Tag: Książka (Page 1 of 2)

Śmierć

Umiera.
Obok mnie, na podłodze. Mucha. Kona, a ja przeżywam relaksującą noc.

Właśnie przeczytałem około koło 250 stron ciągiem. Dawno nie miałem takiej okazji, by sobie położyć się z książką i po prostu czytać. Puściłem 10godzinną porcję jazzu z odgłosami deszczu, na obu monitorach mam interaktywną tapetę – szyba, strugi deszczu i zachmurzone miasto. Piję sobie earl greya na rozgrzanie i odczuwam totalny relaks – tylko taki, jaki można odczuć w trakcie czytania, jakby książka dosłownie defragmentowała mózg, układając w nim myśli tak, by łatwiej im się płynęło.

Read More

Okładka „Mapy Cieni”!

No i co – tutaj nie ma co gadać, tu trzeba pokazywać. Więc proszę. Oto okładka mojej (i nie tylko, ale jednak) książki i – mam nadzieję – pierwszej z serii książek o polskich nawiedzonych miejscach. 

 

mapa-cieni-okladka_full-v7-1

Cztery lata do szczęścia – „Mapa Cieni”

Ręce mi drżą. Przed chwilą musiałem się wykrzyczeć. Zaparzyłem herbaty, mogę napisać część słów, które kłębią się w głowie. Był taki pomysł, wiecie? By napisać książkę o nawiedzonych – prawdziwych – miejscach w Krakowie i okolicach. I wiecie co? Po czterech latach ciężkiej pracy udało się mi się spełnić to marzenie. Nie tylko o pierwszej książce, ale i po prostu – o wielkim i unikalnym projekcie, który udało się wprowadzić w życie. 

WSPIERAM.TO

Czemu muszę komplikować sobie życie? Nie chodziło o to, by zrobić zwykłą książkę. Nie. „Mapa Cieni” musiała być czymś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Nie z założenia, nie na siłę. Jest czymś niezwykłym, bo taka jest jej idea: aby odwiedzić 16 nawiedzonych miejsc z Krakowa i okolic, wypytać ludzi, sąsiadów, przeszukać fora, bazy danych, archiwa miasta. A potem z tego wszystkiego stworzyć 16 reportaży. Tym się zająłem.

Ale nie sam. 

Już na początku zorientowałem się, że sam nie dam rady udźwignąć tak wielkiego tematu. To było ponad cztery lata temu. Zaprosiłem więc do współpracy Krzysztofa Bilińskiego – człowieka, którego spotkałem na piwie i który pokazał mi, że jest świetnym fotografem. I miał samochód. W dodatku pasjonował się grozą, jak ja.

Ale to nie koniec. 

Mapa Cieni to nie tylko reportaże. To także opowiadania – 16 tekstów od wspaniałych polskich pisarzy. Kiedy ich zaprosiłem – bez namysłu przyjęli propozycję i wierzyli w ten projekt. Także wtedy, kiedy przyszły…

Trudności. 

To nie tak, że nie mogliśmy znaleźć wydawcy. Tematem interesowali się ludzie, telewizja i radio. Wydawcy też chcieli w to wejść – wielu nie miało pieniędzy na dobrą kampanie promocyjną. I w końcu znaleźliśmy wydawcę, który przez rok mówił o wydaniu, ale ostatecznie… tylko mówił. Nie poddałem się – poszukałem innego wydawcy. I szybko znalazłem. Było to jedno z największych wydawnictw w Polsce. Byliśmy z Krzyśkiem w Warszawie, spotkaliśmy prezesa, obmyślaliśmy marketing, podpisaliśmy umowy przedwstępne. I po pewnym czasie wydawca nas porzucił. Brak pieniędzy. W końcu natrafiliśmy na Van Der Book, małe krakowskie wydawnictwo. Zgodzili się nas przyjąć pod swoje skrzydła, chociaż tu też nie obyło się bez sporych opóźnień. W międzyczasie doszlifowywaliśmy książkę, opisaliśmy jeszcze jedno miejsce. Przeszliśmy przez kryzys wiary. Tak minęły cztery lata pracy, pracy i zwykłej upartości. Wierzyłem w „Mapę Cieni”.

I udało się. 

Właśnie teraz wystartowała akcja na wspieram.to – „Mapa Cieni” to faktycznie kosztowny i duży projekt. Coś, z czym mały wydawca bez wsparcia może mieć kłopoty. Dlatego możesz kupić książkę już teraz – w dowolnej formie. A już za trochę ponad miesiąc czeka nas upragniona premiera. Chociaż to zwieńczenie mojej (i nie tylko) wieloletniej pracy, jest to tak naprawdę początek.

I, Boże, dalej mi się łapy trzęsą.

lll

Lista autorów, którzy dołączyli do projektu, oraz miejsc, które odwiedziliśmy:

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #1

– „Cięcie” – Magdalena M. Kałużyńska

NAWIEDZONY DOM NA WOLI JUSTOWSKIEJ

– „Muzeum snów” – Dawid Kain

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #2

– „Biel” – Łukasz Radecki

NAWIEDZONY DOM W GŁOGOCZOWIE

– „Zapomniane marzenie” – Francieszek Zgliński

NAWIEDZONY HOTEL W KRAKOWIE

– „Granice synestezji” – Joanna D. Bujak

NAWIEDZONE MIESZKANIE NA STAROWIŚLNEJ

– „Porcelanowe pieski z zakurzonymi oczami” – Piotr Roemer

NAWIEDZOLNY LAS W WITKOWICACH

– „Ratunku! Trup i inne wypadki…” – Krzysztof T. Dąbrowski

NAWIEDZONY DOM W WITKOWICACH

– „Ostatnia podróż Zu” – Aleksandra Zielińska

NAWIEDZONA HALA W NOWEJ HUCIE

– „Wszyscy jesteśmy samotni” – Sylwia Błach

CZARNA DAMA Z PODGÓRZA

– „Trucizny w żyłach miasta” – Marek Grzywacz

NAWIEDZONY DOM NA KOSOCICKIEJ

– „Każdy człowiek ma swoją godzinę” – Michał Stonawski

MOST SAMOBÓJCÓW

– „Most samobójców” – Krzysztof Maciejewski

NAWIEDZONY FORT GRĘBAŁÓW

– „Jeździec” – Michał Gacek

CZŁOWIEK-PIES Z NOWEJ HUTY

– „Pies” – Rafał Christ

NAWIEDZONE OSIEDLE KALINOWE

– „Ładnym Łatwiej” – Kazimierz Kyrcz, Michał Walczak

NAWIEDZONY DOM W CHRZANOWIE

– „Galeria IX Mrocznych Obrazów” – Krzysztof Biliński

I teraz, kuźwa, nie zasnę.

 

KING, ty pieprzony skur…czybyku! 

Już drugi raz w życiu tak krzyczę. Pierwszy raz zrobiłem to w (bodajże) 2007 roku, czytając ostatnie 200 stron „Mrocznej Wieży”. Wtedy miałem go ochotę zabić, potem przytulić, potem dać psom na pożarcie, a następnie wznieść mu pomnik.

Teraz jest trochę lepiej.

Ale nie zasnę. Gdybym tej nocy pisał, to pewnie w tej chwili bym już grzecznie lulał, świadomy, że za dwie godziny mam pobudkę. Trza załatwić narty, odwiedzić rodzinę, która warczy, że się lenię i nie mam dla nich czasu, potem pewnie wyprowadzić psa dziewczyny. Wrócę wieczorem, pewnie się prześpię chwilę, naparzę herbaty i znów zacznę pisanie. W lodówce już leży jeden z lepszych szampanów. Czeka, aż skończę. Poczeka jeszcze chwilę.

Nie pisałem. Wczoraj zacząłem książkę Kinga, której jeszcze nie czytałem. dzisiaj skończyłem. „Wielki Marsz” zmęczył tak bohaterów, jak i mnie.

 

Czy widziałeś swoją twarz? – zapytała mnie ostatnio zatroskana babcia. Byłem na obiedzie. Jak zawsze pysznym – bo babcinym.

Widziałem. Odbijała się w szybie tramwaju, którym jechałem. Wiesz, co? Najbardziej popieprzone w tej całej sytuacji jest to, że przypominające czaszkę odbicie mnie tylko i wyłącznie zafascynowało.

Więc nie spałem i spać już nie będę. Nie teraz, bo po prostu nie potrafię. Ostatni raz czytając książkę bałem się jeszcze w gimnazjum. To była „Misery”. Ostatni raz czytając książkę miałem łzy w oczach… nigdy.

To prawda, było wiele książek wywołujących u mnie burzę emocji – „Dziewczyna z sąsiedztwa” Ketchuma, „Gniazdo światów” Marka Huberatha, czy choćby „David Coperfield” Dickensa. Ale nigdy nie zostałem wzruszony. Nie przez książkę. Beczałem jak dziecko przy „Imperium słońca”, dalej mnie to niszczy, kiedy oglądam.

Ale nie książka.

No więc bałem się, wzruszyłem, rozgniewałem i targałem włosy. Ponad 260 stron powieści, która mi spać nie pozwoliła i dalej nie pozwala. „Wielki Marsz”, który będzie mi się śnił po nocach, odsłaniając nagą prawdę, co tak naprawdę mnie przeraża – chorzy ludzie, chora cywilizacja.

Boże, jak ja kocham potwory. Demony. Jak ja się boję ludzi.

I King to wiedział. Że są tacy, dla których ta książka będzie zmorą, powodem do niezrozumiałego i zapewne niedługo skrytykowanego przez moich najbliższych, którzy te słowa przeczytają, zerwania nocy.

Mieszaniną papieru, kleju i farby drukarskiej, dzięki której jeszcze bardziej Kinga nienawidzę, szanuję i wielbię.

Nic więcej nie powiem. Mam chwilę czasu, zjem dobre śniadanie, wypiję mocną herbatę, wezmę długi prysznic. I zapieprzam dalej.

Zmęczony po Wielkim Marszu, jakbym sam całą drogę przebył, tylko mózgiem chodził, zamiast stopy na ziemi stawiać.

Jesień przyszła, nie ma na to rady

 

Była taka piosenka. Śpiewałem ją przy ognisku, dawno, dawno temu, kiedy jeszcze świat mienił się złotem i srebrem. Piosenka o jesieni… i zaczynała się chyba tak:

Raz staruszek, spacerując w lesie,
Ujrzał listek przywiędły i blady
I pomyślał: – Znowu idzie jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady!

Bardzo piękna, smutna piosenka do ogniska.

I ja dzisiaj usiadłem w fotelu i zamyśliłem się głęboko. Bo to właśnie dziś poczułem gdzieś głęboko w kościach, trzewiach czy duszy, że nadeszła jesień i nic już tego nie cofnie. A zima za pasem. Mieszkanie zrobiło się tak niesamowicie przytulne, dywan pod stopami miękki, ręka sama sięgnęła po książkę.
Już niedługo, niedługo przyjdzie zima a nam, drogi przyjacielu, zostanie grzać się w cieple i korzystać z długich wieczorów.

Chyba chciałbym już dziś to zacząć. Te wieczory, oczywiście. I Ciebie, drogi Czytelniku, chciałbym zaprosić do wspólnego grzania się przy kominku. To jest najlepszy czas na gawędę, wyobraźnię i uśmiech. Cisza, książka, herbata i wyciszenie, którego chyba potrzebuję i którego szukam.

Nie mam kominka. Mam tylko fotel i książki. Ale w przywołaniu dobrej, przytulnej atmosfery pomóc może technologia (jakkolwiek by to nie brzmiało). Zwykle wystarcza mi mój dobry przyjaciel – Frank Sinatra, ale na dziś przygotowałem dla nas – dla Ciebie i mnie – coś specjalnego.

Po pierwsze, włącz proszę tą stronę – http://www.rainymood.com/

Słyszysz? Widzisz? To dobrze. Wystarczy tylko zwiększyć lekko głośność i… jest dobrze. Ale to nie wszystko.

Teraz zapraszam przed kominek.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw[/youtube]

Taaak, teraz lepiej. Ale jeszcze nie to, jeszcze chwilę. Do tego polecam dołączyć dobrą muzykę. Preferuję… Jazz. Dobry, spokojny, miły.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

I w ten sposób, jesiennym wieczorem możemy usiąść, otworzyć ulubioną książkę, albo też wyjąć fajkę i zadumać się, uspokoić.

Odpocząć. 

A jeśli do wieczora masz jeszcze parę godzin, mam też rozwiązanie dla Ciebie. Wczoraj, moja dobra przyjaciółka podesłała mi ten link. Zna mnie bardzo dobrze, wiedziała, co wywoła u mnie uśmiech. Oto ciche miejsce. Specjalnie dla siedzących w biurze, by tak – po prostu na chwilkę – odsapnąć.

A jeśli korzystasz z przeglądarki Chrome, do kompletu (po wcześniejszym wyłączeniu muzyki) polecam stronę „Stars”, która pozwoli się oderwać od ziemi, choć na chwilę.

Ewentualnie, jeśli masz mniej czasu… powiedzmy, dwie minutki – kliknij sobie tutaj – tutaj.

No dobrze… chyba już. Chyba jest lepiej. Mogę odpocząć… chociaż nie. Nie mogę, mam trochę jeszcze do zrobienia, ale wieczorem na pewno usiądę i przymknę oczy, nie robiąc zupełnie NIC.

Tymczasem do zobaczenia, Przyjacielu, niedługo, w następnej Gawędzie o Wędrówkach.
Idę pisać dla Ciebie następny numer Wieści Literackich. A Ty… odpocznij :)

Ja, bóg.

 

Oczywiście, tytuł tego wpisu jest prowokujący (jak to tytuły bywają). Nie ma tu miejsca na samozachwyt, a jedynie rozważania wynikłe z koncepcji, która od paru(nastu) dni chodzi za mną i nie chce się odczepić. Jak tak – mówię sobie – muszę o niej napisać. To się odczepi.
Mam nadzieję.

Była taka książka, czytałem ją dobre dziesięć lat temu. Autor tej powieści Science Fiction posłużył się koncepcją jakoby świat przedstawiony był prawdziwy, a czytelnik mógł na niego wpływać i postrzegać realnie. Nie, nie mówię tu o „Niekończącej się historii”. W książce o której mowa bohater w końcu odkrywa, że coś albo ktoś go obserwuje, a my odkrywamy – że to my jesteśmy obserwatorami. Ciekawe uczucie, kiedy postać literacka prosi cię, byś nie przekładał kartki, gdyż na następnej stronie jego żona umiera. Błaga, krzyczy… przyznam się, miałem chwilę wahania.
(Jeśli ktoś kojarzy tytuł tej książki, będę wdzięczny za informacje. To była dobra powieść, zapadła w pamięć. Ale ani autora, ani tytułu nie pamiętam)

To, co mi chodzi po głowie jest innej zgoła natury, choć podobne. Pomyśleć, a gdyby tak pisarz – każdy pisarz – mógł tworzyć (nieświadomie) całe światy i jego historie działyby się naprawdę w jakiś alternatywnych rzeczywistościach, czy może pod-rzeczywistościach? Cała rzesza ludzi byłaby winna morderstw (nieświadomych), czasem ludobójstwa a nawet wielu końców świata. Coś takiego w ludzkiej mentalności byłoby nieopisanym wręcz przestępstwem i aby taki pisarz mógł działać trzeba by było przyrównać go do boga – bo i boskie miałby umiejętności, w tej skali byłoby to już zwykłą „codziennością”, potrzebą a nawet musem. Sensem istnienia.
Całkiem ciekawie jest też spojrzeć przez pryzmat tego na szmiry typu „Zmierzch”.
Całe to myślenia otwiera wrota do koncepcji multi-świata być może naprawdę nieskończonego, z multi-bogami w dodatku. I pytaniem nowym – w zastępstwie o istnienie boga – czy jest gdzieś „pierwszy”?
Zaś odwracając perspektywę stawiamy pytanie, czy i my jesteśmy tworami jakiegoś boga, demiurga, twórcy (tfórcy), poety albo grafomana, nieświadomego nawet w pełni dzieła swojego stworzenia, a co dopiero naszej w nim obecności.
Boga-człowieka.

I kim w tym wszystkim jest przewracający kartki czytelnik?

 

Coś nastrojowego na koniec.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=fpWNimba344&feature=fvst[/youtube]

Jak umilić sobie zimę

 

Wiatr i mróz smagają świat za oknami. Stare okna przepuszczają chłód, piecyki ledwo dyszą. Nawet mój kaflowy, który – dzięki swoim umiejętnościom – zwie się Mefisto, ciągnie na ostatnich grzałkach. Kiedy wyglądam na ulice, na termometrze kreska opada na -16 stopni. W środku miasta.
Nie, żeby mi to przeszkadzało.

Ten czas jest idealny na książkę. Dobrą powieść, którą odkładałeś już zbyt długo – bo praca, bo szkoła, bo studia, bo obowiązki. Nie. Jest środek zimy – tej dobrej, z mrozem i śniegiem (choć tego jak na lekarstwo niestety). Ogrzać nas może słowo i odpowiedni nastrój.

Proponuję Ci dwie drogi – jedną jest ogień, drugą woda. Każda prowadzi do miejsca, w którym się zrelaksujesz. To, co Ci bardziej pasuje, to już Twoja sprawa, prawda?

 

Osobiście preferuję wodę, więc… na niej skończymy. Ogień. Ciepły, ujarzmiony, pachnący drewnem i dymem. Jeśli nie masz kominka, oferuję Ci namiastkę (jeśli masz, to co, u ciężkiej cholery tu jeszcze robisz?!)… wystarczającą do odpowiedniego nastroju.

Po pierwsze włącz sobie to wideo, zapętl na jakiejś playliście YT ( osobiście robię osobną, z dwoma tymi samymi nagraniami i daję opcję zapętlenia) i włącz pełny ekran.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lH0IS2KLhRw&feature=related[/youtube]

To samo zrób z tym plikiem:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

A teraz książka, łóżko lub fotel, kołdra i… nie czytaj już dalej. Po prostu baw się dobrze.

 

A teraz – jeśli wybrałeś wodę (masz u mnie wielkiego plusa), proponuję Ci tą stronę:

www.rainymood.com

I dobrze Ci już znany plik, który zapętlasz:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HMnrl0tmd3k[/youtube]

 

I tyle. Jeśli nie masz już uśmiechu na twarzy, to jestem bardzo zdziwiony. Masz? No to…co Ty tu jeszcze robisz?
Miłej zabawy :)

To ja byłem i Duet dręczyłem.

 

Bo wiecie, czym byłaby groza bez odrobiny udręki? Tę zafundowałem polskiemu Duetowi Grozy – Dawidowi Kainowi i Kazimierzowi Kyrczowi Jr. Ostatnimi czasy dosłownie zadręczałem ich pytaniami o to co, jak i dlaczego… a że panowie znali odpowiedzi na te egzystencjalne pytania, ucięliśmy sobie małą pogawędkę, w efekcie której powstał ten właśnie wywiad.

Zapraszam do zapoznania się z jego kawałkiem, jeśli się Wam spodoba – zalajkujcie i idźcie dalej, po sznurku, do pełnej wersji.

 

M.S.: W pierwszym pytaniu zacząłem od strachu, teraz także chciałbym do tego tematu powrócić. Zastanowiliśmy się nad tym, czego się boją ludzie, odbiorcy. Ja się zapytam teraz trochę przewrotnie ‒ a czego się boją autorzy grozy? Są takie rzeczy, czy też piszecie właśnie o tym, co i w Was wywołuje lęk?

D.K.: Był kiedyś taki serial „Czy boisz się ciemności?”. No więc gdyby chciał przestraszyć mnie, musiałby się nazywać „Czy boisz się światła?” :-D Dla mnie przerażające są te rzeczy, które stanowią rewers powszechnych lęków. Bardzo lubię ciemność, światło nieszczególnie. Myślę, że żywi ludzie są bardziej przerażający niż duchy, demony czy żywe trupy. Absolutnie przerażająca wydaje mi się idea życia wiecznego, a prawie wszyscy wokół o tym marzą i chcą w to wierzyć. Trochę straszne wydaje mi się to, ilu jest na świecie sadystycznych idiotów, no i to, że zazwyczaj oni właśnie sprawują władzę i są na stanowiskach rządowych/sejmowych/kierowniczych. Kojące są natomiast myśli o końcu świata, rozmiarach Wszechświata i o tym, że planeta Ziemia nie jest w ostatecznym rozrachunku specjalnie istotna ;-)
K.K.J.: Niezły zbieg okoliczności z tym lękiem, bo akurat ukazuje się zbiór opowiadań, które napisałem z Łukaszem Radeckim, zatytułowany… „Lek na lęk”. Wracając jednak do Twojego pytania, muszę przyznać, że katalog moich strachów ewoluuje wraz z tym, jak przybywa mi lat. Obecnie chyba najbardziej boję się bezsilności, która potrafi nadejść niepostrzeżenie, kiedy straci się czujność. Boję się braku sensu, utraty wiary we własne siły… Człowiek potrafi być swoim największym wrogiem, więc niewiara w siebie zazwyczaj kończy się tragicznie. Zresztą podobnie jak jej nadmiar.

M.S.: Skoro jesteśmy już przy lęku, zostańmy jeszcze trochę i zastanówmy się nad kondycją polskiej grozy. Zewsząd słyszę głosy, że nie jest zbyt dobrze. To prawda ‒ przybywa autorów, ale czy czytelników? Nie widać tego w księgarniach, ani na spotkaniach autorskich… A jak to wygląda z Waszej perspektywy?

 

K.K.J.: Rynek księgarski jest u nas totalnie niestabilny. Z jednej strony nakłady większości książek są niewielkie, sprzedaż kuleje, z drugiej zaś stare mainstreamowe wydawnictwa coraz chętniej sięgają po fantastykę czy grozę, pojawiają się też nowe oficyny wydawnicze, dla których horror nie jest wcale czymś co należy omijać szerokim łukiem. No i media, o których dotąd nie rozmawialiśmy, przejawiają dużo większe zainteresowanie tego typu literaturą niż miało to miejsce pięć czy dziesięć lat temu. To pozwala mieć nadzieję, że z czasem i nasza rodzima groza wypłynie na szerokie wody. O ile oczywiście nie utonie w zdradzieckich wirach gospodarki rynkowej.
D.K.: Chociaż sytuacja polskiej grozy jest z roku na rok coraz lepsza, to nie można jeszcze powiedzieć, że ten gatunek się u nas przyjął. Wciąż jest mniej widoczny niż kryminał, thriller, fantasy czy science-fiction. Co ciekawe, choć polskich autorów science-fiction jest w tym momencie mniej niż autorów grozy, to każdy czytelnik wie, że polskie science-fiction istnieje, a o polskiej grozie wielu nie ma pojęcia. Jak nieliczni są odbiorcy tego gatunku, mogliśmy się przekonać, gdy upadały takie pisma jak „Lśnienie” czy „Czachopismo”. Więc póki co jest to nisza, do której mało kto zagląda, choć od czasu do czasu trafia się pozycja, która nieźle się sprzedaje. Jest dużo lepiej niż było np. pięć, sześć lat temu, więc możliwe, że za kolejnych pięć lat będzie już naprawdę świetnie.

M.S.: Nasz rynek w ogóle ostatnio nie ma się zbyt dobrze. Wystarczy popatrzeć na niedawne rozporządzenia, takie jak wprowadzenie pięcioprocentowego VAT-u na książki. To może mocno osłabić już i tak niezbyt szybki pęd do czytania. Czy i Wy odczuliście skutki wprowadzenia nowych przepisów? Jak duże piętno mogą odcisnąć na rynku i czytelnikach?

K.K.J.: Myślę, że te pięć procent nie stanowi jakiegoś szczególnego problemu; jeśli ktoś kupuje książki, nie przestanie tego robić dlatego, że będzie musiał zapłacić złotówkę czy dwie więcej. Gorzej, że z tą podwyżką wiąże się sporo zamieszania, przefakturowywanie starszych tytułów, przerzucania się książkami przez hurtownie, co generalnie uderza w wydawnictwa, szczególnie te mniejsze. Tym co mnie szczególnie w całej sytuacji wkurza, to krokodyle łzy wylewane przez polityków, którzy od wielu lat konsekwentnie doprowadzają do upadku czytelnictwa w Polsce. No, ale wiadomo, że głupim narodem łatwiej rządzić.
D.K.: Pięć procent nie ma wielkiego znaczenia, ale z zupełnie innych powodów sprzedaż książek bardzo spadła ‒ według niektórych aż o dwadzieścia, trzydzieści procent w porównaniu z poprzednimi latami. Kiedy wszystko drożeje, kupowanie książek schodzi na dalszy plan. Podobno już teraz połowa Polaków nie czyta niczego, nie tylko książek, ale nawet artykułów w gazetach czy w internecie, bo są za długie. Więc całkiem możliwe, że za kilka lat będzie jeszcze gorzej i procent idiotów w społeczeństwie jeszcze bardziej wzrośnie. Wtedy zdjęcie człowieka z książką będzie takim rarytasem jak zdjęcie Yeti albo Potwora z Loch Ness :-D

 

CAŁOŚĆ

Jacek Skowroński zaprasza na HW2011

 

Czas nie jest dla mnie łaskawy. Niestety, w ostatnich dniach nie mam go zbyt wiele, ale wpadłem na chwilę, by zaprezentować Wam fragment materiału dowodowego, jaki znalazł się w Warszawskiej prokuraturze… ekhm. To znaczy, film, który zrobił znany fanom kryminałów Jacek Skowroński.

No cóż. Ja tyle mam do powiedzenia. Jak mówiłem – czas nagli (a czemu? Dowiecie się już niebawem). Tymczasem, biorąc przykład z Rednacza, oddaję głos Jackowi:

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=f5h4m-B3Vc8&feature=player_embedded[/youtube]

 

***

Korzystając z chwili, zachęcam do przeczytania, skomentowania i ocenienia mojego konkursowego opowiadania, które ukazało się na forum NF. UWAGA SEX (+18) – tekst, zgodnie z wymogami konkursu, jest erotyczny. Trochę bardziej, niż mniej, rzekłbym. Fragment:

– Choć za mną, coś ci pokarzę – lekarz obrócił się i skierował do drzwi. Chcąc nie chcąc, mężczyzna podążył w ślad za nim.
            Przeszli przez jasno oświetlony korytarz, skręcili w jego prawą odnogę i weszli przez drzwi, które Paweł zapamiętał jako wejście do gabinetu doktora Czarnieckiego. Tu było mniej szpitalnie. Pokryta skórą kanapa, szklany stolik, naprzeciw drewniane krzesło. Pod ścianą biurko, nad nim okno za którym błyszczały gwiazdy. Chwilę później przesłoniła je jasna tarcza Ziemi.
            Czarniecki przechwycił jego spojrzenie.
            – Chcesz, bym zmienił na coś przyjemniejszego? Łąkę pełną kwiatów? Wodospad Niagara?
            – Nie, dziękuję. Lubię patrzeć na Ziemię. To mnie uspokaja.
 Tamten skinął głową.
            – Siadaj proszę – wskazał kanapę. – Herbaty?
 Paweł rozsiadł się na skrzypiącym meblu i zaprzeczył ruchem głowy.
            – Jeśli można, poprosiłbym szklankę wody.
 Doktor uniósł brwi w niemym zdumieniu, ale nie skomentował. Zabrzęczały szklanki.
            – Kiedy wracasz? – Zapytał jakby od niechcenia.
            – Na Ziemię? Kontrakt kończy mi się za trzy lata.
            – Zostawiłeś tam kogoś?
            – To znaczy?
            – Rodzinę. Kobietę.
 Pacjent wzruszył ramionami.
            – Rodzice umarli. Dziewczyna nie chciała zaczekać, wolała innego. Nie, nikogo nie zostawiłem. Czy to ma coś do rzeczy?
            Czarniecki podszedł do stolika i postawił przed nim szklankę wody. Sam usiadł naprzeciwko z filiżanką herbaty. Paweł rozpoznał charakterystyczny aromat Earl Greya. Lekarz upił łyk, patrząc w milczeniu na swojego pacjenta, którego cała sytuacja zaczynała już mocno denerwować. Widać doktor uwielbiał budować niepotrzebne napięcie.

Zapraszam TUTAJ

Prywatnie tak (6)

 

Sesja jest strasznie żarłocznym potworem, mówię Wam. Ale pewnie niektórzy już to wiedzą. A ci co nie – cóż, dowiedzą się i tak. Ale nie o tym chcę teraz mówić. Zanim uderzę we właściwy temat – parę ogłoszeń.

Całkiem niedawno powiadomiono mnie o awarii na blogu. No, mniej więcej na nim, bo oto serwis Enklawanetwork.pl zmienił serwery i odnośniki do moich tekstów przestały być aktualne – usterka jest już naprawiona. Dzięki osobom, które zwróciły mi na to uwagę :) Niestety jeden z tekstów nie ocalał w czasie przeprowadzki – moja relacja z konwentu Confuzja.


Druga sprawa jest już ważniejsza – została uruchomiona nowa podstrona z informacjami o Qfancie. Aby nie było łatwo, tak jak w przypadku tej z tomikiem Horyzontów Wyobraźni – trzeba gdzieś kliknąć. Gdzie? Niektórzy wiedzą… pozostali powinni się domyśleć. Mam za to prośbę do wszystkich, którzy znajdą ukrytą stronę – wciśnijcie ,,lubię to”. Zależy mi (to chyba oczywiste), by jak najwięcej osób usłyszało o naszym już dwumiesięczniku. Będę wdzięczny.

 

Teraz zaś uderzamy w główny temat:

 

 

Chciałbym wszystkich Was i każdego z osobna zaprosić na konwent Krakon, który odbywał się będzie od 30 czerwca do 3 lipca w Krakowie (w obrazku odnośnik do strony konwentu). Szczególnie zapraszam w ten piątek, 1 lipca, na godzinę 20. Razem z Franciszkiem Zglińskim będę zadręczał pytaniami Kazka Kyrcza i Dawida Kaina na ich spotkaniu autorskim. Będzie brutalnie, będzie krwawo i bardzo… chorobliwie. Taaak.
Czekam więc w drugim dniu konwentu na wszystkich wielbicieli mocnych książkowych doznań :)

I, jeśli możecie, polubcie także ten wpis, niech się ludzie dowiedzą o Krakonie, a co.

 

***

 

Miałem nie mówić, ale powiem- jak wszystko pójdzie dobrze, w piątek czeka wszystkich obecnych specjalnie uknuta przez Kazka i mnie niespodzianka :]

 

PS
Jej, prawie zapomniałem – nie wiem czemu, ale na moim blogu czasem dzieje się tak, że nie widać dodanych komentarzy. Wszystkim, którzy nie widzą – zalecam użycie klawisza F5 w celu odświeżenia strony. Z reguły pomaga.

Niespodzianka

I już. Skończył się rok 2010, dla mnie czas pełen przemian takich jak własne mieszkanie, studia, nowi znajomi, praca i długo upragniony debiut literacki. Dlatego na rok 2011 patrzę z wielkim optymizmem, powoli realizując swoje plany. Ale dosyć o tym – obiecałem przecież niespodziankę!

Oto i ona:

Chciałbym zaprosić Was na… pisanie.
W przyszłym tygodniu, we wtorek środę o godzinie 21.00 za pomocą TEGO programu napiszę miniaturkę (lub coś więcej) w klimatach świątecznych, a każdy z Was będzie mógł brać w tym udział, czy to komentując na bieżąco, czy też podszeptując jakieś pomysły.

Pisanie w trybie Live? Uznałem to za dobre ćwiczenie i – najważniejsze – świetną zabawę. Dla wszystkich. Dlatego więc postaram się prowadzić taką akcję co miesiąc. Co miesiąc najaktywniejsza na tym blogu osoba będzie mogła podyktować mi na jaki temat dokładnie mam pisać w trybie live. Jak to się przyjmie? Ha, zobaczymy. Ja jestem nastawiony pozytywnie. No i miła odskocznia od pisania ,,na poważnie”.

Przejdźmy do spraw innych. Są dwie. Pierwsza to nowa recenzja – ,,Starfist: Pierwsi w boju” duetu Sherman i Cragg. Zapraszam:

Pamiętam, że będąc jeszcze małym chłopcem, marzyłem, by w przyszłości zostać prawdziwym żołnierzem. Oczywiście, nie mógł to być żołnierz byle jaki. Jako wychowanek kultury lat 90, za ideał nowoczesnego i silnego wojska uznawałem Armię Stanów Zjednoczonych. Nie bacząc więc na swoje pochodzenie, szykowałem się do wojskowej kariery pod tym właśnie kątem. No i – oczywiście – musiałem być w Marines.

Lata mijają szybko, dziecięce fantazje tracą ostrość, a ich miejsce zajmują dojrzalsze, niosące za sobą bardziej realne spojrzenie na rzeczywistość. Mimo że chęć bycia w wojsku przeszła mi dawno, to zainteresowanie takimi sprawami pozostało, łącząc mnie ze szczenięcymi latami. Moją pasją stała się literatura fantastyczna, ze szczególnym uwzględnieniem science fiction. I tu też zacząłem szukać czegoś, co połączyłoby moje dawne zainteresowania z teraźniejszymi. Tak właśnie trafiłem na ślad „Stafist: Pierwsi w boju” .

Duet autorski – David Sherman i Dan Cragg, jest dosyć znany w świecie fanów sf. Wspólnie piszą dwie książkowe sagi, pojedynczo zaś mogą pochwalić się wieloma własnymi tytułami. Obaj mają za sobą spore doświadczenie wojskowe: Cragg odsłużył ponad dwadzieścia lat w US Army, a po przejściu do cywila pracował w biurze Sekretarza Obrony USA, zdobywając tym samym cenne doświadczenie. David Sherman zaś może pochwalić się wieloma latami spędzonymi w Korpusie Marines oraz bogatym dorobkiem pisarskim.

Obaj panowie, zainteresowani literaturą sf, postanowili dołączyć do jej autorów, czego owocem jest m.in. rozpoczęty w 1997 roku cykl „Starfist”, liczący obecnie czternaście pozycji.

Do polskich księgarni duet trafił za sprawą krakowskiego wydawnictwa Dwójka bez sternika s.c., które w 2010 roku rozpoczęło wydawanie cyklu „Starfist”. Rzecz jasna, musiałem się tym zainteresować.

Kiedy dostałem książkę do rąk, nie mogłem powstrzymać zaciekawienia. Na rynku nie ma zbyt wielu książek spod znaku Space Opera, po których można by się spodziewać tak wielkiej dokładności w opisie życia żołnierza. Jeszcze nie zaczynając czytać książki, mogłem przypuszczać, że właśnie ów opis będzie jej największym atutem. Niestety, jeśli autorzy popadliby zbyt bardzo w specyficzny dla armii żargon, mogłoby się to okazać porażką…

Zaciekawiony, zabrałem się do czytania.

Duet wrzuca czytelnika od razu na głęboką wodę. Już w prologu trafiłem w środek akcji oddziału Marines, ścigającego Pancho – bandytów na jednej spośród dziesiątek planet w kosmosie. I już wtedy dało o sobie znać doświadczenie wojskowe autorów – bitwy w „Starfist: Pierwsi w boju” opisane są o wiele bardziej strategicznie, niż w innych tego typu książkach. Autorzy posługują się bez emocjonalnym, raportowym językiem, ukazując przebieg akcji trochę spoza niej, mimo że czytelnik nadal ma wrażenie, jakby był w jej środku. Może być to zarówno pozytywna, jak i negatywna cecha. Taka narracja spowalnia akcję, ale nadaje specyficznego klimatu książce.

Tekst pełny TUTAJ

Następna sprawa to pewien kawałek zespołu Hasiok i Macieja Maleńczuka. Napisałbym o tym… ale po co. Przecież tu jest wszystko. Dobitnie, że tak to ujmę.

Na ostatek coś dla humoru. Zakończmy z uśmiechem, na powagę przyjdzie jeszcze czas.

HW 2009 – Pierwsze recenzje

Dziś krótko, bo i czasu mało.
Pojawiły się już pierwsze dwie recenzje zbiorku ,,Horyzonty Wyobraźni” z edycji 2009, strasznie mi się miło zrobiło czytając w jednej z nich nadzieję, ze kiedyś HW dorównają ,,Spotkaniom w przestworzach”. Oczywiście, to niemożliwe, ale sama nadzieja… ach.
No i oczywiście cały, długaśny, akapit poświęcony mojemu opowiadaniu. Serce mi o mało nie eksplodowało!

Dosyć ględzenia, czas na fakty:

Klik 1 Klik 2

Zapraszam do lektury.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén