Tag: śmierć

Śmierć

Umiera.
Obok mnie, na podłodze. Mucha. Kona, a ja przeżywam relaksującą noc.

Właśnie przeczytałem około koło 250 stron ciągiem. Dawno nie miałem takiej okazji, by sobie położyć się z książką i po prostu czytać. Puściłem 10godzinną porcję jazzu z odgłosami deszczu, na obu monitorach mam interaktywną tapetę – szyba, strugi deszczu i zachmurzone miasto. Piję sobie earl greya na rozgrzanie i odczuwam totalny relaks – tylko taki, jaki można odczuć w trakcie czytania, jakby książka dosłownie defragmentowała mózg, układając w nim myśli tak, by łatwiej im się płynęło.

Read More

Za co umieracie?

topkamajdan
Tam powiewają flagi i zgasili światło. Brakło prądu? Nie, to blokada Kijowa. Nikt nie wejdzie, nikt nie wyjdzie. Majdan płonie. Właśnie zginęły kolejne dwie osoby – to już 22, po obu stronach. Giną protestujący, giną policjanci, którzy nie chcą bić, ale biją. Niedaleko, bo za zachodnią granicą – Polska. Jak zwykle, podzielona na tych, którzy kibicują i tych drugich, zadających bardzo trzeźwe pytanie – po co Wam Unia? Przecież tu jest źle. 

Wybór, przed którym staje Ukraina jest już całkowicie jasny – albo Rosja, albo Unia. Nie ma trzeciej drogi, teraz już nawet ucieczki nie ma. Majdan…? Majdan to jedno z wielu miejsc, niemniej symbol. Jeśli on się załamie, to wszystko się załamie. Ale buntownicy stoją twardo. Kiedy Berkut strzela, oni rzucają kamienie i koktajle Mołotowa. Kiedy Berkut przypuszcza szturm, oni go odbierają, kiedy Berkut wysyła wóz piechoty, nie dojeżdża nawet do protestujących – staje w ogniu.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=wm1NkqSPsvM[/youtube]

Taka zajadła walka wprawia niektórych w zdziwienie. Zrezygnowany Polak puka się w czoło i pyta – po co oni tak walczą? Przecież z Rosją będzie im lepiej, niż z nami, z Unią, bo już nie z Polską. Putin sprawi, że będzie żyło się lepiej.

Zrezygnowany Polak ma rację.

Czarnowidzenie

Jeśli demonstranci wygrają, przyjdzie taki dzień, że powiedzą – to był błąd. Będą o tym mówić głośno w telewizji, na blogach, na fejsie. Okaże się, że Ukraina nie ma pieniędzy, a rządzące partie rozrywają jej truchło jak hieny walczące o padlinę. Ukraina, tak dumna w czasie protestów, teraz zbombardowana tolerancją, rozmiękczona przepisami i pozbawiona duszy i tożsamości – już nie kraj, ale euroregion. A obok będzie silna Rosja, z rurociągami, z wielką flotą i wpływami. Zrezygnowany Ukrainiec usiądzie wtedy, westchnie, spakuje się i pojedzie na emigracje gdzieś, gdzie będzie mógł jakoś żyć. Wcześniej jeszcze napisze na Facebooku, że pieprzyć to wszystko.

z15484960AA

Majdan 2014

Więc po co i na co walczy i ginie Ukrainiec? Zanim do tego dojdziemy, może parę słów o tym, jak wygląda dziś Majdan. Sława Ukrainie – tak się witają protestujący. Obok strażaka siedzi pisarz, profesor i robotnik. Wszyscy krzyczą równo – Sława Ukrainie! Majdan płonie, ludzie z pierwszych szeregów nazywani są „górnikami” – to dlatego, że są czarni od dymu. Pewnie umrą szybciej, bo dym jest toksyczny. Kto może stoi na warcie, pozostali albo śpią, albo śpiewają hymn, lub Metalicę, albo oglądają Simpsonów i filmy motywujące i patriotyczne, puszczają je też Berkutowi, ale funkcjonariusze w tym czasie mają prikaz, by oglądać serial rosyjski. Obok w knajpach ludzie piją kawę i cykają zdjęcia – turyści. Czasami widać przechadzające się obok rannych pluszowe maskotki.

(…) Obok inny świat. W kawiarni ludzie piją gorącą czekoladę i herbatę. Na rogu kilka osób robi zdjęcia. Fotografują ślad po ostrej amunicji i wszystko, co pozwoli im opublikować na Facebooku dowody, że byli w środku rewolucji. Co krok, ktoś, kto nie wygląda na rebelianta je roznoszony przez wolontariuszy barszcz ukraiński, kanapki ze smalcem. „Turyści” rozglądają się jakby uczestniczyli w wycieczce po skansenie.

Na terenie całego Majdanu stoją stragany, na których można kupić ukraińskie flagi, proporce. Pewnego razu zaczepiają mnie gigantyczne, pluszowe maskotki. Proponują, że mogę zrobić sobie z nimi zdjęcie – jeśli zapłacę. Jedna z nich to znana z „Epoki Lodowcowej” wiewiórka. Jej związek z rewolucją i Ukrainą jest niejasny.

WIĘCEJ: http://wyborcza.pl/1,75477,15485066,Prawnik__pisarz__bezrobotny___siedzialam_z_nimi_na.html#ixzz2tj5r2WBB

Tak wygląda Majdan, kiedy jest spokojnie. Kiedy leje się krew, zostają już tylko protestujący, berkut i media, w bezpiecznej odległości. Czasem ludzie są po prostu zestrzeliwani, jak TUTAJKrajobraz po bitwie wygląda w większości tak samo, zmienia się tylko liczba rannych i zabitych – nie maleje.
(Jeśli chcesz to zobaczyć – proszę bardzo – ostrzegam jednak, że nie jest to widok dla nieletnich… albo tym bardziej – jest).

Śmierć na marne? 

Oceniając sytuację z zewnątrz, można oczywiście stwierdzić, że Ukraina znalazła się między młotem a kowadłem. Do niedawna sam skwitowałbym sytuację, że być może i protestujący walczą i (może) wygrają ku własnej zgubie, ale przynajmniej będą mogli o tym mówić, narzekać. Pisać. Będą mogli wyjechać, pieprzyć wszystko i wszystkich. Będą mieli na tyle wolności, by być zrezygnowani i z kwaśną miną powiedzieć – to był błąd. I nie dostaną później smsa, iż zostali zarejestrowani, jako uczestnik zamieszek. Mało prawdopodobne też, by ich ktoś za własne zdanie wywiózł do lasu i zabił. A przynajmniej nie za często. Walczą więc o wolność, albo chociaż – jej namiastkę.

Myślę jednak, że gdyby zapytać Ukraińca, czemu postanowił postawić swoje życie, nie mówiłby tymi słowami. Nie zastanawiałby się, czy to dobrze, czy źle, że walczy, ani jakie to będzie miało wieloletnie konsekwencje, ani tym bardziej nie wykłócałby się na Facebooku w komentarzach, wyzywając od lewaków, prawicowców i oszołomów.

Próbuję sobie wyobrazić Ukraińca. Myślę, że powiedziałby, że po prostu coś w nich wszystkich pękło, że nie potrafili dłużej siedzieć w domach bezczynnie, ani wcześniej, ani teraz, kiedy giną ludzie. Że walczy, bo on nie jest zrezygnowany, że walczy, bo ma nadzieję, że będzie lepiej. I po prostu nie może, nie umie i nie chce zmieniać swojego kraju wkładając głos do puszki, bo to i tak nic nie zmieni – koryto i świnie zawsze pozostaną. On, Ukrainiec, wyszedł na ulicę i zapewne zginie. Nie wie, czy będzie lepiej z Unią. Ma nadzieję, że po prostu będzie.

I najważniejsze – wie, że gdyby został w domu i zrezygnowany wykłócał się z drugim Ukraińcem w internecie, to nic by się nie zmieniło.

Tylko nie mogą odpuścić. Więc umierają.

Dla szansy i wmawiając sobie, że będzie lepiej.

z15485112AA

 

Zabijać legalnie…

Parę dni temu, przy, co poniedziałkowej lekturze ,,Wprost”, natknąłem się na artykuł, dotyczący sprawy pani Barbary Jackiewicz. Sprawy, którą media znów usiłują rozgrzebać na nowo.
Ale od początku; Pani Barbara jest starszą kobietą. Jej syn, Krzysztof, jest chory na SSPE – bardzo rzadkie powikłanie po odrze. Choroba uaktywniła się u niego w wieku lat 16, kiedy zemdlał w szkole. Dziś ma lat 41 i większość czasu spędza przykuty do łóżka, tkwiąc w stanie, który wielu z nas nazwało by ,,wegetatywnym”, czy też byciem ,,rośliną”.
Przez wiele, wiele lat jego matka opiekowała się nim, czuwała przy jego łóżku, ba, od tego wysiłku pękł jej kręgosłup, a nad kolanami pojawiły się bruzdy!
Ta kobieta poświęciła swój czas, by czuwać wiele lat przy łóżku chorego syna. Rozmawiać z nim, uśmiechać się, głaskać, pielęgnować… Wcześniej, zanim Krzysztof zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością, próbował popełnić samobójstwo. Ona jednak zabroniła mu umierać, powstrzymała go. Uratowała. Bo, mimo choroby, chciała, by jej dziecko żyło nadal, wiedziała, że zawsze jest szansa, a cuda naprawdę się zdarzają. I Krzysztof się zgodził. Odżyła w nim wola walki, na prośbę matki, z miłości do niej i samej chęci – został przy życiu, wiedząc, że ona będzie przy nim czuwała, nie pozwoli, by stało mu się coś złego.
Prawdziwy pokaz matczynej miłości i poświęcenia, prawda? Każda matka, która robi coś takiego, powinna dostać nagrodę. Bo to, co zrobiła Pani Barbara jest tak piękne i cudowne, że…

…nie mogło trwać zbyt długo?
Nie wiadomo, co się stało. Być może Pani Basia doznała olśnienia, objawiły się jej nadprzyrodzone moce, albo po prostu się zmęczyła… tak, czy siak, prawie rok temu zażądała od państwa, by to przyznało jej prawo do zabicia własnego syna.

Sprawa legalizacji zabójstw jest bardzo kontrowersyjna. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy mają po swoich stronach szereg argumentów mających zniszczyć argumenty tamtych, worek tychże, służących do ogólnego zniszczenia swoich przeciwników i parę, schowanych w tylnej kieszeni spodni, które mają udowodnić ich rację.
Sprawa jest głośna, żyjąca własnym życiem i krzykliwa, a przy okazji spełnia rolę pożywki dla mediów.
Osobiście nie jestem zwolennikiem legalizacji eutanazji, choć -przyznaję- są pewne przypadki, kiedy takowa byłaby dopuszczona… są one jednak bardzo, bardzo skrajne, a legalizacja dałaby w rezultacie szereg zabójstw i wiele nadużyć, co łatwo można wywnioskować, patrząc na naszą rzeczywistość.
Ale odbiliśmy trochę od tematu, przejdźmy do Kochającej-i-Cierpliwej pani Barbary:

,,Proszę o to, aby pozwolono mi skrócić to straszliwe cierpienie” – mówi.
A więc tak się przedstawia sytuacja? ,,Pozwólcie mi go zabić, a jeszcze najlepiej sami to zróbcie”?
O tym, że żyjemy w świecie iluzji pisałem już dawno TUTAJ. Dziś mogę powiedzieć, o jeszcze jednej iluzji, pokrywającej się właściwie z kłamstwem. Bo przecież o wiele łatwiej jest poprosić ogół, by ten nam pozwolił zabić, niż zrobić to samemu, z odpowiedzialnością i świadomością konsekwencji. O wiele jest znaleźć inną, zastępczą nazwę na zabójstwo i nazwać je ,,eutanazją”. I od razu brzmi lepiej, mniej groźnie.
Oczywiście, każdy wie czym to tak naprawdę jest… ale nawet wiedząc można się okłamywać. To coś podobnego, jak w przypadku palacza, który chce rzucić nałóg, więc nazywa każdy dzień ,,tym ostatnim”. Faktem jest, że dopiero kiedy przyzna, że tego dnia nie ma, a on musi odstawić już teraz (co mu się na pewno nie uda, ale liczy się nastawienie).
Tak. Bardzo prosto jest znaleźć inne słowo i wymagać od innych rozgrzeszenia, zgody na zabójstwo, czyniąc z nich tym samym osoby współwinne. Pani Barbara, mimo, że jest już zmęczona, że ma dosyć i wie, że, póki syn będzie żył, nie przestanie o nim myśleć, nie zdobędzie się na zabójstwo z zimną krwią. Zamiast tego woli wołać z głębi swojego Och-jak-bardzo udręczonego serca o wszech-akceptacje i przyzwolenie na zabójstwo.

,,Gdyby Krzysiu był na respiratorze, tobym nie prosiła nawet o eutanazję, odłączyłabym po prostu respirator” – tak brzmią następne słowa w ustach kochającej matki.
Więc dlaczego nie zrobi czegoś podobnego? Dlaczego, powiedzmy, nie kupi gnata i nie pójdzie do szpitala? Dlaczego nie wpakuje kulki własnemu synowi?
Bo nie może. Bo się boi, nie mogła by go tak po prostu zabić. Zamiast tego woli prosić, by jej pozwolono. Inaczej bowiem musiałaby zmagać się ze świadomością, że zrobiła to sama. A ludzie, którzy wcześniej stali za nią murem, teraz opluwali by ją, czytając w nagłówkach gazet ,,MATKA ZABIŁA WŁASNE DZIECKO!”.

,,Co będzie ze mną, jak już mu pozwolą umrzeć?” – pyta dalej Pani Barbara, potwierdzając tym samym moją tezę o potrzebie akceptacji.

Dalej dowiadujemy się więcej o losie Krzysztofa – po pierwszej, medialnej zawierusze, zainteresowała się nim fundacja ,,Światło”, prowadząca, uwaga, jedyny ośrodek dla osób w stanie wegetatywnym w Polsce. W świetle fleszy został przewieziony do ośrodka w Toruniu. Pani Barbara pamięta, że, gdy jej syn wyjeżdżał ze swojego mieszkania na warszawskich Bielanach, po twarzy ciekły mu łzy.
Rozłąka trwała dwa miesiące. Pani Barbara nie mogła jednak znieść tęsknoty i zabrała go do domu. Wtedy to media przestały się interesować tą sprawą.

Kolejne tygodnie znów stały się męką czuwania. Jej organizm nie wytrzymywał obciążenia. W pewnym momencie jej kręgosłup po prostu pękł, a ją samą przewieziono do szpitala. Krzysztof trafił do Torunia już na stałe.
Ma tam bardzo dobrą opiekę. Pielęgniarki robią wszystko, by wyjeżdżał na spacery, miał zapewnioną rozrywkę… nawet wózek dostał…
Tymczasem jego matka szaleje z tęsknoty. A właściwie szalała, bo, jak sama przyznała ,,Moja choroba pokonała tęsknotę” .

Może chodzić, oglądać telewizje i czytać o sobie w gazetach. Niestety, nie wolno jej podnosić ciężarów, więc opiekować się już Krzysztofem nie może.

,,Ale pojechać do Krzysia muszę.” – dodaje – ,,Przytulić, pocałować, porozmawiać”
W dalekim Toruniu jej kuzynka przykłada Krzysiowi słuchawkę do ucha:

,,Mama bardzo cię kocha – mówi. Ponoć Krzysztof poznaje jej głos.

I tak to się ciągnie. Kobieta szepce mu do ucha czułe słówka, a potem idzie się spotykać z Palikotem, by ten napisał projekt ustawy o eutanazji, a następnie domaga się, by lud pozwolił jej uśmiercić syna, którego uratowała od śmierci, którego bardzo kocha, któremu poświęciła swoje życie i o którym nie może przestać myśleć, tak bardzo tęskni.

,,A ja wiem, że większość ludzi mnie popiera. Tylko nie rozumiem, dlaczego boją się o tym głośno powiedzieć”

Dramatyczne wołanie z oddali, wołanie Pani Barbary, nie przeszło bez echa. Do dyskusji włączyli się przeciwnicy i zwolennicy legalnej śmierci.
A ja… ja mam nadzieję, że -tak jak w innych- tak i w tym przypadku nasz rząd wykaże się brakiem zainteresowania. Oby, bo nie chcę, jako staruszek po zawale serca zostać kiedyś zabity, jako worek pełen części zamiennych.

Pod koniec artykułu napotkałem się jednak na bardzo mądre zdanie, wypowiedziane przez Panią Barbarę:

,,Niech ktoś w końcu policzy, ilu jest takich jak Krzysiu w Polsce. I ile kosztuje ich codzienna pielęgnacja. Bo skoro nie chcą pozwalać na śmierć, niech staną na głowie, żeby życie tych ludzi jakoś wyglądało”

I pod tym podpisuję się obiema rękami i prawą nogą.

Media w afekcie

O Haiti ostatnimi czasy słyszałem wiele. Dziwić się temu nie można, wielkie trzęsienie ziemi było tak katastrofalne, że media nie mogły przepuścić okazji na zrelacjonowanie nam krwawej jatki ze wszystkimi możliwymi szczegółami.
Minęło parę dni. Szum ucichł, mało kto pamięta już o Haiti.  Do mediów znów wkroczyła polityka i inne, wielkie, lub mniejsze tragedie relacjonowane prawie na żywo 24 godziny na dobę.
Dobry czas, by wspomnieć raz jeszcze o Haiti.  Ale tym razem nie o trzęsieniu ziemi.

Rozminąłbym się z prawdą, gdybym powiedział, że nie oglądam telewizji wcale. Czasami przecież zdarza mi się rzucić okiem na ekran włączonego odbiornika, kiedy przechodzę przez pokój. A i idąc ulicą,  zdarza mi się popatrzeć na wystawę sklepu RTV i AGD, gdzie stoi sobie włączony telewizor.
Nie odwracam głowy, bo i po co? Mam się bać?
Faktem jednak jest to, że telewizji, jako takiej, nie lubię.  Nie lubię reklam, filmów przerywanych nimi co 15 minut i wiadomości, gdzie reporterzy podnieconym głosem świadczącym o tym, że nastąpiło zdarzenie co najmniej rozmiarów asteroidy uderzającej w Ziemię, relacjonują kolejny, pełen bezsensu dzień z życia polityki.
O wiele bardziej wolę internet. Wszelkie informacje są napisane i sam mogę decydować co czytam, a co nie. Jeśli coś mnie nie interesuję – nie klikam.
A jeśli do artykułu jest dodany film, zawsze ma funkcje ,,play” i ,,stop”. Naprawdę, cudowne narzędzie.
W taki to sposób, klikając w link, dowiedziałem się o pewnym zdarzeniu na Haiti, które było zbyt… kontrowersyjne, by umieszczano je gdzie indziej. A i tu zepchnięte było na sam koniec listy.

Z okazji trzęsienia ziemi, na dotychczas mało zauważaną i biedną wyspę Haiti zjechały się ekipy mediów z całego świata, wojsko i, w następstwie, pomoc sanitarna. W całym tym rozgardiaszu ekipy  z szaleństwem w oczach biegały z kamerami wśród zawalonych budynków i kręciły co się da, wysyłając w świat materiały tej okropnej katastrofy.

Ale nie na tym nie poprzestano. Haiti stała się na krótką chwilę największym, światowym ,,Wielkim Bratem”, a wydarzenia z wyspy omawiano na salonach w Europie i USA przy filiżance porannej kawusi.

W całym tym zgiełku, dziennikarze CNN znaleźli prawdziwą sensację!
Jadąc przez Port- a u- Prince  ujrzeli leżących na ulicy mężczyzn, postrzelonych przez funkcjonariuszy policji, którzy uznali dwóch, niosących paczki ludzi za szabrowników i, bez zastanowienia, wypalili w ich stronę z swoich pukawek.
Taka okazja nie trafia się dwa razy. Nasi ,,bohaterowie” wyciągnęli więc cały osprzęt z samochodu i podeszli do mężczyzn. Nie zapomnieli, rzecz jasna, włączyć swoich kamer i nakierować szklanego oka, pełnym dramatyzmu ujęciem, na umierającego człowieka. Drugi, lekko postrzelony, kiedy zaczął prosić o pomoc, także dostał swoje pięć minut sławy.
Nie często ma się okazje filmować kogoś umierającego od kuli, prawda?  W zgiełku jadących na około samochodów, na gorącym od słońca asfalcie, przy akompaniamencie radosnego bzyczenia much,  dziennikarze z radosnymi od myśli o wynagrodzeniu minami  kręcili operę pod tytułem ,, człowiek umiera!”.
Musieli się spieszyć. W końcu nie wiadomo, kiedy kto umrze, a trzeba jeszcze nakręcić jak to krew wypływa z ust, jak mężczyzna w agonalnych skurczach podryguje na chodniku…
(Pomoc? Jaka pomoc? O czym ty do nas, gościu mówisz?! My tu ciężko na ŻYCIE zarabiamy, kręcąc nasz REPORTAŻ w tym śmierdzącym, barbarzyńskim kraju!)

Jak to było? ,,Żadna praca nie hańbi”? Prawda. Ale sposób, w jaki się ją wykonuje – już tak.
Jestem ciekaw, czy bohaterowie dzisiejszego wpisu pomyśleli choć raz o tym, by zawołać kogoś po pomoc, zamiast pędzić co tchu, by nakręcić śmierć.
I ciekawe, ile za ten swój materiał dostali. 100 dolców? 200? Na ile wyceniono film o umierającym człowieku?

Skończyła się książeczka. Radosny Pinokio zawędrował na swoje miejsce w szufladce.
– Tato, a zostaniesz jeszcze chwilę? Boję się potworów z szafy…
– Nic się nie bój, kochanie. Potwory z szafy nie istnieją. ( w przeciwieństwie do tych, za drzwiami naszego domu) Więc nie obawiaj się. Jesteś bezpieczna.
Tata wychodzi z pokoju, gasi światło.
Jest w domu, jest bezpieczny. To dobrze, ma coś do zrobienia.
W milczeniu idzie do łazienki. Patrzy na przygotowaną przez siebie pętle. Tak, tak dobrze. Koniec strachu. Już nigdy nie będzie musiał wyjść z domu, nigdy już nie będzie się bał. Potworów. Bo one istnieją. Mała Basia jeszcze o tym nie wie, ale one tam są. Nie w szafie, lecz w jego biurze, w telewizji, w sejmie…
Zarzuca pętle na szyję. Staje na umywalce.
Nareszcie. Koniec strachu. Papa, potwory.
Krok w przód.
I koniec bajki.

LINK do Artykułu tu (film też tu jest)—> KLIK

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén