Tag: pisanie (Page 1 of 2)

CIASTECZKOWY POTWÓR

Ukazało się moje opowiadanie „CIASTECZKOWY POTWÓR” w rocznicowym numerze Magazyn Histeria. Opowiadanie dla mnie bardzo ważne, bo chociaż może wydawać się lekkie i „mało soczyste”, to zawiera w sobie cały mój strach, moją obawy i panikę. A przy tym jest też powrotem do dzieciństwa, chwil spędzonych w uroczym pałacu w Janowicach.

Rzadko też mi się zdarza pisać przy czymś innym, niż soundtrack z „Solaris”. Tym razem jednak pisałem tylko przy jednym kawałku i go też polecam do czytania: https://www.youtube.com/watch?v=DaH4W1rY9us

Zostawiam Was z odkryciem, jakiego dokonałem – To jestem ja, to są Janowice.
I serio, serio NIE MAM POJĘCIA co to jest za dziewczynka. A na pewno nie inspirowałem się tym zdjęciem przy pisaniu, bo znalazłem je dopiero niedawno…

Janowice

O Dyscyplinie i strachu

Nie umiem pisać. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało u osoby wydającej co jakiś czas swoje pisanie – nie umiem pisać dobrze. Nie umiem pisać higienicznie. Moje pisanie jest brudne i męczące, jak zmaganie się z samym sobą. Dlaczego? Brakuje mi dyscypliny. 

Im dłużej żyję i piszę, tym bardziej widzę swoje braki. Lenistwo, głupotę, łatwowierność. No i właśnie – brak dyscypliny. I wstyd. Jako piętnastolatek po raz pierwszy zmierzyłem się z poważną krytyką zupełnie obcych (i znających się na swojej pracy) osób, poddając moje blogowe opowiadania pod ich szkiełko i oko. I oczywiście – zabolał mnie ich odzew bardzo. Zamiast zachwytów, dostałem solidnie skopany. Co w takiej sytuacji zrobiłby mądry człowiek? Wziął krytykę na klatę. Co zrobiła moja młodsza wersja? Zaczęła perorować o wenie, wiatrach i innych tego typu rzeczach. Bo jak to tak – wy, wielcy pisarze, nie znacie WENY?

A oni na to: nie ma weny. Jest ciężka praca.

I mieli rację.

A mimo tego, wiele lat później, traktując krytykę jako błogosławieństwo (o ile jest konstruktywna, a nie sprowadza się do wymyślania mi od debili bo coś się komuś nie spodobało ideologicznie), którego doświadczam niestety coraz mniej, walczę ze wstydem pozostałym po tamtym spotkaniu. Nie, nie chodzi o teksty – sam bym siebie ostro skrytykował za nie i jestem wdzięczny tym, którzy to zrobili. Chodzi o to poczucie, że jednak jest coś więcej w tym pisaniu. Że robię to, bo niesamowicie lubię to – dosyć osobiste i mistyczne – uczucie jakie towarzyszy tworzeniu. Nie wyzbyłem się z siebie dziecka. Ani naiwności. Często to pokutuje, ale ma też swoje dobre strony. Chociaż zgadzam się, że to „coś więcej” to tylko mała część procesu pisania. Reszta to naprawdę ostra praca bez perspektyw – bo tak to trzeba traktować, aby się nie rozczarowywać i być zaskakiwanym, jeśli jakieś perspektywy się pokażą.

W całym tym jednak procesie odczuwam u siebie poważny brak. Lukę. Wadę, której mimo 26 lat na karku nie umiem załatać – brak dyscypliny. Nigdy nie miałem dyscypliny. Różni ludzie próbowali mi ją wpoić – z reguły groźbą, szantażem, albo pasem czy kablem od żelazka. A ja zawsze byłem niepokorny i im bardziej ktoś naciskał, tym bardziej szedłem w drugą stronę. I ta cecha charakteru mi została, co… ma swoje wady i zalety (do wad i zalet zaliczę wkurzanie ludzi w internetowych dyskusjach, którzy próbują na mnie szantażu czy gróźb właśnie. To się nigdy nie uda).

Problem w tym, że dyscypliny nigdy nie zyskałem. Cicho zazdroszczę takim ludziom jak Andrzej Pilipiuk, którzy codziennie potrafią się zebrać do pisania. To będzie dziwne, co powiem, ale kiedy nie piszę – to boję się zacząć. Nie rozumiem tego mechanizmu, nie wiem do końca czego się boję, ale się boję. Kiedy już zacznę – nie istnieje nic prócz pisania. Problem w tym, żeby zacząć. Nie mam problemów z blokiem pisarskim – nauczyłem sobie z tym radzić. Znalazłem wytrych, który całkiem nieźle działa w moim przypadku – bo by się odblokować, wystarczy po prostu zacząć pisać. Cokolwiek.  Ale usiąść i zabrać się do pracy?

Trzeba posprzątać mieszkanie.

Umyć naczynia.

Zrobić obiad.

Wyczyścić biurko.

Posegregować dokumenty.

Napisać na blogu wpis o pisaniu.

Z kolei, jak już zacznę, to nie mogę skończyć. Wpadam w ciąg. Budzę się – piszę, potem czekam do następnego dnia tylko po to, by się obudzić i pisać. Ale wystarczy jedno wydarzenie, które mi ten proces, ten ciąg zaburzy – wyjście na piwo zamiast pisania. Ktoś przyjdzie i będzie czegoś chciał. Cokolwiek. I znów mija parę dni, w skrajnych przypadkach nawet tydzień, zanim znów usiądę do pracy.

Boję się także po pisaniu. Kiedy skończę, mam wrażenie, że mogłem napisać gniota. Może przegadałem, albo popadłem w grafomanię? Może fabuła jest zbyt oczywista? Może ja tak naprawdę nigdy nie powinienem pisać? Wydają mnie – ale cóż z tego. Dzisiaj wydają dużo gniotów. Moje pisanie może być jednym z nich. Ludziom się podoba, ale cóż z tego – znajdą się i tacy, którym podoba się „Zmierzch”.

To uczucie umiem okiełznać – nauczył mnie tego Adam Zalewski, człowiek, którego mogę nazwać swoim mistrzem – bo pomógł mi swego czasu tak, jak nikt inny nigdy mi nie pomógł. Nauczył mnie poczucia wartości. Od wielu innych pisarzy dostałem cenne rady i nigdy nie zapomnę ich pomocy, jak Romek Pawlak, Andrzej Pilipiuk czy Kazek Kyrcz, ale właśnie dzięki Adamowi Zalewskiemu zapanowałem nad strachem.

Nikt mnie nie nauczył dyscypliny. Dyscypliny nie da się nauczyć i nie da się jej wpoić – można kogoś wytrasować, prawda, ale to nie to samo. Tresura pozbawia osobowości. Próbowano mnie tresować i widziałem dzieciaki tresowane przez swoich rodziców tak, jak tresuje się psy. Za każdym razem chciało mi się rzygać.

Puenty nie będzie. Wyrzuciłem co chciałem i jednocześnie obnażyłem się przed Internetem, co może zostać wykorzystane przeciwko mnie. Chyba czas znów wpaść w „ciąg”. Znów walczyć z lenistwem, samym sobą i ubrudzić się przy pisaniu w walce o samodyscyplinę. I chyba tak już zostanie – na tym może polegać samodoskonalenie się. W walce z samym sobą.

O siebie.

Cztery lata do szczęścia – „Mapa Cieni”

Ręce mi drżą. Przed chwilą musiałem się wykrzyczeć. Zaparzyłem herbaty, mogę napisać część słów, które kłębią się w głowie. Był taki pomysł, wiecie? By napisać książkę o nawiedzonych – prawdziwych – miejscach w Krakowie i okolicach. I wiecie co? Po czterech latach ciężkiej pracy udało się mi się spełnić to marzenie. Nie tylko o pierwszej książce, ale i po prostu – o wielkim i unikalnym projekcie, który udało się wprowadzić w życie. 

WSPIERAM.TO

Czemu muszę komplikować sobie życie? Nie chodziło o to, by zrobić zwykłą książkę. Nie. „Mapa Cieni” musiała być czymś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Nie z założenia, nie na siłę. Jest czymś niezwykłym, bo taka jest jej idea: aby odwiedzić 16 nawiedzonych miejsc z Krakowa i okolic, wypytać ludzi, sąsiadów, przeszukać fora, bazy danych, archiwa miasta. A potem z tego wszystkiego stworzyć 16 reportaży. Tym się zająłem.

Ale nie sam. 

Już na początku zorientowałem się, że sam nie dam rady udźwignąć tak wielkiego tematu. To było ponad cztery lata temu. Zaprosiłem więc do współpracy Krzysztofa Bilińskiego – człowieka, którego spotkałem na piwie i który pokazał mi, że jest świetnym fotografem. I miał samochód. W dodatku pasjonował się grozą, jak ja.

Ale to nie koniec. 

Mapa Cieni to nie tylko reportaże. To także opowiadania – 16 tekstów od wspaniałych polskich pisarzy. Kiedy ich zaprosiłem – bez namysłu przyjęli propozycję i wierzyli w ten projekt. Także wtedy, kiedy przyszły…

Trudności. 

To nie tak, że nie mogliśmy znaleźć wydawcy. Tematem interesowali się ludzie, telewizja i radio. Wydawcy też chcieli w to wejść – wielu nie miało pieniędzy na dobrą kampanie promocyjną. I w końcu znaleźliśmy wydawcę, który przez rok mówił o wydaniu, ale ostatecznie… tylko mówił. Nie poddałem się – poszukałem innego wydawcy. I szybko znalazłem. Było to jedno z największych wydawnictw w Polsce. Byliśmy z Krzyśkiem w Warszawie, spotkaliśmy prezesa, obmyślaliśmy marketing, podpisaliśmy umowy przedwstępne. I po pewnym czasie wydawca nas porzucił. Brak pieniędzy. W końcu natrafiliśmy na Van Der Book, małe krakowskie wydawnictwo. Zgodzili się nas przyjąć pod swoje skrzydła, chociaż tu też nie obyło się bez sporych opóźnień. W międzyczasie doszlifowywaliśmy książkę, opisaliśmy jeszcze jedno miejsce. Przeszliśmy przez kryzys wiary. Tak minęły cztery lata pracy, pracy i zwykłej upartości. Wierzyłem w „Mapę Cieni”.

I udało się. 

Właśnie teraz wystartowała akcja na wspieram.to – „Mapa Cieni” to faktycznie kosztowny i duży projekt. Coś, z czym mały wydawca bez wsparcia może mieć kłopoty. Dlatego możesz kupić książkę już teraz – w dowolnej formie. A już za trochę ponad miesiąc czeka nas upragniona premiera. Chociaż to zwieńczenie mojej (i nie tylko) wieloletniej pracy, jest to tak naprawdę początek.

I, Boże, dalej mi się łapy trzęsą.

lll

Lista autorów, którzy dołączyli do projektu, oraz miejsc, które odwiedziliśmy:

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #1

– „Cięcie” – Magdalena M. Kałużyńska

NAWIEDZONY DOM NA WOLI JUSTOWSKIEJ

– „Muzeum snów” – Dawid Kain

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #2

– „Biel” – Łukasz Radecki

NAWIEDZONY DOM W GŁOGOCZOWIE

– „Zapomniane marzenie” – Francieszek Zgliński

NAWIEDZONY HOTEL W KRAKOWIE

– „Granice synestezji” – Joanna D. Bujak

NAWIEDZONE MIESZKANIE NA STAROWIŚLNEJ

– „Porcelanowe pieski z zakurzonymi oczami” – Piotr Roemer

NAWIEDZOLNY LAS W WITKOWICACH

– „Ratunku! Trup i inne wypadki…” – Krzysztof T. Dąbrowski

NAWIEDZONY DOM W WITKOWICACH

– „Ostatnia podróż Zu” – Aleksandra Zielińska

NAWIEDZONA HALA W NOWEJ HUCIE

– „Wszyscy jesteśmy samotni” – Sylwia Błach

CZARNA DAMA Z PODGÓRZA

– „Trucizny w żyłach miasta” – Marek Grzywacz

NAWIEDZONY DOM NA KOSOCICKIEJ

– „Każdy człowiek ma swoją godzinę” – Michał Stonawski

MOST SAMOBÓJCÓW

– „Most samobójców” – Krzysztof Maciejewski

NAWIEDZONY FORT GRĘBAŁÓW

– „Jeździec” – Michał Gacek

CZŁOWIEK-PIES Z NOWEJ HUTY

– „Pies” – Rafał Christ

NAWIEDZONE OSIEDLE KALINOWE

– „Ładnym Łatwiej” – Kazimierz Kyrcz, Michał Walczak

NAWIEDZONY DOM W CHRZANOWIE

– „Galeria IX Mrocznych Obrazów” – Krzysztof Biliński

Zabić Malanowską!

topka

 

Nie przebrzmiał jeszcze wiatr po „Pierdol się, Polsko”, na prywatnej tablicy Szczepana Twardocha, a już przez media przewala się burza po wypowiedzi pisarki Kaji Malanowskiej, która głośno (też na swojej prywatnej tablicy na FB) poskarżyła się, że nie jest w stanie wyżyć z pisania. I zrobiła to w mało literacki sposób, co w pełni oddaje jej frustrację: 

6800 złotych. Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy. Wiem, że wkurwiające jest wylewanie frustracji na FB, ale mam ochotę strzelić sobie w łeb. PIERDOLĘ TO, pierdolę pisanie, pierdolę wszystko. GÓWNO< GÓWNO< GÓWNO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Malanowska wyjaśniła później, że chciałaby, by to państwo (RP) wspomagało pisarzy. Malanowska nie ma racji – Państwo nie ma pieniędzy na swoje utrzymanie, a co dopiero utrzymywanie kultury. Poza tym nie chciałbym,  by pieniędzmi dla mnie dysponował ktoś, kto najpierw ustanowił Vat na książki, a potem wpakował w rynek wydawniczy miliard złotych, argumentując, że są to pieniądze na poprawę czytelnictwa, choć biblioteki nie zobaczyły ani złotówki. I rzecz najważniejsza – to byłyby pieniądze z podatków. Co oczywiście oznaczałoby nowe podatki, nie zaś zastąpienie starych.

Media podchwyciły wypowiedź Malanowskiej, a z nimi cały internet. Ludzie, jak to ludzie, chcą krwi. Ale skoro Malanowska nie ma racji, to o co cała sprawa? Po co ja się szarpię? Ano, po pierwsze dlatego, że nie podoba mi się lincz i jak głupia ciżba (czyt. skurwysyny) atakują jedną osobę, to zaczyna mi się podnosić ciśnienie. Po drugie – może i Malanowska nie ma racji, że państwo powinno płacić pisarzom, ale że polski rynek książki jest beznadziejny – już tak.

O polskim rynku możesz przeczytać więcej tu:

banner rynek

Tym, co mnie przeraziło, kiedy przyjrzałem się bliżej całej sprawie, były komentarze. Malanowska, oczekując wynagrodzenia za swoją pracę ma całkowitą słuszność: Inwestuje swój czas i przepracowuje umysłowo wiele godzin. Jak każdy piszący.

Tymczasem okazuje się, że nie ma się prawa odezwać. Ba, za wychodzenie przed szereg może co najwyżej dostać z buta, bo z liścia za samo otworzenie jadaczki. Otóż pisanie nie jest pracą. Pisanie to hobby. Pracą jest noszenie kartofli, praca umysłowa – tylko w laboratorium. Humaniści do McDonalds! – krzyczą ludzie. Zaś kultura? Darmowa.

Siedź więc, pisarzu (czy raczej skrobopiórku) na dupie i pisz. I się ciesz, jeśli ktoś cię spiraci.

Poza tym „w Polsce pisarze nie zarabiają, rynek jest zły” – a skoro jest, to pisarz ma ten fakt zaakceptować i nie drzeć ryja (że znów mało literacko się wyrażę). Pisarz ma sobie znaleźć pracę – najlepiej jako śmieciarz, albo na budowie. Pisarz ma sobie znaleźć żonę/męża, który zarabia. Pisarz ma żyć z tego, co mu da mama. Pisarz ma nie mieć emerytury z uwagi na sprzedane książki. Pisarz wreszcie ma zgnić, tak, jak to pisarze mają w zwyczaju – szczególnie ci wielcy. W biedzie, ubóstwie i zapijaczeni. Wtedy może (może!) pisarz zyska trochę rozgłosu, a jego rodzina coś zarobi.

Taki się mniej więcej kreuje obraz pisarza, czytając komentarze. I prawdą jest to, że rynek literacki nie daje szansy zarobku. Jak ma dawać, skoro:

– 60% (albo i więcej) osób w Polsce nie tyka się książek,
– Od każdej książki za 40 zł pisarz zarobi 1-2zł. Za opowiadania nic,
– Umowy śmieciowe z wydawnictw zamykają prawa autorskie na film/inne,
– Dystrybutorzy prawie nie wykładają polskich autorów na półki,
– A jak już wykładają, to tylko dlatego, że wydawca jest na tyle bogaty, by zapłacić dystrybutorowi 16 000 zł/tydzień opłat za „półkę bestsellerów”,
– A jak już wykładają, to większość i tak idzie do magazynu, po to, by – wykorzystując lukę w prawie – dystrybutor mógł zapłacić wydawcy jego własnymi książkami?

Ile-zarabia1

No, przyznacie – nie da się. Więc skoro to fakt niepodważalny, to czemu pisarz, to nędzne ścierwo, drze japę? Powinien przecież pokornie zaakceptować fakty! Prawda? Pisarz nie ma prawa głosu, nie może walczyć o swoje. Bo – powtórzę – pisanie to nie jest praca. Pisanie to hobby dla niedorozwiniętych społecznie.

Malanowska stwierdziła, że ma prawo głosu. I, owszem, nie zgadzam się z jej głosem, ale będę pierwszą osobą, która będzie broniła jej wolności wypowiedzi i tezy (bo przecież nie faktu), że pisanie jest jednak pracą. Że autor poświęca swój czas, swoje zdrowie, nerwy i moc umysłu, by poddać się imperatywowi pisania, a kiedy to w końcu wyda – ma prawo oczekiwać, a przynajmniej walczyć o to, by dostał za to wynagrodzenie.

I ja jeszcze dodam – był traktowany jak osoba pracująca. Nie darmozjad, który ma dawać z siebie wszystko za darmo, bo tak chce tłuszcza.

Na koniec – otworzyłem dwie strony, na których toczyła się… chciałem napisać „dyskusja”… na których toczyła się piana z ust. Oto parę komentarzy:

Dlaczego kończę z pisaniem

pisanie topka

Długo nad tym myślałem – kiedyś Perfect śpiewał, że należy zejść ze sceny niepokonanym. Nie jestem niepokonany – dopiero zacząłem wyścig, więc o żadnym pokonywaniu nie może być mowy. A jednak trzeba umieć powiedzieć dość we właściwym momencie i, myślę, chyba dla mnie ten moment nadszedł. 

Kończę z pisaniem recenzji, rzecz jasna. Ale jest to dosyć trudne – krytyka literacka jest tym, co wciągnęło mnie do świata literatury i fandomu fantastyki, a potem dalej – do środowiska grozy. To dzięki byciu krytykiem poznałem wielu wspaniałych ludzi, potem moich mentorów i wreszcie kolegów, znajomych, ale także dalej wzorów do naśladowania.

Zacząłem to robić w 2008 roku – tak na serio. Z mojego ówczesnego bloga wyłowił mnie wtedy SirJedi, czyli Tomek Wojnowski, a następnie brutalnie wrzucił na głęboką wodę fandomu. I tak to się zaczęło – od tego czasu nastukałem około 50 tekstów krytycznych różnych książek, nie tylko fantastyki. Nie jest to dużo. Jest przyzwoicie. I dalej bym to robił, ale lubię być rzetelny. Czuć się rzetelny. Na tej recenzenckiej scenie móc być postrzegany jego rzetelny.

Nie znaczy to, że w moich recenzjach kłamałem. Nie. Ale to, że zdarza mi się recenzować ludzi, z którymi później idę na piwo, albo siedzę na spotkaniach autorskich, rzuca na mnie światło nierzetelnego krytyka. I myślę, że tak być nie może.

Są jeszcze inne rzeczy – powiem wprost. Czasy się zmieniły i całe to recenzowanie zaczyna wyglądać jak teatrzyk. Są książki ważne i ważniejsze – nie z powodu ich literackiej wartości, ale z powodu patronatu. Zdarza się też tak (bez nazw i nazwisk, nie we wszystkich miejscach, gdzie byłem się to zdarzało… i nie wszystkie podałem na blogu), że wydawnictwo sobie zażyczy dobrej recenzji. I nawet jeśli książka jest zła – musi zostać oceniona dobrze. W większości przypadków wydawca nie musi o to prosić – tak po prostu jest narzucone. Jeśli recenzja nie będzie dobra w 100%, nie przejdzie dalej. To nie jest rzetelne dziennikarstwo. To w ogóle nie jest dziennikarstwo. To zwykłe skurwysyństwo.

Świata nie zmienię. Takie są czasy – tak to wygląda. Jeśli ci się nie podoba, to – mówiąc krótko – tam są drzwi. Więc mi się nie podoba. Nie czuję się rzetelny, mimo, że nigdy nie skłamałem. Z tych dwóch wymienionych wyżej powodów myślę, że czas skończyć z byciem aktywnym krytykiem literackim. Swoje się nauczyłem, swoje zrozumiałem. To nie był stracony czas, zły też nie. Każdemu poleciłbym tę drogę – wiele się można nauczyć, dociekliwie obserwując dobrych i dostrzegając co złego jest w złych książkach.

Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie zostawił sobie otwartej furtki – po pierwsze muszę skończyć recenzje, które już mam zaczęte. Po drugie, chętnie coś zrecenzuję, jeśli będę miał pracodawcę. Ale i tu kłamał nie będę.

Kiedy studiowałem dziennikarstwo, na jednym z pierwszych wykładów powiedziano nam, że możemy pisać co chcemy i jak chcemy, fikcję, kłamstwa – bo to, co napisane jest w prawie prasowym to tylko bazgroły bez mocy prawnej. Taki statut, wiecie, moralny. I w czymś takim miałbym brać udział? Oczywiście to tylko moje wspomnienie, mogłem coś poknocić. Nie mam na to dowodów.

I tu chyba skończę. Nie ma sensu strzępić języka po próżnicy.

Stonawski A.D. 2014

Topka

Rok 2014 trwa w najlepsze, przydałoby się więc zaktualizować plany wydawnicze – a tych jest sporo… zresztą, jak zawsze. Bo… co robi Stonawski, kiedy milczy? Odpowiedź znacie. 

W najbliższych miesiącach przewiduję udział w ośmiu projektach (pisma, antologie) – oczywiście papierowych, plus – jak zawsze – w następnej edycji „31:10”, choć do tego czasu pojawią się zapewne nowe projekty. Część z nich mogę już ujawnić – ba – nawet powinienem!

Jako więc pierwsze danie proponuję antologię „Toystories” wydawnictwa Morpho, a w niej, mój nieskomplikowany, acz zabawkowy króciak – „Lalka„, zawierająca skłębione strachy z mojego własnego dzieciństwa. Antologia wyjdzie już w marcu, dostępna w dobrych księgarniach i empikach.

TOYS AUT

… Co knuje pluszowy miś, wciśnięty gdzieś w zakurzony, ciemny kąt? Jakie wojny toczą między sobą plastikowe żołnierzyki, kiedy smacznie śpimy? Dostajesz już gęsiej skórki?

A jeśli, wyrywając się z sennego odrętwienia, uświadomisz sobie, że jesteś jedynie pionkiem na olbrzymiej, boskiej szachownicy? Dlaczego nie wolno operować lalek ani drażnić Świętego Mikołaja, tudzież upiększać swojego ciała zaawansowanymi technologicznie gadżetami?
No właśnie. W „Toystories” znajdziesz właściwe odpowiedzi, ale również pytania, postawione wprost i bez pardonu, z dorosłą konsekwencją, lecz dziecięcą, niczym nie skrępowaną dosłownością. Tu nie ma miejsca na kompromisy i konwenanse.
Zapraszam Cię na niezapomnianą przejażdżkę karuzelą wzruszeń, rollercoasterem groteski, diabelskim młynem makabry. Wstąp do naszego świata – miejsca, gdzie zabawki żyją, czują, kochają i nienawidzą. Do świątyni szalonych bogów i fanatycznych wyznawców, wirtualnej rzeczywistości i przerażającego „tu i teraz”.
Wejrzyj w samego siebie. Od dziś nic nie będzie już czarno-białe.…
Gotowi na danie drugie? Dziś szef kuchni poleca pełnokrwisty stek. A kiedy mówię o krwi, to znaczy, że będzie się działo – przed Wami pierwsza polska antologia poświęcona wampirom. I nie mam na myśli wróżek. Zdecydowanie, kiedy mówię „wampiry”, mam na myśli drapieżców, raczej do bycia czyimś chłopakiem nie zdolnym, bo niby jak zawrzeć związek z obiadem?
Oto więc księga Wampirów wydawnictwa Studio Truso, dostępna od premiery, 3 marca 2014, kiedy to w różnych miastach polski COŚ się stanie. Co? Będę informował.
Tymczasem – „Wampir.pl” w Księdze Wampirów.
1795536_742897515734865_1319945288_n
I tu zapowiedzi prozy się kończą, niech pozostałe osnuje mgła tajemnicy… którą sukcesywnie będę rozwiewał.
Dodam jeszcze, że chcący pogawędzić na żywo będą mieli okazje spotkać mnie na tegorocznym Pyrkonie (21-23 marca). Najłatwiej spotkać mnie będzie… oczywiście na prelekcjach poświęconych horrorowi, w szczególności na prelekcji poświęconej nagrodzie Grabińskiego, o której to będziemy opowiadać razem ze Stefanem Dardą. 

Cienie w Księdze Cieni

halloween31-600x216

Pamiętacie ten wspaniały rok, rok pełen przełomów i ciekawych inicjatyw, rok mroczny i – wydawałoby się – zapowiadający coś… coś nadeszło – w roku 2011 ukazał się pierwszy e-book z serii „31:10” – Halloween po polsku, a w nim moje opowiadanie „Jego wola”. Wtedy nikt z nas, autorów i redaktórów, nie miał pojęcia, gdzie nas to zawiedzie… 

Projekt? Był przełomowy. Nie dość, że po raz pierwszy zebrało się tylu różnych autorów, z których tylko paru było kojarzonych z literacką grozą, to jeszcze udało im się wypuścić w sieć zbiorek. Za darmo. Dla czytelników – ot tak, z okazji Halloween. W dodatku na rynek dosyć niepewny i już tłoczny.

Czytelnicy nie zawiedli. Po premierze „31:10 Wioska przeklętych”, w której to książce także miałem swoje opowiadanie („Wioska przeklętych”) szybko okazało się, że liczba ściągnięć przekroczyła 15 000 i ciągle rosła. Po raz drugi wydawca dał nas na główną stronę, we wszystkich formatach. Ludzie pchali się drzwiami i oknami.

Było pięknie. Okazało się, że już pierwsza antologia była przełomem na rynku e-booków. Pchnęliśmy to własnymi siałam o lata świetlna naprzód. Przygoda i satysfakcja gwarantowane.

Dzisiaj, a w zasadzie wczoraj odbyła się premiera trzeciej już części – „31:10 Księga Cieni”. 

"Cienie" (2013)

„Cienie” (2013)

A w niej… moje opowiadanie „Cienie”.

Projekt zaś dopiero się rozkręca. Serdecznie zapraszam do ściągania, czytania i halloweenowej zabawy na naszym fanpage.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=aXRySf77o84[/youtube]

Przydatne linki:

Strona WWW: http://3110.pl/

Fanpage na FB: https://www.facebook.com/halloween.po.polsku?fref=ts

ŚCIAGNIJ KSIĄŻKĘ: http://virtualo.pl/31_10_ksiega_cieni/i136166/?q=31.10

Rzemieślnik czy Artysta?

Spór stary jak świat – jest to jest z tymi twórcami?  Podobno, by osiągnąć pełny sukces potrzeba 5% talentu, a cała reszta to rzemiosło – ciężka praca.

Nie do końca się z tym zgadzam.

Cała sprawa wydaje mi się rozdmuchana. Bo jeśli ktoś nie ma talentu, pomysłów, wyobraźni, to choćby nie wiem jaki dobry miał warsztat – twórcą dobrym nie zostanie.
W zasadzie głupio używam słowa „twórca”, gdyż skupiam sę tu tylko na jednej ich grupie – literatach. Mając dziewczynę malarkę łatwo mi zauważyć, że we współczesnym malarstwie o wiele bardziej liczy się technika, wykonanie, niż sam talent. I tyle w temacie, bo to tylko spostrzeżenie zewnętrzne, a dalej się kompromitować brakiem wiedzy w temacie malarstwa  nie mam zamiaru. Tu może się wypowiedzieć mój imiennik, jeśli wstukacie w google „Michał Stonawski” na pewno jednym z wyników będzie odnośnik do strony tego malarza. Swoją drogą, polecam. Michał jest naprawdę dobry.

Pytanie w sporze „Rzemieślnik-Artysta” jest jedno – czy taki literat powinien być bardziej uduchowionym artystą, czy twardo szlifującym swój warsztat wyrobnikiem?
Moim zdaniem już to pytanie postawione jest źle.  Powinniśmy się raczej zapytać; Co ważniejsze dla twórcy prozy – talent, czy warsztat?

I to jest dobre pytanie. Chociaż nie prowadzi do pełnego wyniku. Proponuje eksperyment; rozgraniczmy sobie (laboratoryjnie) talent i warsztat, wykorzystując do tego pana A i pana B. Uwaga, mogą pojawić się ekstremy.

1. Pan A jest twórcą natchnionym. Czysty intelekt, czysty talent i czysta od czasu do czasu. Na pobudzenie neuronów. Pan A pisze i pisze a jego pomysły przyćmiewają Kinga, Hemingwaya, Le Guin, Sapkowskiego i całą reszte. Ale pan A zupełnie nie przejmuje się swoim warsztatem. Ten wyrabia się sam, więc nie jest zbyt dobry. Skutkiem czego ujęcie tych wspaniałych pomysłów pana A jest zupełnie nieczytelne dla odbiorców. Pan A popada w coraz większy alkoholizm. Być może w przyszłości ktoś go odcyfruje i po śmierci nagrodzi. Może.

2. Pan B nigdy nie miał głowy, by zbyt duzo myśleć. Obsesyjnie za to dba o każdy przecinek, kropkę, o logikę w zdaniach i poprawność. Jego teksty są nieskazitelne. Może i by je ktoś wydał, bo są naprawdę dobre, ale… nic w nich nie ma. Pomysły jakieś i może są, ale wtórne, nieciekawe – słowem – nudne. Pan B jest smutny i wiedzie życie telemarketera. Być może kiedyś załapie się do jakiejś redakcji, jako korektor-frustrat (oby nie).

Specjalnie użyłem ekstremów, chcąc zobrazować oczywisty fakt, że jedno bez drugiego sobie nie poradzi. Ale dalej jesteśmy tutaj przy tych 5% i reszcie, prawda?

A jednak nie. Chciałbym rzucić tutaj tezę, że tak warsztatu jak i talentu umniejszać nie wolno. Że proporcje zbliżone są do 50/50, jeśli z przewagą warsztatu, to dlatego, że osoba chcąca pisać talent już w założeniu ma, a warsztat musi dopiero zdobyć.

Na koniec ciciałbym rzucić jeszcze jedną ideą; dotychczas odnosiłem wrażenie (być może mylne, w końcu nie jestem alfą i omegą), że w teorii talent traktuje się jako rzecz twardą, niezmienną – jak leżąca na łące skała. Być może mieliśmy na ten temat zły pogląd?
Bo co jeśli ta „skała” talentu przykryta jest gruzami śmiecia i ziemią, którą warsztat, w miarę pracy nad nim, potrafi usunąć? Powstaje nam wtedy coś w rodzaju kopalni odkrywkowej, w której warsztat gra rolę narzędzia, a talent – surowca. Innymi słowy, doskonaląc warsztat, odkrywamy nowe pokłady talentu i dzięki właśnie warsztatowi lepiej je wykorzystujemy, tak, że teksty są coraz lepsze i lepsze.

Reasumując, jeśli chcemy pisać a mamy talent, potrzebujemy zdobyć narzędzia, by można go było dalej odkrywać. W kategorii ważności narzędzia, jako to, czego nie mamy, są ważniejsze. Ale czy surowiec to tylko 5% sukcesu kopalni? Nie, surowiec jest tym, co sprzedajemy, obrobionym narzędziami.
W kontekście ważności odrobinę tylko wazniejsze jest to, czego nie mamy.
Wracając do samego sporu, uwzględniając źle postawione pytania,  myślę, że jest on niepotrzebny. Ponieważ do sukcesu potrzebujemy tak jednego jak i drugiego, a tak talent jak i warsztat w dodatku nie są oddzielne a ściśle z sobą powiązane.

Stonawski w Nowinkach – podcast już dostępny!

W piątek (30.08) miałeś okazje rano i po południu posłuchać mnie, oraz Adama Ochwata w radiu. Opowiadaliśmy o Krakonie, a ja napomknąłem coś o swojej twórczości.

Trochę terma była (co słychać, czasami mi się zabełkotało), ale i tak wyszedłem stamtąd z przeświadczeniem, że nie poszło aż tak źle :)

Zapraszam do przesłuchania.

 

 

Dzieje się!

Dzieje się, a ja nie piszę? Karygodne.
„Lecznica” rośnie z dnia na dzień. No, może nie dosłownie ( mój leń walczy bardzo niehonorowo), ale mimo wszystko – rośnie. Zaczynam wierzyć, że dam radę skończyć pisanie do września, lub końca tegoż.

Z drugiej strony, nie tylko „Lecznicę” piszę. Dlatego już niedługo mogę obiecać kolejne opowiadanie umieszczone… w pewnym miejscu. Opowiadanie tak chore, że zaczynam się poważnie zastanawiać nad moją kondycją psychiczną. I jak zrobić, by była jeszcze bardziej popieprzona.
Póki co, o samym tekście wiele mówił nie będę,  dam tylko jedną podpowiedź co do jego tematyki:

Proszę bardzo :)

Ponad to wplątałem się w dwa projekty, które szalenie mnie ciągną. O jednym nie powiem nic (ale trzymajcie kciuki),  drugiemu parę zdań poświęcić mogę.

Krakon powstał i już drugi raz po przerwie gościć będzie fantastów (Tu macie stronę).  Jako jeden z organizatorów konwentu już teraz mogę obiecać Wam masę atrakcji i dużo ciekawych gości, którzy z pewnością się Wam spodobają.
Zdradzać (znowu) wiele nie mogę. Póki co podanych do informacji zostało tylko paru z naprawdę olbrzymiej liczby gości, a są to:

Cichowlas Robert – współautor: ‘W otchłani mroku’, ‘Siedliska’, ‘Sępów’, ‘Twarzy szatana’, ‘Koszmaru na  miarę’, ‘Efemerydy’, a także autor ‘Szóstej ery’,

Dąbrowski Krzysztof  – twórca takich tytułów jak: ‘Naśmierciny’, ‘Kraina bez powrotu: Opowieści niesamowite’, ‘Grobbing’, ‘Anima Vilis’, ‘Antologai Grabarza Polskiego’, a także ‘Losy Dopełnienia’,

Domagalski Dariusz – z pod Jego pióra wyszedł czterotomowy ‘Cykl Krzyżacki’, ‘Ognie na wzgórzach’, ‘‘Cherem’, ‘Vlad Dracula’, a wkrótce także wyjdą dwie nowe książki: ‘Silentium Universi’ i ‘Paradoks Elektry’,

Gacek Michał – zadebiutował ‘Kroniką koszmarów’, by później przedstawić nam ‘Endemię’,

Maciejewski Krzysztof – Jego twórczość możemy znależć m.in. w ‘City 1: Antologii polskich opowiadań grozy’, ‘City 2. Antologii polskich opowiadań grozy’, ’2011. Antologii współczesnych polskich opowiadań’, ‘Bizarro dla początkujących’, ‘Śmierć w okopach’, ’31.10. Halloween po polsku’. Wydał także swój własny zbiór opowiadań ‘Osiem‘,

Skowroński Jacek – autor powieści ‘Był sobie złodziej’ oraz ‘Mucha’, współautor opowiadania ‘Prawo ostatniej nocy’, autor ‘Kosztownego błędu’, ‘Samarytańskiego uczynku’, a także laureat konkursu na opowiadane w zbiorze opowiadań kryminalnych ‘Kot polski’. Jego inne opowiadania ukazały się na łamach Kwartalnika literacko-artystycznego ‘sZAFa’, a także Kwartalnika fantastyczno-kryminalnego ‘Qfant’,

Uznański Sebastian – twórca powieści ‘Żałując za jutro’, ‘Księgi, która wyjada oczy’, ‘Herrenvolk’, a także licznych opowiadań, m.in. ‘Nie kupujcie lalek Barbie’, ‘Życzenie śmierci’, Cerebro i elfka’, ‘Mesjanka’, ‘Pani Igieł’, ‘Lodowe łzy’, ‘Więzień upadłego ducha’, ‘Zabójcze mózgi atakują!’, a także ‘Dotyk’.

A to dopiero początek. Przy czym większość z podanych wyżej osób należy do prowadzonego przeze mnie bloku horroru i sensacji.
Oj, będzie się działo. Zapraszam na cały konwent, w szczególności na Sobotę Grozy, od rana do wieczora, późnej nocy a nawet rana.

No i jak na razie tyle. Ale zostańmy w kontakcie!

Prywatnie tak [9]

O, znowu ranek.

Wybaczcie, że tak mało ostatnio tu piszę. Chyba wreszcie udało mi się przysiąść nad pisaniem, z czego jestem okropnie dumny, bo każde wydarzenie zakłócające „rutynę” pisania sprawia, że znów pojawia się leń i parodniowa przerwa gotowa. Strasznie wkurzające zjawisko.

Pierwsze z porannych przemyśleń zaraz po pisaniu jest takie, że są ludzie, którym naprawdę zazdroszczę, w dodatku tak się dziwnie składa, że są to ludzie wcześniej niedocenieni… nie, nie przeze mnie.
Znacie to, gimnazja, kozły ofiarne, osoby, z których natrząsa się cała klasa/rocznik/szkoła. Znacie, znamy, znają.  Sam byłem taką osobą (ale to bardzo dawno temu było).

Od gimnazjum minęło już trochę lat.  Czas zrobił swoje. Patrzę na tych, którzy brylowali wśród społeczności, guru, bohaterowie, „kozacy”, tacy inteligentni, pomysłowi, wyszczekani.
Minęło parę lat. Pijak, ćpun, klubowicz, podrywacz bez powodzenia, jeden nie zdał matury, drugi nie może i nie chce wyjść z dołka, trzeci ma wyrok w zawieszeniu… i tak dalej i tak dalej.

Tak sobie po podróżowałem internetowo wśród znajomych na tę drugą grupę, ludzi wyszydzanych.  Widzę ambicję, ciekawe pomysły. Kolega robi na rowerze zawrotne odległości, coś jak ja z kosturem i plecakiem. Tyle że ja przechodzę w parę dni 60km, on przejeżdża powiedzmy 200-300. Jest różnica. Aż sobie chyba na rower wsiądę.
A dalej? Artystka, przyszły lekarz, zdolny rysownik…

Chciałbym być kryształowym człowiekiem, współczuć ludziom, którym się nie udało, bądź właśnie lecą na łeb na szyję. Ale jestem po prostu człowiekiem.

I nie mogę się oprzeć wrednemu wrażeniu, że jest jakaś sprawiedliwość na świecie.

A rower? Trzeba by. Od tego siedzenia przy komputerze i klepania może i mózg się rozwija, ale i na brzuchu przybywa.
Trzeba by.

Blogowo trochę

 

Nie jestem ostatnio zbyt aktywny, prawda? Powód mam, poważny muszę nawet powiedzieć. Tak poważny, że nawet wedle moich standardów przesadzam w niespaniu nocą. Przykładowo – teraz. Jest prawie południe, a ja nie śpię od wczoraj. I tak od paru dni.
Nie powiem – nie przeszkadza mi to, a wręcz przeciwnie – daje wielką satysfakcję. Nocami bowiem piszę. Wziąłem się wreszcie za tą powieść, co się o nią tak odgrażam od paru miesięcy. No i co jakiś czas przerwa na opowiadanie. W każdym razie – piszę. I zamierzam to robić jeszcze jakieś…dwa tygodnie? Trochę ponad.

Ale ja nie o tym. Szerzej rozpisywać się będę, jak już szczęśliwie skończę i się wcześniej nie zarobię, albo mi palma nie odbije (choć to nie koniec informacji o pisaniu w najbliższym czasie. U’ll see). Tymczasem postanowiłem wykorzystać ten czas, by zrobić wpis luźniejszy, bo o niektórych blogach, które odwiedzam, a które – uważam – mają coś, co zasługuje na większe wyróżnienie, niż lista z boku, czy też miejsce w linkach w dziale ,,Promocja”.
Koniec wstępu. Zacznijmy:

A do czytania polecam:

[youtube width=”425″ height=”50″]http://www.youtube.com/watch?v=nQ798THmR5Y&feature=autoplay&list=PLC007CB65F52A5C86&index=23&playnext=11[/youtube]

http://adek-s.blog.onet.pl/ – Adek ma wpisy czasem tak głębokie, że często muszę odejść od komputera i przemyśleć je spokojnie na kanapie. Minusem jego bloga jest to, że autor zrobił go na Onecie, przez co wygląda tak sobie, a system komentowania… cóż, nie jest zbyt czytelny. Niemniej chętnie tam zaglądam. Dobrze wiedzieć, że ktoś zajmuje się jeszcze tym trudnym czymś co się nazywa myślenie – szczególnie o rzeczach głębszych, acz codziennych.

http://equivalent8.blogspot.com/ – sam właściwie nie wiem, po co daję blog Gala. Bo jest ładny (blog, nie Gal ^^)? Bo zgadzam się z nim w prawie takiej samej liczbie przypadków, jak nie zgadzam? Na pewno coś jest w tym podejściu do świata, który reprezentuje. Warto przynajmniej zobaczyć, o.

http://killallmovies.blogspot.com/ – Blog Bartka Czartoryskiego jest, zgodnie z nazwą – filmowy. Co oglądać, czego nie – warto się zapoznać z opinią. Tyle w tym temacie, bo i co tu do mówienia? Let’s watch!

http://nwn9.wordpress.com/ – Mój imiennik ma ciekawe spojrzenie na politykę. Jak już mu kiedyś powiedziałem, gdyby nie jego blog, prawie wcale nie wiedziałbym, co sie na świecie dzieje. Wpisy dodaje strasznie często (niech żyje zapał i czas!), a i poglądy polityczne mamy dosyć zbieżne. Przynajmniej w kwestii popierania JKMa (na marginesie – czemu? Poglądy, chęć dania szansy komuś, kto jeszcze nie był przy władzy i jakieś takie przeczucie, że ten facet będzie się starał spełnić swoje obietnice. A że inteligencji mu odmówić nie można… i tyle o polityce. Każdego chętnego by się pokłócić na te tematy [wszak u nas inaczej już ludzie o władzy rozmawiać nie potrafią] zapraszam na piwo. Przy kuflu lepiej)

http://ja.gram.pl/Osiol – Nie tyle jego blog (choć to jest właśnie przykład niezgadzania się mojego z niektórymi poglądami JKM, ja sądzę ludzi po ludziach, a nie po opcji politycznej. A Osioł jest… no, czerwony w sumie. Przynajmniej tak sie mi wydaje. W paru rzeczach też się z nim zgadzam) a strona, którą prowadzi, a do której odnośnik jest na blo… tfu, gramsajcie. Komiks o przygodach osła-Jedi czytam już chyba parę lat. Dzielnie wchodząc co piątek. Szczególnie polecam sezon pierwszy, ubawić się można setnie :)

http://poszukujac-drogi.blog.onet.pl/ – Kolejna osoba lubiąca myśleć. Shaak Ti (lubię ją już za sam nick) ma pomysłów na wpisy wiele, niektóre dosyć lekkie, inne głębokie. I znów – czemu na Onecie? Wrrr… nieładnie i komentarze nieczytelne. A wchodzić nie tylko polecam, ale i zalecam.

http://schaboszczak.wordpress.com/ – Człowiek o tym samym theme, co ja (muszę w końcu zmienić, znaleźć coś… ech), publikuje rzadko, ale ciekawie. Co prawda zdarza się czasem o piłce, ale cóż – kwestia gustu, tak? Niemniej – ciekawie bywa na tyle, że na polecenie zasługuje.

http://jestkultura.pl/ – Blog chyba najmniej potrzebujący polecenia i najbardziej jego wart. Do dziś nie wiem, jak Seph, to jest, Andrzej Tucholski doszedł do tego sukcesu blogowego i podziwiam. Współpracuje z HBO, WB, BBC (blogiem!), strona jest bardzo ładna i cholernie funkcjonalna, system społecznościowy pęka w szwach… miód, cud i orzeszki. No i ciekawe wpisy, rzecz jasna. Kulturalne, zgodnie z nazwą bloga. Ukłony i oklaski po prostu.

http://orbitowski.pl/ – Właściwie, co widać, usiłowałem powstrzymać się od polecania blogów pisarzy. Wszak bronią się same, prawda? Bloga Łukasza Orbitowskiego nie polecam poprzez pryzmat pisania, ale wpisów. Dużo o filmowym horrorze, metalu i perełka – wpisy z serii ,,Tydzień z głowy” są tak bardzo prawdziwe życiowo… nic więcej nie powiem.

http://cafemrok.blog.pl/ – cafemrok to blog dla wszystkich fanów horrorów. Zapowiedzi filmowe, recenzje, informacje. Osobiście – jedno miejsc, gdzie zasięgam informacji.

http://chatolandia.pl/ – Chata Wuja Freda – kobieta ślimak umie rysować i tworzyć śmieszne historie. Miłe miejsce, by po cięzkim dniu trochę… odreagować. Naprawdę, pomaga.

http://gadzetomania.pl/ – Sam nie wiem, czy to jeszcze blog, czy już strona internetowa. Gadżety, nowinki ze swiata nauki. Zawsze można znaleźć tam coś ciekawego. Zawsze.

 

I to w sumie tyle na teraz. A teraz, czując się zwolniony z obowiązku – idę spać.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén