Tag: ja

Michał Stonawski – Na Efantastyce

 

Przerywając na chwilę opowieści ze szlaku, chciałbym zaproponować nowy cykl artykułów, który prowadzi Marta „Nubia” Porwich – „Ja, Debiutant”, czyli o tym, jak ludzie pióra dochodzą… do pióra.

Jestem zaszczycony, że to ja właśnie mogę ten cykl otworzyć swoją opowieścią. Tekst pisałem nie będąc jeszcze członkiem redakcji serwisu. Nie wiem, czy czytanie historii mojego życia może być w jakiś sposób ciekawe, czy nie, ale… zapraszam. Bo mogę :)

-1-

Moja historia z pisaniem rozpoczęła się w czasach, kiedy nawet za bardzo nie potrafiłem sklecić poprawnego zdania. Za to umiałem czytać. Dukając, bo dukając, ale jednak.

A pociąg do czytania? Był. To nieprawda, że dzieci trzeba uczyć tej sztuki pod przymusem. Wystarczy podsunąć im odpowiednią lekturę, nawet jeśli z początku to nie one osobiście zapoznają się z daną pozycją. Mnie czytano bardzo dużo. Już w wieku sześciu lat (głównie dzięki niezmordowanej babci i maniakowi czytania – ojcu) znałem „Historię żółtej ciżemki” i wiedziałem, jak to wyglądało za czasów „Paziów króla Zygmunta”. Nie był mi obcy Robin Hood, Sherlock Holmes, powieści Juliusza Verne’a czy nawet „Quo Vadis”.

Książki sprawiły też, że zainteresowałem się szczegółowo niektórymi z prezentowanych w nich tematów. Pamiętam, jakby to było wczoraj, moje „wykłady” o układzie słonecznym i innych galaktykach, wygłaszane w czymś, co nazywało się „Akademia Sześciolatka”. Wychowawcy dziwili się, a ja po prostu dorwałem w swoje ręce opasły tom jakiejś encyklopedii astronomicznej i tak długo dręczyłem mamę, aż w końcu zaczęła mi ją czytać.

Popołudniowe, czy też wieczorne odczyty szybko przestały mi wystarczać. W końcu musiałem nauczyć się trudnej sztuki odcyfrowywania liter. W wieku lat siedmiu byłem już tak zakręcony, że pochłaniałem co popadło – od ulotek reklamowych po liczące ponad osiemset stron cegły. Rzecz jasna, miało to swoje odbicie w szkole. Początkowa (pełna niedowierzania) radość nauczycieli, że oto dukający chłopiec tak szybko stał się mistrzem szybkości w przekładaniu kolejnych stron przerodziła się w zgrozę, kiedy moje stopnie zaczęły drastycznie spadać. Powód? Poza czytaniem nie robiłem praktycznie nic innego. Doszło nawet do tego, że za złe sprawowanie w domu dostawałem szlaban na książki… Szlaban, który i tak omijałem, czytając pod kołdrą w nocy i śpiąc tylko parę godzin dziennie.

Ten głód historii nie obejmował tylko i wyłącznie książek. Niestety, z filmami było gorzej, bo choć wiele z tego, co studiowałem uważano za lektury „ponad mój wiek” (jakby ktoś określił odpowiedni przedział lat do czytania), to serwowane w telewizji „ruchome obrazki” w kategoriach wiekowych przekraczających moją, często znajdowały się poza zasięgiem, strzeżone przez dzierżące pilota władcze ręce starszych (ale i tak sobie radziłem. Wystarczyło tylko cicho, w godzinach nocnych, podkraść się do uchylonych drzwi w pokoju rodziców…).

-2-

Gdzieś tak miesiąc przed rozpoczęciem trzeciej klasy podstawówki, mając osiem lat (osiem i PÓŁ! – jak z dumą podkreślałem), uwidziało mi się, że zostanę pisarzem. Pewnego sierpniowego wieczora, goszcząc w domku cioci nad Bałtykiem, siadłem przy stole, prosząc o kredki, ołówek oraz papier… i zniknąłem z otaczającej mnie rzeczywistości. Wszyscy myśleli, że będę rysował. Lecz ja skupiłem się nad wielkim dziełem, do którego zrobiłem okładkę, a kiedy ta już była gotowa, wzorem z czytanych książek – od akapitu – rozpocząłem opowieść.

Sam nie wiem, czemu tematyka tegoż dzieła nie obracała się wokół Indian i szalonych przygód. W tym czasie byłem wręcz rozkochany w książkach Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, a także, napisanej z udziałem jego żony, trylogii Złoto Gór Czarnych.

Jednak bardziej kochałem moje własne światy, kreowane za pośrednictwem klocków LEGO. Ta moja pierwsza „powieść” opiewała więc rycerskie czyny (dziwnie podobne do tych, znanych mi z legend arturiańskich) wcześniej odgrywane podczas zabawy i ciągnącego się godzinami budowania świata przedstawionego z małych, plastikowych sześcianów.

Moje postanowienie zostało odebrane jako zwykła fanaberia ośmiolatka. Chciałem wtedy zostać także żołnierzem, geologiem (do dzisiaj mam całą gablotę skamienielin, niektóre całkiem reprezentatywne) i wielkim podróżnikiem, choć nigdy nie potrafiłem sprecyzować czy tylko ziemskim, czy kosmicznym również.

Nie zostałem żołnierzem. Marzenie o byciu geologiem umarło gdzieś w gimnazjum, po tym, jak przegalopowała po nim pewna pani od geografii. Z fantazji o podróżowaniu pozostały częste wypady w niewiadomym kierunku z plecakiem i kosturem w ręku. Jednak marzenie o pisaniu stało się dla mnie niezniszczalnym kierunkowskazem życiowym.

-3-

Kiedy, po pamiętnym wieczorze sierpniowym, pasja pisania nie tylko mi nie minęła, ale i zaczęła wzrastać, stało się jasne, że (z niewiadomych moim opiekunom powodów) uparłem się jak osioł. Na nic się zdały początkowe tłumaczenia, że takiego młodego to nikt nie wyda, że nie dam rady, że to bardzo długa i niepewna droga. W końcu machnięto ręką i zaczęto całą sprawę traktować z pobłażaniem, przecież życie i tak mnie w końcu kopnie w cztery litery.

Tymczasem z opowiadania na opowiadanie uczyłem się, jak pisać… 

 

Dalszy ciąg na EFANTASTYCE

Kłaniam się…

… przed Wami, czytelnikami. Z dniem dzisiejszym przestępuję próg i zaczynam pojawiać się w prasie. Trzeba to… oblać. Ale to swoją drogą. A teraz konkrety, bo wiele nie napiszę. Łapy mi się trzęsą… z zimna chyba. No, z radości też. Aczkolwiek zwariuję dopiero wtedy, kiedy będę mógł powąchać druk…
No dobra. Nie rozkojarzać się. Oddychać. To podstawa. Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wdech, wdech…
Konkrety. A są one takie:

Dziś miała miejsce premiera siódmej (szczęśliwa liczba) odsłony kwartalnika literackiego QFANT. W nim ukazało się moje opowiadanie pt. ,,Zabawa”. Wymęczone jakiś czas temu, staje się pierwszym prezentowanym szerszej widowni. Mam tremę jak cholera, jestem ciekaw, czy wypadło dobrze… czy wypadnie, właściwie. Ale mniejsza – już jest. Kolejny stopień pokonany, teraz tylko brać się do jeszcze większej pracy.

Tak więc, kłaniam się nisko i… zapraszam do zabawy z ,,Zabawą”!

LINK do siódmego numeru kwartalnika.

L I N K do opowiadania ,,Zabawa” mojego autorstwa.

Będę szalenie wdzięczny za komentarze i głosy. Zarówno tu, jak i tam. Aha, no i zwróćcie uwagę na piękną grafikę, której autorem jest Ernest Dziedzic! Dzięki niej wygląda to wszystko… klimatycznie :)

Nie przedłużając – dobrej ,,Zabawy”!

Waka-waka – cyje!

Wybywam.
Od jutra (19.09.10) – na tydzień mnie nie ma. Poza wszelkim zasięgiem, poza czasem i przestrzenią, gdzieś w puszczach i borach – pod gwieździstym niebem, nad jeziorem, przy ognisku. Tam jest moje miejsce na ten tydzień.
Wakacje się kończą – więc kończę je spektakularnie i w najlepszy możliwy sposób – z przyjaciółmi. Nie wszystkimi, niestety… ale zawsze.
Czas goni jak szalony. Zbliża się jesień, studia i wielka zima (ponoć Golfstrom coś podupadł na zdrowiu… nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą), a po niej niekoniecznie ciepłe lato (znów nasz przyjaciel prąd) i może znów zima…? A może więcej? A może wcale nic? Przekonamy się. Ja tam się nie boję, przeżyliśmy (ludzie) epokę lodową u początków dziejów  – teraz powinno się udać też. Co najwyżej nas trochę przetrzebi… (jeśli coś się w istocie zbliża).
Póki co jednak – wakacje czas kończyć. I zacząć wyjazd. Tak więc – życzę Ci wszystkiego najlepszego i… do zobaczenia wkrótce (o ile mnie wilcy nie zjedzą, hehe)!

A jak przyjadę, to pewnie niektóre machiny ruszą z kopyta, więc będzie duuużo informacji :)
Stay tuned!

Na koniec – ciepłe rytmy:

EDIT:

Jestem z Wami jeszcze do piątku!
Niech żyją komplikacje… :>

Pióro z nowym tuszem.

Wakacje powoli się rozkręcają. Wróciłem z klasztoru Benedyktynów (relacja już niedługo!), jutro w moim domu organizowany będzie ,,Cedricon” (nieoficjalny konwencik grozy, dla przyjaciół), a już w piątek zaczynają się Dni Fantastyki… nie wspominając o rychłych wynikach maturalnych i rekrutacji na studia.
Może to więc nie wyglądać na ,,powolne” rozkręcanie, lecz – w głębi duszy – mam nadzieję, że jest. Że prawdziwy zawrót głowy dopiero mnie czeka. I być może to jest właśnie prawdą…?

Niedawno dowiedziałem się, że organizatorom ,,Horyzontów wyobraźni”, ogólnopolskiego konkursu literackiego, udało się załatwić sprawę z antologią konkursową. Skutkiem tego jest już pewne, że moje opowiadanie ,,Wyrok” ukaże się w druku gdzieś w okolicach jesieni, a co za tym idzie, pojawię się na papierze w całej (tak mi się wydaje) Polsce. Oczywiście, antologie będzie można kupić także przez Internet.
Nie muszę chyba mówić, że się cholernie cieszę? W końcu to mój papierowy debiut. A znaki na niebie i Ziemi mówią jasno, że czas niespodzianek jeszcze się nie skończył…! Co mam na myśli? Będę informował na bieżąco.

Antologia wyjdzie nakładem wydawnictwa Radwan, które zasłynęło z wydawania znanego i lubianego, a takze mile wspominanego przez fandom czasopisma literackiego ,,Fenix”.

… aż chce się pisać!

A, przy okazji. Od jakiegoś czasu kibicuję prężnie rozwijającemu się zespołowi muzycznemu ,,Identity” . Chłopaki mają i pasję i talent, to widać po tym jak śpiewają. Zachęcam do zaglądnięcia na ich stronę i przesłuchania paru kawałków (najbardziej spodobał mi się ,,Nobody”). Warto.

Prywatnie tak (3)

Przychodzi taki czas, że coś się musi skończyć, aby inne musiało się zacząć. Tak jest i teraz. Powiem Ci, że to jest bardzo niezwykłe uczucie, graniczące trochę z niepokojem i niedowierzaniem, dziwne, bo szalona radość, która miała się pojawić jakoś nie daje o sobie znać. A powód jego jest bardzo banalny (a przecież to banały są tak naprawdę najbardziej oddziałujące), bowiem po ponad piętnastu latach edukacji, prawie całym moim życiu, udało mi się wydostać spod ,,opiekuńczych” skrzydeł Ministerstwa Edukacji Narodowej, kończąc maturę i tym samym zaczynając 4-miesięczne wakacje.
Powiem Ci, że sam nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy nie. A może inaczej – wiedziałem, ale jakoś… nie mogłem. Spłynęło na mnie tylko rozluźnienie i błogość, jakie mogli odczuwać żołnierze po długiej i wycieńczającej bitwie.

Szkoła nauczyła mnie wielu rzeczy; panowania nad nerwami, patrzenia niebezpieczeństwu prosto w oczy, czy też pomysłowego radzenia sobie z problemami. Ale sza, bo stąd już blisko do stwierdzenia, że szkoła nauczyła mnie myśleć, co byłoby istnym zaprzeczeniem rzeczywistości.
Uczęszczając do szkoły nauczyłem się wiele o ludziach, o złych emocjach, o tym, że jeśli umiem liczyć, muszę liczyć tylko na siebie, czy też, że zawsze znajdą się osoby, które zrobią wszystko, by było ci jak najgorzej. I że często są nimi nauczyciele.
Było to dla mnie, jako przyszłego (mam nadzieję) studenta psychologii bardzo ciekawe doświadczenie – obserwowałem zachowania stadne w całej krasie, masową panikę, agresję, czy hipokryzję. Istny plac zabaw dla człowieka zainteresowaną psychiką ludzką!
Dzięki szkole też, poznałem prawdziwy gniew, zimną furię, bym powiedział i nauczyłem się ją kontrolować. To ciekawa rzecz – uśmiechać się, kiedy w środku aż cię rozsadza.
Chciałbym więc szkole teraz bardzo podziękować, za tak bogate doświadczenia, dzięki którym zrozumiałem parę rzeczy. To mi bardzo pomogło.
Myślę, że teraz warto zacząć się uczyć. Nadchodzą studia, tam już edukacji nie ma.
Szczęśliwy, macham MENowi na pożegnanie.

Wspominam dzisiejszy dzień, kiedy, siedząc w kuchni z Viearem i pijąc Earlgrey’a, rozluźniony i wygodnie oparty na krześle zrozumiałem, że w poniedziałek wcale nie muszę już iść do szkoły. Że matury też już pozostały za mną. To wielka ulga. Wiesz co, cholernie się cieszę. Czując w ustach przyjemne ciepło tego napoju bogów i żartując z przyjaciółmi wiem, że sobie na to zasłużyłem.

Ale odejdźmy już od tego. Chciałbym Cię poinformować o trzech rzeczach; jedną z nich jest to, że od 1-go wyjeżdżam i nie ma mnie na dwa tygodnie. Dosłownie – nie ma. Odcinam się od świata za klasztornymi murami, nawet komórkę będę miał włączoną może przez godzinę na trzy dni. A zaraz później (i to już druga sprawa), od 25-go czerwca we Wrocławiu organizowane są Dni Fantastyki. Serdecznie zapraszam. Będę tam ja, będzie pewnie cała (lub prawie cała) redakcja Enklawy Magii, będzie Viear, Alak, Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas, a także Milena Wójtowicz, Jakub Ćwiek, i… i jeszcze wielu, wielu ciekawych, wartych poznania ludzi. I będzie się działo. Wystarczy wspomnieć o operze fantasy (dobrze czytasz), wyświetleniu ,,Head to love” – genialnego filmu na podstawie prozy Łukasza Śmigla i Kazka Kyrcza, że nie wspominając o licznych LARPach, grach RPG, konkursach, prelekcjach… naprawdę – polecam.


I następna sprawa; jutro (w niedzielę 30 maja), o godzinie 15 Joorg organizuje Broadcast z Morrowinda. Jako, że jestem wielkim fanem tejże gry, poprosił mnie o gościnę, tak więc nie tylko on będzie komentował to, co będzie widać na ekranie, ale także i ja. Cóż, zobaczymy, jak to wyjdzie, nie jestem dobry w komentowaniu na żywo, ale mam już parę pomysłów…
Zapraszam i wstawiam link do zapowiedzi, którą udało się nam przygotować z Joorgiem w środę:

http://www.xfire.com/video/2c0109/

Wiesz, w czasie swojego życia poznałem różne osoby. Niektóre fajniejsze, inne mniej, niektóre dziwne, inne niepokojąco normalne, jeszcze inne – uzdolnione jak diabli.
Taką uzdolnioną osobą jest pewna moja przyjaciółka. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego, jak ona. Artystka.
Wyobraź sobie, że jesteś znudzony. Tak bardzo, że samo życie Ci obrzydło. Straszne, prawda?
A teraz pomyśl o osobie, która potrafi się nudzić twórczo. Niezwykłe. Zwłaszcza, jeśli robi to dla kogoś.

W sumie mogłem się pochwalić już dawno. Bo to jest tego warte. Mnie osobiście zapiera dech w piersiach. Wyobraź sobie, że właśnie ta moja przyjaciółka postanowiła, nudząc się, oprawić ,,Pętle” moje pierwsze, nadające się jako-tako do czytania, opowiadanie.
I wyszło z tego takie oto cudo (wszystko robione jest ręcznie):

Nie jest to może ,,poważna” publikacja, ale miło mieć coś takiego na półce, zwłaszcza, jeśli jest robione specjalnie dla ciebie. Niesamowite.

Cóż, i na koniec sprawa aktualizacji – na ostatnim spotkaniu autorskim Robert Cichowlas zwrócił mi uwagę, że ten ja  w zakładce ,,o mnie” na tym blogu to nie ja. A przynajmniej nie ja teraz. Też tak pomyślałem i, dzięki Viearowi i jego fachowemu, graficznemu oku, zaktualizowałem zdjęcie. Teraz ja jestem już mną.

I mi z tym dobrze, ot co.

Prywatnie tak (1)

Powaga męczy. Czasem, choć tematów do opisania dużo, choć Wena męczy – trzeba przystopować. W końcu ile można pisać o świecie, problemach politycznych/etycznych/religijnych/niepotrzebne skreślić ?
Co jakiś czas trzeba wrzucić na luz. Zając się czymś przyziemnym, odpocząć i zastopować. O tym drugim pisałem już kiedyś TUTAJ .
Tak samo w życiu, jak i w pisaniu trzeba czasem wskoczyć na boczny tor. Tak i ja dziś robię.

Ostatnio doszedłem do ciekawego wniosku – jestem uzależniony. Przez wiele lat różni ludzie wmawiali mi uzależnienie od rożnych rzeczy. Najpierw – do telewizji, potem, gdy Wielkie-i-Mówiące przestało być dla mnie ciekawe okazało się, że jestem uzależniony od gier komputerowych. Kiedy zaś te odeszły w cień, zaczęto mi wmawiać, że jestem internetowym ,,nolife”. Oczywiście żadne z tych twierdzeń prawdą nie było, bez każdej z tych rzeczy potrafię się obejść. Jest jednak coś, bez czego nie potrafiłbym normalnie funkcjonować. Pewne rzeczy, od których jestem uzależniony i przyznaję się do tego bez bicia. Chodzi mi o książki.
Książki. Te papierowe bramy do innych światów. Od małego były mi przyjaciółmi. W wieku lat 9-ciu miałem już za sobą takie powieści jak seria ,,Złoto Gór Czarnych” czy też ,,Tomki”, ,,Historia żółtej ciżemki” , ,,w 80 dni dookoła świata”  , ,,Pollyanna” , lub ,,Dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żeglugi” , nie wspominając już o takich klasykach, jak obie ,,Alicje”, czy ,,Paziowie króla Zygmunta” . Chwała należy się tu mojej babci, która niezmordowanie mi te książki czytała (a potem czytałem je już sam).
Najpierw była ciekawość, potem pasja… teraz jest uzależnienie. Przekonałem się o tym ostatnio, kiedy w parę dni kupiłem dziewięć książek, uzupełniając swoją bibliotekę.
I nie ma siły, bym nie napisał co kupiłem, zwłaszcza, że chciałbym zachęcić i was (czyżbym zmieniał się w Dealera?), pozycje te są warte kupna.
Tak więc:
Komórka – S. KING
TO – S. KING
Cztery pory roku – S.KING
Gotuj z papieżem – J. Ćwiek
Nowe idzie – Opowiadania Sf pod redakcją Michała Centarowskiego
Decathexis – Ł. Śmigiel
Zbieracz burz – M.L Kossakowska
Oraz
Nadchodzi – Ł. Orbitowski
i
Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa – J.R.R Tolkien

Zagościły wreszcie na moich półkach. I nie mogłem się powstrzymać, by tego nie kupić. To jest naprawdę poważne uzależnienie, tak poważne, że wcale mnie nie niepokoi.

A jeśli już Was do czegoś zachęcam, to, pozostając w temacie chciałem napisać o pewnej amerykańskiej komedii, którą od jakiegoś czasu namiętnie oglądam. Trzecia planeta od słońca – bo tak się ów nazywa, traktuje o czwórce zwariowanych kosmitów, którzy przylecieli na Ziemię, by się uczyć o ludziach. A, jako, że ludzie są bardzo skomplikowanymi istotami – zostali na dłużej.
Generalnie seriale komediowe oglądam rzadko. Ot, czasem trafią się ,,Horzy doktorzy” …
Serial to doskonała okazja do relaksu, a także przyjrzenia się naszej cywilizacji, zwyczajom i mentalności trochę z dalszej perspektywy, co prowadzi do mądrych wniosków. A tak przy okazji można się trochę pośmiać.
Mila odskocznia od rzeczywistości i zarazem głębsze w nią spojrzenie. To chyba są główne atuty serialu, które sprawiły, że zacząłem go oglądać. Oczywiście – cały dostępny jest na YouTube, możesz więc oglądać go kiedy i jak chcesz.
Nic więcej nie powiem, zachęcam do oglądnięcia, dodam jeszcze pierwszą część odcina numer jeden.

Wpis pierwszy

Ale na pewno nie ostatni. Słuchając podniosłej muzyki z gry ,,Dawn of War II” jestem pewien, że nie. Przeniosłem się tu z portalu gram.pl , gdzie miałem zaszczyt przez trzy lata prowadzić bloga, który stał się moją stroną oficjalną.
Różne są koleje losu. na Gram.pl byłem użytkownikiem od pierwszego dnia tego serwisu, z pewnym więc bólem obserwowałem, jak coraz bardziej się stacza. Najpierw opuściłem forum, potem bloga. Uznałem, że hipokryzją z mojej strony mówić będzie o wolności – będąc na portalu, gdzie tejże nie ma (i godząc się z tym). Ponadto ,,gramsajty”, jak nazwano te tworzone przez użytkowników strony, nie były tak naprawdę blogami. Zamknięte na świat, odseparowane. Po wielu aferach, BANowaniach innych użytkowników i zabraniania im dostępu do tekstów (których byli autorami) zdecydowałem wreszcie, że nie jest to miejsce dla mnie.

Jestem więc tutaj. I…podoba mi się. Od kiedy pierwszy raz postanowiłem się pobawić wordpressem. Myślę, że będzie mi się tu dobrze pracowało.
Otwierając więc ten mój kącik w sieci chciałbym podziękować paru osobom, bez których to miejsce by nie powstało. I nie jest to utarty zwrot, który stosuje się w książkach. Nie, to miejsce naprawdę nie miałoby żadnych szans powstać (nie mówiąc już o egzystowaniu w sieci) gdyby nie Fumiko, która już od wielu tygodni próbowała mnie przeciągnąć na stronę wordpressa ( i udało się! Chwała jej za to!), wyprosiła dla mnie miejsce na tym serwerze, pomogła biednemu ,,noobkowi” w postawieniu tej strony od strony technicznej (powstań, mój potworze!). Fumiko, jesteś wielka. Naprawdę. I niezmordowana, o tak ;]
Kolejną osobą jest Aniou, właściciel tego serwera. Ten człowiek (słuchajcie!) ten człowiek, oddał ot tak część miejsca na mój blog, wiedząc o mnie tylko tyle, co mu powiedziała Fumiko! I, naprawdę, chętnie bym mu uścisnął rękę. Dzięki, naprawdę wielkie dzięki za to, co zrobiłeś!
Następny w kolejce jest Godryk. To samo, właściciel domeny (o tak szlachetnej nazwie) sf-f.pl . Też mnie nie zna i też (ot, tak) pozwolił, na moją bytność tutaj. W dzisiejszym świecie – zachowanie bardzo rzadkie. Godryk – wirtualnie potrząsam Twoją dłonią :)

Cóż, podziękowania zostały spisane, czas się brać do roboty i zabrudzić te czyste karty kolejnymi wpisami. I myślę, że tu będzie ich więcej, niż te marne 400 na poprzednim blogu.
Co mam jeszcze dodać?
Zaczynamy!

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén