Kategoria: Popularnonaukowe

O najstarszym mężczyźnie na świecie

józef kowalski

Nie tak dawno przeczytałem artykuł o najstarszym żyjącym mężczyźnie świata – po śmierci (w wieku 116 lat) Jirōemon’a Kimury miał nim zostać nasz rodak – Kapitan Józef Kowalski, urodzony w 1900 roku, pamiętający jeszcze Bitwę Warszawską, mężczyzna, który przeżył obie wojny światowe, lata komunizmu i dziś – po przeżyciu przełomu mileniów żyje nadal, umierać nie zamierza a swoją długowieczność przypisuje temu, że po prostu dużo pił. Tym bardziej zadziwiła mnie informacja podana pod koniec artykułu – o tym, że Gerentology Research Group, organizacja zajmująca się badaniami nad długowiecznością i „superstulatkami” (jak określa się ludzi w wieku 110+) nie uznała wieku pana Józefa. 

Dlaczego tak znamienita Amerykańska organizacja naukowa miałaby nie uznać wieku człowieka urodzonego jeszcze w wieku XIX, a żyjącym ciągle w XXI? O tym zaraz – najpierw treść artykułu, o którym mowa we wstępie:

1384205013_x3dmur_600

Zaznaczę jeszcze, że wbrew napisom „Demotywatory” krzyczącym z niemal każdego wolnego miejsca tej grafiki, wpis pochodzi z bloga zhisorii.blogspot.com

Nie byłbym sobą, gdybym po otrzymaniu takiej informacji – nie zaczął szperać. Internet, wiadomo, jest wielką skarbnicą wiedzy, która tylko czeka na wykorzystanie. Ale wiadomo także, że większość tej wiedzy jest – nie przebierając w słowach – gówno warta. W trakcie badania sprawy Pana Józefa bardzo boleśnie tego doświadczyłem, bowiem na moje pytanie „Dlaczego GRG nie uznaje oficjalnie wieku superstulatka?”, odpowiedź znalazła się bardzo szybko:

Gerontology Research Group (GRG) – amerykańska grupa badawcza założona w 1990, mająca swą siedzibę w Los Angeles, w stanie Kalifornia. Podstawowym celem grupy są badania nad gerontologią w celu zatrzymania, bądź opóźnienia procesów starzenia. Zajmuje się także uwierzytelnianiem wieku najstarszych osób na świecie (GRG nie uwzględnia mieszkańców Chin, Indii, Indonezji i krajów byłego ZSRR)

– Wikipedia, wolna encyklopedia

Odpowiedź, dodajmy, nie ujmująca pytań, a jeszcze je dodająca. Czy bowiem GRG jest organizacją, która stwierdza, że podane wyżej graje są w pewien sposób „gorsze”? A może nie wliczają się do obszaru „cywilizowanego” świata? Czy przez to, że Polska przez pewien okres czasu była częścią (wpływów) ZSRR pan Józef ma dziś nie być uznany?

I tak moja wędrówka za poszlakami, dowodami i wyjaśnieniem całej zagadki rozpoczęła się na nowo – z mizernym skutkiem, bowiem po przekopaniu się przez pierwsze 10 stron googla (desperacja), oraz setki komentarzy nie znalazłem nic. Dosłownie nic, zero. Większość ludzkich reakcji ograniczała się do gratulacji wieku, podziękowań za obronę ojczyzny oraz zastanawiania się jak ten człowiek śmie tak długo żyć i niech zginie, przepadnie, albo wykłócania się o historyczne zawieruchy i politykę . Pytania, jeśli jakieś były, pozostawały bez odpowiedzi.

Pozostało mi tylko udać się do samego źródła – czyli samego GRG. Zrobiłem to, przyznaję, bez większych nadziei. Oto bowiem jakiś młody mieszkaniec polski uderza do poważnej grupy naukowców z pewnością zajętych badaniami, a nawet jeśli nie – to i tak nie przejmującej się przecież „kimśtam” z „gdzieśtam”. Ze smutkiem przyznam, że myślałem bardzo „po polsku” – gdyż w naszym kraju udając się, pisząc, czy dzwoniąc do jakiejkolwiek instytucji trzeba albo uwzględnić długi okres czekania, albo zwykłą niechęć i potraktowanie z buta.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy po 12 godzinach otworzyłem skrzynkę mailową i zobaczyłem na niej odpowiedź od L. Stephen Coles, M.D., Ph.D., Lecturer in Gerontology, UCLA Molecular Biology Institute, Los Angeles, California; USA. Postaci nie tylko bardzo dobrze znanej w świecie nauki, ale także poważanej – oraz zarazem Dyrektora Wykonawczego Gerentology Research Group. SColesAward1

Odpowiedź nie tylko nie była odmowna, ale przede wszystkim – miła. Tak zwyczajnie, po ludzku, z szacunkiem Stephen Coles wytłumaczył mi, że moje informacje, jakoby GRG nie uwzględniała mieszkańców Chin, Indii, Indonezji i krajów byłego ZSRR są całkowicie błędne. Ponadto obiecał, że w przeciągu paru godzin odezwie się do mnie Dr. Mark E. Muir, lub też Dr. Robert Young – oba te nazwiska polecam wyszukać w sieci.

Dr. Young odezwał się nie w przeciągu godzin, a minut i pół godziny później miałem „na swoim biurku” całe wyjaśnienie sytuacji. Oto ono (postarałem się przetłumaczyć i streścić jak najlepiej):

GRG zajmuje się zbieraniem danych o superstulatkach, czyli ludziach, którzy skończyli 110 lat, analizowaniem ich i badaniami nad długowiecznością – w szczytnym celu przedłużenia życia ludzkiego. W teorii naukowcy biorą pod uwagę wszystkich ludzi na świecie – zaś opierać się mogą tylko i wyłącznie o system rejestracji narodzin. I tak
W Szwecji dzieci rejestrowane są od 1749 roku, w UK – 1837, w USA prawo weszło w 1933, zaś wiele stanów jeszcze pewien czas później go nie respektowało. Z kolei w Chinach ten zwyczaj przyjął się dopiero w 1949 roku. Jest możliwe, że w niektórych regionach zachowały się starsze dokumenty – przykładem może być tutaj Madame Chiang Kai-shek, która dożyła do 105 lat i jest zarejestrowana, niemniej nie są wstanie przerobić wszystkich, nawet jeśli tylko 1 człowiek na 5 milionów dożywa w chinach więcej niż 110 lat.

Jak to się ma do Polski? Wystarczy przypomnieć sobie historię ostatniego wieku – zabory sprawiły, że system rejestracji narodzin nie został wprowadzony wszędzie, zaś wiele dokumentów zostało po prostu zniszczonych w trakcie trzech największych klęsk cywilizacji – I Wojny Światowej, II Wojny Światowej i Komunizmu. Pech chciał, że wszystkie trzy przetoczyły się po ziemiach Polski jak po arenie – czego skutki na każdym kroku, czy kulturowym, czy postępowym, cywilizacyjnym, ekonomicznym odczuwamy do dziś.

Jak to się ma do przypadku pana Józefa, oraz innych superstulatków z polski? Wszystko jest uzależnione od dokumentów. Sprawa pana Józefa nie została unieważniona – ona ciągle jest w toku. Wygląda bowiem na to, że tych dokumentów w jego przypadku brakło. Tutaj najlepiej oddam głos samemu Dr. Young’owi:

his older sister was born in 1900, so he could not have been. Records from his town of birth from 1901-1945 are currently missing but may still exist and are being looked after.  Based on the births of other children, it is most likely that Jozef Kowalski was born Feb 2 1903, but without the actual document, we cannot be certain.

– Dr. Robert Young, GRG

Dalej zaś Dr. Robert Young zadał mi pytanie – czy zatem, gdyby uznali teraz wiek Józefa Kowalskiego, nie byłoby to jednoznaczne, z postawieniem jednej grupy nad innymi – nie oznaczałoby uprzedzeń na tle politycznym, czy nacjonalistycznym wobec innych krajów? Muszą i będą traktować wszystkich równo i na tych samych zasadach.

Oto i cała sprawa. Wyjaśniona w czasie paru godzin „młodemu, ciekawemu człowiekowi z Polski”. Z ukłonem, podziękowaniem za ciekawość, wyjaśnieniem metody badawczej i… co jeszcze? I jeśli chcę, możliwością udostępnienia mi danych polskich superstulatów z ich bazy danych. A wszystko to w formie miłej i wyczerpującej odpowiedzi.

Szukajcie, a znajdziecie – mawiają. I mają rację. Wiedza jest na wyciągnięcie ręki, choć nigdy nie leży na wierzchu – zawsze trzeba trochę pogrzebać.

A tym właśnie się zajmuję. Grzebaniem.

Matrix dla opornych

SmithDies

Pierwszy raz zobaczyłem film „Matrix” w wieku (ledwo) nastu lat. Odpowiedzialnym jest oczywiście mój tata – dbający o właściwe zapoznanie z fantastyczną kulturą swojego syna. Drugi film trylogii to dla mnie czasy gimnazjum… chyba tak, jak i trzeci. Zabawne, że przez ten cały czas myślałem, że „Matrix” jest opowieścią o wyzwalaniu się ludzkości z iluzji, opowieścią o wybrańcu. Tymczasem dzieło (wtedy jeszcze) braci Wachowskich opowiada zupełnie o czymś innym. I w żadnym wypadku nie jest to historia o wyzwoleniu ludzkości. 

Któryś z rodzeństwa Wachowskich miał powiedzieć kiedyś, że ludzie tak naprawdę zrozumieją Matrix za dziesięć, czy dwadzieścia lat. Miał rację – od ostatniego filmu minęło bowiem właśnie dziesięć lat. Przez ten czas świat się zmienił – można powiedzieć, że stał się bardziej „Matrixowy”, niż wcześniej, a ówczesna widownia (mam na myśli siebie) zdążyła już trochę dojrzeć. Ja dorosłem do tego, by wreszcie zobaczyć choć część przesłania, jakie w swej trylogii umieścili bracia Wachowscy, oraz jeszcze coś. Prosty fakt, że każda z części Matrixowej trylogii była potrzebna i z góry zaplanowana – że nie można nawet powiedzieć, by któryś z tych filmów był gorszy, gdyż wszystkie są na poziomie arcydzieła.

Myślę, że wiele osób wpadło na ten sam trop, co ja – zdziwiłbym się, gdyby nie. Bo to by znaczyło, że…

Wake up, Neo.

The Matrix has you.

Więc o czym jest Matrix?

Wpadłem na ten pomysł oglądając scenę, w której Francuz podaje w swoim klubie ciastko pewnej kobiecie. W ciastku tym ukryty jest kod rozkoszy, chuć i pożądanie – uderzenie gorąca i rozchylone wargi to wynik. Przyczyna i skutek. Nałożył mi się ten obraz z cukierkami, które Morfeusz dawał Neo – wyborem, którego tak naprawdę nie było. Bo Neo nie był wybrańcem. Neo był zwykłym człowiekiem, który dopiero miał się nim stać. W bajce, w iluzji, o czym już w części drugiej miał się zorientować.

Dokładnie po rozmowie z Architektem, ojcem Matrixa. Jednocześnie w tej samej rozmowie, kiedy skojarzysz parę faktów, wychwycisz, iż sam film nie opowiada o Neo, nie opowiada też o wybrańcu. Opowiada o głupiej ludzkości trzymanej na smyczy przez maszyny. Cały czas. I o grze pomiędzy Wyrocznią, a Architektem.

Gdzie w tym Neo? Gdzie miłość, bohaterstwo, poświęcenie i heroizm? Tutaj – na planszy szachowej.

Lekcja historii. 

Jeśli sam do tego doszedłeś, to rzeczy o których piszę teraz będą dla Ciebie oczywiste. Sam zresztą się zastanawiam, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem – być może byłem zbyt głupi. Ale do rzeczy: Aby zrozumieć GRĘ trzeba najpierw zrozumieć genezę całego zjawiska, jakim jest Matrix. Przypomnijmy więc:

Jak wiemy, maszyny zbuntowały się przeciwko ludzkości i rozpoczęła się długa i krwawa wojna, w wyniku której niebo zostało pokryte chmurami. Czy to planowane działanie, czy też efekt uderzeń bomb jądrowych, efektem tej zasłony było pozbawienie maszyn energii. Obawiam się jednak, że ludzkość już w tym momencie była za słaba, by zmiażdżyć je jednym uderzeniem – a maszyny ten fakt wykorzystały znajdując energię tam, gdzie było jej pod dostatkiem – w ludzkich ciałach, zmieniając nas w to:

Matrix-bateria.preview

Morfeusz, opowiadając Neo o „prawdziwym świecie” mówi także, że jest coś około 2199 roku, a dokładnie? Ludzkość sama nie wie. Tu mamy pierwszą wskazówkę. Tak naprawdę akcja filmu rozgrywa się dużo, dużo później, o czym mimochodem wspomina Architekt – choć, jak to u Wachowskich, między zdaniami.

Ludzie umierali, jeśli ich mózgi nie były odpowiednio stymulowane. Po to właśnie maszyny, tuż po wygraniu wojny stworzyły Matrix – jego zaprojektowaniem zajął się właśnie Architekt. Pierwsza wersja systemu? Wielka pomyłka. Nieziemski raj, który ludzie odrzucali z powodu nierealności. Wtedy Architekt zbudował nową wersję – piekło, lecz tu było jeszcze gorzej. Okazało się, że maszyny ani trochę nie potrafią zrozumieć ludzi. Będąc jednak przebiegłe i wysoce inteligentne stworzyły Wyrocznię – program mający za zadanie zrozumieć psychikę człowieka.

Wyrocznia spisała się na medal. Dopiero trzecia wersja Matrixa – odwzorowująca koniec XX wieku – okazała się utrzymywać ludzi pomiędzy niebem a piekłem – w świecie, który oni sami stworzyli. Nie zakończyło to niestety problemu odrzutów, pozostał bowiem mały procent ludzi, którzy potrafili wyczuć fałsz.

I tu dochodzimy do sedna. 

Wyjrzyj przez okno. Wasz czas już przeminął. Przyszłość należy do nas. Nastała nasza era.

Agent Smith ma rację, wypowiadając powyższe słowa. Ludzkość już nie ma miejsca na planecie – to definitywny koniec cywilizacji człowieka, bowiem likwidując kłopotliwy problem odrzuconych, maszyny tworzą… Syjon. „Niepodległe i wolne” miasto ludzi.

Od tej pory to tam trafiają wszystkie odrzuty, a kiedy Syjon się przepełnia – jest niszczony, zaś w samym Matrixie pojawia się „wybraniec” mający na celu tylko i wyłącznie wybranie nowych 22 osób do założenia Syjonu po raz kolejny.

Cały ten proces działa nienagannie. Od czasu do czasu następuje po prostu reset, utylizacja odrzutów i cała historia zaczyna się od nowa. Ile razy? Możemy tylko przypuszczać.

Tu dochodzimy do pierwszego filmu z Trylogii – następuje początek procesu, Wyrocznia wskazuje ludziom następnego „Wybrańca”, Morfeusz podaje mu kod (w formie cukierka), który pomaga mu się uwolnić, a następnie Neo jako już „wolny” człowiek powraca do Wyroczni która stawia go przed wyborem i… daje ciastko.

image002

Ciastko zawierające w sobie Patch zmieniający kod bardzo utalentowanego człowieka w kod „Wybrańca”, dając mu nowe moce i możliwości. Co musi zrobić Neo? Tylko uwierzyć, że jest „Tym, który ocali ludzkość”. I… Neo wierzy.

Historia Matrixa to tak naprawdę historia błędu, bowiem w finałowej walce z agentem Smithem Neo nie tyle go pokonuje, co uwalnia – o czym zresztą sam nie wie. Kiedy bowiem następuje zespolenie kodów Wybrańca i Agenta, Patch zostaje sklonowany, w związku z czym Smith powraca w części drugiej, dziękując Neo za uwolnienie, choć tak naprawdę podziękowania należą się Matce Matrixa wykonującej swoją pracę.

W części drugiej Smith z antywirusa zamienia się w klonującego się wirusa, w końcu mającemu zagrozić nawet całemu systemowi. Nie do końca jasne jest, w którym momencie Wyrocznia dochodzi do następnego etapu swoich badań nad ludźmi, ważne jest natomiast, iż w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że do uzyskania pełnej harmonii potrzebny jest pokój pomiędzy maszynami a ludźmi, niejako zakończenie cyklu wybrańca, lub też jego całkowita zmiana. Od tego momentu Wyrocznia zmienia się – działając w pełnej zgodzie ze swoim przeznaczeniem dąży do nowego celu, zaś Matrix staje się polem Gry pomiędzy nią a Architektem.

Błąd „Smith” pojawiający się w części drugiej jest Wyroczni wybitnie na rękę. Architekt nigdy nie zrozumie potrzeby pokoju, zaś Smith z doładowaniem Patcha Wybrańca jest na tyle groźni, że szybko zagrozi systemowi. W części trzeciej Matrixa, Wyrocznia raz jeszcze widzi się z Neo – tuż przed „rutynowym” atakiem maszyn na Syjon. Co robi? Daje mu cukierka.

The_Oracle_and_Neo_Third

Cukierek zawiera kod dezaktywujący, sprawiający, że cokolwiek zbliży się do Wybrańca i będzie „obcego” pochodzenia, zostanie w ten czy inny sposób zniszczone. Dlatego właśnie Neo podróżując do miasta maszyn może zniszczyć nadlatujących Strażników (przypomnijmy, że incydent z końca części drugiej stanowił dalej moc Wybrańca – wyładowanie energii elektrycznej wytworzonej przez ciało ludzkie).

Wyrocznia wie, iż Smith jest potężniejszy nawet od standardowego, pojedynczego Wybrańca, ważne jest jeszcze, by sam Neo to zrozumiał, że by wygrać, czy też zapewnić pokój – musi przegrać, co też się dzieje. Smith wchłania Neo do siebie (przemienia go) a maszyny kończą, likwidując wszystkie kopie.

I wreszcie nastaje pokój. Pojawia się nowa wersja Matrixa, zaś Architekt gratuluje Wyroczni „dobrze rozegranej gry”.

A gdzie ludzkość?

Matrix to film o wspaniałej rozgrywce pomiędzy maszynami, manipulacji i upadku ludzkości. Szokuje fakt, w jak łatwy sposób ludzie dali się oszukać i zamknąć w systemie, którego macki sięgają dużo dalej, niż sam Matrix. Matrix to też film o poszukiwaniu wolności, zarówno przez ludzi, jak i same programy, oraz z czym dla jednych i drugich ta wolność się wiąże.

Głównymi zaś bohaterami pozostają Matka i Ojciec – głównie Matka i jej intryga, jej zdolności manipulacji tak wysokie, że ludzi mylą je z jasnowidzeniem. Tanie sztuczki i nadzieja wykorzystane do ostatecznego spętania łatwowiernych Morfeuszy.

Pozostaje tylko pytanie – jeśli Matrix jest alegorią naszego świata, to…

Gdzie i kim są maszyny?

Ziemia atakuje Marsa

No i stało się – ruszyły zapisy na pierwszy załogowy lot na Marsa. Tradycyjnie, jak przystało na nasz zadufany w sobie gatunek, jest to projekt parunastu pasjonatów, którym jakimś cudem udało się zgromadzić wokół siebie naukowców. Trudniejszym zadaniem jest sfinansowanie całej akcji – tutaj wkraczają możliwości dzisiejszej techniki rozrywkowej rodem z domu Wielkiego Brata, w jaki ma przeistoczyć się życie pierwszych pierwszych ludzi na Marsie. Dodatkowo, aplikujący otrzymują nakaz zapłacenia 38 dolców „wpisowego”, co przy fakcie iż już pierwszego dnia było tych ochotników  10 000 daje do myślenia.

A może by się tak zgłosić? Zostawić w tyle ten popieprzony świat, jego problemy i powolną agonię cywilizacji zachodu, która prawdopodobnie zginie do 2050 roku zgnieciona przez świat islamski? Nie bardzo chce mi się wstawać każdego ranka, słysząc nawoływanie z pobliskiego meczetu. Jak każdy człowiek, chcę też coś znaczyć – jeśli byłoby to zapisanie się w historii jako kolonista pierwszej obcej planety? Czemu nie? To chyba najwyższy czas – coś, co jeszcze 10 lat temu było czystym Sf, dzisiaj staje się tematem ogólnoświatowej debaty i poniżenia dla programów kosmicznych „mocarstw”, które bełkoczą coś o „powrocie na księżyc”.

Projekt Mars One jest szalony, ale czy szaleńcem nie był także Kolumb? I czy nie jest bardziej szalone siedzenie na jednym tylko kawałku skały, czekając, aż zabłąkany kamyk rozgniecie nas na nim jak mrówki? A to się prędzej czy później stanie – to, albo wojna. Te rzeczy nie należą do spekulacji, bo wydarzyły się w historii tak często, że wiadomo, iż wydarzą się znowu. Mamy siedzieć i czekać? Ten statek powoli tonie, dane demograficzne jasno mówią, że z islamem już przegraliśmy. To nie jest apokalipsa, jakiej oczekiwałem. To powolne konanie cywilizacji, zmiana warty, w której nie mam zamiaru uczestniczyć i na którą się nie godzę.

Czy Mars One jest wyjściem? Tak wygląda, lecz rozsądek mówi, że niekoniecznie. Że jest parę faktów, które zastanawiają, jak brak jasno określonych cech doboru kandydatów, jak dziwny system finansowania, dziwnie wyglądający na wyłudzaczy, którzy – kiedy już zbiorą kasę – znikną sobie obwołując projekt „fiaskiem” – fiaskiem za które my zapłacimy miliony dolarów. Do ich kieszeni. Całkowicie legalnie.

Nie wiem, jak mam odnaleźć prawdę i czy warto zapłacić te 120 ponad złotych, by dostać się w szeregi ochotników.

Kiedy byłem dzieckiem marzyłem sobie o wielu rzeczach, część z nich konsekwentnie teraz realizuję. Marzyłem, że kiedyś będę wydawał – i tak sie stało. Marzyłem też, że polecę na Marsa, zamieszkam tam. Czy właśnie teraz otwiera się przede mną szansa, czy to tylko fatamorgana, miraż, drgający obraz moich największych próśb?

I pytanie najważniejsze – czy mógłbym się tak poświęcić, jak poświęcał się prawdopodobnie Kolumb i jemu podobni, a nawet bardziej? Mars One to droga bez powrotu, małe szanse przeżycia… na co czekamy? – zapytałby Gimli.

Nie chodzi mi tu o pisanie, bo to wezmę ze sobą wszędzie, gdzie pójdę. Ale są rzeczy, których nigdy więcej bym ie zobaczył, jak niebieskie niebo, twarze rodziny, ukochanych osób, przyjaciół. Nie wykąpałbym się nigdy w jeziorze, pod moimi stopami nie uginała by się lekko gleba, ściółka lasu. Nigdy nie usłyszałbym śpiewu ptaków, ani nie poczułbym na twarzy lekkiego powiewu wiosennego wiatru. Nigdy nie poszedłbym już na piwo ze znajomymi. Nie zagrałbym w grę z kimś z ameryki. Nie pojechał w góry. Nie odetchnąłbym świeżym powietrzem, ani nie zaznał tego szczególnego uczucia, kiedy świeże łany zboża ocierają się o wnętrze dłoni.

Nie będzie powrotu do Shire, Frodo. Umrzesz w Mordorze, przez okno widząc wznoszącą się nad Tobą czerwoną górę, Olimpus Mons. A czym jest wędrówka, jeśli nie ma dokąd wracać?

Czy zrobiłbym to wszystko dla siebie i ludzi, których nigdy nie poznam, przyszłych kolonizatorów i budowniczych nowych miast?

Białe statki nie przypłyną, tam czeka tylko spieczone słońcem pustkowie.

Pustkowie, dla którego mógłbym oddać życie.

Mógłbym.

The Poland Dead #3 – Zombie Fiction

Nic, nawet postapokalipsa nie trwa wiecznie.  Na popiołach jednej cywilizacji tworzy się następna, tak było w przypadku Sumerów, Rzymian, Inków – tak będzie i z nami. Jeśli nie wyginiemy, ludzkość powstanie znów, kiedy tylko miną mroki drugiego średniowiecza.

Tacy jesteśmy. Mamy to w genach – to nasze przeznaczenie.  Ciągle dźwigać się na nogi z upadku. Pytanie jest tylko jedno:

Kiedy?

Są dwie możliwości – małe grupy we względnie szybkim czasie połączą się w jedno i tak – ziarnko do ziarnka – będziemy się zbierać, aż po 100-200 latach znów uzyskamy możliwość szerszej komunikacji, nauczymy się funkcjonować w nowym świecie.  To jedna. Druga jest mniej optymistyczna – to prawda, szybko utworzą się państwa-miasta, nawet czasami kraje, jednak nie można jeszcze mówić tutaj o cywilizacji. Kontynenty, ba, ich regiony będą odosobnione. Poróżnią nas wojny. Powoli zapomnimy o przeszłości, czasy cywilizacji technicznej staną się legendami, minie tysiąc długich lat, nim nadejdzie kolejna epoka, renesans.

Oczywiście, są też inne możliwości. Przypatrzmy się jednak tym dwóm najbardziej skrajnym… zakładając, że ludzkość nie wymrze.

1. Tylko jeden krok w tył

Trzy w przód.

Załóżmy, że od czasu apokalipsy zombie mija 20, 30 lat. Gdzie wtedy jesteśmy? Zombie już dawno wydostały się z miast, środek kraju to pustynia, na której można znaleźć tylko śmierć. Zapuszczają się tam nieliczni. Nieliczni też wychodzą stamtąd bez szwanku.

Bajkowo nie jest też w pozostałych miejscach kraju. Nieliczne grupy rozmieszone po fortach, zamkach, elektrowniach powoli łączą się w jedno. Handlują ze sobą, niekiedy toczą wojny, jednak sytuacja powoli się normuje. Dawne wielkie miasta są traktowane, jak magazyny części zamiennych, technika to dziwaczna hybryda początków XXI wieku i średniowiecza, w powszechnym użyciu są konie. Samochody przypominają bardziej czołgi, masywne, uzbrojone z przestrzenią na ładunek. Nie każdego stać na benzynę – ta zresztą jest rarytasem, pojawiaj się silniki na parę, do łask wraca też nafta i węgiel. Ruszają strzeżone kopalnie czarnego złota i soli. Większość z nich jest prywatna, władcy opływają w luksusy – czasami zdarza się, że zostają obaleni. Nie ma informacji, co się dzieje z resztą świata – Ameryka to tylko historia. Ktoś słyszał, że (o dziwo) najlepiej radzą sobie w Afryce. Ale to tylko plotki, w które mało kto wierzy, zresztą nikt nie ma na nie czasu – kwitnie rolnictwo, rybołówstwo.  Wokół zamków i fortów tworzą się warowne grody, odpierające ataki grup Zombiech. Naturalna jest godzina policyjna, gdzieniegdzie mają telegraf, czasem telefon. Niektórzy uruchomili elektrownie wodne i wiatrowe, dzieci starych już inżynierów radzą sobie lepiej, niż ojcowie – są przyuczone do fachu, zaś potrzeba – jak zawsze – rodzi nowe ulepszenia i wynalazki. Zombie są naturalne i normalne, jak stada wilków – to drapieżniki. Aby nie było ich więcej, każdego, kto umiera od razu się spala – to też jest naturalne.

Mija paręnaście lat, potem znów – parędziesiąt. Wymiera Pokolenie Upadku. Zostają już tylko jednostki, które pamiętają stare czasy, będące już legendami. Jedno pokolenie wystarczyło, by opowieści o podboju kosmosu i nieba stały się historiami dla dzieci. Niemniej, udało się ocalić część wiedzy, reszta czeka tylko na odkrycie. Następna dekada przynosi za sobą coraz mniej Zombiech, coraz lepszą komunikację. W końcu komuś udaje się przeprowadzić rozmowę z oddalonym o tysiące kilometrów krajem. Rozwija się przemysł, do grodów zostaje dostarczany prąd. Ktoś uruchamia lodówkę, wszyscy się zbiegają, by podziwiać. Lodówka jest rosyjska, jeszcze sprzed czasów, kiedy jakiś idiota wymyślił zaplanowane starzenie produktów.

Po 150 latach Zombie są w odwrocie, nieliczne niedobitki chowają się wysoko w górach. Wnuki i prawnuki Dawnych Ludzi wracają do miast, najpierw po wynalazki (znów uruchamiane), potem za pracą. Świat jest cichszy, mniej zaludniony. W miastach nie żyje wiele osób, głównymi ośrodkami zostają grody, przeradzając się w miasta, które w dalekiej przyszłości pochłoną zabytkowe już wieżowce i bloki. Po 200 latach kursują już pierwsze statki i samoloty pomiędzy kontynentami.

Ludzkość powoli zaczyna od nowa, ale z wyczuciem – świat stał się większy. Zostało nas tylko około miliard na całej planecie. 300 lat później wysyłamy pierwsze ekspedycje w kosmos, zakładają kolonie na Marsie, Europie, Lunie, Tytanie, Io. Sporadycznie dochodzi tam do zamieszek spowodowanych Zombie – bo ktoś zginął w czasie misji, bo nie zdążono go w odpowiednim czasie zdezintegrować. Idea, jaka przyświeca ludzkości jest jedna – nigdy już nie dopuścić do sytuacji, w której na wymarcie zostanie narażona cała populacja, gdyż przez swoją głupotę wszyscy siedzą w jednym tylko miejscu.

W roku 2578 trudno już powiedzieć, czy świat zrobił się większy, czy to nas jest mniej. Jesteśmy w wielu miejscach na raz. Trudna sytuacja, mityczna potrzeba, sprawiła, że powstało wiele nowych pomysłów, wynalazków, ideologii. Ta nowa cywilizacja (już nie techniczna, a kosmiczna) jest młoda, prężna. Brak w niej stagnacji, która w końcu nastąpi, oczywiście. Ale to dopiero stanie się za wiele setek lat, nikt się nie martwi hejtem w internecie, polityka to wybieranie odpowiednich ludzi na odpowiednie stanowiska, tak zresztą funkcjonuje cały system. Jest nowy – dostosowany do nowych warunków.

A Zombie? To po prostu kolejna choroba, z którą się uporaliśmy. Zły sen, koszmar po którym ranek wydaje się o wiele jaśniejszy i… spokojniejszy.

2. 1000 lat Średniowiecza

Pierwsze lata są gorsze, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Nie dajemy sobie rady, ludzkość jest poróżniona – nie dość, że komunikacja nie istnieje, to grody i zamki toczą ze sobą zacięte wojny o pożywienie. Sytuacje wykorzystują drapieżniki „rodząc się” na polach bitew. Ich jest coraz więcej – nas mniej. „Zona” środka kraju ciągle się powiększa. W końcu ludzie rozumieją, że mają dwie możliwości – połączyć się, albo umrzeć.

Powstają warowne grody, napadane przez hordy Zombiech. Sytuacja ma się unormować dopiero po 100 latach krwawych walk. Ostatecznie Zombie są tylko drapieżnikami obdarzonymi instynktem. Ludzie to potwory, drapieżcy obdarzeni inteligencją.

Odpieramy ataki, powoli uruchomiamy stare elektrownie.  Absolutną władzę w społeczeństwie przejmuje kościół, Zombiech widząc jako zesłaną przez najwyższego apokalipsę za naszą techniczną ignorancję. Przez następne 500 lat poziom technologiczny opierał się będzie na średniowiecznym z niewielką domieszką prądu i parunastu pojazdów na parę.

Powoli sytuacja zaczyna się poprawiać, kiedy Zombie zostają przetrzebieni. Ludzkość kryje się za murami, nie dopuszczając do siebie ataków. Następuje powolny rozwój techniczny wspomagany starymi opisami i wynalazkami.

Kiedy minie drugie Średniowiecze ludzie powrócą. Powoli odbiją należne im tereny i zaprowadzą ład, odrodzi się cywilizacja – być może czegoś się nauczymy.

Być może nie.

The Poland Dead #1 – Pierwsze dni

 

Kiedyś podobno istniał Wielki Świat. Ojciec opowiadał mi o Sieci oplatającej całą planetę. Mówił, że mógł rozmawiać przez gadającą skrzynkę z ciocią mieszkającą na Nowym Kontynencie, wiele, wiele tysięcy kilometrów dalej. Mówił też, że kiedyś ludzie latali jak ptaki w metalowych pojazdach, a nawet, że ktoś o nazwisku brzmiącym trochę jak „Pstrąg” zostawił ślady swoich butów na księżycu.
Potem przyszli Martwi Ludzie i nam to zabrali. Nikt już nigdzie nie latał i nie rozmawiał z nikim za oceanem.
Tata musiał opowiadać bajki. Pokazywał mi co prawda obrazki w książkach na których widziałem ludzi w kombinezonach kosmicznych, ale wcześniej pokazywał mi też obrazki na których były smoki i Hobbity. Mówił, że to nie prawdziwe.
Chciałem się go zapytać, czy tamte obrazki też nie były prawdą, ale przyszli Martwi Ludzie i jego też zabrali, tak jak wcześniej sieciowe rozmowy i metalowe skrzydła. 
Co do jednej prawdy mam pewność – Martwi Ludzie zabierają wszystko.

Zombie opanowały świat. Zrobiły to na swój własny, oryginalny sposób – z trupią, powolną dokładnością. Nie wzięły go szturmem, jak Pokemony, nie owładnęły urokiem jak Wampiry (bo i jaki urok mogą mieć truposze?), nie zadziwiły niezłomnością małego ducha – jak Hobbity (bo też trudno powiedzieć, by trup miał ducha), nie przygniotły epickością, jak rycerze Jedi.
Krok za krokiem, wlokąc się bardziej, niż idąc, od kiedy kult Voodoo powołał je do życia u początku XX wieku, jak kropla skałę, tak one męczyły świadomość ludzką, aż wreszcie postawiły na swoim – Żywe Trupy świętują tryumf w kulturze masowej. Z niecierpliwością czekam na „World War Z” i jeśli film okaże się tak dobry, jak się zapowiada, przeboleję nawet Brada Pitta w roli głównej. „The Walking Dead” już od trzech sezonów szturmują torrenty i telewizję (w tej kolejności) z powodzeniem zaskarbiając sobie sympatię widza. Do kin wchodzi nawet romans Zombie… choć nasuwające się skojarzenie z nekrofilią pozostawię bez komentarza.

Gdzie jednak nie spojrzę, tam Zombie są rodowitymi (jeśli można ich tak nazwać) amerykanami. Aż dziw, że takie wychudłe. Kiedy zaczynają swój marsz przez USA, giną miliony. Tu też się dziwę, bowiem chodzące trupy są tak wolne, że ich sukces może świadczyć tylko o bardzo złej kondycji fizycznej żywych mieszkańców ameryki. Północnej, dodajmy. Bo kiedy chodzi o Zombie, reszta świata nie istnieje – zostaje tylko najbardziej wojowniczy na naszej planecie kraj, wygrywający każdą wojnę, nawet z obcymi (ten incydent w Wietnamie się nie liczy), za to kruszący się jak domek z kart w obliczu inwazji ślimaczących się trupów.

W obliczu apokalipsy, USA ucieka tak daleko w przeszłość, jak tylko umieją, czyli gdzieś około 300-400 lat – do czasów romantycznego wyżynania Indian ze spluwą w jednej ręce i siodłem w drugiej, czyli do Dzikiego Zachodu. Oczywiście w tym zestawieniu rolę Indian grają trupy.

Bardzo lubię Zombie i oglądając „The Walking Dead” cieszę się nimi, starając się pomijać rażącą głupotę amerykanów czy drewniany styl „władania” kataną wiecznie obrażonej na cały świat Michonne. Niemniej, co jakiś czas pod czaszką tłucze mi się pytanie „a co się dzieje z resztą świata? Gdzie Europa? I co z Polską?” – rzecz jasna żaden z twórców TWD nie odpowie mi na to pytanie, gdyż zwyczajnie nie wie nawet, że coś takiego jak Polska, czy Europa istnieje. Szczerze mówiąc, próbując włączyć którekolwiek z sieciowych materiałów dodatkowych serialu (i za każdym razem stwierdzając, iż w Polsce i jakiś 30 innych krajach są zablokowane), można wysnuć teorię, iż twórcy TWD albo nie wiedzą, że coś takiego jak „Świat Poza Ameryką” istnieje, albo też mają to głęboko w rzyci pomocnika drugiego pucybuta trzeciego pomocnika charakteryzatora.

Pytanie zostaje jednak bez odpowiedzi.

CO Z TĄ POLSKĄ?

Zagadnieniami związanymi z post apokalipsą zajmuję się (hobbistycznie) już ładne parę lat. Od kiedy żyję, nie ma roku w którym nie uświadczyłbym choćby 300 snów o tej tematyce. Bardzo je lubię, zawsze dają mi powód do rozmyślań, czy to nad stanem mojej psychiki, czy końcem cywilizacji.

To nie jest tak, że tylko Zombie chodzą po Ameryce. Zniszczenie tego pięknego kraju za cel wzięli  sobie też wszelkiej maści terroryści, obcy, mutanty, super-źli antybohaterzy czy nawet wielgachne mrówki. Apokalipsa w innych krajach, nawet, jeśli ma miejsce, odsunięta jest na dalszy plan, a o Polsce to już nikt nie mówi (pomijając wyjątki takie jak Autobahn Nach Poznań Andrzeja Ziemiańskiego choćby).

Zacząłem się więc zastanawiać, jak wyglądałaby apokalipsa Zombie w naszym kraju? Bo jedno jest pewne – o Dzikim Zachodzie możemy zapomnieć.

ŚMIERĆ JEST TYLKO POCZĄTKIEM

Jak by się to zaczęło? Czy Zombie wstawaliby z grobów, czy też żywi ludzie, umierając zamienialiby się w dzikie bestie? A może i to, i to?

Jakkolwiek nie zaczęłaby się Apokalipsa Zombie, najważniejszym pytaniem w związku z przebiegiem pierwszych, decydujących dni byłoby pytanie o szybkość rozprzestrzeniania się tej… epidemii. Bo byłaby to epidemia, obojętnie, czy winę ponosiłby wirus, promieniowanie kosmiczne, czy ewolucja.

Kto siedzi w temacie, ten szybko zorientuje się, że apokalipsa Żywych Trupów ma wszelkie znamiona ogólnoświatowej pandemii, co już nakreśla rodzaj końca z jakim się zetkniemy.

Mamy dwa scenariusze: W pierwszym Zombie atakują zupełnie nieprzygotowanych ludzi znienacka. Są morderczo szybkie i okrutne. Mózg, wyzbyty świadomości może użyć całej siły mięśni, dodatkowo ciało cały czas napędzane jest wielkimi dawkami adrenaliny. Zombie nie mają oporów, by wykonać tak mocny cios, by drzwi, które próbują wyważyć się rozpadły. W tej samej chwili zrywają się też ścięgna w ręce trupa, kość idzie w drzazgi, mięso w strzępy. Zombie jednak się tym nie przejmuje, nie wiemy, czy czuje ból, czy nie – jest tak otumanione furią, iż idzie dalej, ciągle próbując używać niedziałającej już ręki.

Bardzo prawdopodobne, że w tym scenariuszu ludzie będą zamieniać się w Zombi nie tylko umierając, napad furii i zanik świadomości mogą być symptomami choroby którą dziś prezentują „Trupy”. Ludzie, którzy będą w tym odsetku populacji „Odpornej” i którym uda się przeżyć nie będą mieli żadnego wyboru poza instynktownym – ucieczka, albo walka i zapewne śmierć.

W drugim scenariuszu pandemia jest bardziej podobna do siebie – przyrasta szybko, niemniej ludzkość ma czas na reakcje. Zanim więc dojdziemy do panicznej ucieczki, następuje szereg wydarzeń, którymi się w tej chwili zajmiemy, a które noszą nazwę

PIERWSZE DNI

Wszystko zaczyna się od informacji. Któregoś dnia na portalach informacyjnych i chwilę później w telewizji znajdujemy gorącego newsa o paru przypadkach, kiedy „Umarli wstali z grobu”. Póki co, nie dajemy temu większej wiary. Na Kwejku szybko trafiają na główną memy w rodzaju „Zabili go i uciekł” czy kadry z popularnego serialu o Zombiakach z podpisem „Zaczyna się”. Ludzie kpią, hejterzy hejtują, gdzieniegdzie pojawia się nawiedzony komentarz w rodzaju „JEZUS CIE URATUJE, ZBLIŻA SIĘ KONIEC NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWANGELIĘ!!!!!!”. To dziwne, ale pierwsze godziny, a może nawet parę dni Apokalipsy Zombie to normalne życie w którym ludzie więcej czytają o nowych aferach politycznych Tuska, zaś na informacje o umarlakach zbywają machnięciem ręki. Bo i kto by się przejmował wątpliwej jakości newsami zamieszczanymi głównie na stronach „Paranormalne”.

Świat ma Apokalipsę Zombie głęboko w dupie, oglądając z napięciem „The Walking Dead”.

Z wolna informacji zaczyna być więcej, napływają z całego świata. Jakiś użytkownik przebija się na główną stronę Wykopu, gdzie oczywiście na news czeka lawina komentarzy z cyklu „Kto kogo przegada i dostanie najwięcej plusów”. Jednak co poniektórzy (z reguły fantaści) podnoszą już głowy, rozglądając się podejrzliwie.

Tak mija parę dni, telewizja donosi o alarmach epidemiologicznych w paru krajach i niektórych miastach w Polsce. Za oknami jakby więcej patrolów policji. Działa poczta pantoflowa, sąsiadka z góry opowiada, że jej koleżanka ma sąsiada, który nagle zabił żonę i dziecko gołymi rękami, przyszli po niego panowie w gumowych kostiumach i wywieźli. Tamta sąsiadka się boi. My też czujemy niepokój, ale blokujemy go myślą, że to nic takiego.

Ten niepokój to instynkt, który każe nam już teraz uciekać. Podświadomość zbiera dane i wie, że coś się kroi. Niemniej, nie należymy do ludzi pochopnych, na paru forach zabłyśliśmy wyszukanym cynizmem, zebraliśmy paręset plusów. Nie damy się tak łatwo.

Podświadomość zaczyna bić na alarm, kiedy z telewizji znikają wiadomości o coraz liczniejszych alarmach epidemiologicznych (póki co jeszcze oddzielnych) głównie w USA i Azji oraz przepełnionych szpitalach. Zamiast tego Tusk szykuje niebotyczną podwyżkę podatków a matka Madzi w lateksie jeździ na słoniu.

I ten dzwonek ignorujemy.

W sieci wrzawa. Na niektórych portalach pojawiają się informacje, na innych są kasowane. Na Wykopie cisza i spokój, administracja czuwa, na Onecie słychać o coraz poważniejszych alarmach, na portalach o zjawiskach paranormalnych aż huczy, posty lecą tak szybko, że nikt nawet nie zadaje sobie trudu, by ten spam czytać. Jeśli mowa o spamie, na skrzynki przychodzą informacje o rychłym zbawieniu, przewyższając nawet oferty odnośnie powiększenia penisa, których teraz jakby mniej.  Odpalając Tora dowiadujemy się, że z głębokiej sieci (nareszcie) zniknęły setki pedofilskich zdjęć, za to wszyscy chcą sprzedawać i kupować broń. Na forach całkiem poważnie piszą „Uciekajcie, ratujcie się!”, hakerzy przypuszczają ataki na komputery rządu, wygrzebując zatrważające informacje.

Nadchodzi dzień, kiedy idziemy do apteki po lekarstwa, z niedowierzaniem zauważając rankiem na ulicach wozy wojska i policji. Telewizja podaje, iż miasto zostało objęte kwarantanną. Większość szpitali jest zamknięta, NFZ nie refunduje leków na nową chorobę. Szczerze mówiąc, media zdziwione zauważają, że w rządzie mało kto został. Posłowie już się nie kłócą. Posłów już nie ma.
Tusk nie przyszedł dziś do pracy, wziął chorobowe.

Sytuacja z wolna wymyka się spod kontroli. Dwa piętra wyżej ktoś krzyczy, do kamienicy wbiega oddział uzbrojonej w tarcze policji. Dziwnie przypominają ZOMO. Słychać strzały – i tym razem nikt już z tego hasła nie żartuje.

Dzwonimy do rodziny, niektórzy nie odpowiadają. W telewizji orędzie prezydenta – wprowadzony zostaje stan wojenny, nie będzie już teleranka. Miasta objęto kwarantanną. Zaleca się zebranie zapasów i pozostanie w domach. Sklepy i apteki pustoszeją, dochodzi do pierwszych rabunków. Niektóre rodziny gromadzą się razem, inne są rozdzielane, kiedy wojsko dzieli miasto na segmenty i ustawia worki z piaskiem i druty kolczaste.

Telewizja wysiadła, na kanałach publicznych miga tylko komunikat „Zostańcie w domu, czekajcie na pomoc” – pomoc nie nadchodzi, chyba, że mówimy o Post-Zomowcach, czy Wojsku z karabinami. Strzały słychać już paręnaście razy dziennie w okolicy. Czasem całe serie.

Chcemy wyjść, kiedy jednak wyglądamy przez okno i widzimy, jak paru Post-Zomowców nagle rzuca się na współtowarzyszy i zostaje rozstrzelanych, cofamy się do mieszkania i dla pewności zamknięte drzwi przystawiamy szafą.

Teraz podświadomość już nie mówi o ucieczce – na to za późno. Czekamy w bezpiecznym schronieniu.

Za ścianą wyje facet, jego żona – miła sąsiadka, warczy. Facet po parunastu minutach przestaje wyć i wzywać pomocy. Jego żona ciągle warczy. Coś nam mówi, że tym razem nie jest to okres.

Sytuacja nabiera tempa. Większość stron w internecie nie działa, lub nie jest aktualizowanych. Facebook wyłączony, nikt już nie lajkuje Zombiaków. Próbujemy dzwonić, lecz wystarczył dzień, by najpierw w działaniu siedzi nastąpiły długie przerwy spowodowane przeciążeniem, potem wreszcie została wyłączona. Parę godzin później pada internet. Dla zabicia czasu (i by ignorować strzały) sięgamy wreszcie po książki. Działa radio. Wciąż parę kanałów, na niektórych słyszymy nieznajomych prezenterów – jeden z nich mówi, że jest sprzątaczem. Pan Zdzisiu od mopa, samotny, zabarykadował się w radiu i nie ma co robić – to gada. Ze zdziwieniem zauważamy, że pan Zdzisiu ma talent do gawędy większy, niż wszyscy prezenterzy radiowi razem wzięci.

Na dwóch z trzech działających kanałów odprawiane są msze. Z nagrań, czasem trafiamy na urywek świąt Bożego Narodzenia, innym razem na Wielkanoc. Na jednym kanale leci to w kółko, a Radiu Maryja włącza się często kobiecy odpowiednik pana Zdzisia, pani Marysia, najwyraźniej strzygąca uchem do radiowego głosu kolegi po fachu. Czasem robią sobie taki „Radiowy dialog” i gadają. Głównie o czasach młodości, ponoć mają wspólnych znajomych. Pani Marysia odprawia różaniec dla wierzących i modli się za Dyrektora, który też wziął chorobowe.

To nie serial, akcja rozgrywa się powoli. Przez ten tydzień w domu zaczynamy powoli jeść kocie żarcie (Kot nie jest zadowolony, ale potulnie je swoją działkę, choć wcześniej grymasił). Nie jest takie złe, już wcześniej smacznie pachniało. Można się przyzwyczaić do strzałów, których po kilku na prawdę ostrych strzelaninach i wybuchach gdzieś na głównych ulicach jest jakby mniej.

Po tygodniu nie ma już prądu (wcześniej była przynajmniej parę godzin dziennie). W lodówce to, co się mogło popsuć, to się popsuło. W kranach nie ma wody. W kiblach też. Nagle ich pojemność zaczyna być bardzo ograniczona, nie mówiąc o zapachu. Komputery bez prądu są bezużyteczne, laptopy pociągną parę godzin, ale – o zgrozo – i tak nie ma po co ich używać. Internet to już przeszłość.

Brak wody i pożywienia powoduje, że odsuwamy szafę i wyglądamy na klatkę schodową. Cisza. Dopiero teraz, dziewiątego dnia, uświadamiamy sobie, że od jakiś dwóch dni nikt już nie strzela. Jest cicho.

Stajemy przed trudnym wyborem – zostać, albo uciekać. Jeśli wybierzemy pierwszą możliwość, prawdopodobnie umrzemy. Jeśli wybierzemy drugą, mamy o parę procent większe szanse na przeżycie, dalej jednak wynoszą one jakieś 20-30%.

I nie chodzi tu o Zombie – w całej Apokalipsie Zombie Zombie są tylko tłem, głównymi zabójcami ludzi są:
– Inni ludzie
– Głód i pragnienie
– Więcej innych ludzi

W Polsce jest to co prawna mniejsze zjawisko, niż w Ameryce. Tam ludzie w razie niebezpieczeństwa troszczą się o siebie i swoje rodziny, Polacy dowiedli niejednokrotnie, że w razie katastrofy są najsilniejszą nacją.

Niemniej, kiedy wyjdziemy, widząc pewnych siebie ludzi z karabinami musimy uciekać (Zwłaszcza, jeśli są łysi – to się nie zmienia). Ci, którzy będą mogli pomóc, na pewno nie będą pewni siebie… i nie będą mieli dużo broni palnej, jeśli w ogóle. Druga różnica między Polską a USA polega na tym, że tam prawie każdy ma broń, a tu zaledwie garstka. Co w przyszłości zwiększy oczywiście jej wartość.

Wychodzimy po namyśle. Im dłuższy namysł, tym pewniejsza śmierć, więc nasze myśli kierujemy ku temu, co zabrać ze sobą. Jeśli wcześniej wędrowaliśmy i wiemy co nieco o sztuce przetrwania – znów nasze szanse są zwiększone, jeśli nie, na pewno przyda się dobry koc, plecak, KAŻDE MOŻLIWE JEDZENIE I WODA, nóż. Kota też możemy wziąć, jeśli mamy. Psa tym bardziej – jeśli duży, to dobrze.

Duże psy mają dużo mięsa.

Był taki post na R.I.P Facebooku, w którym to, co było najbliżej ciebie po prawej stronie zamieniało się w broń podczas Zombieapokalipsy. Nie wierzcie w to. U mnie byłby to gumowy kurczak, nie sądzę, by się przydał.

Za to można wziąć czysty papier, zeszyty, bloki, tytoń i papierosy. To wszystko w przyszłości zamieni się w dobro luksusowe przez które albo możemy umrzeć, albo się urządzić.

Póki co, pakujemy się do jakiegoś ładnego samochodu, najlepiej z napędem na cztery koła i dużego. O Zapchanych ulicach głównych rodem z USA możemy zapomnieć. Pamiętacie wojsko? Oni już sobie wszystko posprzątali. W przypadku pierwszego scenariusza drogi też są puste, bo nie było nikogo, kto by je mógł zatkać.

Ucieczka z miasta nie jest trudna. Jedynym, co ją może utrudniać są nieliczne Zombie. Nieliczne? Ano, jeszcze tak. Póki co jak każde stadne zwierzęta (nasza „stadność” nie jest tylko zasługą osobowości) są w fazie reorganizacji. Muszą wydostać się z domów i mieszkań, w których wcześniej sami się zabarykadowali, z zamkniętych szpitali (a póki co mają pożywienie w postaci personelu), supermarketów i galerii handlowych. Dlatego po zapasy udajemy się (po cichu, dmuchamy na zimne) do małych sklepików. Najlepiej tych jeszcze zamkniętych, w tych z rozbitymi wystawami wiele nie znajdziemy, mieszkań (otwartych, w zamkniętych są Zombie). Warto zadbać o jakąkolwiek broń. Posterunki policji i koszary odradzam, prawdopodobnie są już zajęte. Jednak wiemy, że są warsztaty samochodowe a w nich klucze, łomy, palniki… w Krakowie na ul. Szpitalnej jest sklep co się zwie „Galeria rycerska” a w niej miecze, zbroje i łuki wszelkiej maści. W dobrym stanie, to nie są ciupagi dla Anglików, tylko sprzęt bractw. Nie ma co się zrażać, że nie umie się władać mieczem – na pewno będziemy to robić lepiej, niż Michonne.
Przydadzą się też sklepy ze sprzętem turystycznym i mapy.

To wszystko spakowaliśmy do samochodu. Klucze znaleźliśmy przy trupie właściciela, lub uruchomiliśmy przez krótkie spięcie, co wcale trudne nie jest. Alarmem ani brakiem prawa jazdy się nie martwimy, bo i tak policja już nie istnieje. Najlepiej znaleźć samochód, pod którego maską znajdziemy klakson i go najpierw po prostu wyrwać. Cichy alarm? A co to?

Z miasta wyjeżdżamy albo żywi i spakowani, albo wychodzimy parę tygodni później jako Zombie. Druga opcja kończy nasze przygody, więc nie będziemy się nad nią rozwodzić.

Po drodze możemy spotkać żołnierzy, którzy będą nas chcieli zatrzymać. W tym przypadku dodajemy gazu, bo nie są to żołnierze, tylko parę wyrostków, którzy czekają na dostawę sprzętu pomocnego do życia jak na chłopaka od pizzy.

Być może nawet nie będą strzelać – żal nabojów. Chociaż na tym etapie mogą ich sobie nie żałować.

Jako, że jesteśmy w Polsce, najlepszym pomysłem jest kierować się albo na południe, jeśli w tych regionach kraju mieszkamy, lub w stronę morza, jeśli nasz dom był na północ od stolicy. W żadnym wypadku nie zmierzamy do niej, myśląc o ratunku.
Tam go na pewno nie uświadczymy –  pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

CDN

Tu kończymy. W przypadku pierwszych dni, pomiędzy USA a Polską występuje – przyznam – dużo podobieństw, są to jednak podobieństwa globalne, zaś diabeł, czy też Zombie tkwi w szczegółach.

Pierwsze dni trwają tak naprawdę (w zależności od przypadku) od 2 godzin, do tygodnia, dziesięciu dni. Jeśli nie staniesz się Zombie, możesz umrzeć na dziesiątki innych sposobów i prawdopodobnie wielu z nas tak by właśnie umarło, nie doczekując widoku chodzącego umarlaka z bliska.

Największe różnice pomiędzy romantyczną wizją USA a twardą rzeczywistością Polską występują w OKRESIE PRZEJŚCIOWYM, który trwać może nawet parę pierwszych lat.

Ale o tym już w odcinku drugim. Krótszym, obiecuję.

Pogadanka naukowa #2 – W sieci nienawiści

Do napisania tego felietonu pchnął mnie wpis na Gramsajcie theZoSo,oraz, pośrednio komentarz MartivaRa pod nim.
theZoSo skupia się na zjawisku trollingu i hejtu, podając przykłady i pisząc o nienawiści… a kończąc takim oto stwierdzeniem:

Warto więc pamiętać, że internet to… internet [o rly?]. Nie traktujmy wszystkiego tak dosłownie. Każdy ma swoje zdanie i dopóki przedstawia je po ludzku i nie miesza z błotem czyichś opinii, to warto z takim kimś podyskutować. Jeżeli jest inaczej, to lepiej nie tykać gówna, bo diamentu z tego się nie zrobi, a co najwyżej samemu się upieprzy.  

Ma oczywiście wiele racji, by nie robić z Internetu nie wiadomo jakiej rzeczy. Niemniej, chciałbym się od tego pierwszego, początkowego zdania odbić, by skupić się na pytaniu zasadniczym – czym tak naprawdę jest sieć?Myślę, iż dopiero kiedy uda nam się odpowiedzieć na nie, będziemy mogli w większym stopniu pojąć zjawisko hejtu i trollingu.

#1

Zacznijmy od postawienia tezy – mianowicie Internet nie jest wcale siecią łączy, kabli, serwerów i komputerów. Nie jest też oprogramowaniem i setkami miliardów linijek kodu. To jest jego budulec i opis jego funkcjonowania. Innymi słowy – ciało i procesy życiowe. Nikt jednak nie powie, że człowiek to tylko torba skóry, kości i krwi ułożonych tak, że razem współgrają. Abstrahując od plątającej mi się tu pod nogami religii, człowiek ma w sobie coś więcej – nazwaliśmy to duszą, nazwaliśmy świadomością… ale jest.

Właśnie powiedziałem, że Internet jest: Żywy i w dodatku świadomy. Oszalałem?
Ani trochę.

Patrząc na życie, można dojść do wniosku, że nie umiemy go zdefiniować. Żywy może być kwiatek, kot, który właśnie śpi na mojej szafie, a nawet bakteria… i we wszystkich tych organizmach występują procesy życiowe takie jak pobieranie pokarmu, wydalanie, rozmnażanie, wzrost… tak się ma sprawa także w przypadku małych miasteczek, wielkich miast, czy nawet… wszechświata. Organizmy są różne, lecz wszystkie prezentują w pewnym sensie najbardziej powszechną rzecz we wszechświecie – życie.

Wracając do Internetu. Także pobiera pokarm, którego potrzebuje jego ciało. Także wzrasta i w tym sensie także się rozmnaża jego, cóż, cyfrowy odpowiednik Lewiatana.

Ale co stanowi jego świadomość?

Odpowiedź jest prosta – MY.
Internet nie jest samoświadomy. Nie jest istotą obdarzoną rozumem, nie „myśli” jako on sam, nie jest budzącą się z nicości egzystencją. W pewnym sensie Internet jest tak samo nowym bytem, jak i nową formą nas samych.

To – być może pierwsze – stadium świadomości zbiorowej. Chaotyczna egzystencja składająca się z milionów pojedynczych, samoświadomych komórek – nas samych. Doskonały, superinteligentny chaos obejmujący obszar naszej planety i trochę poza nią, wysyłający echa płaczu noworodka głęboko w zimną przestrzeń kosmosu.

Innymi słowy – odrębny świat w świecie (realnym), rządzący się zupełnie innymi (mimo podobieństw) prawami. Zakotwiczony w tym świecie zewnętrznym za pomocą siebie samego – czyli nas. Internet to my i byliśmy nim od kiedy tylko nasz gatunek pojawił się na planecie Ziemi. Pozostało nam tylko zbudować mu ciało i wlać w nie te setki tysięcy świadomości  jak w jakimś wyolbrzymieniu wizji Frankensteina i jego potwora.

#2

Mając już utworzony obraz Internetu w swej istocie, możemy podjąć się próby odpowiedzenia sobie na problem zjawiska „Hejtu” – czyli nienawiści. Osoby, które postrzegają Hejt jako zjawisko stricte Internetowe są w błędzie. Owszem, hejt występuje w Internecie, ale problem jest nasz, realny – w pojmowaniu „realu” jako świata realnego.

Tworząc Internet sprawiliśmy, że powstała zupełnie inna przestrzeń – wirtualna. Coś z niczego, zabawa w absolut. Udana, dodam – choć póki co jesteśmy na poziomie chaosu.

Problem pojawił się wtedy, kiedy zakwalifikowaliśmy Sieć jako swoisty „podświat”. Świat nieprawdziwy. W pewnym sensie… gorszy. Chociaż nie, to złe słowo – świat sztuczny „nie taki, jak ten” – widzicie, tu brakuje mi słowa. Jeszcze go nie wymyślono. Chodzi o coś co wpycha świat w niższą rangę – nie czyniąc go „gorszym” jako takim. To słowo, które jest prawdopodobnie częścią przyszłości.

Ale do rzeczy  – stworzyliśmy przestrzeń, w której panuje chaos i zasiedliliśmy ją. W kontekście powyższych rozważań – zasiedliliśmy siebie nami samymi, weszliśmy o jeden poziom głębiej.

Popatrzyliśmy na ten świat z perspektywy zewnętrznego Realu i powiedzieliśmy – „to nie jest równe temu”, w pewnym sensie sami siebie obrażając. Ten… świat posłużył nam do tak wspaniałych rzeczy, jak wytworzenie skarbnicy wiedzy, możliwości podróży do miejsc, których nie dalibyśmy rady odwiedzić w czasie swojego niesamowicie krótkiego życia czy najważniejszej z funkcji Internetu – wymiany informacji, tak skutecznej, że obecnie mówimy już o „szumie” informacyjnym. Czasem jest go aż za dużo.

Wszystko ma dwie strony, wobec czego i tutaj wepchnęliśmy nasze „ciemne” instynkty, morderstwa, pedofilię, nienawiść, zawiść, zazdrość… to także i my. Weszliśmy do wirtualnego świata w całości.

I tu właśnie zaczyna się problem:

Hejt występuje w Sieci właśnie dlatego, że w realnym życiu pewnych rzeczy byśmy nie zrobili. Tak samo, jak w grach komputerowych, gdzie możemy zabić kolegę z roku, czy nawet swojego profesora, nie zrobimy tego (poza pewnymi wyjątkami, które zawsze się zdarzały) w świecie realnym.

Dlaczego? 

Czym różni się ten świat, od tamtego? Bo tamten jest wirtualny? To tylko kwestia budulca, całkiem możliwe, że nasz świat także taki jest (po więcej z tego tematu zapraszam do Pogadanki naukowej #1 – jesteś hologramem). Otóż, świat wirtualny jest inny – nie ma pewnych konsekwencji danych czynów. Nie pójdziesz do więzienia, jeśli zabiłeś NPC. A nawet jeśli – nie będzie to dla Ciebie dotkliwe. Jeśli zhejtujesz kogoś, tamten nie da ci w twarz, a co najwyżej zacznie pisać z caps lockiem. W dodatku, Internetowe społeczeństwo wytworzyło już własne zasady – za bycie hejterem, trollem, mistrzem ciętej riposty leci uznanie, sława. Można nawet się załapać na mema na Kwejku, a wtedy człowiek zaczyna być „kimś”.

Wiesz, prowadzę teraz taki projekt, w trakcie którego jeżdżę po nawiedzonych miejscach i wypytuje o nie ludzi, często nawet ich właścicieli. Jestem zaskoczony, z jaką pomocą, zrozumieniem i tolerancją się spotkałem, nie ważne, czy mój rozmówca był rastafarianinem, lumpem, moherową babcią czy staruszkiem w wieku 98 lat. W końcu dałem część tego co robię do sieci – a tutaj pierwszym komentarzem, jaki dostałem było „tu się jebnij” lub też inne odmiany hejtu, za którego oczywiście poleciały plusy w komentarzach.

Co się zmieniło? Tylko „świat” w którym się poruszam.

Dochodząc do sedna, degradując jeden świat sprawiliśmy, że stał się miejscem, w które możemy zamieść wszystkie brudy, jak kurz pod dywan. Tymczasem oba światy – co kłóci się z obecnym poglądem – należy moim zdaniem stawiać na równi. Oba są tak samo ważne.

I jest wyjaśnienie, dlaczego – w każdym z nich to MY jesteśmy jego istotą. A w tym zestawieniu jesteśmy tak pomostem łączącym oba światy, jak i jedynym czynnikiem niezmiennym.

Na koniec zostawiam pytanie dla Ciebie – czy w takim razie Internet pełni funkcję terapeutyczną, w której możemy w jednym miejscu wyrzucić brudy, by w drugim być „czyści”, czy też odwrotnie – miejsca, w którym jest tak dużo gówna, że nawet dodając swoje, wychodzimy cali nim oblepieni?

Pogadanka Naukowa #1 – Jesteś hologramem.

Na powyższym zdjęciu widzimy zwykłą kartę do bankomatu. Jak na każdej, tak i na taj umieszczono hologram – zapis informacji, zabezpieczenie karty kredytowej. Wszyscy to znamy. Sama idea jakiegokolwiek hologramu, czyli projekcja informacji w formie trójwymiarowej, czy też złudzenia 3D to żadna nowość. Nowością jest natomiast teoria naukowców, mówiąca, że wszystko, co nas otacza, cała materia, a także my sami, mój komputer, czy nawet czerwona lampa na moim biurku – jest właśnie hologramem, projekcją danych zapisanych na dwuwymiarowym nośniku.

Że co proszę?

Wszechświat jako hologram? To chyba jedna z najbardziej drastycznych zmian naszego obrazu przestrzeni, jaką kiedykolwiek zaproponowano. Gdyby to była prawda, nasze pojęcie świadomości, religii, filozofii, nie mówiąc już o pojęciu świata musiałoby zostać przewartościowane.
Tymczasem dowody na poparcie koncepcji dostarczane są przez jedne z najdziwniejszych tworów w naszej rzeczywistości – czarne dziury.

Mimo lat obserwacji i badań, nie wiadomo jeszcze wielu rzeczy o czarnych dziurach. Najbliższa nam (o której wiemy) znajduje się miliardy kilometrów od nas, a z oczywistych powodów, nawet gdyby była bliżej – nikt nie chciałby się do niej zbliżyć.

Gdybym zbliżył się za blisko do czarnej dziury zostałbym dosłownie rozerwany przez siły grawitacji. Dla obserwatora z Ziemi trwałoby to bardzo długo, gdyż w tym miejscu czasoprzestrzeń ulega znacznemu zakrzywieniu.

Tymczasem może się okazać, że to nie jest cała prawda. Wpadając do czarnej dziury teoretycznie przestaję istnieć, z matematycznych równań wynika jednak, że informacja o tym, kim jestem, jak wyglądam i ile mam lat, słowem – informacja o tym, kim jestem zostanie dosłownie rozsmarowana na powierzchni tej osobliwości.

Co z tego wynika?

Istnieję w dwóch miejscach. Jako trójwymiarowy obraz świadomości, który w tej chwili pisze na klawiaturze i, kiedy znikam w czarnej dziurze, dwuwymiarowa informacja o mnie samym, przechowywana podobnie jak dane w komputerze.

Pogmatwajmy sprawę.

W tej teorii wszystkie informacje przechowywane w czarnej dziurze, o tym, co do niej wpadło, mogą być wyrażone tylko i wyłącznie w kategoriach spoza czarnej dziury. Dzięki temu możemy opisać to, co dzieje się wewnątrz niej, odnosząc się do tego, co jest na zewnątrz.
Co to oznacza? Przestrzeń wewnątrz czarnej dziury rządzi się tymi samymi regułami, co przestrzeń na zewnątrz niej. Dzięki tej teorii, można by było mnie odtworzyć, opierając się o informacje o mnie z zewnątrz czarnej dziury – na jej powierzchni.

Ale co z kosmosem?

Skupiliśmy się na czarnej dziurze, gdyż oddaje ona sedno całej teorii. Skoro i tam i tu panują te same zasady przestrzeni. Jeśli wpadłem do czarnej dziury, zaś kopia mnie, jako informacje opisane na dwuwymiarowej powierzchni może posłużyć do rekonstrukcji mnie samego, bardzo możliwe, że wszystko – galaktyki, planety, samochody czy nawet Ty, jest zwykłą, trójwymiarową projekcją informacji przechowywanych na jakiejś bardzo odległej dwuwymiarowej płytce z zestawem informacji o wszystkim, co – teoretycznie – istnieje.
Innymi słowy, Ty, ja i wszystko, łącznie z samą przestrzenią jest tylko rodzajem hologramu, zaś uznajemy to za rzeczywistość, gdyż po prostu brak nam punktu odniesienia.

Pomyśl&Powiedz:

Skoro więc nasza trójwymiarowa rzeczywistość jest tylko iluzją, zaś prawdziwy świat to tylko zestaw informacji, być może zapisany na dwuwymiarowej powierzchni wszechświata, to:

Czym jest wszechświat? Kolejną czarną dziurą?

Jak to się ma to teorii multi-świata? A jak do teorii multi-świata w multi-świecie, wielowarstwowego świata, w którym wszechświat to atom, lub jego część, a wszystkie atomy są w przypisanym do nich wszechświecie i tak dalej?(klik!)

Co z naszą świadomością? Czy koncepcja rzeczywistości jako zbioru informacji wyklucza świadomość inteligentnych istot, zaś to, co uznajemy za świadomość jest tylko wynikiem projekcji, jak w grze komputerowej, kiedy informacje zmieniają się w obraz?

Czekam na Twoją wersję odpowiedzi.
(A jeśli Ci się podobało, puść to dalej w świat!)

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén