Przerywając na chwilę opowieści ze szlaku, chciałbym zaproponować nowy cykl artykułów, który prowadzi Marta „Nubia” Porwich – „Ja, Debiutant”, czyli o tym, jak ludzie pióra dochodzą… do pióra.

Jestem zaszczycony, że to ja właśnie mogę ten cykl otworzyć swoją opowieścią. Tekst pisałem nie będąc jeszcze członkiem redakcji serwisu. Nie wiem, czy czytanie historii mojego życia może być w jakiś sposób ciekawe, czy nie, ale… zapraszam. Bo mogę :)

-1-

Moja historia z pisaniem rozpoczęła się w czasach, kiedy nawet za bardzo nie potrafiłem sklecić poprawnego zdania. Za to umiałem czytać. Dukając, bo dukając, ale jednak.

A pociąg do czytania? Był. To nieprawda, że dzieci trzeba uczyć tej sztuki pod przymusem. Wystarczy podsunąć im odpowiednią lekturę, nawet jeśli z początku to nie one osobiście zapoznają się z daną pozycją. Mnie czytano bardzo dużo. Już w wieku sześciu lat (głównie dzięki niezmordowanej babci i maniakowi czytania – ojcu) znałem „Historię żółtej ciżemki” i wiedziałem, jak to wyglądało za czasów „Paziów króla Zygmunta”. Nie był mi obcy Robin Hood, Sherlock Holmes, powieści Juliusza Verne’a czy nawet „Quo Vadis”.

Książki sprawiły też, że zainteresowałem się szczegółowo niektórymi z prezentowanych w nich tematów. Pamiętam, jakby to było wczoraj, moje „wykłady” o układzie słonecznym i innych galaktykach, wygłaszane w czymś, co nazywało się „Akademia Sześciolatka”. Wychowawcy dziwili się, a ja po prostu dorwałem w swoje ręce opasły tom jakiejś encyklopedii astronomicznej i tak długo dręczyłem mamę, aż w końcu zaczęła mi ją czytać.

Popołudniowe, czy też wieczorne odczyty szybko przestały mi wystarczać. W końcu musiałem nauczyć się trudnej sztuki odcyfrowywania liter. W wieku lat siedmiu byłem już tak zakręcony, że pochłaniałem co popadło – od ulotek reklamowych po liczące ponad osiemset stron cegły. Rzecz jasna, miało to swoje odbicie w szkole. Początkowa (pełna niedowierzania) radość nauczycieli, że oto dukający chłopiec tak szybko stał się mistrzem szybkości w przekładaniu kolejnych stron przerodziła się w zgrozę, kiedy moje stopnie zaczęły drastycznie spadać. Powód? Poza czytaniem nie robiłem praktycznie nic innego. Doszło nawet do tego, że za złe sprawowanie w domu dostawałem szlaban na książki… Szlaban, który i tak omijałem, czytając pod kołdrą w nocy i śpiąc tylko parę godzin dziennie.

Ten głód historii nie obejmował tylko i wyłącznie książek. Niestety, z filmami było gorzej, bo choć wiele z tego, co studiowałem uważano za lektury „ponad mój wiek” (jakby ktoś określił odpowiedni przedział lat do czytania), to serwowane w telewizji „ruchome obrazki” w kategoriach wiekowych przekraczających moją, często znajdowały się poza zasięgiem, strzeżone przez dzierżące pilota władcze ręce starszych (ale i tak sobie radziłem. Wystarczyło tylko cicho, w godzinach nocnych, podkraść się do uchylonych drzwi w pokoju rodziców…).

-2-

Gdzieś tak miesiąc przed rozpoczęciem trzeciej klasy podstawówki, mając osiem lat (osiem i PÓŁ! – jak z dumą podkreślałem), uwidziało mi się, że zostanę pisarzem. Pewnego sierpniowego wieczora, goszcząc w domku cioci nad Bałtykiem, siadłem przy stole, prosząc o kredki, ołówek oraz papier… i zniknąłem z otaczającej mnie rzeczywistości. Wszyscy myśleli, że będę rysował. Lecz ja skupiłem się nad wielkim dziełem, do którego zrobiłem okładkę, a kiedy ta już była gotowa, wzorem z czytanych książek – od akapitu – rozpocząłem opowieść.

Sam nie wiem, czemu tematyka tegoż dzieła nie obracała się wokół Indian i szalonych przygód. W tym czasie byłem wręcz rozkochany w książkach Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, a także, napisanej z udziałem jego żony, trylogii Złoto Gór Czarnych.

Jednak bardziej kochałem moje własne światy, kreowane za pośrednictwem klocków LEGO. Ta moja pierwsza „powieść” opiewała więc rycerskie czyny (dziwnie podobne do tych, znanych mi z legend arturiańskich) wcześniej odgrywane podczas zabawy i ciągnącego się godzinami budowania świata przedstawionego z małych, plastikowych sześcianów.

Moje postanowienie zostało odebrane jako zwykła fanaberia ośmiolatka. Chciałem wtedy zostać także żołnierzem, geologiem (do dzisiaj mam całą gablotę skamienielin, niektóre całkiem reprezentatywne) i wielkim podróżnikiem, choć nigdy nie potrafiłem sprecyzować czy tylko ziemskim, czy kosmicznym również.

Nie zostałem żołnierzem. Marzenie o byciu geologiem umarło gdzieś w gimnazjum, po tym, jak przegalopowała po nim pewna pani od geografii. Z fantazji o podróżowaniu pozostały częste wypady w niewiadomym kierunku z plecakiem i kosturem w ręku. Jednak marzenie o pisaniu stało się dla mnie niezniszczalnym kierunkowskazem życiowym.

-3-

Kiedy, po pamiętnym wieczorze sierpniowym, pasja pisania nie tylko mi nie minęła, ale i zaczęła wzrastać, stało się jasne, że (z niewiadomych moim opiekunom powodów) uparłem się jak osioł. Na nic się zdały początkowe tłumaczenia, że takiego młodego to nikt nie wyda, że nie dam rady, że to bardzo długa i niepewna droga. W końcu machnięto ręką i zaczęto całą sprawę traktować z pobłażaniem, przecież życie i tak mnie w końcu kopnie w cztery litery.

Tymczasem z opowiadania na opowiadanie uczyłem się, jak pisać… 

 

Dalszy ciąg na EFANTASTYCE

Comments

comments

Powered by Facebook Comments