KING, ty pieprzony skur…czybyku! 

Już drugi raz w życiu tak krzyczę. Pierwszy raz zrobiłem to w (bodajże) 2007 roku, czytając ostatnie 200 stron „Mrocznej Wieży”. Wtedy miałem go ochotę zabić, potem przytulić, potem dać psom na pożarcie, a następnie wznieść mu pomnik.

Teraz jest trochę lepiej.

Ale nie zasnę. Gdybym tej nocy pisał, to pewnie w tej chwili bym już grzecznie lulał, świadomy, że za dwie godziny mam pobudkę. Trza załatwić narty, odwiedzić rodzinę, która warczy, że się lenię i nie mam dla nich czasu, potem pewnie wyprowadzić psa dziewczyny. Wrócę wieczorem, pewnie się prześpię chwilę, naparzę herbaty i znów zacznę pisanie. W lodówce już leży jeden z lepszych szampanów. Czeka, aż skończę. Poczeka jeszcze chwilę.

Nie pisałem. Wczoraj zacząłem książkę Kinga, której jeszcze nie czytałem. dzisiaj skończyłem. „Wielki Marsz” zmęczył tak bohaterów, jak i mnie.

 

Czy widziałeś swoją twarz? – zapytała mnie ostatnio zatroskana babcia. Byłem na obiedzie. Jak zawsze pysznym – bo babcinym.

Widziałem. Odbijała się w szybie tramwaju, którym jechałem. Wiesz, co? Najbardziej popieprzone w tej całej sytuacji jest to, że przypominające czaszkę odbicie mnie tylko i wyłącznie zafascynowało.

Więc nie spałem i spać już nie będę. Nie teraz, bo po prostu nie potrafię. Ostatni raz czytając książkę bałem się jeszcze w gimnazjum. To była „Misery”. Ostatni raz czytając książkę miałem łzy w oczach… nigdy.

To prawda, było wiele książek wywołujących u mnie burzę emocji – „Dziewczyna z sąsiedztwa” Ketchuma, „Gniazdo światów” Marka Huberatha, czy choćby „David Coperfield” Dickensa. Ale nigdy nie zostałem wzruszony. Nie przez książkę. Beczałem jak dziecko przy „Imperium słońca”, dalej mnie to niszczy, kiedy oglądam.

Ale nie książka.

No więc bałem się, wzruszyłem, rozgniewałem i targałem włosy. Ponad 260 stron powieści, która mi spać nie pozwoliła i dalej nie pozwala. „Wielki Marsz”, który będzie mi się śnił po nocach, odsłaniając nagą prawdę, co tak naprawdę mnie przeraża – chorzy ludzie, chora cywilizacja.

Boże, jak ja kocham potwory. Demony. Jak ja się boję ludzi.

I King to wiedział. Że są tacy, dla których ta książka będzie zmorą, powodem do niezrozumiałego i zapewne niedługo skrytykowanego przez moich najbliższych, którzy te słowa przeczytają, zerwania nocy.

Mieszaniną papieru, kleju i farby drukarskiej, dzięki której jeszcze bardziej Kinga nienawidzę, szanuję i wielbię.

Nic więcej nie powiem. Mam chwilę czasu, zjem dobre śniadanie, wypiję mocną herbatę, wezmę długi prysznic. I zapieprzam dalej.

Zmęczony po Wielkim Marszu, jakbym sam całą drogę przebył, tylko mózgiem chodził, zamiast stopy na ziemi stawiać.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments