Tag: Muzyka (Page 1 of 2)

Radio Stonawski

Nie, nie. Nie zakładam radia, choć być może będziesz mnie mógł kiedyś usłyszeć na antenie… ale sza, póki co. Ja nie o tym miałem.

Mamy piękny ranek, przepracowana noc za mną (za mało, ciągle za mało) a przede mną jeszcze parę godzin mniejszej, lub większej pracy. Nie wiem, jak Ty, ale ja bardzo lubię posłuchać sobie przy różnych zajęciach muzyki. Często szukam, nie wystarcza mi jeden schemat (no chyba, że chodzi o pisanie beletrystyki. Tylko soundtrack z „Solaris” jest w stanie mnie odpowiednio nastroić). Kto szuka, ten znajdzie – mawia stare porzekadło. Ma rację. Niemniej, w Internecie sprawa ślepych poszukiwań wygląda jak macanie na oślep w ciemnym pokoju wypełnionym Swingersami – raz trafisz dobrze, innym razem to coś pod dłonią na pewno nie będzie tym, czego szukałeś. A czasem po prostu czeka cię zaskoczenie.

Takie właśnie, mniejsze lub większe moje „zaskoczenia” chciałbym Ci teraz pokazać. I bez obaw, nie ma to nic wspólnego z Swingersami :)

Muzyka nie jedno ma imię, nie jeden raz może zaskoczyć. Najlepszym przykładem zaskoczenia będzie film przedstawiający… zaskoczenie właśnie. A było to tak:
Michael Buble, znany większości kanadyjski wokalista został poproszony przez matkę 15-letniego chłopaka o to, by zaśpiewali razem. On i ten młody człowiek. A czemu? Bo urodziny. Buble był na tyle wyluzowany, że zgodził się, chcąc przy okazji lekko pożartować.

I to by było na tyle jego udziału. Bowiem ten młody chłopak śpiewając „Feeling Good” po prostu powalił publikę. A poza tym… „Feeling Good”? Mmmm…!

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=4R4vWhVL_YM&feature=share&list=LLOtE1DzlvbaTi5jI6QxqAww[/youtube]

Innym przykładem na naprawdę niesamowity głos będzie Sir Christopher Lee, czyli po prostu Chrabia Dooku. Saruman. Dracula. Kardynał Wyszyński. I jeszcze około 200 innych postaci, które zdążył zagrać w swoim ponad 90-letnim życiu, a prócz tego chyba jedyny członek obsady „Władcy Pierścieni” który spotkał samego Tolkiena oraz znakomity wokalista metalowy.

Sir Lee, najbardziej zajebisty aktor we wszechświecie. A poniżej próbka tego, co potrafi:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=HvkbLAFkIJ0[/youtube]

Koniec epickości. Następnym, co Radio Stonawski nada, będzie chłopiec walący rękami w pralkę.
A że to internet, więcej mówić chyba nie muszę.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=_viuM_sEOOU[/youtube]

Gotów na jeszcze większe zaskoczenie? Dobrze, bo teraz czas na Dodę, którą w tym jednym kawałku wyjątkowo nazwę (z ukłonem) – Dorotą Rabczewską, tak, jak powinna być prezentowana ze swoim głosem. Doda? Nic ciekawego. Ale wysłuchaj proszę Doroty.
Dorota to ma głos. Szkoda, że Doda go tak marnuje.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=1k7E2QQ0mww[/youtube]

Głos ma też Włoski wokalista, Giuseppe Povia. Ma też tupet i przekorę, wypuszczając piosenkę, którą większość okrzyknie „Anty homo”, a która, jeśli tylko umiesz myśleć, okazuje się opisem głębokiej, dramatycznej historii… ani trochę anty homo.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=TWHCfh5XRmY[/youtube]

Możesz słuchać muzyki, jakiej chcesz, możesz tworzyć, jaka chcesz i z dowolnym przesłaniem. Na tym polega jej piękno, a kto je pojmie w pełni będzie zdolny otwierać ludzkie serca i bawić się duszami.

Ważne tylko, by nigdy nie skończyć w taki sposób:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ddSGvnj9LaA[/youtube]

Dziękuję, kończymy nadawanie.

Pojedynek – film, który zawsze warto oglądnąć.

Dawno już nie pisałem notki blogowej w Wordzie. Niestety, tu gdzie jestem sieć poszła się… huśtać, powiedzmy, więc jest to konieczność.

Dziś chciałbym opowiedzieć Ci o filmie, który zaraz po obejrzeniu (a oglądałem go w sumie dwa razy) trafił do ścisłej czołówki mojego TOP, zaraz obok „Into The Wild” (Jak zawsze numeru jeden) i „Fight Club”.

„Sleuth” jest filmem zupełnie innym, niż większość. Przed wszystkim poprzez wyjątkowo małą ilość aktorów obecnych na planie. Zresztą, już patrząc na obsadę, można stwierdzić, że widza czeka znakomita uczta dla oczu (i nie tylko).

W główną rolę, arcybogatego, ekscentrycznego pisarza kryminałów Andrew Wyke’a wciela się znany i lubiany (w tej chwili głównie za sprawą Batmana Christophera Nolana) Michael Caine. Nawiasem mówiąc jeden z moich ulubionych aktorów kinowych.

Fabuła filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy młody mężczyzna, Milo Tindle, przybywa do dworu ekstrawaganckiego pisarza. Jak się okazuje, on i żona pana Wyke są kochankami, teraz pragnącymi się pobrać. Jedyną przeszkodą jest właśnie Wyke, nie zamierzający dać żonie rozwodu.
Tindle nalega. Wreszcie pisarz przystaję na propozycje, nawet dorzucając pewien… wartościowy bonus. Jedynym warunkiem jest podjęcie przez kochanka żony wyzwania, czy też swoistej gry…

Proste, prawda?

Owszem. Sama fabuła, choć intrygująca, nie była by jednak wystarczająca, by film został tak wysoko przeze mnie oceniony. Tym, co zagwarantowało mu sukces w moim rankingu była, czy też jest nawet, absolutnie wspaniała gra aktorska połączona z fenomenalnymi dialogami.
A to wszystko złączone z nastrojową muzyką Patricka Doyle. Warto zaznaczyć, że na YouTube, mimo 35 tyś. odsłon soundtrack ten nie uzyskał żadnego głosu negatywnego.

W rzeczy samej – jest czego posłuchać.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=nrTkxmDLUZY[/youtube]

„Sleuth”, po naszemu zatytułowany jako „Pojedynek” jest jak kompozycja wyżej wymienionego twórcy – wszystko tutaj gra w odpowiedni sposób. Osobiście spijałem każde słowo z ust aktorów, cały film albo siedząc w napięciu, albo wybuchając nagłym śmiechem, w zasadzie bez powodu. No, prawie.

Ciekawostką może być to, iż „Sleuth” z 2007 roku jest tak naprawdę remake’iem filmu o tej samej nazwie z roku 1972, także bardzo dobrego, jeśli chodzi o wykonanie, choć dla mnie to remake właśnie zasłużył na oklaski.
Nie zapominajmy też, że samo dzieło powstało na podstawie sztuki Anthony’ego Shaffer’a, co znacznie wpływa na jej odbiór.

W rzeczy samej, „Sleuth” ogląda się jak teatralną sztukę.
Sztukę, do której warto wrócić, by odkryć nowe podteksty, dna i smaczki. Są tam, zaręczam!

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=eDrdGPhs7vg[/youtube]

Nawiedzony dom w Wieliczce


Chodzą słuchy, że Stonawski znów coś kombinuje. Słuchy mają rację, bo Stonawski zawsze coś kombinuje. Ostatnio parę cosiów… ale do rzeczy. Choć w zasadzie wiele nie będzie, bo obowiązuje mnie tajemnica, którą sam sobie narzuciłem.
Dość powiedzieć, że jest fajnie, a będzie jeszcze fajniej. A wynikiem ostatniej fajności jest (między innymi) – film nakręcony przez mojego partnera w konspiracji, Krzyśka Bilińskiego.

Myślę, że podobne filmy pojawiać się będą częściej. A o co chodzi? Informacje pojawią się… kiedyś. Póki co, co pewien czas będę Cię maltretował niezapowiedzianymi fragmentami czegoś na temat czegoś o profilu mocno paranormalnym.

A oto i zapowiadany filmik z mojej wizyty w strasznym miejscu :)

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xVzuC10ABEs&feature=plcp[/youtube]

I’ll be there

 

Środa, 25 stycznia i piątek, 27 będą dniami bardzo dla mnie zabieganymi.
Dlaczego? Może zacznijmy od… przyjemniejszej rzeczy.

 

Serdecznie zapraszam 27 stycznia od godz. 18 do klubu „Masada” na krakowskim Kazimierzu. Odbywać się tam będzie 32 już „Kulturkampf”, na którym – także i tym razem – będę czytać swoje wypociny.

18-21 część literacka
18.00-18.10 ALFABET LITERACKI B JAK MICHAŁ BUŁHAKOW
18.10-18.20 KRZYSZTOF BILIŃSKI ( Wolna Trybuna Poetycka)
18.20-18.30 MATEUSZ BOBEK ( Klapki Kubota)
18.30-18.40 MARCIN CICHY ( Pakiet Standardowy)
18.40-18.50 KRZYSZTOF DĄBROWSKI ( antologia bizarre)
18.50-19.00 BARBARA DUDEK ( poezja śląska)
19.00-19.10 JACEK DUDEK ( poezja śląska)
19.10-19.20 KRYSTIAN KAJEWSKI ( fragmenta ABCDARIA)
19.20-19.40 SŁAWOMIR MATUSZ ( Mistyka zimą)
19.40- 19.50 PIOTR MIERZWA ( poezja, Snubrat)
19.50-20.00 BARTŁOMIEJ MIŁOBĘDZKI ( poezja, proza)
20.00- 20.20 MICHAŁ PIĘTNIEWICZ ( Odpoczynek po niczym)
20.20-20.30 SEBASTIAN POST ( poezja, Trismegista)
20.30-20.40 LEA PRADZIŃSKI ( happening literacki)

20.30-20.40 PIOTR SMOLAK ( Neue Wilde)
20.40-20.50 MICHAŁ STONAWSKI ( groza w prozie)
20.50-21.00 MATEUSZ WABIK (poezja, Spisek)
od 21.15 część muzyczna
21.15-21.45 BRACIA SŁABY ( blues rock)
22.00-22.30 KROKODYL ( pastisz rock)
22.45-23.15 RAYUELA ( eksperyment literacko- muzyczny)
23.30-00.00 JAKUB ZIELINA ( ŻMIJ, folk rock)
cena biletów
tzw normalny 12PLN
tzw studencki 6 PLN

TUTAJ opis całej akcji.

Druga rzecz… cóż, trochę mniej miła. 25 stycznia 2012, dzień przed już pewnym podpisaniem przez tak zwany demokratyczny rząd RP, ACTA będzie się w Krakowie (a może nie tylko?) odbywał protest przeciwko temu dokumentowi.
Szczerze? Nie mam wielkich nadziei. Idę tam, bo nie mogę siedzieć bezczynnie, patrząc, jak walą się resztki Demokracji. I rzecz jasna wyjdę, jeśli zaczną jakieś „koktajle Mołotowa” w powietrzu latać, na burdę tam nie idę. Bić się z ZOMO będziemy innym razem.
Przepraszam, za wisielczy nastrój, ale po oglądnięciu tego…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=BB52a2rnC2k[/youtube]

…coś we mnie pękło. Pomijam już fakt, że pani prezenterka nie wie nawet, jak się dana „grupa” nazywa. Bardziej istotny jest fakt, w jaki sposób sprawa została pokazana. Wątpię, by pani prezenterka nie wiedziała, co się dzieje. Wniosek jest jeden – przedstawienie całej sytuacji w telewizji jest komuś bardzo nie na rękę. I cholernie mi to przypomina propagandową półprawdę.

Dobra. Dosyć już o tym.
http://www.facebook.com/events/215317315225357/

Jeśli ktoś chce dołączyć, podaję linka.

 

Polecanka Muzyczna

 

Jako,że długo mnie nie było, powinienem zacząć od tematów lekkich, takich, jak na ten przykład łagodząca obyczaje, nastroje i wzbudzająca emocje muzyka. Ale, żeby nie było zbyt lekko… skupię się na cięższych brzmieniach. Stary, dobry Metal – w nowym wykonaniu.

Nie jestem znawcą muzyki. Po prostu lubię słuchać i napawać się dźwiękami. Zresztą – kto nie? Chyba każdy z nas ma jakiś ulubiony gatunek, wykonawce, czy utwór. Problem leży w tym, by otworzyć się na coś nowego. Ja osobiście dłuuugi czas miałem z tym problemy. Jeszcze w liceum moim jedynym bożyszczem i wyznacznikiem jakości był zespół Nightwish. Żadne AC/DC, Iron Maiden, żaden Mozart czy Bocelli. Nawet Hans Zimmer ze swoimi epickimi kawałkami był daleko w tyle. W ej chwili to się zmieniło. Oczywiście, Nightwish dalej jest dla mnie czymś niesamowitym i lubię ich słuchać (dla zainteresowanych – może i bluźnię, ale lubię tak Tarję jak i Anette, byle się ich nie mieszało) ale dopuszczam, że inne zespoły mogą być tak samo dobre, albo mieć niektóre kawałki (nawet) lepsze.

Ale do rzeczy. Nie tak dawno zacząłem się rozglądać także za nowymi zespołami, o których nikt nie słyszał, a dopiero się wybijają, czy też mają to w planach. Parę ich znalazłem i muszę powiedzieć, że te małe zespoły mają urok. Choć w większości to, co grają nie jest zbyt wysokich lotów, to niekiedy ponad ten szum muzycznego żłobka wybije się jakiś dźwięk, który mnie zainteresuje bardziej, niż reszta. Bo – choć nie doskonały-  to mający w sobie coś, co mnie przyzywa. Ostatnio przyglądam się bacznie chłopakom z  IDENTITY.

Przyznam się, że ten wpis miałem w planach już od jakiegoś czasu. Ciągle jednak coś mówiło mi, bym poczekał z poleceniem czegokolwiek, aż będę wiedział, że zespół ma werwę, by walczyć o sławę, chwałę etc. I stało się tak, że niedawno taką wiedzę posiadłem, gdyż chłopaki wydali demo.

Kto bacznie obserwuje mojego bloga, ten zauważył pewnie, że jeden z członków zespołu czasami się tu udziela. Musicie mi uwierzyć na słowo, że nie jest to wpis sponsorowany, a Ashtar nic o nim nie wie. Po prostu uważam, że Identity zasługuje na uwagę. Czemu?
Pomimo pewnej niedoskonałości (głównie w dźwięku, w końcu nie nagrywają tego profesjonalnie, a w domu) ich kawałki mają w sobie ogień. Niektóre bardziej mi przypadły do gustu, inne mniej – kwestia muzycznego gustu. Faktem jest, że wszystkie są rytmiczne i bardzo ambitne – a to lubię.

Zanim skończę, od siebie polecę Wam utwór ,,Nobody”, który oczarował mnie podobnie, jak ,,When the wild wind blows” Zespołu Iron Maiden. Po prostu ma w sobie coś niesamowicie… nastrojowego.

Dobra, koniec gadania. Czas chyba posłuchać tej mojej polecanki, co?
W takim razie zachęcam do odwiedzania Strony zespołu i ściągnięcia bezpłatnego dema.

Prywatnie tak (5)

Piątek. Wieczór. Dosyć spokojny – temperatura utrzymuje się na kompromisowym, ni to ciepłym ni zimnym, poziomie. W głośnikach gra Ennio Morricone. Spokój i cisza – to lubię.
Dobry czas by wrócić do jakiegoś życia, prawda?

Dawno nie pisałem. I nie chodzi mi tylko o wpisy. Sesja, sesja i jeszcze raz sesja. Kto by się spodziewał,że będzie aż tak… niemiło? Nie, to złe słowo – tak, jakby wykładowcy byli źli. A nie są. Szczerze powiedziawszy ci ludzie, to jeden z powodów, za które wielbię szkolnictwo wyższe. Ludzie wspaniali, tylko niekiedy piłują…

Ot, i mam problem. W liceum mogłem narzekać na ,,profesorów” – jak pałowali, piłowali, bili po mordach – chciałoby się rzecz, to zwykle okazywali się totalnymi chamami w tym, co robili. Usiłowali pokazać uczniowi,że ten jest debilem a oni mają większą wiedzę. Kompleksy, rzekłbyś.
A tu? Piłują, gniotą (niektórzy), cisną aż człowiek piszczy. Tylko, cholera, traktują cię jak człowieka. I z szacunkiem jednak. No i jak tu nie odpłacić pięknym za nadobne?   Nie mogę ponarzekać. To… irytujące.

A więc (bez ,,a więc!”) nie jest niemiło. Po prostu trudno. No i to tyle, bo sesja powoli zdycha.jeszcze tylko troszkę. Można wrócić do życia.

Parę informacji? Znajdą się.
Po pierwsze, niedługo odkładam opowiadania na bok (choć nie do końca) i zaczynam pracować nad powieścią. W końcu kiedyś trzeba, prawda? A ja zwlekam już od tak dawna, że dalsze czekanie nie ma sensu. A że mnie cisną o to ze wszystkich stron, na czele z Magdą Kałużyńską, Kazkiem Kyrczem (pozdrawiam Was :>), czy Frankiem (Viearem), to już nie mogę dłużej czekać. Dlatego też piszę o tym- taka swoista deklaracja z mojej strony. Uf, napisałem to. No, to teraz do roboty, tak?
I, szczerzę, nie mogę się doczekać.

Druga sprawa jest z trochę innej beczki, choć z tego samego magazynu – Panoptikon.
Chciałbym Was bardzo serdecznie zaprosić do Krakowskiego klubu Kazamaty, w dniach 25-27 Lutego.  Odbywać się tam będzie konwent szczególnie ciekawy, bo można spożywać na nim alkohol. Oczywiście, tylko zakupiony na terenie konwentu. Z tego względu, tylko dla pełnoletnich fantastów.
Czemu? Zobaczcie sami:

Oczywiście, chodzi mi o godzinę 20:15. Mam nadzieję, że się tam zobaczymy!
Szepnąć mogę, że szykuję też coś na Krakon oraz Grojkon, ale o tym innym razem.

Na koniec – zabawny filmik, który znalazłem ostatnio w sieci:

Oraz coś bardziej klimatycznego. Teledysk, od którego nie mogłem się oderwać.

EYE OF THE STORM | Lovett from Lovett on Vimeo.

Niespodzianka

I już. Skończył się rok 2010, dla mnie czas pełen przemian takich jak własne mieszkanie, studia, nowi znajomi, praca i długo upragniony debiut literacki. Dlatego na rok 2011 patrzę z wielkim optymizmem, powoli realizując swoje plany. Ale dosyć o tym – obiecałem przecież niespodziankę!

Oto i ona:

Chciałbym zaprosić Was na… pisanie.
W przyszłym tygodniu, we wtorek środę o godzinie 21.00 za pomocą TEGO programu napiszę miniaturkę (lub coś więcej) w klimatach świątecznych, a każdy z Was będzie mógł brać w tym udział, czy to komentując na bieżąco, czy też podszeptując jakieś pomysły.

Pisanie w trybie Live? Uznałem to za dobre ćwiczenie i – najważniejsze – świetną zabawę. Dla wszystkich. Dlatego więc postaram się prowadzić taką akcję co miesiąc. Co miesiąc najaktywniejsza na tym blogu osoba będzie mogła podyktować mi na jaki temat dokładnie mam pisać w trybie live. Jak to się przyjmie? Ha, zobaczymy. Ja jestem nastawiony pozytywnie. No i miła odskocznia od pisania ,,na poważnie”.

Przejdźmy do spraw innych. Są dwie. Pierwsza to nowa recenzja – ,,Starfist: Pierwsi w boju” duetu Sherman i Cragg. Zapraszam:

Pamiętam, że będąc jeszcze małym chłopcem, marzyłem, by w przyszłości zostać prawdziwym żołnierzem. Oczywiście, nie mógł to być żołnierz byle jaki. Jako wychowanek kultury lat 90, za ideał nowoczesnego i silnego wojska uznawałem Armię Stanów Zjednoczonych. Nie bacząc więc na swoje pochodzenie, szykowałem się do wojskowej kariery pod tym właśnie kątem. No i – oczywiście – musiałem być w Marines.

Lata mijają szybko, dziecięce fantazje tracą ostrość, a ich miejsce zajmują dojrzalsze, niosące za sobą bardziej realne spojrzenie na rzeczywistość. Mimo że chęć bycia w wojsku przeszła mi dawno, to zainteresowanie takimi sprawami pozostało, łącząc mnie ze szczenięcymi latami. Moją pasją stała się literatura fantastyczna, ze szczególnym uwzględnieniem science fiction. I tu też zacząłem szukać czegoś, co połączyłoby moje dawne zainteresowania z teraźniejszymi. Tak właśnie trafiłem na ślad „Stafist: Pierwsi w boju” .

Duet autorski – David Sherman i Dan Cragg, jest dosyć znany w świecie fanów sf. Wspólnie piszą dwie książkowe sagi, pojedynczo zaś mogą pochwalić się wieloma własnymi tytułami. Obaj mają za sobą spore doświadczenie wojskowe: Cragg odsłużył ponad dwadzieścia lat w US Army, a po przejściu do cywila pracował w biurze Sekretarza Obrony USA, zdobywając tym samym cenne doświadczenie. David Sherman zaś może pochwalić się wieloma latami spędzonymi w Korpusie Marines oraz bogatym dorobkiem pisarskim.

Obaj panowie, zainteresowani literaturą sf, postanowili dołączyć do jej autorów, czego owocem jest m.in. rozpoczęty w 1997 roku cykl „Starfist”, liczący obecnie czternaście pozycji.

Do polskich księgarni duet trafił za sprawą krakowskiego wydawnictwa Dwójka bez sternika s.c., które w 2010 roku rozpoczęło wydawanie cyklu „Starfist”. Rzecz jasna, musiałem się tym zainteresować.

Kiedy dostałem książkę do rąk, nie mogłem powstrzymać zaciekawienia. Na rynku nie ma zbyt wielu książek spod znaku Space Opera, po których można by się spodziewać tak wielkiej dokładności w opisie życia żołnierza. Jeszcze nie zaczynając czytać książki, mogłem przypuszczać, że właśnie ów opis będzie jej największym atutem. Niestety, jeśli autorzy popadliby zbyt bardzo w specyficzny dla armii żargon, mogłoby się to okazać porażką…

Zaciekawiony, zabrałem się do czytania.

Duet wrzuca czytelnika od razu na głęboką wodę. Już w prologu trafiłem w środek akcji oddziału Marines, ścigającego Pancho – bandytów na jednej spośród dziesiątek planet w kosmosie. I już wtedy dało o sobie znać doświadczenie wojskowe autorów – bitwy w „Starfist: Pierwsi w boju” opisane są o wiele bardziej strategicznie, niż w innych tego typu książkach. Autorzy posługują się bez emocjonalnym, raportowym językiem, ukazując przebieg akcji trochę spoza niej, mimo że czytelnik nadal ma wrażenie, jakby był w jej środku. Może być to zarówno pozytywna, jak i negatywna cecha. Taka narracja spowalnia akcję, ale nadaje specyficznego klimatu książce.

Tekst pełny TUTAJ

Następna sprawa to pewien kawałek zespołu Hasiok i Macieja Maleńczuka. Napisałbym o tym… ale po co. Przecież tu jest wszystko. Dobitnie, że tak to ujmę.

Na ostatek coś dla humoru. Zakończmy z uśmiechem, na powagę przyjdzie jeszcze czas.

Smoki i magia

Smoki, magia, tajemnicze jaskinie, dalekie podróże – z tego wszystkiego (i nie tylko) składa się fantasy. Nie tak dawno przezywaliśmy prawdziwy boom związany ze smokami. Pojawił się Eragon, fanficki, filmy… zanim zapadł ,,Zmierzch”, fantasy było naprawdę oblegane. I dalej zresztą jest… mimo pomroczności jasnej, co się w słońcu lśni, czyli Zmierzchu właśnie.
Wielu z Was czytało pewnie Eragona. Inni oglądali, jeszcze inni tylko słyszeli. No i cóż powiedzieć – wiadomo, to zachodnie fantasy jest strasznie bajkowe, rozwodnione, biało-czarne… ale i ciekawe. A raz na czas zdarzy się ktoś taki jak Peter V. Brett, który nawet ubrudzi zwykle kryształowych bohaterów i zamiast wyręczać się Elfami, wprowadzi coś innego. Skomplikuje, wyniesie historie wyżej.

Oczywiście, mówię tu o ,,nowych” objawieniach pisarskich, bo nigdy bym się nie ośmielił generalizować, wiedząc, że tam gdzieś pisze np. taka Ursula K. Le Guin. Nie mniej… myślę, że cechą fantasy jest bajkowość, szczególnie na zachodzie. Czasem zdarza się, że ona przeszkadza, czasem… wręcz odwrotnie.

Tak jest i tutaj. Chciałbym pokazać Wam niezwykły film zrobiony przez grafików z Blender Fundation. Zaledwie wczoraj został mi on pokazany przez Vieara, a ja już… odpłynąłem.
Film nie jest długi, trwa 15 minut, ale zapewniam Was – to będzie dobrze wykorzystany czas. Tak się właśnie robi fantasy o smokach, moi drodzy!

Sintel from BULGARI on Vimeo.

Garść informacji

Kiedy wczoraj pisałem tekst na bloga, nie przypuszczałem, że tak szybko będę musiał robić to znów. Świat się jednak kręci i czas płynie, a okoliczności – zmieniają. W związku z czym, dziś krótko, ale na pewno ciekawie:

1. Na stronie kwartalnika QFANT pojawiła się zapowiedź siódmego numeru pisma, w którym to ma zaszczyt się znaleźć moje opowiadanie o tajemniczo brzmiącym tytule ,,Zabawa”, oto i ona:

Słówko „zabawa” kojarzy mi się z hulankami, napojami dla dorosłych i… pięknymi kobietami rzecz jasna (najlepsze dobrze zostawić na koniec). Zainteresował mnie fakt, że mające owy tytuł ostatnie z opowiadań Q7 jest gatunkowo… horrorem. Cóż za zabawy przygotował dla nas Michał Stonawski? Zapraszam do przeczytania fragmentu „Zabawy”:

Zosia spojrzała mu prosto w oczy. Małą rączką pogładziła po policzku.
– Nie musisz – powiedziała. Jej twarz była pusta, pozbawiona jakichkolwiek emocji. Mówiła zimnym, beznamiętnym głosem. – To mój przyjaciel – wskazała ręką na Maćka. – Mama mówi, że wymyślony – rączka przeniosła się na jego głowę. Pogłaskała go po włosach. – Muszę już iść. – Odwróciła się i podeszła do brata. Razem wyszli z pokoju. Trzasnęły drzwi.

Jego trzynastoletni syn siedział przy biurku pochylony nad zeszytem. Z głośników na półce wrzeszczał jakiś raper, klnąc co drugie słowo. Maciek potrząsał do taktu głową, prawie waląc nią w blat.
– Maciek, wychodzimy!
Nawet się nie odwrócił. Dalej kiwał głową. Marek podszedł do niego z tyłu i położył mu rękę na ramieniu. Młody odwrócił się zaskoczony. W uszach miał słuchawki. Wyjął jedną.
– Cześć, tato. […]
[…]

Wszystkie uśmiechy zgasły w jednym momencie. A potem dzieci zniknęły i w pustej klasie została sama Zosia, patrząca się na nią z twarzą bez wyrazu.
– Jest pani moją ulubioną nauczycielką – powiedziała beznamiętnym tonem.
Starsza kobieta patrzyła na nią bezrozumnie. Była jak sparaliżowana.
Zosia wykrzywiła twarz w beznamiętnym uśmiechu.
A potem znikąd nadciągnęła ciemność i stara kobieta przestała istnieć.
[…]

Marek wziął do ręki plastikowy klocek i obrócił go parę razy bezmyślnie w palcach.
– Kochanie, a gdzie jest Maciek? – zapytał.
– Kto? – zapytała, nie odrywając się od zabawy.
Przełknął ślinę. Coraz mniej mu się to podobało.
– Maciek, Zosiu. Twój rodzony brat.
– Tatusiu, ale ja nie mam brata. – Dalej przekładała klocki, z jednej kupki na drugą. Nie patrzyła się na niego.
[…]

Więcej już wkrótce…

LINK do zapowiedzi.

Mam nadzieję, że dacie się wciągnąć i zabawicie nieźle, czytając to, co udało mi się bazgrnąć. I nie tylko tutaj, bo od tego czasu będę Was straszył na wszelkie możliwe sposoby, w różnych miejscach…

2.  Na pocieszenie, postaram się Was także i trochę rozśmieszyć, a może nawet zaintrygować?  To już pewne – premiera antologii ,,Horyzonty Wyobraźni” – edycja 2009 odbędzie się 13 listopada AD 2010, a w niej – miedzy innymi – moje opowiadanie ,,Wyrok”, humoreska Sf z lekką nutą absurdu.
Mam nadzieję, że się spodoba, mimo, że ma już swoje..hm, miesiące.

3. I znów QFANT! Tak na zakończenie, zapraszam do wzięcia udziału w konkursie, w którym do zdobycia jest pięć zestawów drugiego tomu komiksów o rewolwerowcu Rolandzie, bohatera Mrocznej Wieży autorstwa S. Kinga.

Oto i LINK

4. A guzik. Jeszcze nie kończymy. Pomęczę Was troszkę. Muzycznie – Radio internetowe ,,Bez kitu”. Niedługo być może usłyszycie o nim trochę więcej, a teraz – polecam. Dla wszystkich, którzy mają dość chłamu pompowanego przez standardowe radia. Link w obrazku.

I teraz to już naprawdę koniec.
Ładną dziś mamy pogodę, prawda? :)

Pedagogiczny Fajerwerk i cała reszta

Mamy dziś 29-go sierpnia – noc. I (jak to nocą) nie śpię, buszując po internecie, bazgroląc co nieco, rozkoszując się wakacjami, które potrwać mają jeszcze przez ponad miesiąc (urok oderwania się od przyciasnego i ,,lekko” zalatującego gniazdka tzw. ,,edukacji”).
Chcąc nie chcąc, muszę jednak troszkę poględzić o szkole, trochę się o nią… otrzeć. Taaak.

Sam wiesz, jak to jest. Wielu wie. Szkoła – ta teraźniejsza… nie, nie będę się tu rozwodził nad daremnością programu, nad kluczem czy zaprzeczaniem wartości. To by zajęło zbyt wiele czasu. Ale każdy z nas wie, że są Nauczyciele i nauczyciele. Tych pierwszych jest zdecydowanie mniej. Dużo mniej. W zasadzie bardzo mało. Reszta to ludzie, którzy z braku innej perspektywy znaleźli się w szkołach, lub też tacy, którym się wydawało, że podołają. Bez pomysłu, bez charyzmy, bez pomyślunku – przepełnieni goryczą. Znamy takich – Ty i ja. Przez takich ludzi niestety nie ma nauki, jest tylko edukacja.
Podstawą nauki jest porozumienie. Porozumienia – szacunek (koniecznie obustronny). Aby do tego doszło, trzeba poznania. A to wyklucza obecny system. Jakby nie było wystarczająco źle – już drugi warunek dobrej nauki (czy też atmosfery jej towarzyszącej, ale to się zazębia) jest często łamany. Po obu stronach… choć myślę, że większa wina leży po stronie nauczyciela – to on stoi tutaj na piedestale. Jest wyżej. Choć nie wie, jak to wykorzystać.

Ale, ale. O tym, możemy porozmawiać kiedy indziej (najlepiej przy zimnym piwie). Zmierzam gdzie indziej…
Ponieważ jest tak mało wartościowych nauczycieli, z inwencją, pomysłami i żywiołowych (a to widać po osobie), zawsze, kiedy takiemu dzieje się krzywda – wywołuje to moje oburzenie. Ale cóż, organizm tez czasem odrzuca nowe części, które mogłyby mu zapewnić lepsze, dłuższe życie…
W każdym razie, na stronie wydawnictwa Radwan znalazłem ciekawy filmik, przenoszący nas na scenę programu ,,Mam Talent”. Nie jestem wielkim entuzjastą programów telewizyjnych, ale – zaciekawiony – spojrzałem.

Dowiaduję się, że oto przed szanownym Jury zjawiła się osoba, która jest pisarką (pisze thrillery i horrory) i byłą nauczycielką. Dlaczego byłą? Ano dlatego, że szanowne ciało pedagogiczne zadecydowało o jej usunięciu ze szkoły przez…książki które pisała(?!). Uczucie, którego doświadczyłem trudno nazwać oburzeniem. To jest raczej wściekłość. Skierowana ponownie w bezsens systemu (który niektórym się już na mózg rzuca) edukacji, a dokładniej – ku zgorzkniałym nauczycielom. Wszystkim. Bo to jest trucizna… Ale znów zbaczam od tematu.

Pani Dorota Szczepańska jest na tyle kreatywna, aby pisać książki, nie byle jakie, a właśnie grozy (a do tego, wierz mi, trzeba jednak trochę kreatywnego myślenia) i wyjść na scenę, śpiewając coś, co nie koniecznie można nazwać ,,hitem”, ale piosenkę, która jest skoczna, przyjemna i lekka. Jednym słowem – dla jaj.
To już wiele mówi o tej osobie. I, do cholery, od takiej nauczycielki, a przede wszystkim od takiej osoby uczyłbym się z przyjemnością wszystkiego – choćby to była nawet chemia, fizyka, czy inny przedmiot wybitnie mi nie pasujący.
A zresztą, co ja tu będę się rozwodził – zobacz sam:

Jeśli zastanawia Cię ,,cała reszta” w tytule, to właśnie nadeszła.  Temat pokrewny, ale jednak inny:

Pierwsza sprawa – na stronie wydawnictwa Radwan pojawiła się zapowiedź antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znajdziesz także i moje opowiadanie. Wszystko zatem wskazuje, że już niedługo książkę będzie można kupić w księgarniach! Póki co – okładka.


Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba. Mi – bardzo (niespodzianka!). Przede wszystkim jest to… rysunek. No, robiony na komputerze, ale jednak. Ma swój klimat. Nie przepadam za okładkami, na których jest faktyczna grafika komputerowa (no chyba, że są naprawdę dobre). No i pomysł też jest ciekawy. Do tytułu pasuje znakomicie.


Druga sprawa też obraca się w ,,tych” kręgach. Mianowicie chciałbym powiadomić, że w kolejnym numerze kwartalnika Qfant (chodzą słuchy, że będzie on już papierowy) pojawi się moje opowiadanie… tytułu jak na razie nie ujawniam, ale we właściwej  chwili na pewno się dowiecie! I tu, oczywiście, także zapraszam do kupna/ściągnięcia (jeszcze nie wiadomo).

W sumie to tyle… póki co.
Do miłego!

Wakacyjna gawęda: Meta, czyli start.

Byłem wczoraj na basenie. To odkryty zbiornik, zaraz koło ,,wielkiej wody” nieopodal góry Żar. Właściwie, to były to dwa baseny – jeden dla dzieci, drugi – większy – dla tych większych dzieci.
Późne popołudnie. Słonko przygrzewa, jak gdyby chciało przysmażyć  nas wszystkich na frytki, te zaś stoją sobie w barku, w którym wieczorem ma się odbyć koncert. Z barku śmierdzi. Ale to mi nie przeszkadza, bo basen jest zbyt daleko, by ludzie mogli zapach czuć, a w dodatku wieje lekki wietrzyk.
Siedząc na trawię i obserwując ludzi, pomyślałem sobie, że nie muszę już marzyć o innych planetach i cywilizacjach. Dlaczego? Oto, jaki obraz miałem przed oczami:
Basen. Wydrążona w ziemi dziura, zalana betonem, dostosowana do utrzymania wody i pełna tejże. W basenie, na płyciźnie (120cm) – ludzie. Głównie dzieci i opiekunowie. Troszkę dalej, za białym sznurkiem – też ludzie. Ta sama płycizna, która pogłębiać zaczyna się dopiero w połowie basenu, dochodząc do 17ocm głębokości.
I stoją sobie ci ludzie w wodzie. Patrzą się w dal i z poważnym wyrazem twarzy – podskakują na palcach. Kie diabeł? – myślę. Toć basen do pływania chyba… i faktycznie – parę osób zaczyna pływać. Łapka w górę, łapka w dół… powoli…
A ja patrzę na ten mały tłumek i pytam się – czy jest tam choć jedna osoba, która faktycznie umie pływać? A skoro nie – dlaczego? Czy tak bardzo zasiedzieliśmy się przed telewizorami, że kłopotem stało się parę razy rozprostować członki? Bez tego dostajemy tłumek hipopotamów pluskających się w wodzie, stojąc w miejscu. W tak wielkim basenie.
No i dobrze, niech będzie. Więcej miejsca dla mnie. Poszedłem na głębię.
Ale i tu nie mogłem popływać. Powód? Ludzie, a jakżeby inaczej. Jak to jest, że nikt z pływających nie patrzy się, gdzie pływa (jeśli już pływa)? Zamiast tego woli kontemplować swoje kąpielówki, pływając wzdłuż, nie w poprzek basenu, w dodatku środkiem. Efektem czego zmuszony jestem po każdych 20-tu metrach crawla zatrzymywać się i patrzeć, czy ktoś nie nadciąga kursem kolizyjnym. A i tak pod koniec, cudem udało mi się uniknąć zmiażdżenia, kiedy jakiś kretyn skakał na główkę… wprost na mnie.

Ale takie właśnie atrakcje przypomniały mi, że czas pogawędzić. I historię pociągnąć dalej.

Skończyliśmy na tym, jak cała nasza ekipa, czyli długowłosy Viear, czarny Ced, skórzany Alak, arafatkowy komandos Rafał, oraz towarzysząca nam wiedźma – Ruda, dotarliśmy, cali i zdrowi, na wrocławski peron.
Z początku, przystanęliśmy, zdezorientowani, lecz chwilę później ruszyliśmy przed siebie – w stronę podziemnego przejścia. Po paru minutach udało nam się wydostać na świeże powietrze (z czym słońce nie omieszkało nas przy tym oślepić na powitanie).
Z tłumaczeń Mroza, naszego admina nad adminy, wiedzieliśmy, że aby się dostać do Centrum Kultury Zamek w Leśnicy (to, z tego, co zrozumiałem – też Wrocław) musimy znaleźć tramwajowy przystanek. Ha, tylko gdzie?
Po mniej więcej dziesięciu minutach poszukiwań, zdecydowaliśmy się zadzwonić do szefa. Znaczy, Ruda zadzwoniła. Pokiwała głową, poprzewracała oczami, wstrząsnęła grzywą rudych włosów… i podreptaliśmy tam, gdzie nas rzeczony szef odsyłał.
Okazało się, że przystanek istotnie był, nawet niedaleko, tyle, że zupełnie z drugiej strony. Czekając na tramwaj, po raz pierwszy mieliśmy okazję przyjrzeć się miastu.
Powiadają, że Wrocław przypomina Kraków. I, faktycznie, tak jest. Niemal poczułem się jak w domu. Niemal. Bo Wrocław jest Krakowem sprzed jakiś dziesięciu, może czternastu lat. Podniszczony, pordzewiały, podziurawiony z chodnikami zrobionymi z  popękanych, wielkich płyt. Przynajmniej ta część, którą widziałem, tak wyglądała. A jednocześnie – ładny. Zdobione kamienice, normalni ludzie… tak, chyba faktycznie to mógłby być Kraków.
Tymczasem nadjechał tramwaj. Z niechęcią wtaszczyłem do rozpalonego wnętrza swój plecak, czując, że momentalnie zaczynam się smażyć. Ruszyliśmy.
Droga przez Wrocław była długa, nawet tramwajem. Mieliśmy do przejechania prawie wszystkie przystanki. A przy okazji, mogliśmy podziwiać piękną architekturę starego miasta.
Mniej więcej pięć, czy sześć przystanków przed Leśnicą, czekało mnie zaskoczenie. Otóż, w pewnym momencie Wrocław urywa się i… są już tylko pola. Tak nagle, w środku miasta. I tak, prawie do samej pętli.
Tymczasem, właśnie w okolicach tych łąk i pól, zadzwonił do mnie SJ. Wyglądało to mniej więcej tak:
– Gdzie wy, kurwa, jesteście? – przywitał się Jedi.
– W tramwaju – odparłem zgodnie z prawdą.
Odpowiedź SJ-a zagłuszyło jakieś pijackie wycie i śmiechy.
– … wa dokładnie?!
Wyjrzałem przez brudne szyby.
– Widzę jakiś zakład… – tu odczytałem trudną do zapamiętania nazwę.
– Aha. To niedaleko – stwierdził, po czym się rozłączył.
I faktycznie. Parę minut później byliśmy na miejscu. Ledwo wysiedliśmy z nagrzanego pieca, gdzieś z prawej strony gruchnęło nagle:
– SEX! MUZYKA!
– FAN-TA-STYKA! – odkrzyknęliśmy chórem.
Przy murku opierali się Inher, Mrozu i SJ, szczerząc się do nas na przywitanie. I my się wyszczerzyliśmy, na co SJ zaraz spoważniał i wstał, otrzepując spodnie.
– Gobliny z Krakowa przyjechały! Chodźcie za nami.

Zamek, w którym odbywały się Dni Fantastyki okazał się – tak, jak mówiono – naprawdę piękny. Z początku zgłosiliśmy się po akredytację. Szybko dostaliśmy do spragnionych raczek plik ulotek, smycz, kartę noclegową, identyfikator i jeszcze parę ulotek, po czym odwróciliśmy się do wyjścia. Tam musieliśmy jeszcze zaczekać, na Alaka, który jeszcze nie kupił biletu. Podczas, gdy SJ przebierał nogami w miejscu, my zajęliśmy się chłonięciem atmosfery konwentu. A było co chłonąć. Na lewo od drzwi – Vader z klocków lego, w niedalekiej odległości przechadza się szturmowiec imperialny (który raz pogroził mi bronią). Na prawdo – stoiska z grami i zabawkami dla najmłodszych. Skądś dobiega muzyka, skądinąd – śmiechy. W ogródkach piwnych pełno ludzi… słowem – dzieje się!
Tymczasem przybył Alak i trza było zbierać się do szkoły.
Poprowadzili nas, krętymi uliczkami, w stronę placówki,w której bracia i siostry fantaści rozkładali obozowiska, jak na drużyny awanturników przystało.
Szkoła, jak to szkoła, nie wyglądała zbyt okazale, ale nam jawiła się, w tym upalnym dniu, jak wybawienie. Choć okazała i tak była, w końcu zmieściło się tam prawie dwa tysiące osób! Szybko, w biegu pokazując strażnikom nasze karty noclegowe, dotarliśmy do ,,naszej” sali. Łatwo ją było poznać – na drzwiach przybita była kartka wieszcząca wszem i wobec, że tu zamieszkuje ekipa Enklawy Magii – znaczy, nie zbliżać się. Zły pies. Gryziemy. I tak dalej.
Po rozpakowaniu nie pozostawało już nic innego, jak położyć sie na chwilę i odsapnąć. Do czasu, aż ktoś, zaspanym głosem, nie zapyta:
– To jak, idziemy?
– Mhmmm… – odpowiedziała grupa zombiech.
Uliczka, uliczka, skrzyżowanie – jesteśmy znów. Zaczyna się konwent. Pierwsze swe kroki skierowaliśmy więc nie gdzie indziej, jak do ogródków piwnych. A tam, z kolejki uśmiechali się już do nas dwaj groźni panowie – Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas.
Uściskaliśmy sobie ręce i stanęliśmy wszyscy w kolejce po piwo.
Tak właśnie zaczął się konwent Dni Fantastyki 2010.

Tymczasem, co na konwencie się działo (a działo się, oj działoooo!), czemu piwo było z miękkiej rurki, oraz czym Ced się podniecił – to już w następnym wpisie spod znaku niepoprawnego gawędziarstwa.
Na dziś – tyle.

Community Enklawy Magii

Będąc ciągle w klimatach wakacyjno-konwentowych, nie mogę nie napisać o tym, co dzieję się właśnie na Enklawie Magii, a właściwie… poza nią.
Od paru tygodni trwały przygotowania do wyjścia poza umowne granice serwisu. Tak się złożyło, że niżej podpisany stał się liderem działu Community i na nim właśnie spoczął obowiązek głoszenia fantastycznej nowiny w internecie. Niezwłoczne zabrałem się do roboty.
Dziś mogę ogłosić, że Community oficjalnie rozpoczyna swoją działalność. Może i nie jest to jeszcze szczyt marzeń, ale na początek wystarczy. A zaczyna się to od… YouTube, gdzie dziś w nocy (późno w nocy) miała miejsce (bardzo późno w nocy) premiera (cholernie późno w nocy…) paru filmów, które udało mi się zrobić na konwencie Dni Fantastyki 2010. Na kanale EnklawaTV można obejrzeć fragmenty z prelekcji ,,Dokąd zmierza polska groza?” z udziałem Łukasza Orbitowskiego, Roberta Cichowlasa i Dawida Kaina. Dwóch ostatnich zgodziło się pozdrowić Was na osobnych filmach.

Nasz serwis jest także dostępny na innych serwisach społecznościowych. Zapraszam!

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén