Kategoria: Recenzje (Page 1 of 2)

Dlaczego kończę z pisaniem

pisanie topka

Długo nad tym myślałem – kiedyś Perfect śpiewał, że należy zejść ze sceny niepokonanym. Nie jestem niepokonany – dopiero zacząłem wyścig, więc o żadnym pokonywaniu nie może być mowy. A jednak trzeba umieć powiedzieć dość we właściwym momencie i, myślę, chyba dla mnie ten moment nadszedł. 

Kończę z pisaniem recenzji, rzecz jasna. Ale jest to dosyć trudne – krytyka literacka jest tym, co wciągnęło mnie do świata literatury i fandomu fantastyki, a potem dalej – do środowiska grozy. To dzięki byciu krytykiem poznałem wielu wspaniałych ludzi, potem moich mentorów i wreszcie kolegów, znajomych, ale także dalej wzorów do naśladowania.

Zacząłem to robić w 2008 roku – tak na serio. Z mojego ówczesnego bloga wyłowił mnie wtedy SirJedi, czyli Tomek Wojnowski, a następnie brutalnie wrzucił na głęboką wodę fandomu. I tak to się zaczęło – od tego czasu nastukałem około 50 tekstów krytycznych różnych książek, nie tylko fantastyki. Nie jest to dużo. Jest przyzwoicie. I dalej bym to robił, ale lubię być rzetelny. Czuć się rzetelny. Na tej recenzenckiej scenie móc być postrzegany jego rzetelny.

Nie znaczy to, że w moich recenzjach kłamałem. Nie. Ale to, że zdarza mi się recenzować ludzi, z którymi później idę na piwo, albo siedzę na spotkaniach autorskich, rzuca na mnie światło nierzetelnego krytyka. I myślę, że tak być nie może.

Są jeszcze inne rzeczy – powiem wprost. Czasy się zmieniły i całe to recenzowanie zaczyna wyglądać jak teatrzyk. Są książki ważne i ważniejsze – nie z powodu ich literackiej wartości, ale z powodu patronatu. Zdarza się też tak (bez nazw i nazwisk, nie we wszystkich miejscach, gdzie byłem się to zdarzało… i nie wszystkie podałem na blogu), że wydawnictwo sobie zażyczy dobrej recenzji. I nawet jeśli książka jest zła – musi zostać oceniona dobrze. W większości przypadków wydawca nie musi o to prosić – tak po prostu jest narzucone. Jeśli recenzja nie będzie dobra w 100%, nie przejdzie dalej. To nie jest rzetelne dziennikarstwo. To w ogóle nie jest dziennikarstwo. To zwykłe skurwysyństwo.

Świata nie zmienię. Takie są czasy – tak to wygląda. Jeśli ci się nie podoba, to – mówiąc krótko – tam są drzwi. Więc mi się nie podoba. Nie czuję się rzetelny, mimo, że nigdy nie skłamałem. Z tych dwóch wymienionych wyżej powodów myślę, że czas skończyć z byciem aktywnym krytykiem literackim. Swoje się nauczyłem, swoje zrozumiałem. To nie był stracony czas, zły też nie. Każdemu poleciłbym tę drogę – wiele się można nauczyć, dociekliwie obserwując dobrych i dostrzegając co złego jest w złych książkach.

Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie zostawił sobie otwartej furtki – po pierwsze muszę skończyć recenzje, które już mam zaczęte. Po drugie, chętnie coś zrecenzuję, jeśli będę miał pracodawcę. Ale i tu kłamał nie będę.

Kiedy studiowałem dziennikarstwo, na jednym z pierwszych wykładów powiedziano nam, że możemy pisać co chcemy i jak chcemy, fikcję, kłamstwa – bo to, co napisane jest w prawie prasowym to tylko bazgroły bez mocy prawnej. Taki statut, wiecie, moralny. I w czymś takim miałbym brać udział? Oczywiście to tylko moje wspomnienie, mogłem coś poknocić. Nie mam na to dowodów.

I tu chyba skończę. Nie ma sensu strzępić języka po próżnicy.

Ludziki w akwarium – Czyli o „Pod Kopułą”

 

Od czasu premiery serialu na podstawie książki Stephena Kinga wyszło siedem odcinków. Powiedzieć jednak o tym dziele, że jest „na podstawie” książki, to trochę za wiele, bo doszło do pewnych… rozbieżności, które nawet sam King skomentował w liście do fanów, podkreślając, że fabuła „pod kopułą” wcale się nie zmieniła – bo przecież książka dalej tam, na półce, stoi. A serial przecież książką nie jest.
King ma absolutną rację. Pisząc o serialu nie będę zwracał uwagi na przekłamania względem książki. Może to i dobrze, bo gdyby tak było, dosłownie kopałbym leżącego. 

Jeszcze zanim zacznę – ten tekst zawiera spoilery, więc jeśli nie jesteś na bieżąco i nie chcesz wiedzieć ode mnie tego,  co chcesz wiedzieć z serialu… nie czytaj. Tak tylko ostrzegam.

Do rzeczy. 

Jeśli czytasz, prawdopodobnie nie muszę Ci streszczać fabuły serialu – jednak dla tych, którzy mają gdzieś spoilery mogę nakreślić sytuację: Oto z nieba spada przezroczysta, niezniszczalna kopuła, zamykając pod sobą małe miasteczko. Wkrótce przybywa armia, otaczając kordonem kopułę. Pomysł – przyznasz – przedni. Idealne poletko do pokazania psychologii bohaterów, zamkniętych w pewnej przestrzeni, walącej się infrastruktury miasta, chaosu, armagedonu, zgrzytania zębów i zębów tych wybijania. W dodatku, rzecz dzieje się w USA, a to oznacza dużo, dużo broni będącej w posiadaniu większości społeczeństwa. Cud, miód i orzeszki. A fani Gothica odprawiają orkowy taniec szczęścia.

Niestety, choć scena i teatr piękny, a warunki znakomite – do sukcesu potrzeba czegoś jeszcze – dobrego scenariusza i co najmniej dobrych aktorów. Nad scenariuszem miał czuwać sam King, ale tak sobie myślę, że poklepał tylko głównego scenarzystę po ramieniu i poszedł dalej pisać książki.  A do tego dochodzą jeszcze aktorzy, których producenci wytargali chyba za uszy z kółka teatralnego (co jest ciekawe, bo wśród producentów wykonawczych widnieją nazwiska King, Spielberg czy Bender).

Ale do rzeczy – zaczniemy od głównego problemu wątku głównego – Kopuły. Ludzie nie wyglądają na przestraszonych kiedy spada. Owszem, dostajemy parę mrożących krew w kałuży scen wypadków, jak zderzający się „z niczym” samolot, czy rozgniatający się na „niczym” samochód. Amerykanie obserwujący wypadek samolotu (jak się okazuje – główni bohaterowie serialu) stoją sobie dokładnie pod miejscem, w którym samolot wpada na kopułę i z rozdziawionymi ustami obserwują kulę ognia. Owszem, dla zaznaczenia, że spadają szczątki Barbie (główny laluś, twardziel i idealna postać do RPGa) ratuje jedną osobę, ale pozostałe fragmenty spadają dziwnym trafem nikogo nie raniąc… a w zasadzie są prawie że pominięte. Dalej mamy scenę z przeciętą na pół krową, która wygląda jak wnętrze hamburgera, bo coś dziwnego stało się z jej wnętrznościami, których… nie ma.
Ale to błahostki. Nastrój uwięzienia serial stara się budować stwierdzeniem Dużego Jima (najpotężniejszej postaci w miasteczku)  „jesteśmy uwięzieni”, które przechodzi nawet do czołówki serialu. I… to w zasadzie tyle. Ludzie rozchodzą się do domów, statystom zapłacono, na planie zostaje garstka aktorów.  Na lekki powiew paniki musimy poczekać parę odcinków, kiedy twórcy pokazują nam scenę grabieży sklepu. Znikąd nagle dowiadujemy się, że skończyło się jedzenie. Stąd odnoszę wrażenie, że stało się to nagle i bez uprzedzenia. I nagle amerykanie zdali sobie sprawę, że pieniądze nic nie znaczą i postanowili działać. Nikt jeszcze nie zaczął głodować, nikt nawet z tego głodu nie zemdlał (a przynajmniej serial nam tego nie pokazuje) –  nagle ludzie się wkurzają i po otwarciu sklepu zaczynają się zamieszki. Nie wywołane też niczym szczególnym, po prostu scenarzysta postanowił sobie – O, a tutaj będą zamieszki. Ludzie będą wkurzeni. Kropka.

A potem znowu rozchodzą się do domów, by grzecznie siedzieć pod kopułą, w międzyczasie parę razy stojąc kręgiem podczas przemówień Dużego Jima. Ba, nawet scena, w której znikąd pojawiają się ich krewni, zamiast być wzruszająca – nudzi. Mimo rzewnej muzyczki, widzę tylko dwie grupy statystów machających do siebie.

Bardzo trudno się pisze taki tekst bez odwołań do książki Kinga – bo tam, jeśli coś się działo, miało swoje wyjaśnienie. Już sam fakt komunikacji Barbie -> Wojsko wyjaśniał bardzo dużo, w serialu mamy tylko przechwytywane komunikaty wojskowe przechwytywane dzięki grubej pani geniusz z rozgłośni radiowej. A rzeczy się dzieją nie dlatego, że prowadzi do nich ciąg przyczynowo skutkowy, ale dlatego, że „tak ma być”.

Być jak srajtaśma.

Wkurza, naprawdę wkurza papierowość zarówno bohaterów, jak statystów, którzy zamiast tworzyć szalejące tło, czasami wychodzą za bardzo na pierwszy plan. Kopuła opadła? No to jesteśmy zamknięci. Woda się kończy? Duży Jim się przejmuje, ludzie mają gdzieś. Rząd wysyła na nas wielki pocisk, który prawdopodobnie nas zabije? Posiedzimy chwilę z markotnymi minami, dwie, czy trzy osoby pochlipią, a potem, po wyjściu ze schronu gdzieś znikniemy (pewnie znów w domach)!

Ale to statyści, nie wymagajmy od nich zbyt wiele. Zajmijmy się głównymi bohaterami – Julią Shumway i Barbiem. Barbie ma tajemnice – zabił męża Julii. O tym, że kłamie, dziennikarka (która ANI RAZU jeszcze nie pracowała, jeśli nie liczyć jednej, bardzo krótkiej sceny – dla akcentu) dowiaduje się bardzo szybko. Oczywiście, tylko tyle, że Barbie nie wyjawił jej, iż miał coś wspólnego z jej mężem za którym bardzo, ale o bardzo tęskni (Julia, nie Barbie. Choć Barbie czasami też wygląda, jakby tęsknił), chociaż ten ją zdradzał. I po krótkim dąsie co robi – IDZIE Z NIM DO ŁÓŻKA. Nie, żeby była między nimi jakaś chemia. Nie, po prostu scenarzysta napisał: A tutaj Barbie i Julia zaczynają się całować i idą uprawiać seks.

Dobrze,  ale tak się czasami zdarza – ludzie lubią seks. Przyjrzyjmy się następnej „parze” – oto Angie i Junior – syn Dużego Jima. Angie zabawia się z Juniorem, by potem powiedzieć mu, że było dobrze, ale ona go nie kocha. Kiedy spada kopuła, Junior wariuje i stwierdza, że to przez nią właśnie Angie już nie darzy go uczuciem. Zamyka ją w bunkrze koło domu, gdzie nasza bohaterka siedzi przez większość odcinków. Co jednak robi, kiedy zostaje uwolniona i dochodzi do konfrontacji z Juniorem? Nie, nie ucieka. Ona przy nim zostaje, głaszcząc go i się nad nim litując. Dopiero potem uzmysławia sobie, że wypadałoby uciec.

Nikt nie zrozumie kobiet.

Z Angie jest zresztą związana jeszcze inna sprawa – nie jest jedynaczką. Kiedy spada kopuła, jej brat wie, że jego siostra jest gdzieś w mieście. Co robi? Podrywa dziewczynę. Nie, stop. Dziewczyna podrywa jego, bo razem mają ataki padaczki, podczas których bredzą o różowych gwiazdach – co ma związek z kopułą, oraz machają dziwnie rękami. Absolutnie, wcale ale to wcale nie widać, że grają.
No dobrze, ale mija parę odcinków, czy w trakcie nich Joe choć raz próbuje znaleźć swoją siostrę? NIE. Pyta się tylko paru osób, czy ją widzieli, tak mimochodem, ponieważ akurat ich napotkał. Znów – dla zaakcentowania jego troski.

Sama Angie zresztą także nie żywi jakiś bliższych uczuć do brata. Kiedy wychodzi, pierwsze co robi zaraz po głaskaniu swojego oprawcy to udaje się do miejscowego baru, gdzie zostaje prawie zgwałcona. Mija… ile, jeden, dwa odcinki, zanim spotyka się z bratem. I znów – spotkanie to jest tylko zaakcentowane w montażu z tandetnym podkładem.

I tak można wymieniać – w zasadzie każdy aktor jest w serialu po prostu aktorem. Widać, jak gra, widać, że gra. Widać, że jest płaski jak srajtaśma i wykonuje dokładnie to, co napisał scenarzysta. Czy o to chodzi? W teorii. Bo w praktyce przydałoby się nieco uczucia. Tymczasem dostajemy film kukiełkowy. Co jednak zaskakujące, najlepiej wypada tutaj główny zły charakter – Duży Jim (złym charakterem miał być jeszcze Junior, obłąkany morderca, ale Alexander Koch wcielający się w jego rolę woli robić słodkie oczka do kamery). Duży Jim zdaje się być całkiem dobrym człowiekiem, mimo, że zdarza mu się być nieuczciwym, ba – nawet zabija miejscowego klechę. I to właśnie to wymieszanie cech dobrych z naprawdę złymi sprawia, że jest postacią pełnowymiarową. Da się zrozumieć, wiemy, jaki jest jego cel i jakie ma zmartwienia. W przeciwieństwie do innych aktorów nie wychodzi w przód i nie opowiada nam swojej roli odprawiając pantomimę – Dean Norris po prostu JEST James’em Rennie.

To czemu oglądasz?

W zasadzie sam nie wiem, czemu dalej oglądam ten serial. Nie, błąd – wiem doskonale. To prawda – wkurza mnie papierowość bohaterów, wkurzają mnie twarze bez wyrazu, półotwarte usta, obowiązkowa muzyczka z montażem na koniec odcinka (nie jestem pewien, czy po raz pierwszy nie pojawiło się to w House’ie), zupełny brak pokazywania ciągu przyczyna-skutek, zupełne zaniedbanie psychologii zamknięcia (czyt. głównej siły serialu!), amerykanie bez większych emocji, schematy (motyw kłamcy, obowiązkowy choć jeden związek homo [pamiętajcie, nie odwołujemy się do książki], obowiązkowa rola przynajmniej jednej ciemnoskórej osoby (nie epizodycznej), sztuczne wywoływanie pobudzającej atmosferę katastrofy [wypadek z ciężarówką wpadającą w wieżę ciśnień = nie ma wody]), wkurza brak logiki i marny scenariusz pisany prawdopodobnie na zasadzie „co by tu zrobić, by fabułę na miniserial (najwyżej) rozwlec na dwa sezony”.

Czemu zatem oglądam? Bo, cholera, zacząłem. A jak zaczynam jakąś historię, to skończyć muszę, takie skrzywienie. Ale bywa i tak, że jeden odcinek oglądam przez dwa, trzy dni.

Pozostaje mi jednak pocieszenie, że to dopiero siedem odcinków. Być może wkrótce czeka nas przełom, jednak póki co aktorzy bardziej chcą pokazać jakie postacie grają, niż je po prostu zagrać, zaś serial chciałby być dobrym, amerykańskim serialem na którego punkcie zwariują tłumy. I będzie tak, pod warunkiem, że dostaniemy więcej kopuły, więcej zamknięcia i strachu, więcej emocji i, Boże, więcej Dużego Jima. Póki co jednak istnieje tylko dlatego, że podpisują się pod nim znane nazwiska.

Pierwsze recenzje „Wioski Przeklętych”!

 

Mijają dni. Niektórzy już wrócili do swoich zwykłych obowiązków, inni ciągle jeszcze patrzą na podświetlane dynie, jeszcze inni (jak ja) chodzą po lasach i śpią pod namiotem, by po powrocie dowiedzieć się, że Disney robi siódmą część Star Warsów (chyba wlazłem przez przypadek do innego wymiaru).

Tymczasem ludzie czytają, Halloween 2 ma coraz więcej ściągnięć i pojawiają się pierwsze recenzje. A co w nich i (czy w ogóle?) piszą o Stonawskim?

Postanowiłem się przekonać.

Na Votum-Separatum znalazłem coś takiego:

Niestety w tym roku nie zdążyłam z recenzją wcześniej, jestem jednak w trakcie lektury i już teraz mogę powiedzieć, że np. opowiadanie „Wioska przeklętych” Michała Stonawskiego jest bardzo dobre i liczę, że reszta trzyma podobny poziom.

Z kolei na blogu „ogród w kieszeni”   Ailis pisze tak:

* Wioska przeklętych (Michał Stonawski) – opowiadanie o małżeństwie, które wyjeżdża w celu poprawienia swoich stosunków. Miałam niesamowite dreszcze i wpisało się w nastrój japońskich horrorów, które uwielbiam

Serwis Horrorreviews.pl  przedstawia całą rzecz w ten sposób:

W Wiosce przeklętych Michała Stonawskiego poznamy młode małżeństwo, które postanawia wybrać się na urlop właśnie do Strzyżewa, gdyż słyszeli, że odpoczną tam od wszelkiej technologii czy zgiełku wielkiego miasta. Niestety, ich pożycie małżeńskie jest dalekie od ideału i zmagają się z obopulnym ciągłym niezadowoleniem i pretensjami. Kiedy jednak wkraczają do Strzyżewa, nie spodziewają się nawet, jak bardzo ich życie się zmieni, czy może lepiej – jak bardzo będą starali się je zachować…
Nieoczekiwany zwrot akcji i zaskakujące zakończenie sprawią, że Wioskę przeklętych pochłoniemy bez tchu.

Ego połechtane, wzrosło i od razu jakoś tak milej na świecie się zrobiło. Autorom recenzji bardzo dziękuję, pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję!

No, to wracam do czytania. Wiecie co? „Wiatr przez dziurkę od klucza” Kinga jest rewelacyjny. Tak samo jak i „Chudszy”. Ostatnio jakaś mnie Kingo-mania napadła i właśnie jestem w trakcie „Nocnej Zmiany”. Swoją srogą – też polecam. Zresztą, to głupie polecać Kinga, prawda?

W końcu to King.

Odrodzenie Ziemi na Efantastyce

 

 

 

Kiedy czwarty tom sagi trafił w moje ręce, nie mogłem powstrzymać uśmiechu satysfakcji. Być może było to po części wynikiem nastrojowej okładki, jednak Orson Scott Card publikuje na tyle długo, by każdy czytelnik już przed otwarciem książki wiedział, na co może liczyć. Nie byłem wyjątkiem, choć – jak zawsze – tliła się we mnie obawa przed spadkiem formy jednego z bardziej znanych współczesnych pisarzy science-fiction. Jedynym sposobem, by ją uspokoić było, rzecz jasna, rozpoczęcie czytania. Tak też zrobiłem.

Zaraz po odkryciu statku, który ma umożliwić mieszkańcom Harmonii powrót na legendarną już Ziemię, rozpoczynają się wielkie przygotowania do startu. Na czas podróży, zarówno dorośli członkowie wyprawy, jak i ich dzieci, mają zapaść w sen pozwalający im przeżyć wieloletnią wędrówkę przez przestrzeń międzygwiezdną. Jedyną osobą, która pozostanie świadoma, jest dzierżący powłokę gwiezdnego sternika Nafai. Cały plan mógłby powieść się bez zbędnych komplikacji, jednak Naddusza, program w pełni skopiowany do centralnego komputera statku, zdaje się mieć inne plany. Jeszcze przed startem załoga „Basiliki” dzieli się na dwa obozy. Obie strony konfliktu o przywództwo planują wybudzić się ze snu w czasie lotu, czyniąc z dzieci pionki w rozgrywce o panowanie nad odzyskaną kolebką ludzkiej cywilizacji.

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, kłaniam się i serdecznie zapraszam TUTAJ.

Światowy dzień książki u Stonawskiego #2

Poranek zastał mnie piszącego. To już siódma? Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się jasno. Tymczasem z półek na około wołają książki (czyżby za dużo [za]mocnej herbaty?). Głód literek trzeba uzupełniać na bieżąco. Ponoć literacka śmierć głodowa jest konaniem duszy.

Druga część światowego dnia książki startuje już po oficjalnym zakończeniu tegoż. Dzień się skończył, zaczynamy światowy rok książki, dekadę czy też wiek. Ile tylko starczy sił.
Jak obiecałem, przygotowałem listę z paroma pozycjami godnymi polecenia z każdego czytanego przeze mnie gatunku. Wykluczam te pozycje i pisarzy, których polecać nie trzeba, jak Sapkowskiego, Tolkiena, Kinga czy Le Guin.
Jeśli więc nie zamierzasz, Drogi Czytelniku, umrzeć w głodowych mękach, zapraszam do zapoznania się z menu:

Fantasy:
– „Las Duncton” William Horwood – Fantasy przygodowe, w roli głównej… krety. Jedna z tych powieści, które są wieloczęściowe. W Polsce przetłumaczono bodajże dwie z trzech książek „bo tak”. Mimo to warto, nigdzie indziej nie znajdzie się książki o kretach, którą czyta się z wypiekami na twarzy.
– „Smoczy Tron” Tad Williams – Oryginalne „Hard” fantasy. Czyta się nawet lepiej niż dobrze, tak jak i następne książki.
– „Malowany człowiekPeter V. Brett – A także cała saga o demonach. Co jak co, ale pośród dzisiejszego zalewu odgrzanych kotletów z zachodu (jeśli chodzi o Fantasy), Brett dosłownie błyszczy.
– „Załatwiaczka” Milena Wójtowicz – nie obejdzie się bez polskiego akcentu. Załatwiaczka jest zabawna, dobrze się ją czyta i ma taki nasz Polski, specyficzny klimat.

Horror:
Siedlisko” Kyrcz&Cichowlas – czyli o pewnej rodzinie w domku pod Krakowem i co z tego wynikło.
– „Lek na lęk”  Kyrcz&Radecki – REWELACYJNY zbiór opowiadań, każde wstrząsające, każde dopracowane i każde smakowite.
– „Biała Wiedźma” Adam Zalewski – Akcja rozgrywa się w Ameryce, genialny klimat i największy plus – świetni bohaterowie.
– „ Dziewczyna z sąsiedztwa” Jack Ketchum – Coś, co chciałbym opisać i zrecenzować, ale nie czuję się na siłach. Ciągle. Książka, która mną autentycznie wstrząsnęła, której nie zapomnę całe życie i która jest przynajmniej książką dekady, jeśli chodzi o Horror. Nawet King się chowa.

Science-fiction:
Trylogia Marsjańska” K.S. Robinson – Czyli trzy książki: „Czerwony Mars„, „Zielony Mars„, „Błękitny Mars„. Absolutnie genialny projekt autora, świetne przygotowanie do tematu i zapierająca dech w piersiach historia kolonizacji czerwonej planety.
– „Ślepowidzenie” Peter Watts – mam zaszczyt być szczęśliwym posiadaczem egzemplarza z podpisem autora. Szczęśliwym, gdyż dzięki temu autorowi uwierzyłem znów w Sf XXI wieku.
Pochłonąłem w dwa dni i pochłonę raz jeszcze.
– Zbiory opowiadań „Stało się jutro” – Wszyscy liczący się pisarze, masa świetnych opowiadań… nic tylko pochłaniać!
– „The Bestlarium” Marcin WolskiZbiór opowiadań jednego z lepszych satyryków RP. To widać. Ten facet potrafi pisać tak, że należą mu się pokłony.
– Zbiory „Don Wollheim proponuje” – Najlepsze przekrojowe teksty przez późne lata 80 (przynajmniej to, co w Polsce przetłumaczono. Czemu tak mało?!).

Kryminał:
Materialista” Anne Holt – Wieje chłodem, północą i świątecznym, strasznym klimatem…
– „Higiena mordercy” Amelie Nothomb Książeczka właściwie, ale napisana bez narracji, samymi dialogami tak, że dech odbiera.

Thriller:
– „Rowerzysta” Adam ZalewskiJedna z lepszych, jeśli nie najlepsza książka tego autora. Nie sposób się od niej oderwać, dlatego polecam czytać tylko, jeśli mamy te parę godzin wolnego czasu.
– „Doktor Styks” Marcin WolskiDużo faktów historycznych, świetne tło i jeszcze lepsi bohaterowie. I – jak zawsze u Wolskiego – dobry, satyryczny humor.
Wyrok” Mariusz Zielke – Bardzo dobrze wykreowani bohaterowie i niespotykany temat, bo jest to Thriller finansowy. Wbrew pozorom – książka nie tylko dla ekonomistów.

Inne:
– „Złoto gór czarnych” – Trylogia Szklarskich. Brawa za klimat indiańskich czasów i ukłony za tak wspaniałe powieści przygodowe.
– „Czarna Bandera” Janusz Meissner – Ta, oraz pozostałe dwie powieści o Janie Kunie, czy też Janie Martensie. Tego nie da się opisać, to trzeba przeczytać. Z wypiekami na twarzy, znów będąc małym chłopcem zafascynowanym piratami.

Koniec tego!

 

Postanowiłem kończyć z pisaniem. Recenzje, felietony, opowiadania, książki – to nie dla mnie. Nawet ten mój blog.

Wczoraj, kiedy włączyłem u moich dziadków telewizor, dostałem objawienia. Oglądając parę serwisów informacyjnych udało mi się odnaleźć Prawdę o życiu, kosmosie i Kobietach, zaś prawdziwej intelektualnej rozrywki dostarczyły mi… programy rozrywkowe! Tak!
Telewizja okazała się tym, czemu chcę poświęcić życie.

Być może kiedyś podejmę nawet pracę przy tym intelektualnym źródle, póki co kończę, zbyt wiele bowiem czasu przeznaczam na wszystko inne. Muszę ograniczyć czytanie do napisów końcowych po filmach.

Dlatego odchodzę, nie będę więcej niczego publikował.

Niech Was dioda chroni.

O, choinka! – W Krakowie Gryzipiórki śledzą amatora, co skrył się Pod Strzechą

 

I nie tylko oni… ale już wyjaśniam: Przez chwilę mojej – nazwijmy to – niepisalności tutaj, nazbierało się parę spraw, które nie mogą czekać. Nie lubię kolejek. Wszystko do gara!

O, choinka w Krakowie!
-Spotkanie autorskie-

 W Piątek, dnia 16 grudnia 2011 o godzinie 17:00 rozpocznie się w Krakowie spotkanie autorskie pisarzy, którzy postanowili wziąć udział w projekcie „O, choinka”. W tym, mojej skromnej osoby. Trochę się stresuję, w końcu pierwszy raz będę w ten sposób promował swoją twórczość, ale mam nadzieję, że mi w tym pomożecie – przybywając.

Oto dokładne dane i namiary:

              EXPO Cafe na Politechnice Krakowskiej, ul. Warszawska 24  (budynek Wydziału Architektury)
 Piątek, 16 grudnia 2011
Godz.17:00-22:00

Można też zameldować się na Facebooku: TUTAJ

                                                                                                                                                                                        Czekam na Was

29 Kulturkampf

Z kolei w Sobotę, 17 grudnia od godziny 18, w Chacie Pod Strzechą (Pędzichów 3) odbywał się będzie 29 już Kulturkampf. Ostatnio nie mogłem być z powodu choroby – tym razem się zjawię. Obiecuję.
I jak zwykle przeczytam jeden z moich tekstów. Który? Sam jeszcze tego nie wiem, ale – jak zwykle – postaram się, by było ciekawie.

część literacka 18-21
18.00-18.10 MARCIN ADAMOWICZ ( GUDRUN I…)
18.10-18.20 ALFABET LITERACKI ( B JAK BRETONNE)
18.20-18.30 MATEUSZ BIERNAT ( PAKIET STANDARDOWY)
18.30-18.40 KAMIL CZEPIEL ( Przedśmiertny neuroleptyk)
18.40-18.50 TOMASZ CZURYŁOWICZ ( WOLNA TRYBUNA POETYCKA)
18.50-19.00 HANNA DIKTA ( DIKTA POEZJA)
19.00-19.10KRYSTIAN KAJEWSKI ( ABCDARIA)
19.10-19.20 KAZIMIERZ KYRCZ ( nurt bizarre)
19.20-19.30 ALTEA LESZCZYŃSKA ( BRAT, groza)
19.30-19.40 KRZYSZTOF DĄBROWSKI ( ANIMAE VILIS)
19.40-19.50 MONIKA ŁOKAJ
19.50-20.10 SŁAWOMIR MATUSZ
20.10-20.20 IRENEUSZ MÓL
20.20-20.30 MICHAŁ PIĘTNIEWICZ
20.30-20.40MICHAŁ SOLANIN
20.40-20.50 MICHAŁ STONAWSKI
20.50-21.00 MIKOŁAJ ZALEWSKI

Oczywiście, zapraszam na FACEBOOKA całej akcji.

     Gryzipiórek bazgrze w sieci

Czym jest Gryzipiórek? Z definicji – nieudolnym literatem. Oczywiście, nie poczuwam się za takiego, ale chciałbym ogłosić, że pod taką właśnie nazwą wystartował w sieci blog, na którym znajdą się opowiadania, wywiady i recenzje… moje i moich kolegów po piórze.

Już teraz można przeczytać parę opowiadań. Zapraszam też do zapoznania się z innymi działami.

http://gryzipiorek.blogspot.com/

Śledztwo w rękach amatora zakończone!

Niedawno zakończył się konkurs, którego miałem zaszczyt być jurorem – Śledztwo w rękach amatora.
Jury w składzie:

Magdalena Pioruńska (redaktor naczelny Szuflady),

Piotr Dresler (redaktor naczelny QFantu),

Bartosz Szczygielski (redaktor działu recenzji Szuflady),

Michał Stonawski (zastępca redaktora naczelnego QFantu),

Robert Rusik (redaktor działu felietonów Szuflady)

dokonało subiektywnego i demokratycznego wyboru najlepszych dzieł.

Każdy z jurorów mógł przyznać jednemu opowiadaniu od 1 do 9 punktów.

Pierwsze miejsce zdobyło opowiadanie Rymowica” autorstwa Jarosława Andrasiewicza.

Drugie miejsce zdobył Szeryf z Erind” autorstwa Magdaleny Kempny.

Trzecie miejsce zdobyła Róża na ruinach” autorstwa Karoliny Kaczkowskiej.

Tuż za podium uplasowały się trzy opowiadania, które postanowiliśmy wyróżnić publikacją na łamach Szuflady.

Czwarte miejsce przypada opowiadaniu Imago” autorstwa Luizy Dobrzyńskiej.

Piąte miejsce zajmują dwie prace:

Przerwana więź” Katarzyny Damek oraz Kto zabił Czerwonego Kapturka?” Ewy Jazierskiej.

Więcej informacji na stronie Szuflady:

http://szuflada.net/?p=1715

Leniwy dzień

 

Nie. Dziś nie robię nic. Chociaż ponad trzydzieści tekstów do przeczytania, chociaż trza by poprawić jedną recenzję… nie, dziś nie. Raz, że po Falkonie zmęczonym, dwa, że psychicznie jestem jałowy. Są też i takie dni, kiedy trzeba wziąć dobrą książkę i zaszyć się w łóżku. To ten dzień.

Przez dobrą książkę rozumiem na przykład „Ślepowidzenie” Petera Wattsa, zwłaszcza, jeśli egzemplarz podpisany przez autora. Zwłaszcza, jeśli napisał tak:

 

Trudno się z nim nie zgodzić, prawda? Ale jestem dumny, bo teraz wie, jak pisać „Ł”.
A tak w ogóle – świetny gość. Pisarze anglojęzyczni ogólnie mają dosyć… specyficzny humor.

 
Jeśli nie macie jeszcze „Ślepowidzenia”, polecam (przynajmniej po lekturze połowy), tak samo jak trzy pozycje, po których przeczytaniu napisałem recenzje.

Teksty dostępne po kliknięciu w okładkę:

        

 

A ja wracam do czytania.

Premiery dwie

 

Jeszcze pył i kurz nie opadły po „Halloween po polsku” (Które – pozwólcie mi na tę dygresję – zyskało w przeciągu może tygodnia od premiery ponad 3 tyś ściągnięć, fragmentów zaś… 6 tyś? Chyba tak. Były też dni, kiedy nasza strona na facebooku osiągała prawie 100 tyś odwiedzin w ciągu dnia. Dziękuję Wam bardzo za tak wielkie zainteresowanie i sukces! ;] )
A już muszę się pochwalić nowymi osiągnięciami.

Zanim jednak to zrobię, przytoczę fragment jednej z recenzji „31.10”. Tak, na wypadek, gdyby ktoś jeszcze nie był zdecydowany :)

Michał Stonawski JEGO WOLA
Laureat Horyzontów Wyobraźni i redaktor Qfantu prezentuje tekst wolno się rozwijający, zatopiony we wspomnieniach postaci i poruszający temat śmierci ukochanego bliskiego. Rozważnie napisany, a przez to poruszający, bo każdy pewnie znalazł się w podobnej sytuacji. Po czym rozwala czytelnika zakończeniem, którego nie oczekiwał po wciągnięciu się w sentymentalną atmosferę.

Fragment pochodzi z TEJ strony. Zapraszam do zapoznania się z całością. Tak samo, jak z ósmym miejscem na TEJ liście :)

 

  Dobra, ale koniec już o tym. Halloween minęło, a ja mam do zaprezentowania dwie nowe pozycje. Po pierwsze, chciałbym zaprosić Was do lektury nowego „Grabarza Polskiego”, w którym ukazało się moje opowiadanie „Nagroda”.

>>Ściągnij<<

 Ostrzegę co wrażliwszych, że tekst może się wydawać… niesmaczny. A dla tych, którzy lubią trochę cierpienia, zapraszam na ściśle z tym opowiadaniem powiązany 28 Kulturkampf dnia 24 listopada o 18:00 w krakowskiej Kawiarni Naukowej (JAKUBA 29-31).  W części literackiej „Nagroda” będzie przeze mnie odczytywana (prawdopodobnie do mikrofonu).

Szczegóły TUTAJ

 


Tymczasem doczekaliśmy się i drugiej premiery. Wczoraj, dnia 02.11.2011 miała miejsce premiera antologii „City2„, a w niej mojego krótkiego opowiadania „Magiczne słówka„. Wszystkich zapraszam do księgarń, a mieszkańców Krakowa i okolic na odbywające się właśnie Targi Książki.
W niedzielę, 6-go listopada od godz. 13:00 będę obecny przy stoisku E21. Tam, razem z innymi autorami podpisywał będę egzemplarze książki.

Poniżej rozpiska:

na stoisku E21 Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu Szczecińskiego ww. ksiązki podpisywać będą:
ŁUKASZ DROBNIK – czwartek (3 listopada) od 15.00 do 16.00, niedziela (6 listopada) od 11.00 do 12.00
JERZY FRANCZAK – sobota (5 listopada) od 11.00 do 12.00
MICHAŁ GACEK – sobota (5 listopada) od 15.00 do 16.00
PAWEŁ GORSZEWSKI – sobota (5 listopada) od 12.00 do 13.00
KAZIMIERZ KYRCZ JR – sobota (5 listopada) od 13.00 do 14.00
KRZYSZTOF MACIEJEWSKI – piątek (4 listopada) od 15.00 do 16.00, sobota (5 listopada) od 14.00 do 15.00
EWA ELŻBIETA NOWAKOWSKA – piątek (4 listopada) od 17.00 do 18.00
PIOTR ROEMER – niedziela (6 listopada) od 12.00 do 13.00
JANUSZ RUDNICKI – piątek (4 listopada) od 17.00 do 18.00
MICHAŁ STONAWSKI – niedziela (6 listopada) od 13.00 do 14.00
KRZYSZTOF WASILONEK – sobota (5 listopada) od 17.00 do 18.00
ALEKSANDRA ZIELIŃSKA – sobota (5 listopada) od 16.00 do 17.00

A szczegóły TUTAJ

Aha, zapraszam na podstronę antologii – http://stonawski.efantastyka.pl/?page_id=580

 

Jak widzicie – dzieje się dużo. A to… jeszcze nie wszystko. Mam nadzieję, że zobaczymy się, jak nie tu, to tam, ale jednak :)
Chętnych proszę o przyjście do Massolit Books (mityczny MOB) jutro o 19, na spotkanie autorskie Dawida Kaina. Ulica felicjanek 4 w Krakowie.

 

Zapraszam na…

 

Po pierwsze, jutro (sobota) – ponawiam zaproszenie – pojawię się na Chrzanowskich Dniach Fantastyki, gdzie będę prowadził pogadankę o Horrorze i rzeczywistości.

godz. 17.30 – 19.00

Czy rzeczywistość jest straszniejsza od horroru?
Panel dyskusyjny z udziałem Dawida Kaina, Kazimierza Kyrcza Jr, Łukasza Radeckiego i Jarosława Urbaniuka.
prowadzący: Michał Stonawski i Franciszek Zgliński (Qfant)

W dniach 3-6 Listopada 2011 będę też obecny na Targach Książki w Krakowie, gdzie – przy stoisku wydawnictwa Uniwersytetu Szczecińskiego – będę wraz z innymi autorami podpisywał egzemplarze Antologii Polskich Opowiadań Grozy „City2”.
Zapraszam serdecznie!

Tymczasem, recenzja naprawdę ciekawej książki Piotra Sendera „Bóg nosi dres”. Dodam, iż ostatnio stała się bardzo popularna (wnioskując po ilości wizyt).

Wieżowce z wielkiej płyty, ule pełne ludzkich istnień, ściśniętych na małych przestrzeniach, gdzie ledwo mogą oddychać. W lecie panuje nieznośne gorąco, utrzymujące się także nocą, w zimie z kolei nawala ogrzewanie, ludzie chorują, nawzajem się zarażając. Blokowiska – zmora miast. Koszmarny sen, który staje się rzeczywistością.

Wielkie, klockowate budynki wysyłają swoich emisariuszy w świat. Widzimy ich na co dzień; bluza z kapturem, adidasy, ortalionowy dres, łysa głowa i groźne spojrzenie, jakim obdarzają wszystkich, napinając mięśnie. Dresy. Utożsamiane z dużymi ilościami alkoholu, niską kulturą i takim samym poziomem IQ.

Nigdy nie pomyślałbym, że o dresie można napisać książkę. Może to wpływ stereotypu, a może osobiste doświadczenia, ale napakowany łysy „karczek” w kapturze i książka, zawsze zdawali mi się idealnym uosobieniem przeciwieństwa. Kiedy więc zobaczyłem tytuł debiutanckiej książki Piotra Sendera, „Bóg nosi dres”, na chwilę – przyznam się bez bicia – oniemiałem.
I może to właśnie to niedowierzanie i ciekawość sprawiły, że szybko, bez zastanowienia otworzyłem książkę i pogrążyłem się w lekturze.

Rzeczywistość głównego bohatera powieści, bezimiennego dresa, rozszczepia się na dwie płaszczyzny – teraźniejszości i przeszłości. Przeskakuje z jednej do drugiej bez żadnego ostrzeżenia, sprawiając czasem, że obie zaczynają się na krótką chwilę mieszać. Łysy student gdańskiej Polibudy rozlicza się z przeszłością wychowanego na wsi dziecka z patologicznej rodziny alkoholików. Jednocześnie musi sobie poradzić z trudną teraźniejszością, kłopotami przyjaciół, zawalanymi studiami i chęcią pomocy, którą ukrywa za dresiarką bluzą z kapturem.

„Bóg nosi dres” nie jest powieścią szablonową. Wątki fantastyczne zostały tu zminimalizowane, wręcz prawie usunięte, zaś sama książka stanowi swoiste rozliczenie ze współczesnym światem, w którym młody człowiek zostaje skreślony już na samym początku, zderzając się z szarą i pozbawioną perspektyw rzeczywistością.
Debiut Piotra Sendera nie jest przykładem łagodnej, pełnej literackiego języka powieści. Styl, w którym pisze mający niewiele ponad dwadzieścia lat autor, jest ostry, nawet wulgarny, pozbawiony ozdobników. Nie każdemu się to może spodobać, jednak znakomicie pasuje on do głównego bohatera, jego środowiska i rzeczywistości.

CAŁOŚĆ RECENZJI TUTAJ

Się nazbierało…

 

Istotnie. Przez sesję poprawkową, pisanie i inne ciekawe rzeczy, człowiek nie ma czasem czasu, by wszystko pozbierać do kupy. Dlatego dziś trochę informacji z frontu (choć to jeszcze nie wszystkie, ale będę dawkował). Jednocześnie niedługo ogłoszenie wyników konkursu. Wszystkich, którzy się zgłosili proszę o częste sprawdzanie bloga. Nie znacie dnia, ani godziny, jak to mówią.

 

Ale,ale, do rzeczy. Pojawił się nowy film zachęcający do udziału w Horyzontach Wyobraźni. Tym razem do kamery zgodzili się przemówić Kazimierz Kyrcz Jr. i Dawid Kain.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=aNrK-A5RVIs&feature=player_embedded[/youtube]
Na portalu Qfant pojawiły się także dwie moje recenzje, urywki prezentuję tutaj:
Zapraszam.

 

Kraków nie jest zwyczajnym miastem. Potrafi przytłoczyć ciężarem setek lat historii. Popękany tynk kamienic, wykrzywione w grymasie gargulce, misternie rzeźbione poręcze i drewniane wykończenia. W starych kamienicach, w samym tętniącym głucho sercu miasta słychać jeszcze cichsze od szeptu odgłosy dawnych biesiad, odbijające się od grubych murów. Po pustych korytarzach krążą nieznające spokoju duchy przeszłości, skarżąc się na swój los. Czekają, aż usłyszy je odpowiednia osoba…

Kiedy dostałem do swoich rąk nową książkę Joanny D. Bujak „Spadek”, byłem sceptyczny, acz zaciekawiony. Autorka nie jest jeszcze zbyt znana w środowisku; debiutowała w 2009 roku dobrze przyjętą powieścią „Lista”. Dopiero dwa lata później ukazała się druga pozycja pani Bujak, wydana dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Istnieje dobrze znane porzekadło, by nie oceniać książki po okładce. Mimo to, muszę zacząć właśnie od niej. Rzadko dziś bowiem zdarza się, by ta zrobiona była tak subtelnie i klimatycznie, aczkolwiek nie narzucając się przy tym czytelnikowi. Przyznam się szczerze, że stanowiła nie dość, że miłą odmianę, to jeszcze delikatną, acz stanowczą zachętę do otworzenia liczącej ponad 450 stron książki, co też niezwłocznie uczyniłem.

Główna bohaterka powieści, młoda lekarka z Gdańska – Małgorzata, zwana przez przyjaciół Megi, dostaje w swoje ręce list z wiadomością o spadku po mało znanej sobie ciotce z Krakowa. Szybko okazuje się, że spadkiem tym jest kamienica położona w samym sercu miasta, niedaleko Rynku. Oczywiście, jest też haczyk – świeżo upieczonej właścicielce nie wolno sprzedać budynku ani wynająć górnych mieszkań. Nie potrzeba wiele czasu, by Małgorzata porzuciła swoich przyjaciół, bliski kontakt z rodziną i całe dotychczasowe życie w Gdańsku, by przenieść się do świeżo wyremontowanej – dzięki pieniądzom ze sprzedaży mieszkania – kamienicy. Jeszcze nie podejrzewa jednak, jak bardzo wpłynie to na dalsze jej życie.

PEŁNA RECENZJA

 

Każdy z nas żyje w przeświadczeniu, że świat, w którym przyszło nam egzystować, oparty jest na pewnych zasadach, których nie złamie żadna siła. Takie myślenie daje nam poczucie bezpieczeństwa, zdolność istnienia w dokładnie poznanym świecie bez tajemnic.
Jednak czasem może się okazać, że nic nie wygląda tak, jak powinno i dzieją się rzeczy, które – wedle zasad – dziać się nie powinny. Dzieje się to wtedy, kiedy przenikać się zaczynają dwa światy – prawdy i fikcji…

Kiedy w moje ręce wpadła nowa książka Marcina Wolskiego „Doktor Styks” wydana dzięki Zysk i S-ka Wydawnictwo, prawie natychmiast, nie dochodząc jeszcze do domu, otworzyłem ją, zagłębiając się w lekturę.
Często zdarza się, że przed przeczytaniem książki mam obawy, czy autor mnie nie zawiedzie. Zwłaszcza, jeśli tyczy się to autorów młodych stażem, a najbardziej – zachodnich. Marcin Wolski autorem młodym ani zagranicznym bynajmniej nie jest. Na swoim koncie ma ponad dwadzieścia powieści, dziesiątki opowiadań oraz wiele odznaczeń i wyróżnień, z których najważniejsze to trzykrotna nominacja do nagrody im. Janusza A. Zajdla, Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, czy Order Odrodzenia Polski. Moje obawy zniknęły więc bez śladu, zwłaszcza, że z utworami Wolskiego mam do czynienia prawie od kołyski. Pozostało tylko zaciekawienie. Niezwłocznie zabrałem się do lektury.

Nie mija wiele czasu, od kiedy Gwidon Michałowicz – młody twórca i radiowiec – dowiaduje się o samobójczej śmierci swojego mentora, a już zostaje poproszony o kontynuowanie jego dzieła: popularnego słuchowiska o komisarzu Radwanie. Szybko wprowadza się do opuszczonego mieszkania mistrza i zabiera do pracy, usiłując ze wspomnień radiowych aktorów zbudować nowe odcinki programu. Wtedy właśnie poznaje Agnieszkę, klucz do tajemnicy większej, niż niczym nieuzasadnione samobójstwo dawnego nauczyciela.

PEŁNA RECENZJA

(Książka już niedługo ukaże się w księgarniach)

 

A jeśli już przy Qfancie jesteśmy, chciałbym serdecznie zaprosić do przeglądnięcia jego wersji WWW, którą – razem z Jarkiem Makowieckim – otwieramy wstępniakiem.
Link w okładce.

 

***

 

Przy okazji chciałbym zaprosić Was do Krakowa, gdzie 22 września br. w klubie Imbir przy ulicy Św. Tomasza o godzinie 18:00 rozpocznie się Kulturkampf, część literacka pod tytułem GROZA W PROZIE, PROZA W GROZIE. Wystąpią m.in. Kazimierz Kyrcz Jr. , Dawid Kain, Łukasz Orbitowski i Krzysztof Dąbrowski.

 

***

Zapraszam także na Chrzanowskie Dni Fantastyki, gdzie razem z Frankiem Zglińskim poprowadzimy pogadankę o horrorze. A co dokładnie…?
A to:

– Czy rzeczywistość jest straszniejsza od horroru? 

Panel dyskusyjny z udziałem Dawida Kaina, Kazimierza Kyrcza  Jr, Łukasza Radeckiego i Jarosława Urbaniuka.
prowadzący:  Michał Stonawski i Franciszek Zgliński (Qfant)   

 

Przybywajcie!

***

Kończąc, chciałbym podzielić się nowiną. Dziś przekroczona została magiczna granica 30 tyś. wizyt na tym blogu. Dziękuję za odwiedziny, jednocześnie kłaniając się wszystkim aktywnym.
Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z funkcjonowania tego mojego zakątka i miło spędzacie tu czas.

 

Blogowo trochę

 

Nie jestem ostatnio zbyt aktywny, prawda? Powód mam, poważny muszę nawet powiedzieć. Tak poważny, że nawet wedle moich standardów przesadzam w niespaniu nocą. Przykładowo – teraz. Jest prawie południe, a ja nie śpię od wczoraj. I tak od paru dni.
Nie powiem – nie przeszkadza mi to, a wręcz przeciwnie – daje wielką satysfakcję. Nocami bowiem piszę. Wziąłem się wreszcie za tą powieść, co się o nią tak odgrażam od paru miesięcy. No i co jakiś czas przerwa na opowiadanie. W każdym razie – piszę. I zamierzam to robić jeszcze jakieś…dwa tygodnie? Trochę ponad.

Ale ja nie o tym. Szerzej rozpisywać się będę, jak już szczęśliwie skończę i się wcześniej nie zarobię, albo mi palma nie odbije (choć to nie koniec informacji o pisaniu w najbliższym czasie. U’ll see). Tymczasem postanowiłem wykorzystać ten czas, by zrobić wpis luźniejszy, bo o niektórych blogach, które odwiedzam, a które – uważam – mają coś, co zasługuje na większe wyróżnienie, niż lista z boku, czy też miejsce w linkach w dziale ,,Promocja”.
Koniec wstępu. Zacznijmy:

A do czytania polecam:

[youtube width=”425″ height=”50″]http://www.youtube.com/watch?v=nQ798THmR5Y&feature=autoplay&list=PLC007CB65F52A5C86&index=23&playnext=11[/youtube]

http://adek-s.blog.onet.pl/ – Adek ma wpisy czasem tak głębokie, że często muszę odejść od komputera i przemyśleć je spokojnie na kanapie. Minusem jego bloga jest to, że autor zrobił go na Onecie, przez co wygląda tak sobie, a system komentowania… cóż, nie jest zbyt czytelny. Niemniej chętnie tam zaglądam. Dobrze wiedzieć, że ktoś zajmuje się jeszcze tym trudnym czymś co się nazywa myślenie – szczególnie o rzeczach głębszych, acz codziennych.

http://equivalent8.blogspot.com/ – sam właściwie nie wiem, po co daję blog Gala. Bo jest ładny (blog, nie Gal ^^)? Bo zgadzam się z nim w prawie takiej samej liczbie przypadków, jak nie zgadzam? Na pewno coś jest w tym podejściu do świata, który reprezentuje. Warto przynajmniej zobaczyć, o.

http://killallmovies.blogspot.com/ – Blog Bartka Czartoryskiego jest, zgodnie z nazwą – filmowy. Co oglądać, czego nie – warto się zapoznać z opinią. Tyle w tym temacie, bo i co tu do mówienia? Let’s watch!

http://nwn9.wordpress.com/ – Mój imiennik ma ciekawe spojrzenie na politykę. Jak już mu kiedyś powiedziałem, gdyby nie jego blog, prawie wcale nie wiedziałbym, co sie na świecie dzieje. Wpisy dodaje strasznie często (niech żyje zapał i czas!), a i poglądy polityczne mamy dosyć zbieżne. Przynajmniej w kwestii popierania JKMa (na marginesie – czemu? Poglądy, chęć dania szansy komuś, kto jeszcze nie był przy władzy i jakieś takie przeczucie, że ten facet będzie się starał spełnić swoje obietnice. A że inteligencji mu odmówić nie można… i tyle o polityce. Każdego chętnego by się pokłócić na te tematy [wszak u nas inaczej już ludzie o władzy rozmawiać nie potrafią] zapraszam na piwo. Przy kuflu lepiej)

http://ja.gram.pl/Osiol – Nie tyle jego blog (choć to jest właśnie przykład niezgadzania się mojego z niektórymi poglądami JKM, ja sądzę ludzi po ludziach, a nie po opcji politycznej. A Osioł jest… no, czerwony w sumie. Przynajmniej tak sie mi wydaje. W paru rzeczach też się z nim zgadzam) a strona, którą prowadzi, a do której odnośnik jest na blo… tfu, gramsajcie. Komiks o przygodach osła-Jedi czytam już chyba parę lat. Dzielnie wchodząc co piątek. Szczególnie polecam sezon pierwszy, ubawić się można setnie :)

http://poszukujac-drogi.blog.onet.pl/ – Kolejna osoba lubiąca myśleć. Shaak Ti (lubię ją już za sam nick) ma pomysłów na wpisy wiele, niektóre dosyć lekkie, inne głębokie. I znów – czemu na Onecie? Wrrr… nieładnie i komentarze nieczytelne. A wchodzić nie tylko polecam, ale i zalecam.

http://schaboszczak.wordpress.com/ – Człowiek o tym samym theme, co ja (muszę w końcu zmienić, znaleźć coś… ech), publikuje rzadko, ale ciekawie. Co prawda zdarza się czasem o piłce, ale cóż – kwestia gustu, tak? Niemniej – ciekawie bywa na tyle, że na polecenie zasługuje.

http://jestkultura.pl/ – Blog chyba najmniej potrzebujący polecenia i najbardziej jego wart. Do dziś nie wiem, jak Seph, to jest, Andrzej Tucholski doszedł do tego sukcesu blogowego i podziwiam. Współpracuje z HBO, WB, BBC (blogiem!), strona jest bardzo ładna i cholernie funkcjonalna, system społecznościowy pęka w szwach… miód, cud i orzeszki. No i ciekawe wpisy, rzecz jasna. Kulturalne, zgodnie z nazwą bloga. Ukłony i oklaski po prostu.

http://orbitowski.pl/ – Właściwie, co widać, usiłowałem powstrzymać się od polecania blogów pisarzy. Wszak bronią się same, prawda? Bloga Łukasza Orbitowskiego nie polecam poprzez pryzmat pisania, ale wpisów. Dużo o filmowym horrorze, metalu i perełka – wpisy z serii ,,Tydzień z głowy” są tak bardzo prawdziwe życiowo… nic więcej nie powiem.

http://cafemrok.blog.pl/ – cafemrok to blog dla wszystkich fanów horrorów. Zapowiedzi filmowe, recenzje, informacje. Osobiście – jedno miejsc, gdzie zasięgam informacji.

http://chatolandia.pl/ – Chata Wuja Freda – kobieta ślimak umie rysować i tworzyć śmieszne historie. Miłe miejsce, by po cięzkim dniu trochę… odreagować. Naprawdę, pomaga.

http://gadzetomania.pl/ – Sam nie wiem, czy to jeszcze blog, czy już strona internetowa. Gadżety, nowinki ze swiata nauki. Zawsze można znaleźć tam coś ciekawego. Zawsze.

 

I to w sumie tyle na teraz. A teraz, czując się zwolniony z obowiązku – idę spać.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén