Od czasu premiery serialu na podstawie książki Stephena Kinga wyszło siedem odcinków. Powiedzieć jednak o tym dziele, że jest „na podstawie” książki, to trochę za wiele, bo doszło do pewnych… rozbieżności, które nawet sam King skomentował w liście do fanów, podkreślając, że fabuła „pod kopułą” wcale się nie zmieniła – bo przecież książka dalej tam, na półce, stoi. A serial przecież książką nie jest.
King ma absolutną rację. Pisząc o serialu nie będę zwracał uwagi na przekłamania względem książki. Może to i dobrze, bo gdyby tak było, dosłownie kopałbym leżącego. 

Jeszcze zanim zacznę – ten tekst zawiera spoilery, więc jeśli nie jesteś na bieżąco i nie chcesz wiedzieć ode mnie tego,  co chcesz wiedzieć z serialu… nie czytaj. Tak tylko ostrzegam.

Do rzeczy. 

Jeśli czytasz, prawdopodobnie nie muszę Ci streszczać fabuły serialu – jednak dla tych, którzy mają gdzieś spoilery mogę nakreślić sytuację: Oto z nieba spada przezroczysta, niezniszczalna kopuła, zamykając pod sobą małe miasteczko. Wkrótce przybywa armia, otaczając kordonem kopułę. Pomysł – przyznasz – przedni. Idealne poletko do pokazania psychologii bohaterów, zamkniętych w pewnej przestrzeni, walącej się infrastruktury miasta, chaosu, armagedonu, zgrzytania zębów i zębów tych wybijania. W dodatku, rzecz dzieje się w USA, a to oznacza dużo, dużo broni będącej w posiadaniu większości społeczeństwa. Cud, miód i orzeszki. A fani Gothica odprawiają orkowy taniec szczęścia.

Niestety, choć scena i teatr piękny, a warunki znakomite – do sukcesu potrzeba czegoś jeszcze – dobrego scenariusza i co najmniej dobrych aktorów. Nad scenariuszem miał czuwać sam King, ale tak sobie myślę, że poklepał tylko głównego scenarzystę po ramieniu i poszedł dalej pisać książki.  A do tego dochodzą jeszcze aktorzy, których producenci wytargali chyba za uszy z kółka teatralnego (co jest ciekawe, bo wśród producentów wykonawczych widnieją nazwiska King, Spielberg czy Bender).

Ale do rzeczy – zaczniemy od głównego problemu wątku głównego – Kopuły. Ludzie nie wyglądają na przestraszonych kiedy spada. Owszem, dostajemy parę mrożących krew w kałuży scen wypadków, jak zderzający się „z niczym” samolot, czy rozgniatający się na „niczym” samochód. Amerykanie obserwujący wypadek samolotu (jak się okazuje – główni bohaterowie serialu) stoją sobie dokładnie pod miejscem, w którym samolot wpada na kopułę i z rozdziawionymi ustami obserwują kulę ognia. Owszem, dla zaznaczenia, że spadają szczątki Barbie (główny laluś, twardziel i idealna postać do RPGa) ratuje jedną osobę, ale pozostałe fragmenty spadają dziwnym trafem nikogo nie raniąc… a w zasadzie są prawie że pominięte. Dalej mamy scenę z przeciętą na pół krową, która wygląda jak wnętrze hamburgera, bo coś dziwnego stało się z jej wnętrznościami, których… nie ma.
Ale to błahostki. Nastrój uwięzienia serial stara się budować stwierdzeniem Dużego Jima (najpotężniejszej postaci w miasteczku)  „jesteśmy uwięzieni”, które przechodzi nawet do czołówki serialu. I… to w zasadzie tyle. Ludzie rozchodzą się do domów, statystom zapłacono, na planie zostaje garstka aktorów.  Na lekki powiew paniki musimy poczekać parę odcinków, kiedy twórcy pokazują nam scenę grabieży sklepu. Znikąd nagle dowiadujemy się, że skończyło się jedzenie. Stąd odnoszę wrażenie, że stało się to nagle i bez uprzedzenia. I nagle amerykanie zdali sobie sprawę, że pieniądze nic nie znaczą i postanowili działać. Nikt jeszcze nie zaczął głodować, nikt nawet z tego głodu nie zemdlał (a przynajmniej serial nam tego nie pokazuje) –  nagle ludzie się wkurzają i po otwarciu sklepu zaczynają się zamieszki. Nie wywołane też niczym szczególnym, po prostu scenarzysta postanowił sobie – O, a tutaj będą zamieszki. Ludzie będą wkurzeni. Kropka.

A potem znowu rozchodzą się do domów, by grzecznie siedzieć pod kopułą, w międzyczasie parę razy stojąc kręgiem podczas przemówień Dużego Jima. Ba, nawet scena, w której znikąd pojawiają się ich krewni, zamiast być wzruszająca – nudzi. Mimo rzewnej muzyczki, widzę tylko dwie grupy statystów machających do siebie.

Bardzo trudno się pisze taki tekst bez odwołań do książki Kinga – bo tam, jeśli coś się działo, miało swoje wyjaśnienie. Już sam fakt komunikacji Barbie -> Wojsko wyjaśniał bardzo dużo, w serialu mamy tylko przechwytywane komunikaty wojskowe przechwytywane dzięki grubej pani geniusz z rozgłośni radiowej. A rzeczy się dzieją nie dlatego, że prowadzi do nich ciąg przyczynowo skutkowy, ale dlatego, że „tak ma być”.

Być jak srajtaśma.

Wkurza, naprawdę wkurza papierowość zarówno bohaterów, jak statystów, którzy zamiast tworzyć szalejące tło, czasami wychodzą za bardzo na pierwszy plan. Kopuła opadła? No to jesteśmy zamknięci. Woda się kończy? Duży Jim się przejmuje, ludzie mają gdzieś. Rząd wysyła na nas wielki pocisk, który prawdopodobnie nas zabije? Posiedzimy chwilę z markotnymi minami, dwie, czy trzy osoby pochlipią, a potem, po wyjściu ze schronu gdzieś znikniemy (pewnie znów w domach)!

Ale to statyści, nie wymagajmy od nich zbyt wiele. Zajmijmy się głównymi bohaterami – Julią Shumway i Barbiem. Barbie ma tajemnice – zabił męża Julii. O tym, że kłamie, dziennikarka (która ANI RAZU jeszcze nie pracowała, jeśli nie liczyć jednej, bardzo krótkiej sceny – dla akcentu) dowiaduje się bardzo szybko. Oczywiście, tylko tyle, że Barbie nie wyjawił jej, iż miał coś wspólnego z jej mężem za którym bardzo, ale o bardzo tęskni (Julia, nie Barbie. Choć Barbie czasami też wygląda, jakby tęsknił), chociaż ten ją zdradzał. I po krótkim dąsie co robi – IDZIE Z NIM DO ŁÓŻKA. Nie, żeby była między nimi jakaś chemia. Nie, po prostu scenarzysta napisał: A tutaj Barbie i Julia zaczynają się całować i idą uprawiać seks.

Dobrze,  ale tak się czasami zdarza – ludzie lubią seks. Przyjrzyjmy się następnej „parze” – oto Angie i Junior – syn Dużego Jima. Angie zabawia się z Juniorem, by potem powiedzieć mu, że było dobrze, ale ona go nie kocha. Kiedy spada kopuła, Junior wariuje i stwierdza, że to przez nią właśnie Angie już nie darzy go uczuciem. Zamyka ją w bunkrze koło domu, gdzie nasza bohaterka siedzi przez większość odcinków. Co jednak robi, kiedy zostaje uwolniona i dochodzi do konfrontacji z Juniorem? Nie, nie ucieka. Ona przy nim zostaje, głaszcząc go i się nad nim litując. Dopiero potem uzmysławia sobie, że wypadałoby uciec.

Nikt nie zrozumie kobiet.

Z Angie jest zresztą związana jeszcze inna sprawa – nie jest jedynaczką. Kiedy spada kopuła, jej brat wie, że jego siostra jest gdzieś w mieście. Co robi? Podrywa dziewczynę. Nie, stop. Dziewczyna podrywa jego, bo razem mają ataki padaczki, podczas których bredzą o różowych gwiazdach – co ma związek z kopułą, oraz machają dziwnie rękami. Absolutnie, wcale ale to wcale nie widać, że grają.
No dobrze, ale mija parę odcinków, czy w trakcie nich Joe choć raz próbuje znaleźć swoją siostrę? NIE. Pyta się tylko paru osób, czy ją widzieli, tak mimochodem, ponieważ akurat ich napotkał. Znów – dla zaakcentowania jego troski.

Sama Angie zresztą także nie żywi jakiś bliższych uczuć do brata. Kiedy wychodzi, pierwsze co robi zaraz po głaskaniu swojego oprawcy to udaje się do miejscowego baru, gdzie zostaje prawie zgwałcona. Mija… ile, jeden, dwa odcinki, zanim spotyka się z bratem. I znów – spotkanie to jest tylko zaakcentowane w montażu z tandetnym podkładem.

I tak można wymieniać – w zasadzie każdy aktor jest w serialu po prostu aktorem. Widać, jak gra, widać, że gra. Widać, że jest płaski jak srajtaśma i wykonuje dokładnie to, co napisał scenarzysta. Czy o to chodzi? W teorii. Bo w praktyce przydałoby się nieco uczucia. Tymczasem dostajemy film kukiełkowy. Co jednak zaskakujące, najlepiej wypada tutaj główny zły charakter – Duży Jim (złym charakterem miał być jeszcze Junior, obłąkany morderca, ale Alexander Koch wcielający się w jego rolę woli robić słodkie oczka do kamery). Duży Jim zdaje się być całkiem dobrym człowiekiem, mimo, że zdarza mu się być nieuczciwym, ba – nawet zabija miejscowego klechę. I to właśnie to wymieszanie cech dobrych z naprawdę złymi sprawia, że jest postacią pełnowymiarową. Da się zrozumieć, wiemy, jaki jest jego cel i jakie ma zmartwienia. W przeciwieństwie do innych aktorów nie wychodzi w przód i nie opowiada nam swojej roli odprawiając pantomimę – Dean Norris po prostu JEST James’em Rennie.

To czemu oglądasz?

W zasadzie sam nie wiem, czemu dalej oglądam ten serial. Nie, błąd – wiem doskonale. To prawda – wkurza mnie papierowość bohaterów, wkurzają mnie twarze bez wyrazu, półotwarte usta, obowiązkowa muzyczka z montażem na koniec odcinka (nie jestem pewien, czy po raz pierwszy nie pojawiło się to w House’ie), zupełny brak pokazywania ciągu przyczyna-skutek, zupełne zaniedbanie psychologii zamknięcia (czyt. głównej siły serialu!), amerykanie bez większych emocji, schematy (motyw kłamcy, obowiązkowy choć jeden związek homo [pamiętajcie, nie odwołujemy się do książki], obowiązkowa rola przynajmniej jednej ciemnoskórej osoby (nie epizodycznej), sztuczne wywoływanie pobudzającej atmosferę katastrofy [wypadek z ciężarówką wpadającą w wieżę ciśnień = nie ma wody]), wkurza brak logiki i marny scenariusz pisany prawdopodobnie na zasadzie „co by tu zrobić, by fabułę na miniserial (najwyżej) rozwlec na dwa sezony”.

Czemu zatem oglądam? Bo, cholera, zacząłem. A jak zaczynam jakąś historię, to skończyć muszę, takie skrzywienie. Ale bywa i tak, że jeden odcinek oglądam przez dwa, trzy dni.

Pozostaje mi jednak pocieszenie, że to dopiero siedem odcinków. Być może wkrótce czeka nas przełom, jednak póki co aktorzy bardziej chcą pokazać jakie postacie grają, niż je po prostu zagrać, zaś serial chciałby być dobrym, amerykańskim serialem na którego punkcie zwariują tłumy. I będzie tak, pod warunkiem, że dostaniemy więcej kopuły, więcej zamknięcia i strachu, więcej emocji i, Boże, więcej Dużego Jima. Póki co jednak istnieje tylko dlatego, że podpisują się pod nim znane nazwiska.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments