Otworzyłem oczy, obudzony przez głosy przyjaciół. Był środek nocy, coś uwierało mnie w plecy (chyba korzeń). Poraziło mnie jasne światło.
Moi dwaj kumple siedzieli w kucki przy zapalonej latarce.
– Co…? – zapytałem jeszcze zaspanym głosem.
– Ced, coś tu łazi…!

Teraz się z tego śmiejemy, ale wtedy, w środku nocy, o mało nie posraliśmy się ze strachu.

Boisz się? Bo ja czasami bardzo.

Porozmawiajmy o strachu, Ty i ja. To jedna z tych emocji, które są z nami na dobre i złe, choć niekoniecznie tego chcemy. Porozmawiajmy o tym, że się boimy. Że czasami lubimy mieć włączone jakieś światło, kiedy jesteśmy sami w domu. W szafie nie ma żadnego potwora, oczywiście. Ale mimo to skrzypi. I mógłby tam być.

Jeśli tylko byśmy o tym pomyśleli.

Tak sobie czasami myślę, że strach niejako wpisany jest w wędrówkę. I to bez znaczenia, czy oglądałeś „Blair Witch Project”, czy nie. On po prostu jest, a idąc w miejsca zupełnie Ci nieznane, musisz się z nim zmierzyć.

Ostatnio mówiłem o tym strachu, jaki żywią niektórzy ludzie, widząc trzech typów z plecakami i kosturami w dłoniach. Wspomniałem, że im dalej od miasta, tym mniej tej niekoniecznie miłej emocji. Im więcej ludzi w jednym miejscu – tym więcej strachu o jutro. Ludzie robią sobie nawzajem bardzo złe rzeczy i wszyscy o tym wiemy. Mieszkając w mieście, dużym mieście, obawiamy się mijanych na ulicy łysych gości w dresach, zarośniętych, długowłosych metali w skórach i małych dziewczynek stojących jak gdyby nigdy nic, samotnie, o 12 w nocy w jakimś ślepym zaułku.

Skąd więc strach w lesie? 

Bo wszystko w mieście znamy bardzo dobrze (no, może poza małymi dziewczynkami w zaułkach. One ciągle są dosyć niepokojące). Jeśli decydujemy się na ten specyficzny wymiar wolności jakim jest wędrówka, decydujemy się też na nieznane. Bierzemy wszystko w pakiecie, a strach dostajemy w promocji.

Już parę kilometrów od mojego miasta zaczynają się tereny, które mógłbym nazwać w pewnym stopniu dzikimi. Oczywiście, nie są takie. Gdyby coś się stało, najbliższe domy znalazłyby się parędziesiąt minut marszu od miejsca naszego obozowiska. Czasami więcej, może dwie godziny. Ale zawsze blisko. I to jest dosyć niepokojące.

A poza tym, kto wie, co tak naprawdę dzieje się w lasach w porach, kiedy mało kto się do nich zapuszcza, późną jesienią, czy wczesną wiosną?
Kto wie.

Pamiętam tą sytuację, kiedy obudziłem się w środku nocy. „Coś tu łazi”, powiedział Maciek. Chciałem go wyśmiać, ale wtedy usłyszałem wyraźnie łamiące się gałęzie i kroki. A jedyne miejsce na obóz znaleźliśmy  niedaleko jakiegoś pola uprawnego i spalonego samochodu. Kładąc się spać, jeszcze żartowaliśmy, że pewnie jakieś porachunki przestępczego światka.

W środku nocy to już nie było takie śmieszne.

Możliwości jest sporo, zwierzę, wiatr, duchy, wampiry, zombie, małe dzieci bez oczu, samotne wiedźmy chcące tylko się napić ciepłej krwi. Byle nie człowiek. Człowiek to najgorsze draństwo w lesie, szczególnie, jeśli jest trzecia w nocy.

To coś krążyło dobre dziesięć minut wokół.

– To jeż – powiedziałem wreszcie. – Jeże tak tupią.

Chwilę później „Jeż” uderzył w „sufit” naszego namiotu. Parę razy.
Jedyną możliwością jest wyjrzeć, co się dzieje.
Ale jak to zrobić? Jak wyjść? Głową do przodu? Za cholerę. No to nogami. Najwyżej zostaną odgryzione.

W świetle latarki oczywiście wszystko wokół było puste. Ani dzieci, ani wiedźm. Jeży też. Pustka, cisza. Niewinność i oddanie Matki Natury.

Wszystko ma swoją cenę

Zapłatą za wolność są napięte nerwy nocami. A przecież kocham to, siedzenie przy ogniu, rozmowy, przygotowywanie posiłków (nigdy się tak nie najadłem, jak na ostatniej wędrówce!). Kocham to nawet, kiedy o drugiej w nocy trzeba wyjść w zimną noc pod krzaczek. Nawet wtedy, kiedy – jak ostatnio – coś dziwnego stoi nad namiotem.

Rozbiliśmy się koło cmentarza. Nie wiedzieliśmy tego, w całą sprawę wtajemniczył nas pan grzybiarz – już rano. Cmentarz stary, zapomniany. W zasadzie wiele z niego nie zostało, zarósł cały. Drzewa łapczywie wyciągnęły korzenie po zawartość grobów i pożywiły się.

Mamy jakiś talent do rozbijania się obok cmentarzy. Tej wiosny też nocowaliśmy niedaleko jednego, znów dzikiego. Ale wtedy nic się nie wydarzyło. Przynajmniej nie tamtej nocy. Bo ostatniej coś chodziło wokół ogniska, ale raczej było to zwierzę. Tak myślę.

Ostatnio rozbiliśmy się na dwie noce w małej kotlince, niedaleko źródła. I rzeki, potoczku w zasadzie, gdzie poszedłem złowić rybę. Niestety, wróciłem z pustymi rękami. Tak martwego potoku nie widziałem chyba nigdy. Tylko trochę śmieci – żadnego życia. W myślach nazwałem go „Martwą rzeką”. Oryginalnie, prawda?

Po powrocie dowiedziałem się, że kiedyś policja wyławiała stamtąd topielca.

To była chyba druga noc, tak, raczej na pewno. Tym razem to ja obudziłem się pierwszy, potem Maciek. Franek przespał wszystko jak małe dziecko.
Dziwne, bo cokolwiek stało niedaleko (ze słuchu, jakieś 10 metrów) naszego namiotu, było tak głośne, że i martwego by obudziło.

Kroki, coś jakby łamane gałązki. A potem gardłowe dźwięki dławienia się, czy może gardłowy krzyk. Coś, co mógłbym zapisać tylko jako  „Aaaarrrrrhhhh, aaaarrrrgggg, arrrrhhhh!”. Donośne, odbijające się echem wśród drzew. Szybkie, głośne. Parę minut później zaczęło się dosyć szybko oddalać, aż wreszcie zupełnie ucichło.

To śmieszne, ale moje pierwsze (wyszeptane)słowa brzmiały:
– Looool… (cóż Internet robi z człowiekiem).
– Zawsze coś… – jęknął Maciek.

A potem przez godzinę gadaliśmy o najlepszych i najstraszniejszych książkach Stephena Kinga i Jacka Ketchuma.

Wszystko ma swoją cenę, nawet ta wolność, którą kocham. Wolność wybierania własnej ścieżki. Dosłownie i w przenośni.
Cenę, którą mogą zapłacić tylko tacy popieprzeni ludzie jak my.
Lub Ty, drogi Czytelniku, jeśli oczywiście chcesz.

Kończę, dobrze?

Bo się trochę rozgadałem. A miałem iść spać. Teraz kończę, ale następnym razem opowiemy sobie trochę o weselszych rzeczach, dobrze? Może o… kuchni. Jedzenie zawsze poprawia humor.

 

Comments

comments

Powered by Facebook Comments