wyszczerz

Życie jest do dupy – tę prawdę znają wszyscy mieszkańcy Ziemi – jedni bardziej, drudzy mniej. I nie przytoczę tu za przykład skwaszonego narodu polskiego, bo skala rozciąga się od obywateli tej bardziej znanej (ale ciągle nie poznanej) Korei, do tryskających szczęściem ludzi jakiegoś odległego kraju, który gdzieś przecież musi istnieć. Prawdę tę znam i ja, a ciągle zdarza mi się chodzić z głupim wyszczerzem. Są dwa rozwiązania – albo jestem głupi, albo wiem coś, czego nie wiedzą smutni ludzie. 

Przestałem pisać, dopiłem ostatni łyk herbaty, poćwiczyłem trochę na gitarze i zacząłem pytać sam siebie, czemu się uśmiecham. Moje życie to droga przez ciernie na dnie bagna zanieczyszczonego przez oczyszczalnie ścieków. A ja? Uśmiecham się jak debil. Więc, czemu nie? Pogdybam sobie na luzie, w końcu od tego też są blogi.

Miałem taką nauczycielkę WFu w gimnazjum. Miałem dwie, ale ta, o której mówię była… tą brzydszą. No i ta nauczycielka każde zajęcia zaczynała od pytania mnie, czemu się uśmiecham i okpienia mnie z tego powodu. A ja, niezmiennie, odpowiadałem, że uśmiecham się, bo mi wesoło. Sam nie wiem, czemu – w końcu gimnazjum to najgorszy okres w życiu każdego ucznia, u mnie nie było w tym temacie odstępstw. No, ale, jako lekkoduch, uśmiechałem się tym bardziej, im bardziej było do dupy. I narobiłem sobie tym wrogów, nie tylko takich, którzy kpili.

Przykładowo w liceum strasznie zbulwersowałem moją chemiczkę tym, że po otrzymaniu pały, poszedłem do ławki z uśmiechem na twarzy. Zwymyślała mnie, że nie powinienem się uśmiechać, tylko płakać. Cóż, kiedy nie potrafiłem? Uśmiechałem się nawet wtedy, kiedy pani chemiczka zrobiła wszystko, by mnie na koniec roku upupić – co jej się zresztą udało. Jeszcze bardziej się uśmiechałem, kiedy w następnym roku liceum tajemniczo zniknęła, a ja – jak się okazało – taki zły z chemii nie byłem…

Ale do rzeczy. Siedzę wczesnym rankiem (a nawet nocą jeszcze) i pytam się, dlaczego ten wyszczerz? I dochodzę do takich wniosków – nie dlatego, że mam pasję. Pasja pozwala się oderwać od świata, ale kiedyś trzeba do niego wrócić, więc logicznym wnioskiem jest, że byłbym wtedy smutnym człowiekiem. Nie dlatego też, że jest paru dobrych ludzi w moim otoczeniu – dobrzy ludzie mają własne życia, ich pojawienia się są miłe, ale nie bombardują mnie przecież pomocą cały czas. Także zaneguję myśl, że jest to oznaka mojej wytrzymałości na szarość życia. Bo i nie uważam siebie za jakoś szczególnie silnego. Nie przyrósł mi też wyszczerz do warg, bo nie mam go cały czas, jedynie czasami.

Skąd więc wyszczerz się wziął? 

Czy jestem głupi? Tak, trochę tak, ale to też nie o to chodzi. Dochodzę do wniosku, że cała sztuka jakiejś namiastki szczęścia polega na selekcji – wpychaniu całego brudu do jednego wora, zostawianiu reszty. Niejako budowania sobie własnej rzeczywistości – bo i sobie ją małymi kroczkami (ważne, by były małe, dużymi nie wyjdzie) zbudowałem. Umościłem sobie własne miejsce do mieszkania – tak, jak tego potrzebowałem, oraz by odpowiadało mojemu poczuciu estetyki. Zamontowałem grube zasłony w oknach. Zacząłem realizować najgłupsze marzenia, które ludzie zwykle spychają gdzieś dalej, z uwagi na niepotrzebne wydatki.

Chciałem mieć gumowego kurczaka, więc go kupiłem. W dzieciństwie bawiłem się szklanymi kulkami, po wielu latach udało mi się zakupić bardzo podobne. Pomyślałem też sobie, że chciałbym nauczyć się grać na gitarze – i brzdąkam, idzie mi coraz lepiej. Nie kupiłem sobie jeszcze kaftanu bezpieczeństwa – a zawsze chciałem go mieć. Kupię, wkrótce, jest następny w kolejce.

Marzenia zacząłem realizować jeszcze w dzieciństwie – a im więcej mogłem, tym więcej realizowałem. Zasadę, by spychać złe rzeczy do wora, pierwszy raz zastosowałem w głębokiej podstawówce. Czy one się tam gromadziły? Kiedyś – tak. I to było trudne, ale potem po prostu zacząłem oddychać. Co więc dla mnie jest drogą, by schwycić swoją część szczęścia?

Ośli upór, sito, małe kroczki.

Truizm? Banał? Głupota? Zwariowałem?

Owszem. I jest mi z tym bardzo, bardzo dobrze.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments