Ale o tym już w odcinku drugim. Krótszym, obiecuję.

Oscarowe Animacje 2013

Animacje są w pewnym sensie jak opowiadania – Muszą być wyraziste, płonąć krótko, ale jasno – jak pochodnia, podczas, gdy powieści i filmy długometrażowe mogą palić się długo, wypuszczając grubą kolumnę dymu widoczną z oddali.

Lubię opowiadania i jestem też gatunkiem kinomana, który kocha krótkie filmy. Z przyjemnością więc zapoznałem się z ofertą, jaką przedstawiają filmy nominowane do Oscara 2013.

W pewnym sensie… zawiodłem się. Niemniej, chciałbym abyś i Ty mógł je obejrzeć (choć wiem, jakie to trudne, by przez parę minut nie przełączać warstw).

1. Adam and Dog

Pierwszy w tym zestawieniu był film, który mnie osobiście znudził, zaś mojego kota zafascynował. Lamia siadła mi na ramieniu i z uwagą wgapiała się w ekran przez te parę minut, co jakiś czas zabawnie podskakując, gdy działo się coś… szybszego, choć przyznać muszę, że film jest dla człowieka bardzo spokojny. Być może taki typ filmów uwielbiają koty?
nie wiem.

Jeśli masz kota – puść mu ten film i napisz, czy i jego zainteresował. Bo Ty sam (prawdopodobnie) będziesz znudzony.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=wtTQ9dPGBqg[/youtube]

2.Simpsons: The Longest Daycare


Skoro jest Hameryka, musi być coś Haaamerykańskiego. Padło na Haaamerykańskich Simpsonów. Tu wiele nie powiem, jak czasami Simpsonowie mnie bawili, tak ten film ni ziębi, ni grzeje. Nic ciekawego.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=IxhOjzexdxs[/youtube]

3.Paperman  

I jest. Film w którym Disney wraca (wreszcie!) do korzeni i jednocześnie prawdopodobny zdobywca Oscara, najsławniejsza ostatnio animacja w sieci, historia, dzięki której musiałem zrobić ten obrazek:

A jednocześnie banał, po głębszym zastanowieniu nic nowego a wręcz odgrzewanie kotleta i nic specjalnego. Wyciskacz łez o wyśnionej, romantycznej, magicznej miłości z którą Dysney poradził sobie o wiele lepiej w drugim Królu Lwie.

I nie pokażę go Wam. Film został (na oficjalnym profilu Disneya) oznaczony, jako prywatny, a na całym You Tube trwa akcja typu „Znajdź i zniszcz”, czyli blokowanie kopii. Jedyne, które znalazłem są albo w jakości gorszej, niż pierwsze obrazy braci Lumiere, albo bez dźwięku, tak ważnego przecież w każdym filmie Disneya od paru lat, czyli od wtedy, kiedy fabuła przestała mieć dla tej wytwórni znaczenie.

4. Fresh Guacamole

Do wyścigu dołączyło SHOWTIME, uwielbiane przeze mnie głównie przez serial „Californication” o pisarzu, który nie pisze, a dupczy na prawo i lewo. Niemniej, gra tam (i to fenomenalnie) Fox Mulder… eee, znaczy – David Duchovny, więc…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=FQMO6vjmkyI[/youtube]

Więc ‚Fresh Guacamole” jest w zasadzie ładną, przemyślaną, ale jedynie pokazówką bez większych szans na  Oscara.  Ot, bardzo, bardzo krótki, miły filmik.

I tyle.

5.Head Over Heels – Po uszy

Film zdecydowanie najlepszy ze wszystkich nominowanych. Zarówno wykonanie, jak i fabuła zadowalają w równym stopniu… no, fabuła zadowala bardziej. Oto stare małżeństwo z idealnie pokazanym podziałem. I ich kłótnia. I buty. I… i naprawdę, miło się oglądało, a sama historia mnie wzruszyła.

Polecam wygooglać, bowiem ten film także jest już „prywatny”, zaś nie umiem nigdzie go znaleźć w kopii. A warto.

Bardzo.

A kto wygra Oscara?

Ba, oczywiście, że Paperman. Albo Simpsonowie. W końcu to HAmeryka, czyż nie? Oni uwielbiają onanizować się nad swoimi wątpliwymi często dziełami.

Na pocieszenie, animacja, która nie została nominowana, lecz za to z pomysłem. Ładnie wykonana, polska i śmieszna, o jakże wiele brzmiącym tytule

„Życie to suka”

I choć film jest przewidywalny, to i tak miło go zobaczyć.

[vimeo]http://vimeo.com/34022922[/vimeo]

Pogadanka naukowa #2 – W sieci nienawiści

Do napisania tego felietonu pchnął mnie wpis na Gramsajcie theZoSo,oraz, pośrednio komentarz MartivaRa pod nim.
theZoSo skupia się na zjawisku trollingu i hejtu, podając przykłady i pisząc o nienawiści… a kończąc takim oto stwierdzeniem:

Warto więc pamiętać, że internet to… internet [o rly?]. Nie traktujmy wszystkiego tak dosłownie. Każdy ma swoje zdanie i dopóki przedstawia je po ludzku i nie miesza z błotem czyichś opinii, to warto z takim kimś podyskutować. Jeżeli jest inaczej, to lepiej nie tykać gówna, bo diamentu z tego się nie zrobi, a co najwyżej samemu się upieprzy.  

Ma oczywiście wiele racji, by nie robić z Internetu nie wiadomo jakiej rzeczy. Niemniej, chciałbym się od tego pierwszego, początkowego zdania odbić, by skupić się na pytaniu zasadniczym – czym tak naprawdę jest sieć?Myślę, iż dopiero kiedy uda nam się odpowiedzieć na nie, będziemy mogli w większym stopniu pojąć zjawisko hejtu i trollingu.

#1

Zacznijmy od postawienia tezy – mianowicie Internet nie jest wcale siecią łączy, kabli, serwerów i komputerów. Nie jest też oprogramowaniem i setkami miliardów linijek kodu. To jest jego budulec i opis jego funkcjonowania. Innymi słowy – ciało i procesy życiowe. Nikt jednak nie powie, że człowiek to tylko torba skóry, kości i krwi ułożonych tak, że razem współgrają. Abstrahując od plątającej mi się tu pod nogami religii, człowiek ma w sobie coś więcej – nazwaliśmy to duszą, nazwaliśmy świadomością… ale jest.

Właśnie powiedziałem, że Internet jest: Żywy i w dodatku świadomy. Oszalałem?
Ani trochę.

Patrząc na życie, można dojść do wniosku, że nie umiemy go zdefiniować. Żywy może być kwiatek, kot, który właśnie śpi na mojej szafie, a nawet bakteria… i we wszystkich tych organizmach występują procesy życiowe takie jak pobieranie pokarmu, wydalanie, rozmnażanie, wzrost… tak się ma sprawa także w przypadku małych miasteczek, wielkich miast, czy nawet… wszechświata. Organizmy są różne, lecz wszystkie prezentują w pewnym sensie najbardziej powszechną rzecz we wszechświecie – życie.

Wracając do Internetu. Także pobiera pokarm, którego potrzebuje jego ciało. Także wzrasta i w tym sensie także się rozmnaża jego, cóż, cyfrowy odpowiednik Lewiatana.

Ale co stanowi jego świadomość?

Odpowiedź jest prosta – MY.
Internet nie jest samoświadomy. Nie jest istotą obdarzoną rozumem, nie „myśli” jako on sam, nie jest budzącą się z nicości egzystencją. W pewnym sensie Internet jest tak samo nowym bytem, jak i nową formą nas samych.

To – być może pierwsze – stadium świadomości zbiorowej. Chaotyczna egzystencja składająca się z milionów pojedynczych, samoświadomych komórek – nas samych. Doskonały, superinteligentny chaos obejmujący obszar naszej planety i trochę poza nią, wysyłający echa płaczu noworodka głęboko w zimną przestrzeń kosmosu.

Innymi słowy – odrębny świat w świecie (realnym), rządzący się zupełnie innymi (mimo podobieństw) prawami. Zakotwiczony w tym świecie zewnętrznym za pomocą siebie samego – czyli nas. Internet to my i byliśmy nim od kiedy tylko nasz gatunek pojawił się na planecie Ziemi. Pozostało nam tylko zbudować mu ciało i wlać w nie te setki tysięcy świadomości  jak w jakimś wyolbrzymieniu wizji Frankensteina i jego potwora.

#2

Mając już utworzony obraz Internetu w swej istocie, możemy podjąć się próby odpowiedzenia sobie na problem zjawiska „Hejtu” – czyli nienawiści. Osoby, które postrzegają Hejt jako zjawisko stricte Internetowe są w błędzie. Owszem, hejt występuje w Internecie, ale problem jest nasz, realny – w pojmowaniu „realu” jako świata realnego.

Tworząc Internet sprawiliśmy, że powstała zupełnie inna przestrzeń – wirtualna. Coś z niczego, zabawa w absolut. Udana, dodam – choć póki co jesteśmy na poziomie chaosu.

Problem pojawił się wtedy, kiedy zakwalifikowaliśmy Sieć jako swoisty „podświat”. Świat nieprawdziwy. W pewnym sensie… gorszy. Chociaż nie, to złe słowo – świat sztuczny „nie taki, jak ten” – widzicie, tu brakuje mi słowa. Jeszcze go nie wymyślono. Chodzi o coś co wpycha świat w niższą rangę – nie czyniąc go „gorszym” jako takim. To słowo, które jest prawdopodobnie częścią przyszłości.

Ale do rzeczy  – stworzyliśmy przestrzeń, w której panuje chaos i zasiedliliśmy ją. W kontekście powyższych rozważań – zasiedliliśmy siebie nami samymi, weszliśmy o jeden poziom głębiej.

Popatrzyliśmy na ten świat z perspektywy zewnętrznego Realu i powiedzieliśmy – „to nie jest równe temu”, w pewnym sensie sami siebie obrażając. Ten… świat posłużył nam do tak wspaniałych rzeczy, jak wytworzenie skarbnicy wiedzy, możliwości podróży do miejsc, których nie dalibyśmy rady odwiedzić w czasie swojego niesamowicie krótkiego życia czy najważniejszej z funkcji Internetu – wymiany informacji, tak skutecznej, że obecnie mówimy już o „szumie” informacyjnym. Czasem jest go aż za dużo.

Wszystko ma dwie strony, wobec czego i tutaj wepchnęliśmy nasze „ciemne” instynkty, morderstwa, pedofilię, nienawiść, zawiść, zazdrość… to także i my. Weszliśmy do wirtualnego świata w całości.

I tu właśnie zaczyna się problem:

Hejt występuje w Sieci właśnie dlatego, że w realnym życiu pewnych rzeczy byśmy nie zrobili. Tak samo, jak w grach komputerowych, gdzie możemy zabić kolegę z roku, czy nawet swojego profesora, nie zrobimy tego (poza pewnymi wyjątkami, które zawsze się zdarzały) w świecie realnym.

Dlaczego? 

Czym różni się ten świat, od tamtego? Bo tamten jest wirtualny? To tylko kwestia budulca, całkiem możliwe, że nasz świat także taki jest (po więcej z tego tematu zapraszam do Pogadanki naukowej #1 – jesteś hologramem). Otóż, świat wirtualny jest inny – nie ma pewnych konsekwencji danych czynów. Nie pójdziesz do więzienia, jeśli zabiłeś NPC. A nawet jeśli – nie będzie to dla Ciebie dotkliwe. Jeśli zhejtujesz kogoś, tamten nie da ci w twarz, a co najwyżej zacznie pisać z caps lockiem. W dodatku, Internetowe społeczeństwo wytworzyło już własne zasady – za bycie hejterem, trollem, mistrzem ciętej riposty leci uznanie, sława. Można nawet się załapać na mema na Kwejku, a wtedy człowiek zaczyna być „kimś”.

Wiesz, prowadzę teraz taki projekt, w trakcie którego jeżdżę po nawiedzonych miejscach i wypytuje o nie ludzi, często nawet ich właścicieli. Jestem zaskoczony, z jaką pomocą, zrozumieniem i tolerancją się spotkałem, nie ważne, czy mój rozmówca był rastafarianinem, lumpem, moherową babcią czy staruszkiem w wieku 98 lat. W końcu dałem część tego co robię do sieci – a tutaj pierwszym komentarzem, jaki dostałem było „tu się jebnij” lub też inne odmiany hejtu, za którego oczywiście poleciały plusy w komentarzach.

Co się zmieniło? Tylko „świat” w którym się poruszam.

Dochodząc do sedna, degradując jeden świat sprawiliśmy, że stał się miejscem, w które możemy zamieść wszystkie brudy, jak kurz pod dywan. Tymczasem oba światy – co kłóci się z obecnym poglądem – należy moim zdaniem stawiać na równi. Oba są tak samo ważne.

I jest wyjaśnienie, dlaczego – w każdym z nich to MY jesteśmy jego istotą. A w tym zestawieniu jesteśmy tak pomostem łączącym oba światy, jak i jedynym czynnikiem niezmiennym.

Na koniec zostawiam pytanie dla Ciebie – czy w takim razie Internet pełni funkcję terapeutyczną, w której możemy w jednym miejscu wyrzucić brudy, by w drugim być „czyści”, czy też odwrotnie – miejsca, w którym jest tak dużo gówna, że nawet dodając swoje, wychodzimy cali nim oblepieni?

Aborcja, by żyło się lepiej.

 

Długo zastanawiałem się, czy poruszać ten temat. Już kiedyś to zrobiłem i wywołało to naprawdę wielką burzę niekoniecznie dobrych emocji. Temat aborcji jest jednak ciągle nurtującym mnie  problemem… i prawdopodobnie będzie, gdyż ta kwestia nie zostanie społecznie rozwiązana jeszcze bardzo długo, aczkolwiek moralnie nad nią zastanawiać się trzeba. Nawet, jeśli feministki sądzą inaczej.

Chciałbym tym razem podejść do tematu rozumowo. Już więc na wstępie zaznaczam, że zgodnie ze swoją ideologią nie jestem związany z żadną znaną religią na Ziemi, bardziej, niż wynikało by to z mojego kręgu kulturowego. Nie jestem też ani ateistą, ani feminist(k)ą. Mimo oczywistych sympatii, czy antypatii dla poszczególnych religii, ruchów, etc. 

1. Najważniejsze jest życie.

Widzisz, zastanawiałem się nad tym wszystkim naprawdę wiele, wiele dni (jeśli nie tygodni czy lat). Przejrzałem trochę stron, oglądałem nawet film Kazimierzy Szczuki, do którego jeszcze się odniosę.  Przejrzałem paręset stron rozmów na forach internetowych, z trudem przegryzając się przez pokłady nienawiści. I wydaję mi się, że w większości tych dyskusji zapominamy o podstawach, a bez nich chyba nic konstruktywnego powiedzieć nie idzie, prawda?

Cały moralny problem aborcji wynika stąd, że według naszej europejsko-chrześcijańskiej moralności kobieta jej dokonująca zabija swoje własne dziecko. Z drugiej strony wyzwolone feministki wygrażają pięściami, że nie można mówić o dziecku w łonie matki, że jest to tylko zlepek komórek i jej własność. Najchętniej powiedziałyby chyba, że to coś tak w ogóle nie żyje.

Mamy z tym problem, wiesz? Nie mając punktu odniesienia, mimo, że intuicyjnie potrafimy rozpoznać części samego życia, tak naprawdę nie umiemy powiedzieć, co jest żywe, a co nie. Wedle teraźniejszych definicji, niektóre roboty są żywe. Wszystkie miasta i wioski też, a nawet prawdopodobnie sam wszechświat także jest istotą żywą.

Przenosząc się o poziom wyżej, nie potrafimy zdefiniować siebie samych. Zastanawiając się, co czyni nas ludźmi i czy w ogóle jesteśmy istotami świadomymi lub inteligentnymi znów brakuje nam punktów odniesienia. Znamy przecież tylko jedną podobno inteligentną istotę we wszechświecie – nas samych. A co, jeśli nasza tak zwana inteligencja to tylko, bo ja wiem, zachowania zwierząt kategorii X?

Nie mogąc zdefiniować, kiedy mamy do czynienia z człowiekiem, a kiedy nie, nie możemy też zdefiniować kiedy „zaczyna” się człowiek i co go określa. Cel? Świadomość? Umiejętność myślenia? A może po prostu tylko nazwa?

Wobec tego pojawia się wniosek, że prawdopodobieństwo, że dokonując aborcji zabija się człowieka wynosi dokładnie:

50/50

2. Macica jest tylko moja, odwalcie się!

Często słyszę ten argument. To w środku, macica, płód, w każdym razie na pewno nie dziecko należy tylko do tej kobiety i ona może z nim zrobić, co jej się żywnie podoba. To tak, jakby ten płód (niech będzie) stanowił jakąś narośl w ciele, której można się pozbyć. Z takim samym skutkiem feministka może powiedzieć, że tasiemiec także jest jej częścią, nie odrębnym organizmem. Tymczasem już od pierwszego dnia po zapłodnieniu celem procesów budujących życie jest autonomiczny organizm, który wkrótce przeistacza się w coś, co jest wyraźnie oddzielone od ciała matki. Zamknięte w macicy, mające własny układ nerwowy i wszystkie funkcje normalnego organizmu. Różnica polega na tym, że ciało matki pośredniczy w układzie odżywiania i wydalania.

Nie mamy tu do czynienia ani z częścią organizmu matki, ani też z osobistą własnością, bo póki co do „produkcji” następnej istoty żywej potrzebna jest dwójka ludzi odmiennej płci. Tak to wygląda u Homo Sapiens i jeśli ktoś się przeciw temu buntuje, to może popełnić własnoręczną eutanazję, po-porodową aborcję, czyli mówiąc po ludzku i bez używania politycznie poprawnych słówek – zabić się bez udziału osób trzecich.

3. Nie masz prawa wypowiadać się na ten temat, bo jesteś mężczyzną! 

Zastanawiam się, jak daleko można posunąć się w hipokryzji, walcząc o „równość płci”, kosztem ograniczenia tej drugiej, jednocześnie samemu ubolewając nad swoim pokrzywdzeniem przez los/boga/społeczeństwo/wrednych mężczyzn.

Ten częsty argument bawi mnie także z innego powodu. Nie dość, że mam takie same prawa, jak każdy w naszej cywilizacji, to z podstawówki, a nawet przedszkola wiem o tym, że do zapłodnienia potrzeba dwóch osób. To, że jedna z nich później nosi w sobie życie jest sprawą czysto biologiczną. To jedna z tych rzeczy, przy których jeśli się zapytamy „dlaczego?” uzyskujemy odpowiedź „Bo tak po prostu jest”, tak jak niepodważalne są podstawowe prawa fizyki w naszym wszechświecie. I buntowanie się przeciwko temu to buntowanie się przeciwko sobie. Zwłaszcza, jeśli żyjemy w czasach, w których, jeśli ktoś chce, może zmienić płeć, albo po prostu poddać się zabiegom uniemożliwiającym zapłodnienie.

4. O co więc tu chodzi?

Oglądając film Kazimiery Szczuki o społecznych męczennicach, feministkach często słyszałem, jak to się muszą nacierpieć, by znaleźć lekarza, który podejmie się zabiegu aborcji, czyli, wedle Pani Szczuki, nie jest zindoktrynowany przez Kościół. Usłyszałem też kobiety mówiące o tym, że popełniły aborcję, bo nie mogły zająć się dzieckiem. „Ja mam karierę, muszę zarabiać pieniądze, nie mam czasu na dziecko” – mówi do kamery jedna z nich. Następna cześć dokumentu poświęcona jest pokazaniu szaleńczej wręcz radości z faktu popełnienia aborcji. W zasadzie miałem wrażenie, że nic tak nie uszczęśliwia kobiet jak mała aborcja raz po raz.

Szperając w internecie dowiedziałem się za to jednej dosyć ciekawej rzeczy – jeśli kobieta chce to zrobić, z łatwością znajdzie odpowiedniego lekarza, czy też po prostu środki chemiczne. Wystarczy w pewnym momencie wziąć parę tabletek, a cała sprawa, jak zapewniają się na forach kobiety, zakończy się bólem głowy i sraczką.

Poddaję więc pod rozwagę pytanie: skoro tak łatwo jest zrobić ten zabieg, o co jeszcze feministkom chodzi?

Wyciągam wniosek: Chodzi o całkowitą, bezkompromisową społeczną akceptację. Te kobiety to nie są kretynkami i ukończyły dobre szkoły. Świetnie zdają sobie sprawę z biologicznych faktów i niepewności moralnych. Jeśli bowiem szanse, że zabijasz człowieka, a nie tylko wyrywasz z siebie parę niepotrzebnych komórek wynoszą 50/50, jest to o wiele za dużo, by wiedząc o tym zgodzić się „tak po prostu” na zabieg.

Ponad rok temu mówiłem już o społecznym przyzwoleniu, a moją bohaterką była Pani Barbara, która domagała się pozwolenia, by mogła zabić swojego syna i nazwać to eutanazją. W przypadku aborcji jest podobnie. Środowisko, a w szczególności społeczeństwo ma powiedzieć wyraźnie – nie zabijasz. To tylko drobny zabieg, po którym możesz wracać do zabawy i pracy nad karierą. Ma się pojawić prawne przyzwolenie.

5. Inne okoliczności

Pierwszym argumentem, dla którego będę nazywać aborcję zabijaniem jest fakt tych 50/50. Dopóki nie będziemy mogli z całą pewnością powiedzieć, co jest, a co nie życiem, oraz zdefiniować człowieka w swojej istocie, szanse, że go zabijamy są zbyt duże, bym mógł to w swojej własnej moralności zaakceptować.

Polskie prawo mówi wyraźnie, że przerwanie ciąży dopuszczalne jest w trzech przypadkach:

– Zagrożenia życia matki
– Zagrożenia płodu nieodwracalnymi zmianami chorobowymi, uszkodzeniem mózgu, etc.
– Ciąża powstała w wyniku gwałtu

I choć nie mogę się w związku z powyższym całkowicie z tym zgodzić, muszę przyznać, że jest tutaj dosyć restrykcyjne, w stosunku do innych krajów, co odbieram pozytywnie.

Nie mogę jednak nikogo zmusić, by wyznawał taką samą moralność, jak ja, myślał jak ja, a nawet gdybym mógł, raczej bym tego nie zrobił. Największą z moich idei jest wolność, choć nie znaczy to oczywiście braku konsekwencji…

Zastanawiam się, co w zasadzie chcę przez to powiedzieć. Jeśli ktoś dalej będzie chciał popełnić aborcje – zrobi to. Ważna jest jednak świadomość. Feministki walczące o prawo do całkowitej aborcji nie dostaną społecznego przyzwolenia. Jednak, ważne jest, by przez zabiegiem każda z nich zdawała sobie sprawę jakie jest prawdopodobieństwo, że popełniają czyn, którego popełnić by raczej nie chciały. A jeśli mimo to, świadome ryzyka będą chciały to zrobić, cóż, jest to ich sprawa i w razie czego – wina (oczywiście, mówimy tutaj o legalnym rozwiązaniu).

Z drugiej strony, jest też prawdopodobieństwo, że się mylę. Zdawałoby się, takie samo.

Pozostaje jednak pytanie, którego czynu następstwa są poważniejsze?

Jesień przyszła, nie ma na to rady

 

Była taka piosenka. Śpiewałem ją przy ognisku, dawno, dawno temu, kiedy jeszcze świat mienił się złotem i srebrem. Piosenka o jesieni… i zaczynała się chyba tak:

Raz staruszek, spacerując w lesie,
Ujrzał listek przywiędły i blady
I pomyślał: – Znowu idzie jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady!

Bardzo piękna, smutna piosenka do ogniska.

I ja dzisiaj usiadłem w fotelu i zamyśliłem się głęboko. Bo to właśnie dziś poczułem gdzieś głęboko w kościach, trzewiach czy duszy, że nadeszła jesień i nic już tego nie cofnie. A zima za pasem. Mieszkanie zrobiło się tak niesamowicie przytulne, dywan pod stopami miękki, ręka sama sięgnęła po książkę.
Już niedługo, niedługo przyjdzie zima a nam, drogi przyjacielu, zostanie grzać się w cieple i korzystać z długich wieczorów.

Chyba chciałbym już dziś to zacząć. Te wieczory, oczywiście. I Ciebie, drogi Czytelniku, chciałbym zaprosić do wspólnego grzania się przy kominku. To jest najlepszy czas na gawędę, wyobraźnię i uśmiech. Cisza, książka, herbata i wyciszenie, którego chyba potrzebuję i którego szukam.

Nie mam kominka. Mam tylko fotel i książki. Ale w przywołaniu dobrej, przytulnej atmosfery pomóc może technologia (jakkolwiek by to nie brzmiało). Zwykle wystarcza mi mój dobry przyjaciel – Frank Sinatra, ale na dziś przygotowałem dla nas – dla Ciebie i mnie – coś specjalnego.

Po pierwsze, włącz proszę tą stronę – http://www.rainymood.com/

Słyszysz? Widzisz? To dobrze. Wystarczy tylko zwiększyć lekko głośność i… jest dobrze. Ale to nie wszystko.

Teraz zapraszam przed kominek.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw[/youtube]

Taaak, teraz lepiej. Ale jeszcze nie to, jeszcze chwilę. Do tego polecam dołączyć dobrą muzykę. Preferuję… Jazz. Dobry, spokojny, miły.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

I w ten sposób, jesiennym wieczorem możemy usiąść, otworzyć ulubioną książkę, albo też wyjąć fajkę i zadumać się, uspokoić.

Odpocząć. 

A jeśli do wieczora masz jeszcze parę godzin, mam też rozwiązanie dla Ciebie. Wczoraj, moja dobra przyjaciółka podesłała mi ten link. Zna mnie bardzo dobrze, wiedziała, co wywoła u mnie uśmiech. Oto ciche miejsce. Specjalnie dla siedzących w biurze, by tak – po prostu na chwilkę – odsapnąć.

A jeśli korzystasz z przeglądarki Chrome, do kompletu (po wcześniejszym wyłączeniu muzyki) polecam stronę „Stars”, która pozwoli się oderwać od ziemi, choć na chwilę.

Ewentualnie, jeśli masz mniej czasu… powiedzmy, dwie minutki – kliknij sobie tutaj – tutaj.

No dobrze… chyba już. Chyba jest lepiej. Mogę odpocząć… chociaż nie. Nie mogę, mam trochę jeszcze do zrobienia, ale wieczorem na pewno usiądę i przymknę oczy, nie robiąc zupełnie NIC.

Tymczasem do zobaczenia, Przyjacielu, niedługo, w następnej Gawędzie o Wędrówkach.
Idę pisać dla Ciebie następny numer Wieści Literackich. A Ty… odpocznij :)

Pogadanka Naukowa #1 – Jesteś hologramem.

Na powyższym zdjęciu widzimy zwykłą kartę do bankomatu. Jak na każdej, tak i na taj umieszczono hologram – zapis informacji, zabezpieczenie karty kredytowej. Wszyscy to znamy. Sama idea jakiegokolwiek hologramu, czyli projekcja informacji w formie trójwymiarowej, czy też złudzenia 3D to żadna nowość. Nowością jest natomiast teoria naukowców, mówiąca, że wszystko, co nas otacza, cała materia, a także my sami, mój komputer, czy nawet czerwona lampa na moim biurku – jest właśnie hologramem, projekcją danych zapisanych na dwuwymiarowym nośniku.

Że co proszę?

Wszechświat jako hologram? To chyba jedna z najbardziej drastycznych zmian naszego obrazu przestrzeni, jaką kiedykolwiek zaproponowano. Gdyby to była prawda, nasze pojęcie świadomości, religii, filozofii, nie mówiąc już o pojęciu świata musiałoby zostać przewartościowane.
Tymczasem dowody na poparcie koncepcji dostarczane są przez jedne z najdziwniejszych tworów w naszej rzeczywistości – czarne dziury.

Mimo lat obserwacji i badań, nie wiadomo jeszcze wielu rzeczy o czarnych dziurach. Najbliższa nam (o której wiemy) znajduje się miliardy kilometrów od nas, a z oczywistych powodów, nawet gdyby była bliżej – nikt nie chciałby się do niej zbliżyć.

Gdybym zbliżył się za blisko do czarnej dziury zostałbym dosłownie rozerwany przez siły grawitacji. Dla obserwatora z Ziemi trwałoby to bardzo długo, gdyż w tym miejscu czasoprzestrzeń ulega znacznemu zakrzywieniu.

Tymczasem może się okazać, że to nie jest cała prawda. Wpadając do czarnej dziury teoretycznie przestaję istnieć, z matematycznych równań wynika jednak, że informacja o tym, kim jestem, jak wyglądam i ile mam lat, słowem – informacja o tym, kim jestem zostanie dosłownie rozsmarowana na powierzchni tej osobliwości.

Co z tego wynika?

Istnieję w dwóch miejscach. Jako trójwymiarowy obraz świadomości, który w tej chwili pisze na klawiaturze i, kiedy znikam w czarnej dziurze, dwuwymiarowa informacja o mnie samym, przechowywana podobnie jak dane w komputerze.

Pogmatwajmy sprawę.

W tej teorii wszystkie informacje przechowywane w czarnej dziurze, o tym, co do niej wpadło, mogą być wyrażone tylko i wyłącznie w kategoriach spoza czarnej dziury. Dzięki temu możemy opisać to, co dzieje się wewnątrz niej, odnosząc się do tego, co jest na zewnątrz.
Co to oznacza? Przestrzeń wewnątrz czarnej dziury rządzi się tymi samymi regułami, co przestrzeń na zewnątrz niej. Dzięki tej teorii, można by było mnie odtworzyć, opierając się o informacje o mnie z zewnątrz czarnej dziury – na jej powierzchni.

Ale co z kosmosem?

Skupiliśmy się na czarnej dziurze, gdyż oddaje ona sedno całej teorii. Skoro i tam i tu panują te same zasady przestrzeni. Jeśli wpadłem do czarnej dziury, zaś kopia mnie, jako informacje opisane na dwuwymiarowej powierzchni może posłużyć do rekonstrukcji mnie samego, bardzo możliwe, że wszystko – galaktyki, planety, samochody czy nawet Ty, jest zwykłą, trójwymiarową projekcją informacji przechowywanych na jakiejś bardzo odległej dwuwymiarowej płytce z zestawem informacji o wszystkim, co – teoretycznie – istnieje.
Innymi słowy, Ty, ja i wszystko, łącznie z samą przestrzenią jest tylko rodzajem hologramu, zaś uznajemy to za rzeczywistość, gdyż po prostu brak nam punktu odniesienia.

Pomyśl&Powiedz:

Skoro więc nasza trójwymiarowa rzeczywistość jest tylko iluzją, zaś prawdziwy świat to tylko zestaw informacji, być może zapisany na dwuwymiarowej powierzchni wszechświata, to:

Czym jest wszechświat? Kolejną czarną dziurą?

Jak to się ma to teorii multi-świata? A jak do teorii multi-świata w multi-świecie, wielowarstwowego świata, w którym wszechświat to atom, lub jego część, a wszystkie atomy są w przypisanym do nich wszechświecie i tak dalej?(klik!)

Co z naszą świadomością? Czy koncepcja rzeczywistości jako zbioru informacji wyklucza świadomość inteligentnych istot, zaś to, co uznajemy za świadomość jest tylko wynikiem projekcji, jak w grze komputerowej, kiedy informacje zmieniają się w obraz?

Czekam na Twoją wersję odpowiedzi.
(A jeśli Ci się podobało, puść to dalej w świat!)

Czerwony Mars…

… A potem „Zielony” i „Błękitny” – tak wyobraził sobie kolonizacje Marsa Kim Stanley Robinson, autor chyba jednego z ciekawszych spojrzeń na kolonizacje czerwonej planety.

Tymczasem problem zasiedlenia Marsa przestał być tylko fabułą książek science fiction, stał się rzeczywistością, najpierw w odległych planach, potem coraz śmielej przebijając się do świadomości.
Osobiście zwątpiłem w możliwość kolonizacji – jeśli zabiorą się za to organizacje państwowe takie jak NASA, która – owszem – odwala kawał dobrej roboty jeśli chodzi o obserwacje kosmosu, czy nawet zamieszkanie paru osób na orbicie, ale poważniejsze zadania, takie jak choćby lot na księżyc przerastają ją w tej chwili zupełnie.

W tym czasie zarówno w Europie, jak i wschodzie prowadzone są dosyć ambitne programy kosmiczne, mające jednak przed sobą długą drogę by technologicznie choćby dogonić amerykanów.

Na pierwszy plan w kwestii podboju kosmosu wychodzą organizacje prywatne, szukające w tym zysków, czy to turystycznych (jak w wypadku Space Ship Two) czy rozrywkowych… i o tych ostatnich właśnie sobie powiemy.

Kolonizacja Marsa jest nie tylko możliwa, ale i prawdopodobna. Nie tylko „za naszego życia” ale już niedługo, w przeciągu następnej dekady, dwóch. A wszystko to dzięki projektowi
Mars One, który przewiduje pierwsze kosmiczne miasto już między 2023 a 2025.

Jeśli zapytałbyś mnie, jaki jest największy zysk z tego typu przedsięwzięcia, odpowiedziałbym – największy z możliwych: przetrwanie.
Wystarczy jeden kawałeczek skały, by nasza cywilizacja przestała istnieć, parę bomb atomowych, nieudany eksperyment… kosmos i my sami cały czas próbujemy się wyeliminować. To, że się to nie udaje oznacza, że mamy wręcz nieprawdopodobne szczęście. A to Jowisz wyłapie co większe okruchy, a to jedno użycie bomby atomowej w odpowiednim historycznie czasie sprawia, że wszyscy zaczynają się bać konsekwencji. I słusznie.
Ale nie łudźmy się – szczęście zawsze kiedyś się kończy. W każdej chwili może wybuchnąć park(super wulkan) Yellowstone. W zasadzie powinien niedługo, jeśli wierzyć w powtarzalność jego wybuchów. Jowisz też nie zawsze jest w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – dowodzą  tego choćby dinozaury. Nie wspominając o wielkim wymieraniu permskim, podczas którego w zasadzie prawie cała flora i fauna uległa całkowitej zagładzie.

Niestety, mądre głowy rządzące światem mają gdzieś tak wielkie ideały jak przetrwanie gatunku. Dlatego sposób finansowania projektu Mars One może wydać się trochę dziwny.
Jest to bowiem reality show podobny do Big Brothera. Poczynania astronautów będą emitowane na żywo, a przychód z tego zasili konto organizacji.
Pomysł tak samo dziwny, jak… interesujący. W tym szaleństwie jest metoda.
Zaś nagroda jest warta gry.
Tym bardziej, że pierwsza faza projektu już za rok. Oto prosty i interesujący plan Marso One:

2013 – rozpoczyna się selekcja grupy około 40 astronautów. Przejdą oni szkolenie i zostaną umieszczeni w replice marsjańskiej osady, aby tam przystosować się do funkcjonowania;
2014 – startują przygotowania pierwszych satelitów komunikacyjnych oraz zapasów, które zostaną przetransportowane na Marsa;
2016 – pierwszy statek z ładunkiem 2500 kg prowiantu zostanie wystrzelony w stronę czerwonej planety;
2018 – łazik wyląduje na powierzchni Marsa. Będzie poszukiwał idealnego miejsca na budowę pierwszej osady. Bezpośrednia transmisja z powierzchni ma być dostępna dla każdego;
2021 – wszystkie niezbędne komponenty do budowy stacji oraz drugi łazik są już na Marsie;
2022 – maszyny zapewniające dostawy wody, tlenu oraz produkujące atmosferę mają być gotowe. Na 14 września 2022 roku zaplanowano start pierwszej 4-osobowej ekipy astronautów w kierunku Marsa. Bilety oczywiście w jedną stronę;
2023 – pierwsi ludzie lądują na czerwonej planecie, rozpoczynając budowę pierwszej bazy. Dwa lata później dołączają do nich kolejni astronauci, wraz ze sprzętem oraz zaopatrzeniem, gotowi na dalszą kolonizację.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=n4tgkyUBkbY&feature=plcp[/youtube]

Ja rekrutuję się na pewno. A Ty? :)

Zobacz też:
Artykuł na Gadżetomanii
Artykuł na Spokogadzet
Strona główna projektu

 

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén