Kategoria: Pogadanka Naukowa

Ostatni dzień Telegrafu

Idea znana była od starożytności. Już Grecy posługiwali się prymitywnym telegrafem optycznym. Nasza cywilizacja używała go od 1794 roku, najpierw jako telegraf semaforowy, potem – elektryczny. Świat kojarzy go dzięki Samuelowi F.B. Morse’owi, który stworzył uniwersalny język nazywany do dziś jego imieniem, oraz opatentował telegraf elektromagnetyczny. To był 1837 rok. Wynalazek zrewolucjonizował komunikację, przyczynił do przyspieszenia tempa naszego rozwoju, przez 176 lat działał, wysyłając wiadomości pomiędzy krajami świata. 
Umarł w niedzielną noc 14 lipca 2013 roku.  

Ostatni na świecie międzynarodowy telegram wysłany za pomocą telegrafu został wysłany z Indii w niedzielną noc.

Tak chyba kończy się pewna epoka. I choć telegramy nadal istnieją w postaci usługi Poczty Polskiej, czy nawet wiadomości SMS, to telegraf jako urządzenie do przesyłania informacji na wielką skalę skończył się właśnie w nocy z niedzieli na poniedziałek.

I właśnie tak, bez oklasków i większego zainteresowania kończy się epoka telegrafu. Telegram został – w innej już formie, o jakiej nie śniło się starożytnym Grekom, o jakiej nawet nie marzył Chappe i jakiej nie podejrzewał Morse.

Jak brzmiała jedna z ostatnich wiadomości nadana przez działającą od 1851 roku firmę?

„TELEGRAM IS DEAD. LONG LIVE TELEGRAM.”

STOP

Ziemia atakuje Marsa

No i stało się – ruszyły zapisy na pierwszy załogowy lot na Marsa. Tradycyjnie, jak przystało na nasz zadufany w sobie gatunek, jest to projekt parunastu pasjonatów, którym jakimś cudem udało się zgromadzić wokół siebie naukowców. Trudniejszym zadaniem jest sfinansowanie całej akcji – tutaj wkraczają możliwości dzisiejszej techniki rozrywkowej rodem z domu Wielkiego Brata, w jaki ma przeistoczyć się życie pierwszych pierwszych ludzi na Marsie. Dodatkowo, aplikujący otrzymują nakaz zapłacenia 38 dolców „wpisowego”, co przy fakcie iż już pierwszego dnia było tych ochotników  10 000 daje do myślenia.

A może by się tak zgłosić? Zostawić w tyle ten popieprzony świat, jego problemy i powolną agonię cywilizacji zachodu, która prawdopodobnie zginie do 2050 roku zgnieciona przez świat islamski? Nie bardzo chce mi się wstawać każdego ranka, słysząc nawoływanie z pobliskiego meczetu. Jak każdy człowiek, chcę też coś znaczyć – jeśli byłoby to zapisanie się w historii jako kolonista pierwszej obcej planety? Czemu nie? To chyba najwyższy czas – coś, co jeszcze 10 lat temu było czystym Sf, dzisiaj staje się tematem ogólnoświatowej debaty i poniżenia dla programów kosmicznych „mocarstw”, które bełkoczą coś o „powrocie na księżyc”.

Projekt Mars One jest szalony, ale czy szaleńcem nie był także Kolumb? I czy nie jest bardziej szalone siedzenie na jednym tylko kawałku skały, czekając, aż zabłąkany kamyk rozgniecie nas na nim jak mrówki? A to się prędzej czy później stanie – to, albo wojna. Te rzeczy nie należą do spekulacji, bo wydarzyły się w historii tak często, że wiadomo, iż wydarzą się znowu. Mamy siedzieć i czekać? Ten statek powoli tonie, dane demograficzne jasno mówią, że z islamem już przegraliśmy. To nie jest apokalipsa, jakiej oczekiwałem. To powolne konanie cywilizacji, zmiana warty, w której nie mam zamiaru uczestniczyć i na którą się nie godzę.

Czy Mars One jest wyjściem? Tak wygląda, lecz rozsądek mówi, że niekoniecznie. Że jest parę faktów, które zastanawiają, jak brak jasno określonych cech doboru kandydatów, jak dziwny system finansowania, dziwnie wyglądający na wyłudzaczy, którzy – kiedy już zbiorą kasę – znikną sobie obwołując projekt „fiaskiem” – fiaskiem za które my zapłacimy miliony dolarów. Do ich kieszeni. Całkowicie legalnie.

Nie wiem, jak mam odnaleźć prawdę i czy warto zapłacić te 120 ponad złotych, by dostać się w szeregi ochotników.

Kiedy byłem dzieckiem marzyłem sobie o wielu rzeczach, część z nich konsekwentnie teraz realizuję. Marzyłem, że kiedyś będę wydawał – i tak sie stało. Marzyłem też, że polecę na Marsa, zamieszkam tam. Czy właśnie teraz otwiera się przede mną szansa, czy to tylko fatamorgana, miraż, drgający obraz moich największych próśb?

I pytanie najważniejsze – czy mógłbym się tak poświęcić, jak poświęcał się prawdopodobnie Kolumb i jemu podobni, a nawet bardziej? Mars One to droga bez powrotu, małe szanse przeżycia… na co czekamy? – zapytałby Gimli.

Nie chodzi mi tu o pisanie, bo to wezmę ze sobą wszędzie, gdzie pójdę. Ale są rzeczy, których nigdy więcej bym ie zobaczył, jak niebieskie niebo, twarze rodziny, ukochanych osób, przyjaciół. Nie wykąpałbym się nigdy w jeziorze, pod moimi stopami nie uginała by się lekko gleba, ściółka lasu. Nigdy nie usłyszałbym śpiewu ptaków, ani nie poczułbym na twarzy lekkiego powiewu wiosennego wiatru. Nigdy nie poszedłbym już na piwo ze znajomymi. Nie zagrałbym w grę z kimś z ameryki. Nie pojechał w góry. Nie odetchnąłbym świeżym powietrzem, ani nie zaznał tego szczególnego uczucia, kiedy świeże łany zboża ocierają się o wnętrze dłoni.

Nie będzie powrotu do Shire, Frodo. Umrzesz w Mordorze, przez okno widząc wznoszącą się nad Tobą czerwoną górę, Olimpus Mons. A czym jest wędrówka, jeśli nie ma dokąd wracać?

Czy zrobiłbym to wszystko dla siebie i ludzi, których nigdy nie poznam, przyszłych kolonizatorów i budowniczych nowych miast?

Białe statki nie przypłyną, tam czeka tylko spieczone słońcem pustkowie.

Pustkowie, dla którego mógłbym oddać życie.

Mógłbym.

The Poland Dead #3 – Zombie Fiction

Nic, nawet postapokalipsa nie trwa wiecznie.  Na popiołach jednej cywilizacji tworzy się następna, tak było w przypadku Sumerów, Rzymian, Inków – tak będzie i z nami. Jeśli nie wyginiemy, ludzkość powstanie znów, kiedy tylko miną mroki drugiego średniowiecza.

Tacy jesteśmy. Mamy to w genach – to nasze przeznaczenie.  Ciągle dźwigać się na nogi z upadku. Pytanie jest tylko jedno:

Kiedy?

Są dwie możliwości – małe grupy we względnie szybkim czasie połączą się w jedno i tak – ziarnko do ziarnka – będziemy się zbierać, aż po 100-200 latach znów uzyskamy możliwość szerszej komunikacji, nauczymy się funkcjonować w nowym świecie.  To jedna. Druga jest mniej optymistyczna – to prawda, szybko utworzą się państwa-miasta, nawet czasami kraje, jednak nie można jeszcze mówić tutaj o cywilizacji. Kontynenty, ba, ich regiony będą odosobnione. Poróżnią nas wojny. Powoli zapomnimy o przeszłości, czasy cywilizacji technicznej staną się legendami, minie tysiąc długich lat, nim nadejdzie kolejna epoka, renesans.

Oczywiście, są też inne możliwości. Przypatrzmy się jednak tym dwóm najbardziej skrajnym… zakładając, że ludzkość nie wymrze.

1. Tylko jeden krok w tył

Trzy w przód.

Załóżmy, że od czasu apokalipsy zombie mija 20, 30 lat. Gdzie wtedy jesteśmy? Zombie już dawno wydostały się z miast, środek kraju to pustynia, na której można znaleźć tylko śmierć. Zapuszczają się tam nieliczni. Nieliczni też wychodzą stamtąd bez szwanku.

Bajkowo nie jest też w pozostałych miejscach kraju. Nieliczne grupy rozmieszone po fortach, zamkach, elektrowniach powoli łączą się w jedno. Handlują ze sobą, niekiedy toczą wojny, jednak sytuacja powoli się normuje. Dawne wielkie miasta są traktowane, jak magazyny części zamiennych, technika to dziwaczna hybryda początków XXI wieku i średniowiecza, w powszechnym użyciu są konie. Samochody przypominają bardziej czołgi, masywne, uzbrojone z przestrzenią na ładunek. Nie każdego stać na benzynę – ta zresztą jest rarytasem, pojawiaj się silniki na parę, do łask wraca też nafta i węgiel. Ruszają strzeżone kopalnie czarnego złota i soli. Większość z nich jest prywatna, władcy opływają w luksusy – czasami zdarza się, że zostają obaleni. Nie ma informacji, co się dzieje z resztą świata – Ameryka to tylko historia. Ktoś słyszał, że (o dziwo) najlepiej radzą sobie w Afryce. Ale to tylko plotki, w które mało kto wierzy, zresztą nikt nie ma na nie czasu – kwitnie rolnictwo, rybołówstwo.  Wokół zamków i fortów tworzą się warowne grody, odpierające ataki grup Zombiech. Naturalna jest godzina policyjna, gdzieniegdzie mają telegraf, czasem telefon. Niektórzy uruchomili elektrownie wodne i wiatrowe, dzieci starych już inżynierów radzą sobie lepiej, niż ojcowie – są przyuczone do fachu, zaś potrzeba – jak zawsze – rodzi nowe ulepszenia i wynalazki. Zombie są naturalne i normalne, jak stada wilków – to drapieżniki. Aby nie było ich więcej, każdego, kto umiera od razu się spala – to też jest naturalne.

Mija paręnaście lat, potem znów – parędziesiąt. Wymiera Pokolenie Upadku. Zostają już tylko jednostki, które pamiętają stare czasy, będące już legendami. Jedno pokolenie wystarczyło, by opowieści o podboju kosmosu i nieba stały się historiami dla dzieci. Niemniej, udało się ocalić część wiedzy, reszta czeka tylko na odkrycie. Następna dekada przynosi za sobą coraz mniej Zombiech, coraz lepszą komunikację. W końcu komuś udaje się przeprowadzić rozmowę z oddalonym o tysiące kilometrów krajem. Rozwija się przemysł, do grodów zostaje dostarczany prąd. Ktoś uruchamia lodówkę, wszyscy się zbiegają, by podziwiać. Lodówka jest rosyjska, jeszcze sprzed czasów, kiedy jakiś idiota wymyślił zaplanowane starzenie produktów.

Po 150 latach Zombie są w odwrocie, nieliczne niedobitki chowają się wysoko w górach. Wnuki i prawnuki Dawnych Ludzi wracają do miast, najpierw po wynalazki (znów uruchamiane), potem za pracą. Świat jest cichszy, mniej zaludniony. W miastach nie żyje wiele osób, głównymi ośrodkami zostają grody, przeradzając się w miasta, które w dalekiej przyszłości pochłoną zabytkowe już wieżowce i bloki. Po 200 latach kursują już pierwsze statki i samoloty pomiędzy kontynentami.

Ludzkość powoli zaczyna od nowa, ale z wyczuciem – świat stał się większy. Zostało nas tylko około miliard na całej planecie. 300 lat później wysyłamy pierwsze ekspedycje w kosmos, zakładają kolonie na Marsie, Europie, Lunie, Tytanie, Io. Sporadycznie dochodzi tam do zamieszek spowodowanych Zombie – bo ktoś zginął w czasie misji, bo nie zdążono go w odpowiednim czasie zdezintegrować. Idea, jaka przyświeca ludzkości jest jedna – nigdy już nie dopuścić do sytuacji, w której na wymarcie zostanie narażona cała populacja, gdyż przez swoją głupotę wszyscy siedzą w jednym tylko miejscu.

W roku 2578 trudno już powiedzieć, czy świat zrobił się większy, czy to nas jest mniej. Jesteśmy w wielu miejscach na raz. Trudna sytuacja, mityczna potrzeba, sprawiła, że powstało wiele nowych pomysłów, wynalazków, ideologii. Ta nowa cywilizacja (już nie techniczna, a kosmiczna) jest młoda, prężna. Brak w niej stagnacji, która w końcu nastąpi, oczywiście. Ale to dopiero stanie się za wiele setek lat, nikt się nie martwi hejtem w internecie, polityka to wybieranie odpowiednich ludzi na odpowiednie stanowiska, tak zresztą funkcjonuje cały system. Jest nowy – dostosowany do nowych warunków.

A Zombie? To po prostu kolejna choroba, z którą się uporaliśmy. Zły sen, koszmar po którym ranek wydaje się o wiele jaśniejszy i… spokojniejszy.

2. 1000 lat Średniowiecza

Pierwsze lata są gorsze, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Nie dajemy sobie rady, ludzkość jest poróżniona – nie dość, że komunikacja nie istnieje, to grody i zamki toczą ze sobą zacięte wojny o pożywienie. Sytuacje wykorzystują drapieżniki „rodząc się” na polach bitew. Ich jest coraz więcej – nas mniej. „Zona” środka kraju ciągle się powiększa. W końcu ludzie rozumieją, że mają dwie możliwości – połączyć się, albo umrzeć.

Powstają warowne grody, napadane przez hordy Zombiech. Sytuacja ma się unormować dopiero po 100 latach krwawych walk. Ostatecznie Zombie są tylko drapieżnikami obdarzonymi instynktem. Ludzie to potwory, drapieżcy obdarzeni inteligencją.

Odpieramy ataki, powoli uruchomiamy stare elektrownie.  Absolutną władzę w społeczeństwie przejmuje kościół, Zombiech widząc jako zesłaną przez najwyższego apokalipsę za naszą techniczną ignorancję. Przez następne 500 lat poziom technologiczny opierał się będzie na średniowiecznym z niewielką domieszką prądu i parunastu pojazdów na parę.

Powoli sytuacja zaczyna się poprawiać, kiedy Zombie zostają przetrzebieni. Ludzkość kryje się za murami, nie dopuszczając do siebie ataków. Następuje powolny rozwój techniczny wspomagany starymi opisami i wynalazkami.

Kiedy minie drugie Średniowiecze ludzie powrócą. Powoli odbiją należne im tereny i zaprowadzą ład, odrodzi się cywilizacja – być może czegoś się nauczymy.

Być może nie.

The Poland Dead #2 – Zombieland

Jeśli chcesz przeżyć, musisz uciekać. Miasta, dające iluzję bezpieczeństwa i zarobku w czasach pokoju, w czasie wojen i klęsk są miejscami, gdzie najłatwiej zginąć. W Polsce, w trakcie Zombie Apokalipsy, najwięcej ludzi zginie w miastach, w ciasnych uliczkach i zaułkach.

Zombie w końcu wyjdą ze szpitali, mieszkań i domów. Jak każde stworzenia stadne, wydzielą terytoria z łatwym dostępem do zwierzyny łownej – w brew temu, co pokazuje Ameryka, nie tylko ludzi. Trupy są wiecznie głodne, nienasycone. Kieruje nimi wirus, każąc zarażać ciągle nowych, ci odporni na zwykłe jego działania, poddają się ugryzieniom.

I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy, o której nikt chyba nie pomyślał. Twórcy TWD zbyli to stwierdzeniem „Wszyscy to mamy”. Może i tak… a co, jeśli nie? Skoro zadrapania i ugryzienia spowodują, iż staniemy się Zombie (chyba, że odetniemy sobie nogę/rękę z zarażoną raną) sugerują, iż wirus, który dostanie się bezpośrednio do krwiobiegu jest statystycznie za silny dla sił obronnych organizmu – następuje zainfekowanie, utrata świadomości, wzrost agresji… przemiana w bestię, którą znamy jako Zombie. Najlepiej pokazał to film „I am Legend”.

Zombie bywają więc tu podobni do węży – a skoro tak, ich „Jad” można także wyssać, ratując nogę czy rękę. Ponadto, przy radosnym grzebaniu w ich flakach, należy uważać, by krew nie zetknęła się z ranami – nie wiemy, jak długo wirus po „śmierci” trupa jest jeszcze aktywny.

Drugą rzeczą, na którą zwykle nie zwraca się uwagi jest pytanie – czy wirus groźny jest tylko dla ludzi, czy też zwierząt też? W tym drugim przypadku mamy Zombie-psy, Zombie-koty, Zombie-kanarki czy nawet Zombie-Chomiki, co kto woli. Oczywiście, są też i zdrowe osobniki, lecz w czasach głodu, jakie nastaną, szybko zostają zjedzone.

Te elementy to szczegóły i szybko mogłoby się okazać, że w Krakowie na rynku szaleją eskadry Zombie-Gołębi. Ale może właśnie o to chodzi? Zmienia się cały świat, od ogółu, do szczegółu.

 NIE TAKI DZIKI ZACHÓD 

Jak w tych pierwszych latach wyglądałoby życie ludzi? O Dzikim Zachodzie możemy zapomnieć. Podobnie jak o radosnym uganianiu się z bronią.

W Polsce mało kto ma dostęp do broni palnej, szybko więc stanie się ona towarem tyleż pożądanym, co niedostępnym. A jeśli już – zapłacimy za niego krocie. Czym? O pieniądzach możemy zapomnieć. W społeczeństwie post-apokalipsy wracamy do handlu barterowego: coś za coś. Dam ci mojego gnata, jeśli ty dasz mi swoje fajki. Oddam ci AK47, ale oddasz mi swoją kobietę. Chcesz kobietę, musisz dać mi parę beczek paliwa.

To, że towarem staną się nawet ludzie, jest całkiem pewne. Szybko wytworzą się profesję takie jak najemny zbir (i ich bandy) do łapania niewolników, czy wędrowny kupiec, zwykle bardzo dobrze uzbrojony, silny i nie wahający się zabić, czy to zombiech, czy ciebie.

Kupcy będą mieli wszystko to, czym warto handlować: Papier, jedzenie, leki, broń, tytoń, paliwo. Prościej jednak będzie pozyskiwać część tych rzeczy samemu, choćby z upraw. Do tego jednak  potrzeba bezpiecznego miejsca do życia. Względnie.

Miasta są zajęte przez Zombie, które obficie tam żerują. Jak każde społeczności mają grupy wypadowe, zagłębiające się w teren, by zdobywać pożywienie i nowych członków. Zapomnieć jednak możemy o ujęciach w stylu TWD gdzie zawsze na drugim planie chodzą trupy. To, że ciało nie ma już świadomości, nie oznacza, że zabrakło też instynktu. Pewne zachowania się nie zmieniają, zaś na wierzch wychodzi po prostu dzikie, pozbawione skrupułów zwierzę. Stadne zwierzę. Widzimy to choćby w przypadkach, kiedy odnajdujemy dzieci wychowane przez zwierzęta – dalej mają pewne odruchy, choćby nigdy już nie mogły być… ludźmi.

W świadomości amerykanów żyją małe miasteczka – to oczywiste, są ich macierzystymi domami z czasów Dzikiego Zachodu. Jednak w Europie, a co najważniejsze w Polsce bezpieczne miejsce wyglądało zupełnie inaczej.

Niewielu z nas wie gdzie dokładnie znajdują się schrony i które z nich są poza miastem. Niewielu zna miejsca takie, jak elektrownie wodne, czy choćby nawet progi na Wiśle, idealnie nadające się nawet na schron przeciwatomowy. Ja mam tą „przewagę” iż należę do rodziny inżynierów (humanista w rodzinie inżynierów. Wyobraźcie sobie moje życie :)), bywałem w tych miejscach. Widziałem obiekty, które wyglądały jak NORAD. Jednak jest ich za mało i na dłuższa metę, nie dają nic poza schronieniem – a nam chodzi o przestrzeń do życia i siania.

Amerykanie są biedni. Nie mają zamków. Fortec, z wysokimi murami, kratami, bramami, zwodzonymi mostami. Amerykanie mają małe miasteczka, które obstawiają blachami.

Amerykanom życzę powodzenia.

Miejscami, gdzie gromadziliby się ludzie byłyby zamki, przynajmniej te, które jeszcze się ostały. Zbudowane w miejscach najlepiej nadających się na obronę i obserwację pobliskich terenów. Idealne schronienia. Nigdy nie słyszałem, by Zombie używały drabin i machin oblężniczych.

Szybko pojawiliby się władcy. Każdy zamek byłby odrębnym państwem, z władcą albo absolutnym, albo radą – przy czym w tej drugiej opcji „demokratycznej” szybko skończyłoby się na wymordowaniu rady przez niezadowolonych z kłótni ludzi i obsadzeniu na „tronie” kogoś, kto mógłby rządzić. Niestety, w trakcie klęsk miejsca na demokrację nie ma, gdyż jest po prostu nieefektywna.

Tak byłoby na południu kraju. Na północy, prócz zamków, ludzie znaleźliby schronienie na statkach. Bardzo możliwe, że część wojska szybko by się zreorganizowała i mielibyśmy do czynienia z w miarę stabilnym państwem na morzu – na statkach, oczywiście – demokracji mówimy nie. I ci „morzanie” mieliby atut, o którym „Południacy” mogliby zapomnieć – łatwy dostęp do broni i jedzenia.

Środek kraju szybko stałby się pustynią opanowaną przez chordy Zombie. Tam zapuszczaliby się tylko najodważniejsi kupcy, po wyposażenie, a także, by się przebić i zanieść wiadomości od jednej, dla drugiej strony.  W wielu przypadkach kończyłoby się to śmiercią, jednak taka profesja musiałaby budzić respekt, a także i zyski. Kupiec/Kurier byłby ważniejszy, niż władca.

Kolejną rzeczą, którą chciałbym poruszyć jest omijana zwykle szerokim łukiem przez USAnów religia. W kraju takim, jak Polska ludzie podzieliliby się albo na grupy obwiniające Boga za to, co się stało, albo też garnące się do kościołów… czy też po prostu osób duchownych, czy proroków, pojawiających się jak grzyby po deszczu w każdym możliwym miejscu.

WOJNA!

Wyobraź sobie Polskę po apokalipsie Zombie. Największym zagrożeniem w jej trakcie wcale nie są grupy Zombie, które – choć zbierają krwawe żniwo – robią to w sposób zwierzęcy, instynktowny, ale bezmyślny.

Największym zagrożeniem jest to, co ma mózg.

Pomiędzy Zamkami-państwami, czy też po prostu grodami szybko zawiązywałyby się sojusze, ale równie szybko mogłyby upadać, kiedy jedni mieliby jedzenie, a drudzy nie. Należy się też liczyć z wędrownymi grupami-armiami z daleka, zdesperowanymi, poszukującymi miejsca do życia (oczywiście kosztem innych) i – jakże by inaczej – jedzenia.

Ostatnią z grup, którą należy się obawiać na każdym kontynencie są dzieci.  A dokładnie – ich bandy. W okresie głodu najniebezpieczniejsze są właśnie dzieci, jakby jakaś siła mówiła im „Żyj! Żyj za wszelką cenę, żyj!” – i dzieci to robią. Najlepiej było to widać w Afryce, kiedy pozbawione opieki dzieci łączyły się w bandy. To zdumiewające, co potrafiły zrobić ludziom, które stały im na drodze…

ZOMBIELANDIA

Życie nie byłoby łatwe, ale tak naprawdę nie z powodu Zombie – one były tylko dźwignią, która uruchomiła maszynę chaosu. W tym świecie wróciliśmy do średniowiecza, nie ma prądu, trzeba uprawiać ziemię i polować. O Facebooku nikt już nie pamięta. Jeśli ktoś jest hejterem – to zwyczajnie się go zabija, albo idzie w niewolę. Tusk? Kaczyński? Polityka? Panie, kiedy to było!

Ciągle korzystamy z „zabawek”. Niektórzy mogą mieć, lub zbudować generatory prądu. Samochody napędzane są znaleźnym paliwem. Ocaleli żyją dalej, próbując się odnaleźć w nowym świecie.

Czy im się to uda? I jak będzie wyglądało nowe życie, kiedy sytuacja się unormuje?

To, o czym nie mówimy, to to, że post-apokalipsa nie trwa wiecznie. Cywilizacja się odbudowuje,. Jak szybko? To zależy od rodzaju kataklizmu, jaki ja spotkał. Choć może „Odbudowuje” to źle dobrane słowo, bowiem zaczyna się po prostu od nowa, na starych śmieciach. Tak było w Rzymem, tak będzie także i z nami. Pytanie tylko – kiedy i jak?

W przypadku Zombie możemy powędrować tam, gdzie jeszcze mało kto wędrował, do dalekiej wizji świata za 10, 20 lat… aż wreszcie pół tysiąclecia, kiedy drugie średniowiecze się wreszcie skończy. Gdzie w tedy będziemy i jak Zombie zmienią nasz świat?

Dowiemy się w trzeciej części.

Koniec już blisko

 

Jako, że dzisiaj mamy z lubą drugą rocznicę (co ja tu jeszcze robię?), zaś jutro szykuje się wielkie, całonocne świętowanie końca świata (Aporicon), już dziś chciałem Ci złożyć życzenia z okazji Końca.

Tak sobie ostatnio dyskutowaliśmy w gronie przyjaciół. 21 grudnia jest wręcz idealną datą na Armageddon. Wszyscy wiedzą, nikt nie wierzy. A jednocześnie pojawia się pytanie „A jeśli?”.
Więc, jeśli „a jeśli” się spełni i przeżyjesz, kieruj się na południe, w stronę Żywca. A kiedy dotrzesz sprawdź, gdzie biegnie kolejka :>

 Jest taka anegdota, wiesz? O francuskim generale, który zostaje obudzony w pierwszych dniach II Wojny Światowej przez swoich adiutantów. Stojąc na baczność przed łóżkiem generała meldują, iż Niemcy właśnie rozpoczęli atak. Generał, nie otwierając oczu ziewa i macha ręką w stronę półek z książkami.
– Trzecia półka po lewej stronie –  mówi. – Taka brązowa książka.
Po czym idzie spać dalej.

Można oczywiście debatować, czy w planie obrony była instrukcja jak się rozkłada białą flagę, czy też jak bezpiecznie rzucić karabinem o ziemię, niemniej planowanie i pytanie samego siebie „A co, jeśli”, przydaje się w życiu zawsze. A i zastanawianie się nad różnymi możliwościami też potrafi być przydatne.

Poniekąd moją pracą jest pytanie siebie ciągle „a co, jeśli?”. A i jest to też jedną z czynności, jakie wykonuje każdy fantasta w swoim życiu.  Myślenie, zastanawianie się, planowanie. Jeśli jesteś przygotowany na większość ewentualności, niewiele rzeczy powinno Cię zaskoczyć.

Jak się to ma do Końca Świata? Będzie. Czy jutro, tego nie wiem, ale przydarzyć się może zawsze. Wystarczy, że przejedzie mnie ciężarówka, albo któryś z Rosyjskich, Amerykańskich, czy innych wojskowych przez przypadek wciśnie nie ten przycisk…

Wszystko, co ma swój początek, ma też i koniec. Być może historia naszego gatunku skończy się równo z historią wszechświata (choć nie wiadomo, ile cywilizacji w tym czasie przeżyjemy [mała autoreklama – na końcu świata skupiłem się w opowiadaniu „Epilog” które niniejszym Ci proponuję]), być może wcześniej. Póki siedzimy na jednej tylko planecie szanse na nasze szybkie zniknięcie z kart historii są bardzo duże a to, dzięki naszym politykom, nieprędko się zmieni.

A kto wie, może to właśnie jutro?

Jakkolwiekby nie było, mam nadzieję, że czas, który Ci pozostał spędzisz tak, jakby to właśnie jutro miał nastać Koniec.

Tymczasem miła dla ucha umilająca oczekiwanie muzyczka:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=IJNR2EpS0jw[/youtube]

Pogadanka Naukowa #1 – Jesteś hologramem.

Na powyższym zdjęciu widzimy zwykłą kartę do bankomatu. Jak na każdej, tak i na taj umieszczono hologram – zapis informacji, zabezpieczenie karty kredytowej. Wszyscy to znamy. Sama idea jakiegokolwiek hologramu, czyli projekcja informacji w formie trójwymiarowej, czy też złudzenia 3D to żadna nowość. Nowością jest natomiast teoria naukowców, mówiąca, że wszystko, co nas otacza, cała materia, a także my sami, mój komputer, czy nawet czerwona lampa na moim biurku – jest właśnie hologramem, projekcją danych zapisanych na dwuwymiarowym nośniku.

Że co proszę?

Wszechświat jako hologram? To chyba jedna z najbardziej drastycznych zmian naszego obrazu przestrzeni, jaką kiedykolwiek zaproponowano. Gdyby to była prawda, nasze pojęcie świadomości, religii, filozofii, nie mówiąc już o pojęciu świata musiałoby zostać przewartościowane.
Tymczasem dowody na poparcie koncepcji dostarczane są przez jedne z najdziwniejszych tworów w naszej rzeczywistości – czarne dziury.

Mimo lat obserwacji i badań, nie wiadomo jeszcze wielu rzeczy o czarnych dziurach. Najbliższa nam (o której wiemy) znajduje się miliardy kilometrów od nas, a z oczywistych powodów, nawet gdyby była bliżej – nikt nie chciałby się do niej zbliżyć.

Gdybym zbliżył się za blisko do czarnej dziury zostałbym dosłownie rozerwany przez siły grawitacji. Dla obserwatora z Ziemi trwałoby to bardzo długo, gdyż w tym miejscu czasoprzestrzeń ulega znacznemu zakrzywieniu.

Tymczasem może się okazać, że to nie jest cała prawda. Wpadając do czarnej dziury teoretycznie przestaję istnieć, z matematycznych równań wynika jednak, że informacja o tym, kim jestem, jak wyglądam i ile mam lat, słowem – informacja o tym, kim jestem zostanie dosłownie rozsmarowana na powierzchni tej osobliwości.

Co z tego wynika?

Istnieję w dwóch miejscach. Jako trójwymiarowy obraz świadomości, który w tej chwili pisze na klawiaturze i, kiedy znikam w czarnej dziurze, dwuwymiarowa informacja o mnie samym, przechowywana podobnie jak dane w komputerze.

Pogmatwajmy sprawę.

W tej teorii wszystkie informacje przechowywane w czarnej dziurze, o tym, co do niej wpadło, mogą być wyrażone tylko i wyłącznie w kategoriach spoza czarnej dziury. Dzięki temu możemy opisać to, co dzieje się wewnątrz niej, odnosząc się do tego, co jest na zewnątrz.
Co to oznacza? Przestrzeń wewnątrz czarnej dziury rządzi się tymi samymi regułami, co przestrzeń na zewnątrz niej. Dzięki tej teorii, można by było mnie odtworzyć, opierając się o informacje o mnie z zewnątrz czarnej dziury – na jej powierzchni.

Ale co z kosmosem?

Skupiliśmy się na czarnej dziurze, gdyż oddaje ona sedno całej teorii. Skoro i tam i tu panują te same zasady przestrzeni. Jeśli wpadłem do czarnej dziury, zaś kopia mnie, jako informacje opisane na dwuwymiarowej powierzchni może posłużyć do rekonstrukcji mnie samego, bardzo możliwe, że wszystko – galaktyki, planety, samochody czy nawet Ty, jest zwykłą, trójwymiarową projekcją informacji przechowywanych na jakiejś bardzo odległej dwuwymiarowej płytce z zestawem informacji o wszystkim, co – teoretycznie – istnieje.
Innymi słowy, Ty, ja i wszystko, łącznie z samą przestrzenią jest tylko rodzajem hologramu, zaś uznajemy to za rzeczywistość, gdyż po prostu brak nam punktu odniesienia.

Pomyśl&Powiedz:

Skoro więc nasza trójwymiarowa rzeczywistość jest tylko iluzją, zaś prawdziwy świat to tylko zestaw informacji, być może zapisany na dwuwymiarowej powierzchni wszechświata, to:

Czym jest wszechświat? Kolejną czarną dziurą?

Jak to się ma to teorii multi-świata? A jak do teorii multi-świata w multi-świecie, wielowarstwowego świata, w którym wszechświat to atom, lub jego część, a wszystkie atomy są w przypisanym do nich wszechświecie i tak dalej?(klik!)

Co z naszą świadomością? Czy koncepcja rzeczywistości jako zbioru informacji wyklucza świadomość inteligentnych istot, zaś to, co uznajemy za świadomość jest tylko wynikiem projekcji, jak w grze komputerowej, kiedy informacje zmieniają się w obraz?

Czekam na Twoją wersję odpowiedzi.
(A jeśli Ci się podobało, puść to dalej w świat!)

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén