Tag: Film (Page 1 of 2)

Całe Hollywood cuchnie strachem.

Trwa czystka.

Powtarzam się? I tak, i nie – kolejna ofiara, Louis C.K. Mówię „ofiara”, mimo tego, że oczywistym jest, że to sprawca. W Hollywood jednak sprawca jest jednocześnie ofiarą. Już rozwijam wypowiedź.

tumblr_lzwnjwfutd1rqnp16o1_500

To tak łatwo krytykować i myśleć, że tam siedzą zboki i degeneraci, w tym „holiłudzie”. Straszni ludzie, nie? Otóż NIE. To ludzie tacy jak Ty, czy ja – i zanim nastąpi święte oburzenie, żebym mówił za siebie, że ten czy inny by nie gwałcił, nie molestował, nie zachowywał się nie przyzwoicie… tak, oczywiście, że wierzę. Nie w tym życiu. Nie w tej sytuacji. Ale wyobraźcie sobie, że jesteście tymi aktorami, gwiazdami, które są kochane przez miliony, mają kupę kasy i wszyscy aż im się pchają do łóżek. No i co, nie korzystacie „z życia”? A potem przychodzi czas, kiedy popełniacie coś, o co byście się nie podejrzewali. I… nic się nie dziele. Czujecie się wspaniale. Lepiej, od innych. Silniej. Macie kasę, macie sławę, możecie robić co chcecie – świat jest wasz.

Zdaję sobie sprawę, że nie można mówić o 100% populacji. Nie mówię. Mówię o tendencji. Nie od dziś jednak wiadomo, że władza i pieniądze deprawują. O tym, co się dzieje na backstage w Hollywood od lat krążyły pogłoski. Ba, legendy nawet. Hera, koka, hasz, LSD, łatwy seks, wielkie pieniądze.

To, że to, co się teraz dzieje jest dobre, bo ludzie odpowiadają za swoje złe czyny – to oczywiste. Z tym wszystkim idzie jednak pełno niepokojących objawów. Nie podoba mi się na przykład wywalanie scen z danymi aktorami – jak w przypadku Spaceya i filmu „Wszystkie pieniądze świata” – otwiera to pole do cenzury sztuki poprzez pryzmat „zuych artystów”. A ile takich było w przeszłości? Ile pisarzy, filmowców, malarzy, którzy nie zachowywali się „przykładnie”, kiedy tylko zakosztowali sławy? I co, ich dorobek też trzeba wykasować? Rozumiecie, o co mi chodzi?

Ale zboczyłem z tematu – a temat jest taki: za rok wszystko wróci do „normy”. Paru-parunastu osobom z Hollywood posypią się kariery. To są „ofiary” właśnie – ofiary czystki. Reszta się uchowa. I wiecie co? Dalej będą robić swoje. Za dwa lata za kulisami dalej będzie się działo to, co działo się wcześniej. A że czystka już się stała, to następna nie będzie już tak groźna.

A to, że tendencja ludzka jest taka, że pewne rzeczy dzieją się, kiedy pojawia się władza i pieniądze? Po pierwsze, przypomnijcie sobie „eksperyment więzienny”. To właśnie tendencja.

Po drugie, posłużę się tu cytatem z posta Robert Ziębiński, który parę dni temu wszedł mi do głowy i wyjść nie chce:

„A on [Seymour Cassel – przyp. mój] uśmiecha się od ucha do ucha i mówi tak: takie czasy były że myśmy wszyscy wtedy ruchali trzynastki. Ja, John, Jack, Roman. Ale jak przyszło do łapania za jaja, to padło na Polaka.”

Takie czasy, taki klimat, taki Hollywood. Wszyscy tam „molestują”. Teraz przyszło do łapania za jaja. Padnie na paru, reszta trochę się zepnie, ale jak już odetchną…

Co jest nie tak z „Nowym początkiem”?

„Arcydzieło!” – usłyszałem i poszedłem do kina. Film SF ostatniej dekady? Arcydzieło „twardej” fantastyki naukowej? Niesamowity film o pierwszym kontakcie z obcymi? – Takie opinie zalewały mnie od wielu dni i było kwestią czasu, aż w końcu wyląduję w kinie. A że okoliczności były sprzyjające, zrobiłem to jak najszybciej. I… nie wyszedłem w pełni usatysfakcjonowany. 

Nie zrozumcie mnie źle, „Arrival” to nie jest zły film. Ba – mogę śmiało powiedzieć, że jest filmem dobrym. Gra tu niemal wszystko, co grać powinno. Ale są też i minusy, które każą mi powiedzieć jasno: według mnie w tym dziesięcioleciu – ba, w ostatnich paru latach – było parę dużo, dużo lepszych filmów science fiction. Ale o czym ja konkretnie mówię? Cóż, wypunktujmy sobie. Ale póki co:

UWAGA SPOILERY

Zacznijmy od tego, co jest dobre w „Arrival” – bo krzywdzącym dla filmu byłoby tego nie wymienić.

  • Kameralność. 

Film ma taki pomysł: zero rozwalania Nowego Jorku, zero bomb atomowych, czy pokazywania zniszczenia Białego Domu. Miła niespodzianka – tym razem kosmici nie niszczą USA, a po prostu sobie wiszą. I nie tylko nad stolicą popkultury. Twórcy nie zapomnieli, że prócz Ameryki jest też świat. Więc tajemnicze statki wyglądem przypominającym kamienie używane do masażu wiszą sobie na całym świecie w – wydawałoby się – losowych miejscach. Co jest wielkim plusem – akcja filmu rozgrywa się w zasadzie w paru pomieszczeniach. Głównie jest to wojskowa baza i statek obcych. I tyle. Czasem mamy przebłyski ze świata… ale to tyle. Baza, bohaterowie, jak i cały film są odcięci od świata i skupieni na obcych.

  • Powolna akcja

Jedno wynika z drugiego. Akcja tego filmu rozgrywa się powoli, nieśpiesznie. Widz oswaja się z obcymi tak, jak oswajają się z nimi bohaterowie. Więcej – ma czas na zastanowienie się nad zagadkami języka obcych. Nie ma szybkiej akcji, nie ma wielu jej zwrotów. Nie ma strzelanin i wybuchów.

  • „Science” w fiction

No i wreszcie to, co jest najważniejsze – chyba pierwszy raz widzę film tak bardzo skupiający się na prostej prawdzie, że spotkać się z obcymi to jedno. Ale zrozumieć – coś zupełnie innego. Nasze Heptapody to rozwinięte połączenie kałamarnicy z… hmm… no właśnie, czym? „Rączką” z rodziny Adamsów? Sam ich projekt nie jest taki głupi – po pierwsze bazuje na sporym prawdopodobieństwie, że inne białkowe życie wcale nie będzie myślało podobnie jak my. Mówiło podobnie jak my. Rozumiało podobnie jak my. Po drugie okazuje się, że niektóre ośmiornice czy kałamarnice (nie pamiętam dokładnie) są w istocie bardzo inteligentne. Ba – używają narzędzi i w jakiś sposób się ze sobą porozumiewają czymś, co w dużym uproszczeniu można uznać za język. Mają tylko jeden problem – nie uczą się od siebie. Stąd każdy osobnik startuje od zera i nie zachodzi w ich gatunku ewolucja. W „Arrival”mamy do czynienia z czymś, co ewoluowało, ale ich pojęcia i sposób wyrażania się bardzo różnią się od naszego – choćby tym, że ich język i mowa nie są ze sobą zbieżne. Dlatego zagadka jak przejść od prostego powiedzenia „część” do „dlaczego tu jesteście” jest tak pasjonująca.

111

Co poszło nie tak?

  • Nieskomplikowana fabuła

Jak na złość kameralność i powolna akcja sprawiają, że czegoś mi w tym „arcydziele” brakowało. Miałem wrażenie, że oglądam rozciągniętą do prawie dwóch godzin krótką formę. I znów – nie zrozumcie mnie źle. Nic z filmu bym nie wykasował, ale brak pewnych zwrotów akcji, czy w pewnym momencie nawet napięcia sprawił, że czułem się jakbym… hm, sprowadźmy to do książki: wyobraźcie sobie, że kupujecie książkę opartą na TYLKO jednym pomyśle i jednostajnym tempie akcji. Pomysł jest super, ale znacznie lepiej sprawdziłby się w opowiadaniu. Tutaj sytuacja jest podobna – po wyjściu z kina wiedziałem, że sam pomysł mi się podoba. Ale miałem też wrażenie, jakby przez większość filmu nie za wiele się działo. Niewątpliwie minus ten wynika z wymienionych wyżej plusów, ale wiem też, że prawdziwi wirtuozi kina potrafią zrobić film, który trzyma w napięciu a jednocześnie może być spokojny i kameralny. Wystarczy wspomnieć o „Moon” z 2009 roku, albo niedawnym „400 days” z 2015. I chociaż wspomniane filmy mają mniejszy rozmach i swoje wady, to tą jedną rzecz pokazały – w mojej opinii – lepiej.

  • Przewidywalne zakończenie 

No i to mnie chyba najbardziej ubodło. Już po połowie filmu wiedziałem – nie dociekałem a wiedziałem – jakie będzie zakończenie. Nie, nie czytałem wcześniej pierwowzoru. Nieskomplikowana fabuła i dosyć wyraźne początkowe aluzje w formie „retrospekcji” czy może bardziej „wizji” głównej bohaterki dawały zbyt mocne wskazówki co do tego, jak film się zakończy. I kiedy wreszcie się to stało, nie byłem zachwycony. Nie pomaga też dosyć SUGESTYWNE tłumaczenie „Arrival” jako „Nowy początek”. Naprawdę, drodzy tłumacze? Przecież to w zasadzie zdradza całą intrygę!

Mógłbym się jeszcze przyczepić do samego pomysłu na zakończenie. No bo jak to – przylatują kosmici, by obdarzyć ludzkość swoim językiem, który sprawia, że widzi się przyszłość, ponieważ chcą pomocy ludzkości za 3000 lat? Cóż, mnie się to wydało trochę naciągane. Ale dobrze – mogę to zaakceptować. Czemu nie. Niech będzie. Gdyby nie było to tak oczywiste i podawane widzowi niemal co drugą scenę od początku filmu!

Czy więc „Arrival” to film dekady? Arcydzieło SF? Nie, ani trochę. Większe wrażenie wzbudził we mnie „Interstellar”. Niemniej warto się z tym filmem zaznajomić. Ostatecznie – to kawałek naprawdę dobrego kina SF. 

Zresztą – przypatrzmy się hitom gatunku z ostatnich 10 lat, które warto przypomnieć a które – przynajmniej według mnie – były o wiele lepszymi filmami SF. A przynajmniej takimi, które warto polecić – nie wszystkie można porównywać.

  • Incepcja
  • Interstellar
  • Deja Vu
  • Marsjanin
  • Wyścig z czasem
  • Mr. Nobody
  • Ona
  • Niepamięć
  • Chappie
  • Trascendencja
  • Geneza planety małp
  • (nie no, jaja sobie robię – nie mogłem się powstrzymać, wybaczcie)
  • Moon
  • Władcy umysłów
  • Pandorum
  • Cloverfield Lane 10
  • Repo Men
  • Sunshine
  • Europa Report
  • O dziewczynie skaczącej przez czas

Ale głupie te Star Warsy – 5 problemów TFA

 

„In J.J. we trust!” – wołał świat przed premierą najnowszych „Gwiezdnych Wojen” – miałem swoje obiekcje, gdyż Abrams nie do końca zrozumiał ideę Star Treka, czyniąc (moim zdaniem) z filmu sf typowy blockbuster fantasy – dobrze się sprzedający, ale jednak – fantasy. Z drugiej strony ten sam człowiek stał za rewelacyjnym „Lost”. Poszedłem do kina i wyszedłem z niego z uśmiechem. Im dłużej jednak się zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nowe „Gwiezdne Wojny” nie są dobrym filmem. Że J.J. Abrams wcale nie dał rady – zrobiliśmy to sami, bardzo chcąc, by ten film był świetny. A wyszło… 

Czym jest dobry film? Czy tylko „widowiskiem”, jak to się teraz ładnie nazywa, po którym wychodzi się z kina rozluźnionym i wraca do swoich zajęć, czy czymś, co w nas zostaje – historią, którą przeżywamy wciąż i wciąż, rozkładając na czynniki pierwsze? Być może i tym i tym, w końcu nie górnolotnych historii oczekuje się po wytworach Marvela, a dobrego widowiska właśnie. Napięcia. Dawki emocji. Z drugiej strony są filmy, które nie powinny schodzić poniżej pewnego poziomu. Dla mnie zawsze takimi filmami były „Star Wars” – mitologia naszych czasów, zbiór wszystkiego, co już było w nowym i smacznym sosie. Moc była pewną filozofią, Jedi i Sithowie narzędziami swoich idei. W nowej trylogii Lucasa, chociaż krytykowanej, pojawiła się wspaniała intryga polityczna, która bardzo dużo wniosła do Uniwersum. To nie były pełne namysłu, filozoficzne filmy, ale też nie były jej pozbawione – szczególnie części IV-VI. Robiły to, co fantastyka zawsze robiła dobrze – przemycały pewne wyższe myśli pod maską prostej historii.

I tu dochodzę do „The Force Awakens” – zaraz po seansie byłem naprawdę wniebowzięty. W trakcie niego, w pewnych momentach miałem w oczach łzy. A potem doszło do mnie, że to po prostu nostalgia. Chciałem by film był dobry, a Abrams sprawił, by nie był aż tak zły. Jak sprytny czarodziej zaczarował mnie na czas seansu i parę chwil później. Każda iluzja jednak kiedyś się kończy – oto parę problemów, które sprawiają, że film nie umie sam siebie obronić. Od premiery minęło dużo czasu, dlatego pozwalam sobie na spoilery.

Nawiązanie

#1 PROBLEM Z ZAWIĄZANIEM AKCJI 

Każda opowieść ma początek – nawet osobne kawałki tego samego cyklu muszą trzymać się pewnej struktury tworzenia opowieści. Powód jest prosty – odbiorca nie może się pogubić. Podobnie jak w IV części, w TFA zostajemy wtrąceni w środek pewnego konfliktu, o którym w gruncie rzeczy niewiele wiemy. Abrams miał ułatwione zadanie, bo w przeciwieństwie do „Nowej Nadziei” widz wie już bardzo dobrze, czym jest i jak wygląda świat SW. A mimo to wykazał się niezgrabnością. U Lucasa w historię jesteśmy wprowadzani stopniowo. Zaczyna się od „trzęsienia ziemi”, haustu powietrza przy ogromie pokazanego nam Gwiezdnego Niszczyciela, potem zaś przenosimy się na farmę do młodego chłopaka, który spotyka mistrza. I wszystko zaczyna się powoli rozkręcać. Abrams, mam takie wrażenie, chciał widza oszołomić natarczywością i terrorem „First Order” – i trochę przesadził. Oto jakaś planeta, jakiś obóz, jakiś człowiek którego nie znamy (chwilę później umiera), tajne plany i pilot rebelii – moment i nadlatuje Imp… First Order, zaczyna się eksterminacja. Akcja gna do przodu na łeb, na szyję. Ani chwili oddechu. Wybuchy, akcja, jeszcze więcej akcji. I tak naprawdę do końca nie wiadomo, co się działo przez te trzydzieści lat, jaka jest sytuacja Republiki, czemu Ruch Oporu ciągle istnieje – czemu istnieje Imp… First Order? Tak się teraz robi filmy, wiem – szybko i widowiskowo. Ale trochę żal, bo po poczuciu dezorientacji nie następuje wyjaśnienie, a film rwie dalej, przeplatając sceny akcji, z humorystycznymi i dramatycznymi – jak w momencie, kiedy niszczona zostaje siedziba Republiki, Rey zostaje porwana, jeszcze nie przebrzmiał mi w uszach krzyk milionów istnień, a tu już Han rzuca dowcipną uwagę o włosach Lei. Jeżeli Abrams chciał swojego widza wrzucić na głęboką wodę, to już go tam pozostawił – i to bez koła ratunkowego.

Fabuła

#2 PROBLEM Z FABUŁĄ 

To, że sama akcja rwie wciąż naprzód, to nawet nie byłby taki problem, gdyby TFA miało coś do dodania swoją fabułą. Ale nie ma. Mamy dziewczynę z pustynnej planety (dla niepoznaki nazwanej Jakku), która zostaje wybrana do misji (i zostania Jedi), która spotyka pierwszego mistrza (Han), który wskazuje jej drogę, a który jeszcze w tym samym filmie zginie pokonany przez badassa nr.2 (jeżeli chodzi o rangę). Mamy postać humorystyczną (Finn), podbijającego serca robota z WAŻNYMI PLANAMI (BB8), które muszą dostać się w określone miejsce i depczące po piętach Imp… First Order. No dobrze, jest jeszcze najwyraźniej wolna Republika, ale z tym problemem Abrams radzi sobie po prostu ją wysadzając, zanim w ogóle coś więcej zostanie o niej powiedziane. Mamy małą bazę Ruchu Oporu, kilku dzielnych śmiałków, wspaniałego pilota-zawadiakę (czyli co by było, gdyby Han wstąpił do wojska), wreszcie JESZCZE WIĘKSZĄ Gwiazdę Śmierci, którą (znów dla niepoznaki) nazwano „Starkiller”. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję przynajmniej na trochę poważniejszą bitwę kosmiczną, ale nie – dzielni rebeliańci znów polecieli w paru na wielką bazę i dzięki odnalezieniu słabego punktu zmietli ją w pył. Jupii. Wielkie zwycięstwo, radość, tajemnicza scena, napisy.

„Gwiezdne Wojny” Lucasa nigdy nie były zbyt innowacyjne, bo czerpały garściami z popkultury, baśni, mitologii. „Gwiezdne Wojny” Abramsa czerpią jednak garściami z… samych siebie, w pewnym sensie zyskując trochę autoironiczny wydźwięk. To po prostu „Nowa Nadzieja” podana jeszcze raz. I jeżeli tamte rozwiązania (kilka X-Wingów vs. wielka baza wojskowa) można zrozumieć poprzez problem pieniędzmi na efekty specjalne (i w ogóle problem z efektami), to już tu cała sprawa wygląda po prostu śmiesznie. Tam to była heroiczna, samobójcza misja dzielnych Rebeliantów, tu oczekiwanie aż „znów im się uda”. Epicki wybuch był po prostu fajerwerkiem, który i tak musiał nastąpić. Nuda.

Rey

#3 PROBLEM Z REY

Sierota, pustynna planeta na peryferiach galaktyki – przeznaczenie w końcu wyciąga rękę. Rey to żeńska wersja Luke’a. Ale podczas, kiedy Luke długo (chociaż i tak bardzo krótko jak na Jedi) odkrywał, czym jest Moc, Rey już od początku filmu jest cudowna. To silna kobieta, wręcz terminator Jedi. Bez problemu pilotuje Sokoła Millennium, mimo, że wcześniej nie miała styczności z tak dużymi statkami. Ba, robi to lepiej niż Han Solo, nawet rozgryzając poszczególne podzespoły statku. Jak się okazuje później, mieczem robi lepiej od szkolonego przez samego Luke’a mordercę innych szkolonych Jedi. Zapewne dlatego, że na plecach nosi kij i na Jakku musiała go używać. Mało tego, kiedy Luke mozolnie poznawał tajniki mocy i dopiero w drugim filmie jest zdolny (przy dosyć dużym skupieniu) przyzwać swój miecz, Rey robi to parę godzin po tym, jak dowiaduje się, że coś takiego jak Moc istnieje – i to w środku walki. A jakby jeszcze było mało – pokonuje w pojedynku na Moc Kylo Rena – tak, dokładnie tego samego człowieka, który na początku filmu samą siłą woli unieruchomił w powietrzu strzał z blastera i nawet niespecjalnie się tym przejął. Rey jest idealna, potrafi wszystko i za co się nie weźmie, to zrobi doskonale. Jak widz się może z nią zidentyfikować? Otóż nie może. Bo Rey jest po prostu zbyt idealna. Kropka.

kylo

#4 PROBLEM Z KYLO 

Czego oczekiwałbym, gdybym wcześniej usłyszał, że w TFA czarnym charakterem będzie osoba, która znienawidziła rodziców, zabiła wszystkich uczniów Luke’a, sprawiła, że Luke uciekł na jakąś planetę i się ukrywa, a w dodatku jest tak silna Mocą, że robi dokładnie to, co Neo z pociskami w „Matrixie”? Na pewno nie skrzywdzonego chłopca, tupiącego nóżką, o wiecznie obrażonym obliczu, który – kiedy jest zdenerwowany – siecze mieczem… pokój w którym się znajduje w przypływie bezsilnej i histerycznej agresji. Ale taki właśnie jest Kylo „Och, Jak Bardzo Chcę Być ZUY” Ren. Na pewno czeka go metamorfoza, ale obraz który dostaliśmy na początku filmu zupełnie nie pokrywa się z tym, co dzieje się w trakcie. Myślę, że uczniowie Luke’a musieli mieć po prostu pecha i sami nabili się na swoje miecze. Albo wydrapali sobie oczy, kiedy Kylo zaczął tupać nogami i krzyczeć przez łzy, że ich nienawidzi. Pomysł, by „drugi Vader” zamiast opanowanego i mrocznego Lorda był załamanym i cierpiącym młodzikiem jest sam w sobie dobry. W końcu Vader też skrycie cierpiał. Ale Kylo Ren jest po prostu żałosnym nieudacznikiem, którego film bezskutecznie próbuje kreować na wielkiego wojownika Ciemnej Strony (tylko, że z problemami osobowościowymi).

Phasma

#5 PROBLEM Z PHASMĄ

Kiedy ogłoszono, że niezwykle utalentowana Gwendoline Christie wcieli się w Kapitan Phasmę, byłem pewien, że to będzie COŚ. Chociaż osobiście widziałem w niej potencjał na wspaniałego, mrożącego krew w żyłach Sitha. Wyobraźcie to sobie. Ale trudno się mówi. Ona na pewno będzie świetnym czarnym charakterem. Czyżby? Fanatyczka First Order bez chwili wahania pomaga Rebeliantom i… tyle ją widać. Nie wątpię, że jej postać zostanie rozwinięta w następnych filmach, ale i tak już straciła na wiarygodności. W dodatku nie została prawie w ogóle wykorzystana. Kiedy Poe Dameron pojawiał się i znikał (chociaż nie wiadomo skąd tak naprawdę), ona tylko przemknęła przez film. Wielka, wielka szkoda.

Jak lubić nowe „Star Warsy”, kiedy jako sam, pojedynczy film, nie umieją się obronić? Kiedy tak rażące błędy pojawiają się, psując całą radość? Da się – to dalej dobre widowisko. Dla każdego fana Sagi to nostalgiczna podróż, mimo wszystko dająca dużo dobrych emocji. Niestety, zmuszony jestem ocenić, że – chociaż podoba mi się kinowy odwrót od nadużywania CGI – jest to najgorsza część „Gwiezdnych Wojen”. Pełna niezłego humoru („kciuk” BB8), zwrotów akcji, a także przygody. Co z tego jednak, kiedy nie radzi sobie sama ze sobą? Kiedy twórcy nawet nie wysilili się na złudzenie oryginalności w kwestii fabuły, czy bardziej wiarygodny rozwój postaci? Kiedy Abrams, tak bardzo starający się zrobić dobrze fanom starej trylogii, pomija nową tak, jakby nie miała miejsca? „The Force Awakens” to nie jest zły film. Mimo wszystko – miałem na ustach uśmiech. Iluzja się udała, magik zrobił Show i dało mi frajdę. To było dobre widowisko. Szkoda, że tylko widowisko.

Krótkie recki #3 – Złodziejka książek

Topka

Wybierając „Złodziejkę książek” pomyślałem sobie: „Wspaniale! Film o książkach!” Tymczasem srodze się przeliczyłem, bo książki tu są jedynie tłem. „Złodziejka książek” to film o tej strasznej wojnie w Niemczech.

II Wojna światowa była okrutna. Dla wszystkich i bez wyjątku. Dajmy na to w Niemczech palono książki (tak na marginesie, bo wystarczy tu jedna scena), czasem naziści kogoś okrzyczeli, czy nawet zabrali do woja. Były też zakazy. Aha – i pod koniec wojny naloty. Całe dwa. I ludzie się bali. Choć sam nie wiem, po co, skoro ofiary nalotów równie dobrze mogłyby spać – ich niedraśnięte ciała i nawet niepomięte ubrania wśród gruzów mówią same za siebie.

Ale ja miałem przecież o samym filmie… więc film. W filmie uświadczymy paru ciekawych ujęć i szczególnego podkreślenia, iż jest on realizowany dzięki współpracy Niemiec i USA – głównie poprzez dialogi w stylu „Ja, ja this is good” albo „Shaize, ich dont shot well”. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby film powstał przy współpracy Niemiecko-Francusko-Angielskiej, albo Niemiecko-Francusko-Angielsko-Polskiej! Istne multikulti!

Główną bohaterką jest dziewczynka, na którą wszyscy wołają „świnio” (świnioludziu w zasadzie, nie ma dobrego tłumaczenia), ale niewiele ją to obchodzi. Równie dobrze mogliby ją nazywać szmatą – przypuszczam. Świnia podchodzi do życia bardzo optymistycznie (czasami kogoś bijąc) i godząc się z losem, który rzucił ją w ramiona obcych ludzi; kapitana Barbossy i jego żony, Helgi. Szybko do wesołej gromadki dołącza także Żyd, którego od tej pory będą przechowywać w piwnicy. Świnia zdaje się fascynować Żydem w równym stopniu co książkami (choć nie stara się go ukraść), choć w jej sercu zdaje się mieć miejsce także chłopak o cytrynowych włosach. Wątki te nie są jednak w żaden sposób rozwinięte – ot, są. Tak samo zresztą, jak wątek książek, wojny, żyda jako żyda i samej Świnki. Tu się akurat cieszę, bo kiedy już przyzwyczaiłem się do multikulti języka (mniej więcej w 3/4 filmu uszy przestały mi puchnąć), zdałem sobie sprawę, że nie dam rady przyzwyczaić się do gry aktorskiej Sophie Nelisse (Świnki), która oscylowała gdzieś pomiędzy poziomem ekspresji deski a zaangażowaniem aktorów szkolnego przedstawienia jasełkowego. Nie lepiej zresztą poszło reszcie obsady… z jednym, wielkim wyjątkiem. Kapitan Barbossa, w „Złodziejce książek” znany jako Hans a w świecie realnym – Geoffrey Rush okazał się postacią ciepłą, poczciwą i nad podziw sympatyczną. Aż ciepło robiło się na sercu – tego wrażenia nie wymazał nawet scenariusz filmu. Choć bardzo się starał, serwując sceny bez większego sensu i w kontekście późniejszej fabuły.

Nie czytałem „Złodziejki książek” – jestem przekonany, że książka warta jest konsumpcji. Co innego jej filmowa adaptacja, której przekazu można dopatrywać się w utartych schematach (biedny żyd, dobra rodzina, dzielna dziewczyna), których zupełnie ten obraz nie podkreśla, ani też nie nakreśla. Będąc szczerym, udało mi się uchwycić tylko jedno przesłanie – o tym, jak straszna była wojna w Niemczech.

Całe dwa naloty w (względnie) sielankowym mieście.

złodziejka

Krótkie recki #2 – Gravity

gravity

Po latach chudych przychodzą grube – i choć rok 2013 rokiem grubym bym nie nazwał, to już dwa, albo nawet trzy filmy (mniej, lub bardziej) Sf nie tylko mnie zadowoliły, ale wprawiły w stan autentycznego spełnienia. Jednym z nich jest Gravity. 

Nie myślałem, że po Europa Report znajdzie się film, który zadowoli moje Sf Gusta w podobny sposób. W podobny, choć nie dokładnie, bo gdybym miał wybierać, to ER ciągle będzie na pierwszym miejscu. Niemniej Gravity to ciągle bardzo, bardzo dobry obraz, widowisko nawet. Pierwszy film, na który poszedłem z autentycznym przekonaniem, że musi on być w 3D. I oglądało się go bardzo dobrze.

87934_marvin_the_martian

Peany? Zasłużone. Jest kosmos, jest ISS, są czasy w zasadzie obecne, są piękne widoki i wspaniała muzyka. Ponadto obsadę aktorską można policzyć na palcach jednej dłoni, a ważne są w zasadzie dwa nazwiska – Bullock i Clooney. Ten ostatni chyba coś ma do Polski, bo często bierze udział w powiązanych z nami produkcjach Sf – pamiętamy Solaris. Co w Gravity jest polskie? Wódka, oczywiście – i do kiedy Clooney nie powiedział „Na zdrowie”, myślałem, że Kowalski (jego postać) jest pomylonym z polakiem ruskiem.

Radują oczy smaczki, jakie twórcy umieścili w filmie – jak choćby latający w próżni Marvin z „Looney Tunes”, czy pierwsze sekundy filmu, kiedy miałem wrażenie, że z górnego rogu ekranu zaraz nadleci Niszczyciel Imperium. Radują oczy widoki, piękna Ziemia, rozświetlone miasta, zorza polarna, wschód słońca na orbicie, ramię Drogi Mlecznej. Raduje uszy soundtrack – nieskomplikowany, a dynamiczny, tak jaki i fabuła.

Raduje duszę brak amerykańskiego patosu – owszem, Sandra Bullock jęczy, męczy i wzdycha, jest też kobietą po przejściach i dramatach – ale kto z nas nie jest? Raz – tylko raz – miałem „ale”, które na szczęście okazało się przedwczesne. Kiedy? Kto obejrzy, będzie wiedział.

Bo do „Gravity” ale innych nie mam. To bardzo dobry, kolejny bardzo dobry film Sf w tym roku.

Brawo.

gravity2

Czapki z głów, panowie!

 

Zawsze się zastanawiałem, jak to jest, że USA, mając tak skąpą – w stosunku do naszej – historię, umie jednocześnie sprzedać ją w tak niesamowity sposób… a my z kolei zupełnie gubimy się w tej naszej Polsce, mało wiemy (dzięki naszemu szkolnictwu), mało wiedzieć chcemy a o patriotyzmie uczą nas zagraniczne zespoły metalowe jak „Sabaton”.

Być może także dlatego polak wstydzi się swojego kraju, kiedy powinien dumnie wypiąć pierś. Być może dlatego także stąd uciekamy, bo nie widząc dobrych fundamentów trudno cokolwiek zbudować, zwłaszcza, kiedy rządzący usilnie starają się zasłaniać nam oczy.

Upada kultura, patriotyzm, polak wie, że to co Polskie jest złe, a to, co zagraniczne – dobre. Od małego nauczony jest, by kpić z innych polaków, którzy próbują coś osiągnąć i utwierdzać się  w beznadziei, w końcu wreszcie się ucząc, że „tego kraju już nic nie uratuje”.

A mamy z czego być dumni. Tyle, że podczas coraz bardziej ograniczonych lekcji historii mówi się o Pearl Harbor a o Wiznie nikt nie pamięta. Rozpamiętuje się Normandię i wspaniałość innych, zapominając, że Polska była kiedyś potęgą. I że może być nadal, jeśli tylko w nią uwierzymy.

Chociaż jak wierzyć, kiedy nie wie się w co?

Amerykanie wierzą. Ich kultura, ich filmy historyczne wychwalają Amerykę pod niebiosa. Często już do znudzenia eksponując flagę i hymn. Patos wylewa się z ekranu, i choć mamy tego dosyć, to wrażenie pozostaje – ta wielka Ameryka.

Szczególne w pamięci utknął mi początek filmu „Legenda 1990”, kiedy chyba 10 pierwszych minut zajmuje opis podróży do Ameryki i jej widok. Imigranci z Europy padają na kolana, krzyczą, rzucają kapeluszami, płaczą ze szczęścia. Bo to „Ta Ameryka!”.

Tymczasem nasze rodzime kino serwuje nam wątpliwej jakości romanse i filmy komediowe, polegające głównie na podkreślaniu absurdu naszego kraju i jego beznadziei. A jeśli już robi się film, który mógłby być naprawdę dobry, to wychodzi „Bitwa pod Wiedniem”.

Gorzkie to słowa, ale konkluzja jest optymistyczna, zapewniam.

Bo oto okazuje się, że jest jeszcze nadzieja – i tak – brzmi to patetycznie. I dobrze, tak ma brzmieć.  Bo jeśli w Polsce żyją ludzie, którzy potrafią zrobić taki film, jak „Gniew Husarii”, film z rodzimymi aktorami, takąż muzyką (Nasz kompozytor!), trwający co prawda ledwo ponad 4 minuty, jednak mocny, wręcz niesamowity.

Jeśli żyją ludzie, którzy umieją tak pokazać Polskę, to jest nadzieja. Wielu dzisiejszych rodzimych mistrzów kina może tym ludziom czyścić buty co najwyżej. Jeśli to jest film amatorski, to pomyśleć, co by było, gdyby Crusader Films i Studio Kobart, oraz Piotr Musiał, zrobili produkcję pełnometrażową!

Kiedy widzę takie filmy, wierzę, że jest nadzieja.
Brawo, najwyższe dowody uznania dla twórców.

Nawet szarża Rohanu wymięka.

Polecam oglądać w HD i na pełnym ekranie. 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=AyJdeSslnys[/youtube]

I bonus, 40:1 zespołu Sabaton.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xcFzsvnMmXY[/youtube]

Pojedynek – film, który zawsze warto oglądnąć.

Dawno już nie pisałem notki blogowej w Wordzie. Niestety, tu gdzie jestem sieć poszła się… huśtać, powiedzmy, więc jest to konieczność.

Dziś chciałbym opowiedzieć Ci o filmie, który zaraz po obejrzeniu (a oglądałem go w sumie dwa razy) trafił do ścisłej czołówki mojego TOP, zaraz obok „Into The Wild” (Jak zawsze numeru jeden) i „Fight Club”.

„Sleuth” jest filmem zupełnie innym, niż większość. Przed wszystkim poprzez wyjątkowo małą ilość aktorów obecnych na planie. Zresztą, już patrząc na obsadę, można stwierdzić, że widza czeka znakomita uczta dla oczu (i nie tylko).

W główną rolę, arcybogatego, ekscentrycznego pisarza kryminałów Andrew Wyke’a wciela się znany i lubiany (w tej chwili głównie za sprawą Batmana Christophera Nolana) Michael Caine. Nawiasem mówiąc jeden z moich ulubionych aktorów kinowych.

Fabuła filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy młody mężczyzna, Milo Tindle, przybywa do dworu ekstrawaganckiego pisarza. Jak się okazuje, on i żona pana Wyke są kochankami, teraz pragnącymi się pobrać. Jedyną przeszkodą jest właśnie Wyke, nie zamierzający dać żonie rozwodu.
Tindle nalega. Wreszcie pisarz przystaję na propozycje, nawet dorzucając pewien… wartościowy bonus. Jedynym warunkiem jest podjęcie przez kochanka żony wyzwania, czy też swoistej gry…

Proste, prawda?

Owszem. Sama fabuła, choć intrygująca, nie była by jednak wystarczająca, by film został tak wysoko przeze mnie oceniony. Tym, co zagwarantowało mu sukces w moim rankingu była, czy też jest nawet, absolutnie wspaniała gra aktorska połączona z fenomenalnymi dialogami.
A to wszystko złączone z nastrojową muzyką Patricka Doyle. Warto zaznaczyć, że na YouTube, mimo 35 tyś. odsłon soundtrack ten nie uzyskał żadnego głosu negatywnego.

W rzeczy samej – jest czego posłuchać.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=nrTkxmDLUZY[/youtube]

„Sleuth”, po naszemu zatytułowany jako „Pojedynek” jest jak kompozycja wyżej wymienionego twórcy – wszystko tutaj gra w odpowiedni sposób. Osobiście spijałem każde słowo z ust aktorów, cały film albo siedząc w napięciu, albo wybuchając nagłym śmiechem, w zasadzie bez powodu. No, prawie.

Ciekawostką może być to, iż „Sleuth” z 2007 roku jest tak naprawdę remake’iem filmu o tej samej nazwie z roku 1972, także bardzo dobrego, jeśli chodzi o wykonanie, choć dla mnie to remake właśnie zasłużył na oklaski.
Nie zapominajmy też, że samo dzieło powstało na podstawie sztuki Anthony’ego Shaffer’a, co znacznie wpływa na jej odbiór.

W rzeczy samej, „Sleuth” ogląda się jak teatralną sztukę.
Sztukę, do której warto wrócić, by odkryć nowe podteksty, dna i smaczki. Są tam, zaręczam!

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=eDrdGPhs7vg[/youtube]

Obojętność

 

Siedzenie w takiej pracy, jak moja (jeszcze o niej napiszę w stosownym momencie) ma swoje plusy. Po przejściu przez parę tekstów, przychodzi czas na przerwę, w której mogę napisać wreszcie o tym, co gnębi mnie od dni paru.

Znalazłem ten film przypadkiem. W zasadzie już nie pamiętam jak. Uprzedzam, jest drastyczny. Zdecydowanie dla widzów od 18, a może nawet 21 roku życia.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=OKFdQ49rL6Y&feature=related[/youtube]

W zasadzie sam nie wiem, jak to skomentować. Z początku przeklinałem, potem naszła refleksja, że nie jest to tylko „chiński” problem. Znieczulica w społeczeństwach wysoko zapracowanych, uwięzionych przez zbyt wysokie podatki i rygorystyczne przepisy, a także pogłębiającą się biedę i przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi.
Jeśli jesteśmy robotami zaprogramowanymi do pracy, tak właśnie się to kończy.

U nas, w Polsce, nie ma na szczęście jeszcze aż tak złej sytuacji, jednak zdarzają się przypadki, kiedy nie pomożemy. Z powodu strachu, plotek, czy też zrzucenia odpowiedzialności na innych.

Dodam jeszcze opis filmu. Zapraszam na bloga, na którym zanalizowana jest cała sytuacja. Osobiście nie powiem już nic, gdyż wszelki komentarz w tej sytuacji jest zbędny. Wiemy, o co chodzi.

13października 2011r. o godzinie 17:30, na rynku w mieście Nanhai, dwuletnia dziewczynka Yueyue została uderzona i przejechana przez furgonetkę. Kierowca nie wysiadł, żeby sprawdzić co jej sie stało, tylko przejechał ją tylnymi kołami i uciekł. Następny samochód przejechał po Yueyue. W ciągu najbliższych paru minut 18 osób przeszło obok, ale nikt nie zrobił nic, aż do momentu kiedy starsza pani zbierająca śmieci (będące jej zarobkiem na życie) przeniosła ją w stronę krawężnika i wołała o pomoc dla dziewczynki. Jej rodzice byli zdruzgotani, kiedy dowiedzieli się co się stało. Z rozmowy z ojcem dziecka wynika, że ktoś zadzwonił do niego i zaoferował pomoc finansową. Początkowo myślał, że ktoś obcy chciał pomóc. Nie chciał przyjąć pomocy od tej osoby aż do momentu, kiedy dzwoniący przedstawił się jako kierowca. Ojciec nie mógł się opanować, odmówił pieniędzy i poprosił kierowcę, aby ten udał się na posterunek policji, co zostało odrzucone przez kierowcę. „Nie potrzebuje pieniędzy i żadna kwota nie może być zadośćuczynieniem za zdrowie mojej córki” – powiedział.

 

Prywatnie tak (7)

 

Dano już nie kontynuowałem tej serii wpisów. Czas chyba najwyższy, zwłaszcza, że jest to wpis siódmy, więc obarczony odpowiedzialnością bycia szczęśliwym. Czy faktycznie? Można i tak powiedzieć… po straszliwym, czarnym Wrześniu nadszedł zimniejszy i o wiele lżejszy październik dając wytchnienie. Ale o tym później.

 

Czasem zastanawiam się, czym są te wpisy. Rodzajem pamiętnika? Nieudolną imitacją „Tygodnia z głowy” Łukasza Orbitowskiego? Rodzajem prywatnego kącika skarg i zażaleń, który jednak jest udostępniany? Jakakolwiek by nie była prawda, są one najbardziej osobiste ze wszystkich. Oczywiście, mówię często na łamach tego bloga  o swoich – czasem kontrowersyjnych – ideach, ale są one, jak to idee, górnolotne i nie dotykają pierwiastka ludzkiego tak dokładnie, jakbym tego sobie życzył. Co innego „Prywatnie tak”.

Wróciłem z Chrzanowskich Dni Fantastyki, gdzie razem z Krakowską Grupą Horroru (jak czasem określam naszą zbieraninę) przygotowywaliśmy panel o horrorze. To w sumie dziwne, czyżby w całym Chrzanowie nie było nikogo, kto interesuje się i zna na horrorze na tyle, by móc coś poprowadzić? Niemniej, daliśmy radę, a nawet lepiej. CDF były miłą odmianą po nieudanym (niestety) Krakonie. Sam konwent był dziwny. Mało ludzi, jakaś taka porządna szkoła, teatr, podziemia, demoniczny kelner… dziwnie, naprawdę dziwnie. A poza tym jeden z lepszych konwentów, na jakim byłem, choć spędziliśmy tam tylko parę godzin.
Co się najbardziej zapisało w pamięci? Walki na miecze z „Kręgiem Mieczy” (zaprosili nas na trening w Krakowie), prelekcja o korektorach Asi, rozmowy o książkach Kazka Kyrcza i Dawida Kaina (Cytat o jednej z książek traktującej o zabójczym lesie: „Dialogi są tak drewniane, jakby faktycznie pisał je sam las” [by. Kazek]) czy wreszcie sama nasza rozmowa o tym, co straszniejsze – rzeczywistość, czy horror. Rozmowa owocna i przełomowa dla mnie. Chyba wreszcie udało mi się tak totalnie otworzyć na publikę.

Październik jest też dobrym miesiącem pod względem mojej literatury. Obecnie czekam na trzy coraz bliższe premiery, z czego powiedzieć mogę o jednej… inne trzymając w tajemnicy. Lubię tajemnice.
Już niedługo ukazuje się „City2”, czego dowodzi chociażby wpis u Krzyśka Maciejewskiego. Z początkiem listopada będę podpisywał egzemplarze na Krakowskich Targach Książki (Niedziela, 6 listopada po 12:00). Z kolei tuż przed Halloween trochę namotam i powiem o pewnej niespodziance, która będzie na cały Halloweenowy weekend. No i gdzieś w okolicach 25-go października też powinno się stać coś miłego.
Więcej nie powiem.

 

Na koniec ciekawy filmik, który znalazłem w sieci. W sumie nadawałby się na reklamę prezerwatyw, nie uważacie? :)

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ciQ20ZyBs7g[/youtube]

 

A przy okazji: Mam wątek autorski na forum Qfant. ZAPRASZAM.

Zdetonujmy!

Organizatorzy tegorocznego Polconu zastanawiają się, czy konwent się w ogóle odbędzie. Też na ich miejscu nie byłbym pewny. Zwłaszcza, że ja jestem za detonacją. A Wy?

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lzJnPxxJHUg&feature=player_embedded[/youtube]

 

Swoją drogą, jaki to pisarz?
Głosuję za… Jakubem Ćwiekiem. I chętnie poznam Wasze opinie.

Prywatnie tak (6)

 

Sesja jest strasznie żarłocznym potworem, mówię Wam. Ale pewnie niektórzy już to wiedzą. A ci co nie – cóż, dowiedzą się i tak. Ale nie o tym chcę teraz mówić. Zanim uderzę we właściwy temat – parę ogłoszeń.

Całkiem niedawno powiadomiono mnie o awarii na blogu. No, mniej więcej na nim, bo oto serwis Enklawanetwork.pl zmienił serwery i odnośniki do moich tekstów przestały być aktualne – usterka jest już naprawiona. Dzięki osobom, które zwróciły mi na to uwagę :) Niestety jeden z tekstów nie ocalał w czasie przeprowadzki – moja relacja z konwentu Confuzja.


Druga sprawa jest już ważniejsza – została uruchomiona nowa podstrona z informacjami o Qfancie. Aby nie było łatwo, tak jak w przypadku tej z tomikiem Horyzontów Wyobraźni – trzeba gdzieś kliknąć. Gdzie? Niektórzy wiedzą… pozostali powinni się domyśleć. Mam za to prośbę do wszystkich, którzy znajdą ukrytą stronę – wciśnijcie ,,lubię to”. Zależy mi (to chyba oczywiste), by jak najwięcej osób usłyszało o naszym już dwumiesięczniku. Będę wdzięczny.

 

Teraz zaś uderzamy w główny temat:

 

 

Chciałbym wszystkich Was i każdego z osobna zaprosić na konwent Krakon, który odbywał się będzie od 30 czerwca do 3 lipca w Krakowie (w obrazku odnośnik do strony konwentu). Szczególnie zapraszam w ten piątek, 1 lipca, na godzinę 20. Razem z Franciszkiem Zglińskim będę zadręczał pytaniami Kazka Kyrcza i Dawida Kaina na ich spotkaniu autorskim. Będzie brutalnie, będzie krwawo i bardzo… chorobliwie. Taaak.
Czekam więc w drugim dniu konwentu na wszystkich wielbicieli mocnych książkowych doznań :)

I, jeśli możecie, polubcie także ten wpis, niech się ludzie dowiedzą o Krakonie, a co.

 

***

 

Miałem nie mówić, ale powiem- jak wszystko pójdzie dobrze, w piątek czeka wszystkich obecnych specjalnie uknuta przez Kazka i mnie niespodzianka :]

 

PS
Jej, prawie zapomniałem – nie wiem czemu, ale na moim blogu czasem dzieje się tak, że nie widać dodanych komentarzy. Wszystkim, którzy nie widzą – zalecam użycie klawisza F5 w celu odświeżenia strony. Z reguły pomaga.

Jest ktoś w domu?

 

Tak się jakoś stało, że nie pisałem… chyba z miesiąc. To dosyć duży okres czasu, więc od razu powiem, że plotki o mojej domniemanej śmierci są absolutnie wymyślone. Żyję, żyję. Brak wpisów był powodem sytuacji dosyć mało dla mnie komfortowej, a mianowicie panowie robotnicy, którzy od pół roku borują mi kamienice uznali, iż mój kabel od Internetu na pewno nie jest używany i – jak stwierdzili – wygląda staro. Skutkiem ich dedukcji było odcięcie tegoż, a także i mnie od szerszego świata. Postaram się jak najszybciej naprawić straty czasowe. Zwłaszcza, że tematów na wpisy trochę się nazbierało…
Ale póki co – tyle.

W ramach przeprosin piosenka, którą siostra mojej kobiety ostatnio nam zadedykowała, jako opis naszego związku. Nie powiem, coś w tym jest :>

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Dhl7vqPh2uI&feature=player_embedded[/youtube]

 

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén