Tag: Star Wars

O co zapytam „Ostatnich Jedi”

Na „Przebudzenie Mocy” szedłem bez jasno sprecyzowanych oczekiwań. To prawda, chciałem dobrego filmu, świetnych postaci, niezwykłych pojedynków na miecze świetlne i klimatu, ale ostatecznie z tego wszystkiego został tylko klimat. Na „Ostatnich Jedi” (lub też „Ostatniego Jedi” – zdania są podzielone, zależnie, czy zasugerujemy się tytułami mającymi oznaczenie liczby mnogiej, czy tym, co powiedział reżyser filmu, że w jego głowie to liczba pojedyncza) wybieram się z dosyć jednoznacznymi oczekiwaniami. Ba, wybieram się z żądaniami – a głównym z nich jest to, by nowe Star Warsy były znów dobre.

Obojętnie, co sądzicie o „Trylogii Prequeli” i czy poddajecie się modzie na hejtowanie jej, trzeba tym filmom przyznać, że wniosły dużo do uniwersum, nie były wtórne i w swojej konsktrukcji trzymały się kupy, tak samo, jak kupy trzymały się kreacje bohaterów (wiem, że na topie jest mówienie, że Anakin „tak po prostu” przeszedł na Ciemną Stronę, jednak jego przemiana zajęła mu aż dwa filmy i całość była dobrze i logicznie umotywowana). W „The Force Awaknes” film starał się trzymać kupy tylko za sprawą kleju nostalgii i kiedy ten uleciał – obraz J.J. „Niszczyciela uniwersów” Abramsa (niech go WYSPA pochłonie) zwyczajnie rozszedł się w szwach. Gdzie się większość filmu podziewał Poe Dameron? Czemu Han „cwaniak” Solo zwyczajnie i głupio dał się zabić, co raczej nie przyniosło żadnych efektów? Jak bardzo irytujący może być Kylo „Jestem taki mhhhroczny” Ren? Czy Rey, najbardziej blada mieszkanka pustyni, oprócz mistrzostwa Mocy na zawołanie, mistrzostwa szermierki na zawołanie, mistrzostwa latania wielkim statkiem na zawołanie, umie także fikać koziołki? Oczywiście po mistrzowsku? Nie wspominając o tym, że najwyraźniej sytuacja polityczna galaktyki na ostatnie trzydzieści lat utknęła w Karbonicie a widz i tak nie ma się szansy dowiedzieć, co się właściwie dzieje, bo twórcy mają to gdzieś. No i na pewno nie wspominając o trzeciej Gwieździe Śmierci, którą dla niepoznaki nazwano inaczej, żeby widz przypadkiem się nie zorientował. Cały świat przedstawiony, czy kreacja bohaterów w TFA opierała się albo na powtórzeniu motywów, albo spieprzeniu nowych. Bohaterowie – szczególnie Rey – nie trzymali się kupy. Poza Lukiem, oczywiście. Możecie więc mówić wiele o Prequelach – i w wielu miejscach trzeba tej złości przyznać rację, ale wszystko, co Prequele zrobiły źle, TFA zrobiło jeszcze gorzej, tyle, że jeszcze mniej twórczo.

Idę więc na „Ostatnich Jedi” z dosyć solidnymi postulatami, które chciałbym zobaczyć, bym uznał, że film jest dobry i naprawia krzywdy. Oto one:

- He is not ready. - Yoda.

Uczłowieczenie postaci Rey, albo wyjaśnienie, że jest Terminatorem i przybyła z przyszłości. A przy okazji – kim są jej rodzice?
Rey to przykład na to, jak nie budować bohaterki. W zamyśle miała być pewnie silną kobiecą postacią, ale takie postacie muszą być czymś umotywowane. Nie da się być silną kobiecą postacią tylko dlatego, że jest się kobietą. Ani silną męską postacią tylko dlatego, że jest się mężczyzną. To niczego nie zmienia. Postać Rey od początku została stworzona tragicznie. Bohater w filmie zmierza pewną ścieżką, przezwyciężając trudy, by odnaleźć „coś” – artefakt, który może być zarówno doświadczeniem, jak i rzeczą. Luke przezwyciężył trudności, by ostatecznie stać się Jedi. Anakin przezwyciężył trudności, by ulec przeznaczeniu „wybrańca” którym stał się na wiele sposobów. Neo w Matrixie przezwyciężał swoje przyzwyczajenia, ciało i umysł, by uwierzyć, że faktycznie jest wybrańcem i pokonać Smitha. Rey nie miała przed sobą trudności. Nie musiała nic przezwyciężać. Jej walka była ułudą – bez problemu poleciała Sokołem Millenium, kiwnięciem palca grzebała w głowie Kylo Renowi, wykonała „sztuczkę Jedi”, którą taki Luke umiał wykonywać dopiero w „Powrocie Jedi” a na końcu poradziła sobie w szermierczym pojedynku z trenowanym od lat Kylo Renem, czego wcale nie usprawiedliwiało to, że Kylo był ranny. Powinien dwoma ciosami zmieść Rey z powierzchni ziemi. Albo przynajmniej (co dla Star Warsów normalne” – pozbawić ją ręki, ponieważ Rey nie była gotowa. Mimo, że wedle filmu najwyraźniej była – zaledwie parę godzin/może dni po tym, jak pierwszy raz na oczy miecz zobaczyła.

   

Duchy mocy 

Pojawiły się w obu wcześniejszych trylogiach. Jeśli nie miałyby pojawić się tutaj, jeśli przebywający na wygnaniu Luke nie umilał sobie czasu gadając z Yodą, z Obi-Wanem czy Qui-Gonem – ba, nawet z własnym ojcem, to powinno się pojawić przynajmniej wyjaśnienie, czemu tak się nie stało. Gdzie znikły byty, które dzięki mocy powróciły do świata żywych jako duchy?

Więcej polityki
To, co Trylogia Prequeli robiła świetnie, to ukazanie zepsucia Republiki, intryg, które były tak mroczne i misternie utkane, że zaciemniły obraz nawet zakonowi Jedi. Zakon stał się ślepy, a że Jedi stali się aroganccy, nie umieli tego przyznać. A kiedy to się stało – było już za późno. Polityka nakreślała też dokładnie jak wygląda świat przedstawiony, co się w nim zmienia. Powolny proces rozpadu demokracji i formowania się czegoś, co wkrótce miało stać się Imperium – przy burzy oklasków, było wręcz miodem dla duszy. W TFA film nie mówi o polityce nic. Ba, sprawia, że widz się gubi. Kto nie był przekonany, że planetą, która została zniszczona, była Coruscant? I ostatecznie – okazało się to fałszem. A szkoda, bo gdyby była to ikoniczna stolica Republiki, wniosłoby to coś do świata, ożywiło go. Dodałoby dramatu. A tak? Ani nie wiemy, co się w galaktyce dzieje, ani, czemu przez ostatnie 30 lat nic się nie zmieniło… film to ignoruje. Co jest sporym błędem.

Backstory Rey, Luke’a, Bena Solo i Snoke’a
Za dużo się wydarzyło, by to tak zostawić. Te postacie potrzebują ożyć. O ile o Luke’u wiemy sporo (w końcu to Skywalker) i dopowiedzenia objąć powinny to, co stało się z nowym Zakonem, o tyle o pozostałych nie wiemy nic. Co powinno się zmienić, by nadać tym postaciom głębi.

Koniec z naśladownictwem!
O ile Star Wars zawsze miały wiele elementów wspólnych, o tyle kalka epizodu IV, jaką był TFA była pokazem nieudolności i lenistwa scenarzystów, reżysera i wytwórni. Raz jeszcze powtórzę – wiele można mówić złego o Trylogii Prequeli, ale wniosły do świata masę nowych rzeczy. Któż nie lubi dzielnych klonów, o wiele bardziej „wojskowych”, niż nieudolnie strzelający Szturmowcy Imperium.

Niech Porgi okażą się tylko koszmarem, proszę. 

I ostatnia rzecz. Czy każda Trylogia musi mieć głupią podśmiechujkę dla dzieciaków? Ale wiecie, taką z 12 strony podręcznika o typowych głupich podśmiechujkach dla dzieci. Głupich stworkach. Każdy pamięta Jar-Jara, który miałby sens, gdyby teoria o tym, że to on jest Sithem była prawdziwa. Każdy pamięta „zabawne” Ewoki. Czy teraz nastał czas Porgów? Pociesznych pingwinów wydających pocieszne dźwięki brzmiące jak „kupcie nasze maskotki od Disneya”? Na to niestety wygląda. Ale mam nadzieję, że się mylę, albo Porgi nie będą przesadzone. Humor w Star Wars jest świetną rzeczą, ale wystarczą do tego roboty. Roboty naprawdę dają radę. Nie musicie dodawać przytulaśnych maskotek.

 

 

Nie takie złe „Prequele” jak je malują – w obronie Star Wars

Grudzień i premiera „Łotra 1” to dobry czas, by przypomnieć sobie sagę Gwiezdnych Wojen. I niezmiennie, jeśli mówimy o „Sadze”, to zatrważająca liczba fanów powie; „ale dla mnie prequele nie istnieją”, lub też będzie miała do nich spore zastrzeżenia. Uważam też, że nielubienie trylogii prequeli stało się swego rodzaju modą, wyznacznikiem „prawdziwego fana Star Wars”. Jeszcze lepiej, jeśli do tego nienawidzi się Lucasa – twórce tego całego zamieszania. Doprowadziło to nawet do sytuacji,w której J.J. Abrams robiąc TFA jakoś tak dziwnie „pominął” istnienie Starej Republiki. Można lubić TFA, lub nie, ale jedno trzeba przyznać – Abrams i spółka zrobili film, który musiał być bezpieczny. Nie dodający zbyt wiele nowego. Jadący na schematach części IV. Aby tylko nie zadrzeć z fanami, nie stać się nowym Lucasem. 

I w ten właśnie sposób „The Force Awaknes” okazało się filmem, który dobrze się ogląda, ale nie wnosi zbyt wiele nowego i sprowadza to, co działo się w przedziale czasowym trzydziestu lat, do paru sekund, kiedy „większa gwiazda śmierci” właściwie wymazuje całą Nową Republikę, a z nią wszelkie niewygodne pytania, politykę i wszystko to, co mogłoby w uniwersum „niepotrzebnie namieszać”. Mimo trzydziestu lat wydaje się, że świat został takim, jakim go zostawiono w „Powrocie Jedi”, a nawet cofnął się do „Nowej Nadziei”. No, ale dzięki temu wierni fani dostali wielką dawkę nostalgii… i nic poza tym.

Lucas, zabierając się za „Trylogię Prequeli” miał chyba większe ambicje. Ambicje, które ostatecznie doprowadziły do tego, że stał się chyba najbardziej znienawidzonym twórcą w historii popkultury. Czy słusznie? Czy części I-III są naprawdę takie złe? Osobiście jestem zdania, że nie. Ale na pewno są inne, niż pierwsza trylogia. Z paru powodów – większej ilości pieniędzy, lepszych warunków technicznych i… odwagi, by dodać coś nowego.

Zadałem na facebooku paru osobom pytanie, co takiego złego jest w częściach I-III? Postaram się teraz odpowiedzieć na te opinie z cichą nadzieją, że może uda mi się kogoś przekonać.

1-jar-jar

1.Jar-Jar

To, czy wprowadzenie Jar-Jara było dobrym pomysłem jest chyba najbardziej omawianą sprawą jeśli chodzi o gwiezdnowojenne uniwersum. I szczerze – nie dziwię się. Głupi Gunganin przerósł nawet najsłynniejsze miśki w galaktyce, czyli Ewoki. I jedyną rzeczą, która ratuje tę decyzję jest teoria, jakoby Binks miał być wykorzystany jako późniejszy lord sithów. Zgadzałoby się to z tym, jak Lucas ciągnął swoje opowieści i wizerunkiem Yody przedstawionego z początku jako dosyć… niestabilnego emocjonalnie. Jar-Jar miałby kryć się za wszystkim… i jeśli faktycznie tak było, pokazuje to, jak bardzo Lucas został znienawidzony przez fanów, bowiem po protestach po części pierwszej Binks coraz bardziej schodzi na dalszy plan, a jego istnienie w Sadze wydaje się tym bardziej bezsensowne. Ale analizujemy dzieła za to, jakie są, a nie jakie miałyby być – wobec czego owszem: Jar-Jar jest najbardziej bezsensowną postacią w Uniwersum Star Wars. Czy jest aż tak denerwujący, by rzutować na cały film, lub też całą trylogię? Zdecydowanie nie.

2-cgi

2. CGI

Argument, że CGI niszczy „Gwiezdne Wojny” stał się na tyle mocny, że TFA zostało zrobione hybrydowo. I o ile nie jest to zła decyzja, nie uważam, by CGI niszczyło Trylogię Prequeli. To prawda – z biegiem czasu filmy wyraźnie się postarzały. Ale to samo można powiedzieć o Starej Trylogii, o czym zdają się niektórzy zapominać. Bądźmy szczerzy – nic nie jest wieczne i sztuczność wylewa się z obu trylogii. Z tym, że tylko jedna z nich jest „pierwsza” i „kultowa”. Pamiętać też należy, że Star Wars zawsze czerpało garściami z tego, jak w danym okresie robi się filmy i samo nadawało kierunek temu, jak się je robi. W latach, kiedy powstawały części I-III CGI było wszędzie. Lucas zaś czerpał garściami z dobrodziejstw techniki. I czy wyszło tak źle? Przypominam sobie widok Coruscant, Naboo, wspaniałą bitwę kosmiczną w części III. Yodę, który w „Ataku klonów” bił się z Dooku tak, jak to należałoby wymagać po Wielkim Mistrzu zakonu. Jako fani zawdzięczamy CGI naprawdę wielu wspaniałych widoków i wrażeń – i o ile można się zgodzić w tym, że w ówczesnym okresie kina było go zbyt wiele – to nie można uznać tej konwencji za błąd, a za udogodnienie, które sprawiło, że Star Warsy wyglądały… cóż – realniej, niż parę X-Fighterów rzucających się na Gwiazdę Śmierci.

3-fabula

3. Nudna fabuła

I to jest argument z którym trudno mi się spierać – bo zależy od gustu. Ale nie mogę powiedzieć, bym się z nim zgadzał. Porównajmy fabuły obu trylogii:

Części IV-VI: Sierota, którego dom zostaje zniszczony podąża ze starym mistrzem na pomoc królewnie w trakcie której stary mistrz ginie zabity przez swojego pierwszego ucznia, a królewna zostaje uratowana. Następnie siły zła kontratakują, zmuszony do ucieczki sierota odnajduje następnego nauczyciela i mierzy się z dawnym uczniem pierwszego mistrza, który okazuje się ojcem sieroty. Następnie dochodzi do ostatecznej konfrontacji, wielkiej bitwy podczas której drużyna bohaterów walczy ramię w ramię z żołnierzami wroga, a sierota ze swoim ojcem i wielkim mistrzem zła, przegrywa, ale wtedy ojciec buntuje się i zabija wielkiego mistrza. Koniec, wszyscy się cieszą, impreza.

Części I-III: Na pustynnej planecie dwóch rycerzy odnajduje małego chłopca, który nigdy nie miał ojca i zdaje się dzieckiem z przepowiedni. Kiedy jeden z rycerzy ginie w epickim pojedynku, drugi postanawia szkolić chłopca na rycerza. Następnie jesteśmy świadkami odkrycia spisku mającego wywołać wojnę i jej przeciwdziałać poprzez zbudowanie armii. Dowiadujemy się też, że wielki mistrz zła knuje w samym sercu republiki. Na skutek jego działań wkrótce wojna wybucha a szlachetni rycerze – mimo woli – zostają pionkami w intrydze zła. To zacieśnia się wokół nich i ostatecznie prowadzi do zagłady całego zakonu. Ujawniony zostaje wielki mistrz zła, który przekształca republikę w imperium zła i tym samym armia mająca uratować dobro staje się armią zła. Główny wybraniec chcąc przeciwdziałać klątwie śmierci wskutek swoich uczuć i zakazanej miłości wyrzeka się dobra i ostatecznie doprowadza do śmierci swojej ukochanej. Dobro i zło ścierają się w ostatnich pojedynkach, dobro przegrywa, lecz pojawia się też i nadzieja…

Oczywiście – pominąłem wiele wątków pobocznych. Mimo jednak dobrych chęci z góry wiadomo, która fabuła jest bardziej skomplikowana i pełna zwrotów akcji. Przede wszystkim fabuła pierwszej trylogii jest bardziej oklepana – to typowa opowieść fantasy. W częściach I-III pojawiają się intrygi, polityka, różne odcienie szarości, w przeciwieństwie do z góry zdefiniowanego podziału „dobro-zło” w trylogii pierwszej. I daleki jestem od piętnowania oryginału, ale powiedzenie, że fabuła prequeli jest nudna… cóż, delikatnie mówiąc mija się z prawdą. Ostatecznie jednak przyznać trzeba, że „Gwiezdne Wojny” nie słyną w ogóle ze skomplikowanych rozwiązań fabularnych.

4-jedi

4. Superbohaterowie Jedi

To jeden z tych argumentów na które czekałem. Insynuuje on, że walki w trylogii prequeli są przesadzone. I nie mogę się z tym zgodzić ani trochę. Okres Starej Republiki to czas, kiedy zakon Jedi był w jeszcze „w formie”, chociaż chylił się ku upadkowi (znów – ciekawa fabuła). Zauważyć należy, że fabuła skupia się na opowieści o „Wybrańcu mocy”, człowiekowi niesamowicie wręcz potężnemu. Prócz niego mamy też jednego z największych mistrzów Jedi – Obi-Wana, Yodę, wielkich mistrzów zła jak Dooku (którego minimalistyczny styl walki jest fenomenalny), lub takich „wymiataczy” jak jedyny w swoim rodzaju mistrz Windu, używający techniki łączenia ciemnej i jasnej strony. A jacy są „zwykli” Jedi? Widać to chociażby w bitwie na Geonosis. Gdyby wszyscy oni byli „superbohaterami” nie daliby się tak szybko spacyfikować. Tuż zanim przybywają klony, Jedi zostaje garstka. Wcześniej możemy podziwiać ich walkę – i jest ona mniej więcej na poziomie Luke’a w „Powrocie Jedi”. Jeśli zaś patrzeć na choreografię walk najlepszych szermierzy Zakonu Jedi – jest ona epicka, bardzo emocjonalna i popisowa. Dokładnie taka, jak czasy w których przyszło Jedi walczyć. Należy pamiętać też o jednym z najlepszych pojedynków w historii – Qui-Gon Jinn i Obi-Wan vs. Darth Maul. Jedi są tylko (i aż) Jedi, a Maul i jego choreografia jak najbardziej pasuje do tego, kim Maul jest – siepaczem Sithów.

(Oczywiście, ten argument także nie uciekł uwadze Abramsa, wobec czego pojedynek Rey i Kylo w TFA jest ukazany w formie walenia kijem w kij, co – biorąc pod uwagę to, że Kylo ukazywany jest jako ten, który wybił innych uczniów Luke’a, badass potrafiący dzięki mocy zrobić to, co Neo w Matrixie robił z nabojami – cholernie się nie klei)

5-watek-milosny

5. Straszny wątek miłosny

I to jest coś, z czym zgadzałem się przez ostatnie lata, dopóki nie przemyślałem sobie paru rzeczy – mamy sobie chłopca wychowanego przez matkę, a potem mistrza Jedi. Chłopiec ten nigdy nie miał większych kontaktów z kobietami. Przez lata buduje i idealizuje sobie wizerunek jedynej dziewczyny, która mu się strasznie spodobała i zakochuje się w niej tym pierwszym uczuciem tak zwanej „Wielkiej Miłości”. W Zakonie Jedi miłość do innej płci jest zakazana, Jedi żyją w celibacie. To pewne Taboo, a mistrz Obi-Wan nie jest raczej osobą, z którą można o takich rzeczach pogadać. I kiedy dochodzi co do czego wykwita romans – absolutnie nie kinowy. Nieporadny. Jakiś taki zbyt doniosły i czysty. Cóż, czego można wymagać po bądź co bądź nastolatku po raz pierwszy dotykającym kobiety? Ale hej – jak wyglądała Wasza pierwsza miłość?

Z czym się zgodzić mogę, to to, że w świecie, gdzie wszystko jest epickie, taki wątek kłóci się z konwencją. Na pewno nie tego oczekują ludzie po kinowej miłości. To po prostu nie pasuje – nie do fabuły, ale do konwencji.

midichloriany

6. Midichloriany

Ufff. No dobra. Stało się. Midichloriany zostały wspomniane raz, w pierwszej części filmu, ale są tak ważne, że nie sposób ich pominąć. No, to powtórzmy sobie wypowiedzi o mocy mistrza Qui-Gonna oraz Yody:

Qui-Gon, do Anakina po audiencji u Rady Jedi:

„Midichloriany to mikroskopijne formy życia obecne w żywych komórkach. Żyjemy z nimi w symbiozie. Bez Midichlorianów nie byłoby życia i nie znalibyśmy Mocy. To one nam mówią, czego pragnie Moc. Wycisz umysł a usłyszysz je.”

Yoda do Luke’a:

„Moim sprzymierzeńcem jest Moc, a to potężny sprzymierzeniec jest. Życie ona tworzy. I sprawia że wzrasta. Jej energia… otacza nas. I łączy. Świetlistymi istotami jesteśmy, nie tą surową materią. Musisz poczuć moc wokół ciebie. Tutaj, między tobą, a mną, drzewem, skałą. Wszędzie. Tak! Nawet między ziemią a statkiem.”

Zastanawiam się – czy te dwie wizje aż tak się od siebie różnią? To prawda – to, co mówi Yoda jest bardziej mistyczne. W trylogii prequeli Lucas obdziera Moc trochę z mistycyzmu, sacrum zmienia się w profanum… tak się przynajmniej wydaje. Myślę, że argument z Midichlorianami jest nietrafiony, bo zwyczajnie sprowadza się do tego, że według niektórych Midichloriany są Mocą i tak wielu fanów je rozumie, co jest błędem. Qui-Gon mówi, że Midichloriany są symbiontami, które żyją w organizmach żywych istot i to dzięki nim – dokładnie dzięki ich ilości – są one podatne na Moc. Nie oznacza to jednak, że symbionty te SĄ Mocą! Oznaczają za to pewien potencjał danej istoty – i nigdzie nie jest powiedziane, że ten potencjał jest trwały. Całościowa wizja Mocy przedstawia się więc w ten sposób:

Moc to mistyczna energia, która otacza wszystko i wszystkich. Spaja świat, na którym żyją istoty zdolne na nią reagować i jej używać – dzieje się tak z uwagi na symbionty w nich żyjące, które współżyją z Mocą. Ich ilość oznacza potencjał danej istoty. Anakin Skywalker swoim potencjałem wręcz przerażał. Czy był przez to potężniejszy od Yody? Nawet jako Vader nawet nie zbliżył się do poziomu Wielkiego Mistrza.

Dla mnie cały argument i wina Lucasa związana z wprowadzeniem Midichlorianów są objawem – wybaczcie – zbiorowej histerii, ponieważ żadna z wizji nie wyklucza drugiej. Midichloriany NIE SĄ Mocą. Kropka.

heyden

7. Hayden Christensen

I tu znów ciężko polemizować – z uwagi na zwyczajny gust. Jest to jednak jeden z częściej pojawiających się zarzutów. Trudno mi powiedzieć, czy to przez ten nieszczęsny wątek miłosny i dialogi o gryzącym i miękkim piasku… ale taka jest moja teoria. I tutaj też chciałbym zaapelować o dystans – bo czy Christensen naprawdę tak źle zagrał Anakina? W części drugiej jest idealistycznym i kierującym się emocjami nastolatkiem, co może wkurzać, ale w żadnym wypadku nie odmawia mu aktorstwa. W części trzeciej… cóż, jeśli moment, w którym ostatecznie przechodzi na ciemną stronę i to, jaki jest w tym krótkim czasie jako Vader bez zbroi nazwiecie „złym aktorstwem”… to chyba nie ma o czym gadać, bo zamyka się to już w gustach. Jak dla mnie umiejętność pokazania pewnych emocji, pokazania rozterki czy zagubienia to umiejętności dobrego aktora. Nie „wspaniałego”, bo gdyby postawić Christensena obok Anthonego Hopkinsa, to byłoby to obrazą dla tego drugiego, ale po prostu – dobrego.

vader_yelloweyes

8. Przejście Anakina na Ciemną Stronę

I tu znów – moim zdaniem – wielu fanów rzuca pretensjami nie zastanawiając się na tym, co mówią. Zarzut jest taki: Jest sobie Anakkin-Jedi i – WTEM! – Palpatine przeciąga go na Ciemną Stronę. Tymczasem Anakin przechodził na Ciemną stronę w długim procesie trwającym dobre kilka lat. Zacznijmy od części drugiej, gdzie nie dość, że zawiera zakazany związek, zaczyna żyć w kłamstwie i prowadzi podwójne życie (co nie jest ani trochę ścieżką Jedi), to jeszcze jedzie do obozu Tuskenów i tam… wymordowuje całą wioskę. Mężczyzn. Kobiety. Dzieci. Jeśli to nie jest Ciemna Strona, to co nią jest ja się pytam. Od części drugiej do trzeciej mija parę lat wojny. Anakin – Rycerz Jedi dalej jest Jedi, ale – jak sam mówi – „nie jestem Jedi którym powinienem być”. Wojna go niszczy. Miłość (ach, ta nudna, nieskomplikowana fabuła!) go niszczy. W końcu przychodzą wizje śmierci Padme, do której sam w końcu (ach, ta nudna, nieskomplikowana fabuła…!) doprowadza. Przez ten cały czas widzimy, jak Palpatin staje się jego mentorem i przyjacielem – mimo, że mentorem i przyjacielem jest też Obi-Wan. Ten konflikt też nie jest Jasną Stroną. Na początku części trzeciej Anakin morduje Dooku – zupełnie nie jak Jedi. W końcu, w trosce o swoją miłość – Amidalę – przechodzi na Ciemną Stronę aby użyć jej – oczywiście – w dobrych celach. To nie jest moment. To proces, który trwa lata. „Moment” to jest szybkość z jaką Rey w TFA nauczyła się władać Mocą na poziomie wykwalifikowanego Jedi.

Myślę nad rozwinięciem tego wpisu o część drugą. Ale to już kiedy indziej – zwyczajnie zrobiłoby się za długo.

Ale głupie te Star Warsy – 5 problemów TFA

 

„In J.J. we trust!” – wołał świat przed premierą najnowszych „Gwiezdnych Wojen” – miałem swoje obiekcje, gdyż Abrams nie do końca zrozumiał ideę Star Treka, czyniąc (moim zdaniem) z filmu sf typowy blockbuster fantasy – dobrze się sprzedający, ale jednak – fantasy. Z drugiej strony ten sam człowiek stał za rewelacyjnym „Lost”. Poszedłem do kina i wyszedłem z niego z uśmiechem. Im dłużej jednak się zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nowe „Gwiezdne Wojny” nie są dobrym filmem. Że J.J. Abrams wcale nie dał rady – zrobiliśmy to sami, bardzo chcąc, by ten film był świetny. A wyszło… 

Czym jest dobry film? Czy tylko „widowiskiem”, jak to się teraz ładnie nazywa, po którym wychodzi się z kina rozluźnionym i wraca do swoich zajęć, czy czymś, co w nas zostaje – historią, którą przeżywamy wciąż i wciąż, rozkładając na czynniki pierwsze? Być może i tym i tym, w końcu nie górnolotnych historii oczekuje się po wytworach Marvela, a dobrego widowiska właśnie. Napięcia. Dawki emocji. Z drugiej strony są filmy, które nie powinny schodzić poniżej pewnego poziomu. Dla mnie zawsze takimi filmami były „Star Wars” – mitologia naszych czasów, zbiór wszystkiego, co już było w nowym i smacznym sosie. Moc była pewną filozofią, Jedi i Sithowie narzędziami swoich idei. W nowej trylogii Lucasa, chociaż krytykowanej, pojawiła się wspaniała intryga polityczna, która bardzo dużo wniosła do Uniwersum. To nie były pełne namysłu, filozoficzne filmy, ale też nie były jej pozbawione – szczególnie części IV-VI. Robiły to, co fantastyka zawsze robiła dobrze – przemycały pewne wyższe myśli pod maską prostej historii.

I tu dochodzę do „The Force Awakens” – zaraz po seansie byłem naprawdę wniebowzięty. W trakcie niego, w pewnych momentach miałem w oczach łzy. A potem doszło do mnie, że to po prostu nostalgia. Chciałem by film był dobry, a Abrams sprawił, by nie był aż tak zły. Jak sprytny czarodziej zaczarował mnie na czas seansu i parę chwil później. Każda iluzja jednak kiedyś się kończy – oto parę problemów, które sprawiają, że film nie umie sam siebie obronić. Od premiery minęło dużo czasu, dlatego pozwalam sobie na spoilery.

Nawiązanie

#1 PROBLEM Z ZAWIĄZANIEM AKCJI 

Każda opowieść ma początek – nawet osobne kawałki tego samego cyklu muszą trzymać się pewnej struktury tworzenia opowieści. Powód jest prosty – odbiorca nie może się pogubić. Podobnie jak w IV części, w TFA zostajemy wtrąceni w środek pewnego konfliktu, o którym w gruncie rzeczy niewiele wiemy. Abrams miał ułatwione zadanie, bo w przeciwieństwie do „Nowej Nadziei” widz wie już bardzo dobrze, czym jest i jak wygląda świat SW. A mimo to wykazał się niezgrabnością. U Lucasa w historię jesteśmy wprowadzani stopniowo. Zaczyna się od „trzęsienia ziemi”, haustu powietrza przy ogromie pokazanego nam Gwiezdnego Niszczyciela, potem zaś przenosimy się na farmę do młodego chłopaka, który spotyka mistrza. I wszystko zaczyna się powoli rozkręcać. Abrams, mam takie wrażenie, chciał widza oszołomić natarczywością i terrorem „First Order” – i trochę przesadził. Oto jakaś planeta, jakiś obóz, jakiś człowiek którego nie znamy (chwilę później umiera), tajne plany i pilot rebelii – moment i nadlatuje Imp… First Order, zaczyna się eksterminacja. Akcja gna do przodu na łeb, na szyję. Ani chwili oddechu. Wybuchy, akcja, jeszcze więcej akcji. I tak naprawdę do końca nie wiadomo, co się działo przez te trzydzieści lat, jaka jest sytuacja Republiki, czemu Ruch Oporu ciągle istnieje – czemu istnieje Imp… First Order? Tak się teraz robi filmy, wiem – szybko i widowiskowo. Ale trochę żal, bo po poczuciu dezorientacji nie następuje wyjaśnienie, a film rwie dalej, przeplatając sceny akcji, z humorystycznymi i dramatycznymi – jak w momencie, kiedy niszczona zostaje siedziba Republiki, Rey zostaje porwana, jeszcze nie przebrzmiał mi w uszach krzyk milionów istnień, a tu już Han rzuca dowcipną uwagę o włosach Lei. Jeżeli Abrams chciał swojego widza wrzucić na głęboką wodę, to już go tam pozostawił – i to bez koła ratunkowego.

Fabuła

#2 PROBLEM Z FABUŁĄ 

To, że sama akcja rwie wciąż naprzód, to nawet nie byłby taki problem, gdyby TFA miało coś do dodania swoją fabułą. Ale nie ma. Mamy dziewczynę z pustynnej planety (dla niepoznaki nazwanej Jakku), która zostaje wybrana do misji (i zostania Jedi), która spotyka pierwszego mistrza (Han), który wskazuje jej drogę, a który jeszcze w tym samym filmie zginie pokonany przez badassa nr.2 (jeżeli chodzi o rangę). Mamy postać humorystyczną (Finn), podbijającego serca robota z WAŻNYMI PLANAMI (BB8), które muszą dostać się w określone miejsce i depczące po piętach Imp… First Order. No dobrze, jest jeszcze najwyraźniej wolna Republika, ale z tym problemem Abrams radzi sobie po prostu ją wysadzając, zanim w ogóle coś więcej zostanie o niej powiedziane. Mamy małą bazę Ruchu Oporu, kilku dzielnych śmiałków, wspaniałego pilota-zawadiakę (czyli co by było, gdyby Han wstąpił do wojska), wreszcie JESZCZE WIĘKSZĄ Gwiazdę Śmierci, którą (znów dla niepoznaki) nazwano „Starkiller”. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję przynajmniej na trochę poważniejszą bitwę kosmiczną, ale nie – dzielni rebeliańci znów polecieli w paru na wielką bazę i dzięki odnalezieniu słabego punktu zmietli ją w pył. Jupii. Wielkie zwycięstwo, radość, tajemnicza scena, napisy.

„Gwiezdne Wojny” Lucasa nigdy nie były zbyt innowacyjne, bo czerpały garściami z popkultury, baśni, mitologii. „Gwiezdne Wojny” Abramsa czerpią jednak garściami z… samych siebie, w pewnym sensie zyskując trochę autoironiczny wydźwięk. To po prostu „Nowa Nadzieja” podana jeszcze raz. I jeżeli tamte rozwiązania (kilka X-Wingów vs. wielka baza wojskowa) można zrozumieć poprzez problem pieniędzmi na efekty specjalne (i w ogóle problem z efektami), to już tu cała sprawa wygląda po prostu śmiesznie. Tam to była heroiczna, samobójcza misja dzielnych Rebeliantów, tu oczekiwanie aż „znów im się uda”. Epicki wybuch był po prostu fajerwerkiem, który i tak musiał nastąpić. Nuda.

Rey

#3 PROBLEM Z REY

Sierota, pustynna planeta na peryferiach galaktyki – przeznaczenie w końcu wyciąga rękę. Rey to żeńska wersja Luke’a. Ale podczas, kiedy Luke długo (chociaż i tak bardzo krótko jak na Jedi) odkrywał, czym jest Moc, Rey już od początku filmu jest cudowna. To silna kobieta, wręcz terminator Jedi. Bez problemu pilotuje Sokoła Millennium, mimo, że wcześniej nie miała styczności z tak dużymi statkami. Ba, robi to lepiej niż Han Solo, nawet rozgryzając poszczególne podzespoły statku. Jak się okazuje później, mieczem robi lepiej od szkolonego przez samego Luke’a mordercę innych szkolonych Jedi. Zapewne dlatego, że na plecach nosi kij i na Jakku musiała go używać. Mało tego, kiedy Luke mozolnie poznawał tajniki mocy i dopiero w drugim filmie jest zdolny (przy dosyć dużym skupieniu) przyzwać swój miecz, Rey robi to parę godzin po tym, jak dowiaduje się, że coś takiego jak Moc istnieje – i to w środku walki. A jakby jeszcze było mało – pokonuje w pojedynku na Moc Kylo Rena – tak, dokładnie tego samego człowieka, który na początku filmu samą siłą woli unieruchomił w powietrzu strzał z blastera i nawet niespecjalnie się tym przejął. Rey jest idealna, potrafi wszystko i za co się nie weźmie, to zrobi doskonale. Jak widz się może z nią zidentyfikować? Otóż nie może. Bo Rey jest po prostu zbyt idealna. Kropka.

kylo

#4 PROBLEM Z KYLO 

Czego oczekiwałbym, gdybym wcześniej usłyszał, że w TFA czarnym charakterem będzie osoba, która znienawidziła rodziców, zabiła wszystkich uczniów Luke’a, sprawiła, że Luke uciekł na jakąś planetę i się ukrywa, a w dodatku jest tak silna Mocą, że robi dokładnie to, co Neo z pociskami w „Matrixie”? Na pewno nie skrzywdzonego chłopca, tupiącego nóżką, o wiecznie obrażonym obliczu, który – kiedy jest zdenerwowany – siecze mieczem… pokój w którym się znajduje w przypływie bezsilnej i histerycznej agresji. Ale taki właśnie jest Kylo „Och, Jak Bardzo Chcę Być ZUY” Ren. Na pewno czeka go metamorfoza, ale obraz który dostaliśmy na początku filmu zupełnie nie pokrywa się z tym, co dzieje się w trakcie. Myślę, że uczniowie Luke’a musieli mieć po prostu pecha i sami nabili się na swoje miecze. Albo wydrapali sobie oczy, kiedy Kylo zaczął tupać nogami i krzyczeć przez łzy, że ich nienawidzi. Pomysł, by „drugi Vader” zamiast opanowanego i mrocznego Lorda był załamanym i cierpiącym młodzikiem jest sam w sobie dobry. W końcu Vader też skrycie cierpiał. Ale Kylo Ren jest po prostu żałosnym nieudacznikiem, którego film bezskutecznie próbuje kreować na wielkiego wojownika Ciemnej Strony (tylko, że z problemami osobowościowymi).

Phasma

#5 PROBLEM Z PHASMĄ

Kiedy ogłoszono, że niezwykle utalentowana Gwendoline Christie wcieli się w Kapitan Phasmę, byłem pewien, że to będzie COŚ. Chociaż osobiście widziałem w niej potencjał na wspaniałego, mrożącego krew w żyłach Sitha. Wyobraźcie to sobie. Ale trudno się mówi. Ona na pewno będzie świetnym czarnym charakterem. Czyżby? Fanatyczka First Order bez chwili wahania pomaga Rebeliantom i… tyle ją widać. Nie wątpię, że jej postać zostanie rozwinięta w następnych filmach, ale i tak już straciła na wiarygodności. W dodatku nie została prawie w ogóle wykorzystana. Kiedy Poe Dameron pojawiał się i znikał (chociaż nie wiadomo skąd tak naprawdę), ona tylko przemknęła przez film. Wielka, wielka szkoda.

Jak lubić nowe „Star Warsy”, kiedy jako sam, pojedynczy film, nie umieją się obronić? Kiedy tak rażące błędy pojawiają się, psując całą radość? Da się – to dalej dobre widowisko. Dla każdego fana Sagi to nostalgiczna podróż, mimo wszystko dająca dużo dobrych emocji. Niestety, zmuszony jestem ocenić, że – chociaż podoba mi się kinowy odwrót od nadużywania CGI – jest to najgorsza część „Gwiezdnych Wojen”. Pełna niezłego humoru („kciuk” BB8), zwrotów akcji, a także przygody. Co z tego jednak, kiedy nie radzi sobie sama ze sobą? Kiedy twórcy nawet nie wysilili się na złudzenie oryginalności w kwestii fabuły, czy bardziej wiarygodny rozwój postaci? Kiedy Abrams, tak bardzo starający się zrobić dobrze fanom starej trylogii, pomija nową tak, jakby nie miała miejsca? „The Force Awakens” to nie jest zły film. Mimo wszystko – miałem na ustach uśmiech. Iluzja się udała, magik zrobił Show i dało mi frajdę. To było dobre widowisko. Szkoda, że tylko widowisko.

Niespodzianka

I już. Skończył się rok 2010, dla mnie czas pełen przemian takich jak własne mieszkanie, studia, nowi znajomi, praca i długo upragniony debiut literacki. Dlatego na rok 2011 patrzę z wielkim optymizmem, powoli realizując swoje plany. Ale dosyć o tym – obiecałem przecież niespodziankę!

Oto i ona:

Chciałbym zaprosić Was na… pisanie.
W przyszłym tygodniu, we wtorek środę o godzinie 21.00 za pomocą TEGO programu napiszę miniaturkę (lub coś więcej) w klimatach świątecznych, a każdy z Was będzie mógł brać w tym udział, czy to komentując na bieżąco, czy też podszeptując jakieś pomysły.

Pisanie w trybie Live? Uznałem to za dobre ćwiczenie i – najważniejsze – świetną zabawę. Dla wszystkich. Dlatego więc postaram się prowadzić taką akcję co miesiąc. Co miesiąc najaktywniejsza na tym blogu osoba będzie mogła podyktować mi na jaki temat dokładnie mam pisać w trybie live. Jak to się przyjmie? Ha, zobaczymy. Ja jestem nastawiony pozytywnie. No i miła odskocznia od pisania ,,na poważnie”.

Przejdźmy do spraw innych. Są dwie. Pierwsza to nowa recenzja – ,,Starfist: Pierwsi w boju” duetu Sherman i Cragg. Zapraszam:

Pamiętam, że będąc jeszcze małym chłopcem, marzyłem, by w przyszłości zostać prawdziwym żołnierzem. Oczywiście, nie mógł to być żołnierz byle jaki. Jako wychowanek kultury lat 90, za ideał nowoczesnego i silnego wojska uznawałem Armię Stanów Zjednoczonych. Nie bacząc więc na swoje pochodzenie, szykowałem się do wojskowej kariery pod tym właśnie kątem. No i – oczywiście – musiałem być w Marines.

Lata mijają szybko, dziecięce fantazje tracą ostrość, a ich miejsce zajmują dojrzalsze, niosące za sobą bardziej realne spojrzenie na rzeczywistość. Mimo że chęć bycia w wojsku przeszła mi dawno, to zainteresowanie takimi sprawami pozostało, łącząc mnie ze szczenięcymi latami. Moją pasją stała się literatura fantastyczna, ze szczególnym uwzględnieniem science fiction. I tu też zacząłem szukać czegoś, co połączyłoby moje dawne zainteresowania z teraźniejszymi. Tak właśnie trafiłem na ślad „Stafist: Pierwsi w boju” .

Duet autorski – David Sherman i Dan Cragg, jest dosyć znany w świecie fanów sf. Wspólnie piszą dwie książkowe sagi, pojedynczo zaś mogą pochwalić się wieloma własnymi tytułami. Obaj mają za sobą spore doświadczenie wojskowe: Cragg odsłużył ponad dwadzieścia lat w US Army, a po przejściu do cywila pracował w biurze Sekretarza Obrony USA, zdobywając tym samym cenne doświadczenie. David Sherman zaś może pochwalić się wieloma latami spędzonymi w Korpusie Marines oraz bogatym dorobkiem pisarskim.

Obaj panowie, zainteresowani literaturą sf, postanowili dołączyć do jej autorów, czego owocem jest m.in. rozpoczęty w 1997 roku cykl „Starfist”, liczący obecnie czternaście pozycji.

Do polskich księgarni duet trafił za sprawą krakowskiego wydawnictwa Dwójka bez sternika s.c., które w 2010 roku rozpoczęło wydawanie cyklu „Starfist”. Rzecz jasna, musiałem się tym zainteresować.

Kiedy dostałem książkę do rąk, nie mogłem powstrzymać zaciekawienia. Na rynku nie ma zbyt wielu książek spod znaku Space Opera, po których można by się spodziewać tak wielkiej dokładności w opisie życia żołnierza. Jeszcze nie zaczynając czytać książki, mogłem przypuszczać, że właśnie ów opis będzie jej największym atutem. Niestety, jeśli autorzy popadliby zbyt bardzo w specyficzny dla armii żargon, mogłoby się to okazać porażką…

Zaciekawiony, zabrałem się do czytania.

Duet wrzuca czytelnika od razu na głęboką wodę. Już w prologu trafiłem w środek akcji oddziału Marines, ścigającego Pancho – bandytów na jednej spośród dziesiątek planet w kosmosie. I już wtedy dało o sobie znać doświadczenie wojskowe autorów – bitwy w „Starfist: Pierwsi w boju” opisane są o wiele bardziej strategicznie, niż w innych tego typu książkach. Autorzy posługują się bez emocjonalnym, raportowym językiem, ukazując przebieg akcji trochę spoza niej, mimo że czytelnik nadal ma wrażenie, jakby był w jej środku. Może być to zarówno pozytywna, jak i negatywna cecha. Taka narracja spowalnia akcję, ale nadaje specyficznego klimatu książce.

Tekst pełny TUTAJ

Następna sprawa to pewien kawałek zespołu Hasiok i Macieja Maleńczuka. Napisałbym o tym… ale po co. Przecież tu jest wszystko. Dobitnie, że tak to ujmę.

Na ostatek coś dla humoru. Zakończmy z uśmiechem, na powagę przyjdzie jeszcze czas.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén