I już. Skończył się rok 2010, dla mnie czas pełen przemian takich jak własne mieszkanie, studia, nowi znajomi, praca i długo upragniony debiut literacki. Dlatego na rok 2011 patrzę z wielkim optymizmem, powoli realizując swoje plany. Ale dosyć o tym – obiecałem przecież niespodziankę!

Oto i ona:

Chciałbym zaprosić Was na… pisanie.
W przyszłym tygodniu, we wtorek środę o godzinie 21.00 za pomocą TEGO programu napiszę miniaturkę (lub coś więcej) w klimatach świątecznych, a każdy z Was będzie mógł brać w tym udział, czy to komentując na bieżąco, czy też podszeptując jakieś pomysły.

Pisanie w trybie Live? Uznałem to za dobre ćwiczenie i – najważniejsze – świetną zabawę. Dla wszystkich. Dlatego więc postaram się prowadzić taką akcję co miesiąc. Co miesiąc najaktywniejsza na tym blogu osoba będzie mogła podyktować mi na jaki temat dokładnie mam pisać w trybie live. Jak to się przyjmie? Ha, zobaczymy. Ja jestem nastawiony pozytywnie. No i miła odskocznia od pisania ,,na poważnie”.

Przejdźmy do spraw innych. Są dwie. Pierwsza to nowa recenzja – ,,Starfist: Pierwsi w boju” duetu Sherman i Cragg. Zapraszam:

Pamiętam, że będąc jeszcze małym chłopcem, marzyłem, by w przyszłości zostać prawdziwym żołnierzem. Oczywiście, nie mógł to być żołnierz byle jaki. Jako wychowanek kultury lat 90, za ideał nowoczesnego i silnego wojska uznawałem Armię Stanów Zjednoczonych. Nie bacząc więc na swoje pochodzenie, szykowałem się do wojskowej kariery pod tym właśnie kątem. No i – oczywiście – musiałem być w Marines.

Lata mijają szybko, dziecięce fantazje tracą ostrość, a ich miejsce zajmują dojrzalsze, niosące za sobą bardziej realne spojrzenie na rzeczywistość. Mimo że chęć bycia w wojsku przeszła mi dawno, to zainteresowanie takimi sprawami pozostało, łącząc mnie ze szczenięcymi latami. Moją pasją stała się literatura fantastyczna, ze szczególnym uwzględnieniem science fiction. I tu też zacząłem szukać czegoś, co połączyłoby moje dawne zainteresowania z teraźniejszymi. Tak właśnie trafiłem na ślad „Stafist: Pierwsi w boju” .

Duet autorski – David Sherman i Dan Cragg, jest dosyć znany w świecie fanów sf. Wspólnie piszą dwie książkowe sagi, pojedynczo zaś mogą pochwalić się wieloma własnymi tytułami. Obaj mają za sobą spore doświadczenie wojskowe: Cragg odsłużył ponad dwadzieścia lat w US Army, a po przejściu do cywila pracował w biurze Sekretarza Obrony USA, zdobywając tym samym cenne doświadczenie. David Sherman zaś może pochwalić się wieloma latami spędzonymi w Korpusie Marines oraz bogatym dorobkiem pisarskim.

Obaj panowie, zainteresowani literaturą sf, postanowili dołączyć do jej autorów, czego owocem jest m.in. rozpoczęty w 1997 roku cykl „Starfist”, liczący obecnie czternaście pozycji.

Do polskich księgarni duet trafił za sprawą krakowskiego wydawnictwa Dwójka bez sternika s.c., które w 2010 roku rozpoczęło wydawanie cyklu „Starfist”. Rzecz jasna, musiałem się tym zainteresować.

Kiedy dostałem książkę do rąk, nie mogłem powstrzymać zaciekawienia. Na rynku nie ma zbyt wielu książek spod znaku Space Opera, po których można by się spodziewać tak wielkiej dokładności w opisie życia żołnierza. Jeszcze nie zaczynając czytać książki, mogłem przypuszczać, że właśnie ów opis będzie jej największym atutem. Niestety, jeśli autorzy popadliby zbyt bardzo w specyficzny dla armii żargon, mogłoby się to okazać porażką…

Zaciekawiony, zabrałem się do czytania.

Duet wrzuca czytelnika od razu na głęboką wodę. Już w prologu trafiłem w środek akcji oddziału Marines, ścigającego Pancho – bandytów na jednej spośród dziesiątek planet w kosmosie. I już wtedy dało o sobie znać doświadczenie wojskowe autorów – bitwy w „Starfist: Pierwsi w boju” opisane są o wiele bardziej strategicznie, niż w innych tego typu książkach. Autorzy posługują się bez emocjonalnym, raportowym językiem, ukazując przebieg akcji trochę spoza niej, mimo że czytelnik nadal ma wrażenie, jakby był w jej środku. Może być to zarówno pozytywna, jak i negatywna cecha. Taka narracja spowalnia akcję, ale nadaje specyficznego klimatu książce.

Tekst pełny TUTAJ

Następna sprawa to pewien kawałek zespołu Hasiok i Macieja Maleńczuka. Napisałbym o tym… ale po co. Przecież tu jest wszystko. Dobitnie, że tak to ujmę.

Na ostatek coś dla humoru. Zakończmy z uśmiechem, na powagę przyjdzie jeszcze czas.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments