Napisał Łukasz Orbitowski na swoim blogu słów parę – zdanie, od którego można zaczynać opowieść, bo Orbitowski lubi na blogu pisać i jego wpisy są co najmniej tak samo wciągające, jak książki byłego już króla polskiej grozy. Dlaczego „byłego”? Bo sam autor wielokrotnie zaznaczał, że horrorem już się nie para. Mówił też, że głównie dlatego, iż nie ma już na horror pomysłu, niemniej gatunek ten nadal go fascynuje. Widać to choćby i po omawianym wpisie, w którym wygłasza opinię, jakoby polska groza nie miała szans na zaistnienie. Czy jest tak naprawdę? Chyba tylko czas może pokazać, ale słów pisarza miary Orbitowskiego nie sposób pominąć milczeniem. 

Polski horror jest jak polska piłka nożna, polskie kino widowiskowe, polski transport publiczny, polskie elektrownie atomowe i wiele innych rzeczy – to znaczy nie udał się i nigdy się nie uda. Grabiński przymierał głodem. Gdyby Stephen King urodził się w Polsce, miałby bloga, pracowałby na kasie w Lidlu, a w najlepszym razie pisał linie dialogowe do „Prawa Agaty” czy czegoś podobnego.

– pisze Orbitowski

Pomijając to, że polska piłka nożna radzi sobie ostatnio jakby lepiej, a i nie sposób zapomnieć jej wcześniejszych sukcesów, polskie kino widowiskowe też ostatnio ma nowe pomysły i coś zdaje się zmieniać, a transport publiczny to już nie te same rozklekotane pojazdy co dwadzieścia lat temu (może poza pociągami, te zawsze zdają się być wręcz stworzone dla klimatów grozy), łatwo można pojąć, o co Orbitowskiemu chodzi – Polska nie wydaje się być krajem w którym horror dobrze się sprzedaje. Co zresztą sam autor zaznacza:

W Polsce, gdzie fatamorganę marzeń wyznacza średnia krajowa (niecałe tysiąc euro), gdzie wydostanie się z prowincji przypomina pielgrzymkę do Medjugorie, a samotna matka zamiast pomocy dostaje centralny wpierdol, nie potrzeba żadnych horrorów.

I nie potrafię się z Orbitowskim nie zgodzić. W myśl zasady, że trwa jest zawsze bardziej zielona na przeciwległym brzegu rzeki, także i czytelnicze upodobania skłaniając się ku temu, czego w otoczeniu się nie znajdzie. W latach 80 i wcześniej była to literatura science-fiction, pozwalająca oderwać się od ziemi, jej problemów i dosyć ponurego ustroju. Przypomnę, że SF docierała dodatkowo z Zachodu – mitycznej krainy, gdzie „musi być jakaś cywilizacja”. Później przyszło (i utrzymuje się nadal) zafascynowanie fantasy. A horror? Jeśli wierzyć Orbitowskiemu, w naszym kraju mamy go za dużo, by ktoś chciał sobie jeszcze dokładać.

I tak można by to zostawić – wszystko zdaje się układać w miarę logicznie i spójnie. Tyle, że – o ile się z Łukaszem zgadzam – nie mogę być zgodny w pełni. Czy Polska to kraj, gdzie ludzie krzywo się na grozę patrzą? Jak najbardziej. Część osób z powodów podanych wyżej, część, bo „potwory i strachy” jakoś nie współgrają z obrazem dobrego chrześcijanina (choć i tu uogólniać nie można). Jednak w jednym się Łukasz Orbitowski myli – ludzie, którzy myślą w taki sposób to w większości nie jest target twórców grozy. Ba, nie sądzę nawet, by był to target twórców fantastyki. Targetem obecnej literatury są bowiem ludzie żyjący w sieci – czy może powiem dosadniej – w „globalnej wiosce”. Odbiorca grozy to człowiek, który wie co to Netflix, Amazon, Allegro, czy Ebay. Czasami chodzi do kina na filmy o superbohaterach, czasami ogląda seriale w domu, na pewno spotkał się z fenomenem „The Walking Dead” czy „Westworld”. Mówiąc krócej – to człowiek, dla którego świat nie jest ogrodzony przez granice naszego kraju, a żyje popkulturą.

No to czemu w takim razie ten polski horror nie hula już po księgarniach – spytacie. Poniekąd… także z powodów, o których Orbit wspominał. Polska to nie jest kraj łatwy dla tego rodzaju twórczości – ilustruje to choćby przypadek filmu „Córki dancingu”, reklamowanego jako musical i komedia, a zawierającego sceny gore i wątki grozy – i w ten sposób reklamowanego dopiero w USA, gdzie właśnie wchodzi na reklamy. Horror jest bowiem ryzykowny – trudno przepchnąć coś „nowego”, jeśli panuje przekonanie, że Polacy lubią łatwo, szybko i najlepiej żeby nie było angażujące umysłowo. Śmiem jednak twierdzić, że Polacy są takimi samymi ludźmi, jak i obywatele reszty świata, lub też nawet bardziej wymagającymi. Podpieram się tu ocenami tworzonych na jedno kopyto komedii romantycznych, oraz liczbami czytelników w grupach zainteresowań poświęconych na przykład Stephenowi Kingowi.

Nisza polskiej grozy

Problem moim zdaniem leży gdzie indziej – otóż odbiorcy nie wiedzą o produkcie. I tyczy się to tak książek jak i filmów.

Już kiedyś o tym wspominałem – to takie błędne koło. Wydawcy nie inwestują w polski horror, bo to ryzykowne i brak czytelników -> więc czytelnicy nie wiedzą że polski horror istnieje -> więc wydawcy nie inwestują w polski horror, bo to ryzykowne i brak czytelników. Dołóżmy do tego kryzys czytelnictwa, dołóżmy wielkie sieciówki, które nie płacą wydawcom, dołóżmy brak pieniędzy wydawców, dołóżmy omawiany wyżej fakt, który zauważył Orbitowski i którego zanegować też nie można… i mamy przepis na brak sukcesu.

Dodatkowo polska literatura grozy jest obecnie promowana… głównie wśród czytelników literatury grozy – jest bardzo mało osób, które pojawiają się „z zewnątrz”. A i tego „zewnątrz” nie da się tak łatwo zdefiniować – wyobraźcie sobie okrąg, w którego środku będzie polska groza wpisany w naprawdę OLBRZYMI okrąg gdzie są fani Stephena Kinga nie wiedzący zbyt dużo o polskim horrorze. Cała reszta osób jest poza tym dziwnym tworem. Smutna prawda jest taka, że mimo ostatnich lat starań i naprawdę sporego ruchu, tworzenia się środowiska i inicjatyw dalej jesteśmy po prostu małą niszą. 

Horrory i ludzie

Czego polski horror potrzebuje? Myślę, że przede wszystkim wyjścia do ludzi. Istnieją odbiorcy i jest dosyć spory target – być może nie jest on olbrzymi, ale z pewnością zaspokoiłby zapotrzebowania gatunku. Lub (cichutko marzę) rozpędziłby go na skalę światową. Wracając na Ziemię, jest jeszcze jedna rzecz, o której wspomniał pisarz Marcin Rusnak w dyskusji na facebooku – właściwe książki.

Nie umniejszając twórcom horroru ekstremalnego, gore czy bizarro i wszelkich innych odmian grozy, czytelnik, który pierwszy raz styka się z horrorem powinien wziąć do ręki „grozę dla każdego” – coś, co zaowocowało u Kinga i dzięki czemu pisarz ten zrobił tak wielką furorę. Mocne obyczajowo, ciekawe z punktu widzenia książki grozy niekoniecznie ukazujące niuanse obcowania płciowego z trupem. Zrozumiał to choćby Stefan Darda – najpierw pisząc takie książki, potem po prostu wychodząc z nimi do ludzi, jeżdżąc nie tylko po konwentach, ale i bibliotekach w całym kraju. Wyniki sprzedaży tego autora mówią chyba same za siebie, mimo, iż nie jest to „groza dla zaawansowanych” – ale i do tej wielu jego czytelników dochodzi, najpierw chłonąc specyficzną stylistykę i klimat literackiej grozy.

Czy polski horror nie ma szans?

Łukasz Orbitowski, jak mi się wydaję, skreślił horror. I trudno zaprzeczyć jego racji – nie jest to jednak racja w pełni słuszna i jedyna. Na dzień dzisiejszy polska groza balansuje nad przepaścią – co poczytuję jako poprawę, w porównaniu z sytuacją sprzed paru lat, kiedy jedną nogą byliśmy już „po tamtej stronie”. Nie jest jednak moim zadaniem, by krzyczeć, że Orbitowski racji nie ma i horror da radę.

Myślę, że w obecnej sytuacji i moim i każdego twórcy i działacza grozy zadaniem jest udowodnić Orbitowskiemu, że racji nie miał.

To da się zrobić.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments