Umiera.
Obok mnie, na podłodze. Mucha. Kona, a ja przeżywam relaksującą noc.

Właśnie przeczytałem około koło 250 stron ciągiem. Dawno nie miałem takiej okazji, by sobie położyć się z książką i po prostu czytać. Puściłem 10godzinną porcję jazzu z odgłosami deszczu, na obu monitorach mam interaktywną tapetę – szyba, strugi deszczu i zachmurzone miasto. Piję sobie earl greya na rozgrzanie i odczuwam totalny relaks – tylko taki, jaki można odczuć w trakcie czytania, jakby książka dosłownie defragmentowała mózg, układając w nim myśli tak, by łatwiej im się płynęło.

Mucha upadła obok, kiedy zaczynałem czytać (kończąc przy okazji inną książkę), bzycząc rozpaczliwie. Miotała się chwile, potem wywróciła się na grzbiet i co jakiś czas rusza odnóżami i bzyczy. Ta musza agonia trwa już trzy godziny. Zastanawiam się, czy mucha odczuwa ból – czytałem kiedyś artykuł o tym, że owady odczuwają ból, ale nie wiadomo, czy czynią to w sposób świadomy.

Mucha coraz więcej czasu odpoczywa, nim po raz kolejny podejmie próbę poruszania się. Ton chyba znak, że już niedługo. Zastanawia mnie tylko, czemu nawet takie małe stworzonko jak mucha, musi się miotać w bólu i agonii długie godziny, nim zgaśnie. Mógłbym jej pomóc, przeprowadzić muszą eutanazję – może to, że tego nie robię, czyni ze mnie potwora? Ale jest w tym wszystkim coś intymnego. Ja – ssak, ona – owad, nie mamy ze sobą za wiele wspólnego, poza tą krótką chwilą, w której ja – pełen życia, zrelaksowany, a ona zaraz obok, właśnie umierająca, się znaleźliśmy. Wspólna chwila, oraz 30 centymetrów podłogi.

Zastanawiam się, czy to, że pozwalam jej umierać (nie chcąc ingerować w naturę), zamiast dobić, czyni mnie gorszym człowiekiem. A może robię tak dlatego, że to tylko mucha – i co innego przecież czułbym, gdyby leżał tam inny ssak, może pies, albo kot, a już na pewno człowiek.

I w sumie nie mam nic więcej ciekawego do powiedzenia, oprócz banalnej myśli o prawdziwej grozie i horrorze naszego świata: życie wcale nie równa się życiu. Umierająca mucha, kiedy odejdzie, nie sprawi, że będę płakał, ani nie zakłóci mojego spotęgowanego jazzem komfortu. Przestanie istnieć kilka centymetrów ode mnie, a jedynym działaniem, jakie podejmę w jej wypadku będzie wyniesienie jej muszego truchła do kosza. W moim otoczeniu od chwili, kiedy się urodziłem, wiele istnień przestało egzystować – nie obeszło mnie to wcale, nawet się nie zorientowałem, bo życie jest brutalne i tyle.

I tak sobie myślę o dniu, kiedy i ja będę taką muchą – umierał w bólu, cierpieniu, długi, długi czas, a wokół mnie ludzie będą śmiać się, kochać, płakać, przeżywać, relaksować się, a kiedy mój ostatni wschód i zachód słońca minie, większości ludzkości nawet to nie obejdzie, bo nikt nie będzie miał o tym pojęcia – tak samo jak i ja nie mam pojęcia i o tym, że w chwili, kiedy piszę te słowa, gdzieś na świecie wiele osób umiera, wiele się rodzi, gdzieś dochodzi do gwałtu, ktoś kogoś właśnie zabija, ktoś kogoś okrada, ktoś wrzeszczy z bólu – a ja sobie wygodnie leżę i czytam książkę, popijając herbatkę i nawet nie jest mi przykro.

A to wszystko jest banałem, o którym wie każdy, co najwyżej próbując o tym nie myśleć. A ostatecznie wszyscy kiedyś skończymy jak ta mucha, nie mogąca już latać i czekająca na śmierć.

Szczerze mówiąc, wiele ludzi nie ma nawet takiego farta, co ta mucha, bo ona została spostrzeżona i z jej śmierci narodził się temat na głupi wpis na fejsie, o którym wkrótce i tak zapomnę.

Wpis będzie bez puenty – nie uderzyła mnie depresja w związku z tym. Czuję się dobrze – książka, którą czytam jest świetna a jazz brzmi cudownie. Mucha umiera nadal, właśnie stanęła na nóżkach i nie ma siły, by zrobić nic więcej.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments