Jest coś magicznego w chwili, kiedy kończy się noc i zaczyna dzień. Ptaki śpiewają, nad wschodem pojawia się łuna, a niebo znów zaczyna być niebieskie. Odchodzą gwiazdy.
Dla mnie jest to znak, że powinienem iść w końcu spać, więc nie do końca lubię to zjawisko, ale z drugiej strony… z drugiej, jest to koniec mojego dnia pracy, czas do refleksji, odprężenia, posłuchania muzyki i puszczenia wodzy umysłu.
Taki jak i ten ranek, czy też wieczór (pamiętamy, że czas jest względny, a to, co widzimy zależy od naszego postrzegania i nazewnictwa), powinien być każdy koniec. Czas refleksji…

Tak się składa, że niedawno ukończyłem Wiedźmina 2 – tej gry nikomu przedstawiać nie muszę. Powinienem więc jakoś spuentować moje doznania. Nie, nie napiszę recenzji. W ogóle dziwię się, że piszę o grze, w końcu nie jestem już tak zapalonym graczem, jak kiedyś. No, ale Wiedźmin, to Wiedźmin, czyż nie? Nasza narodowa gra…
Pamiętacie wpis sprzed paru miesięcy? Martwiłem się wtedy o twarz Geralta, jako, że nie bardzo mi pasowała do bohatera. Dziś czas osądzić, czy faktycznie postać zmieniła się w tak niepozytywnie, czy też gra okaże się hitem większym, niż jej pierwsza część.

***

 

Dobrze. Twarz. Zacznijmy od dupereli. Otóż nie – nie przeszkadzała mi w grze tak, jak się tego spodziewałem. Czasami było nawet znośnie. Niepokojący jest tylko fakt, że – owszem – trochę drażniła. Szczególnie przy animacjach. Coś… jest nie tak. Nie wygląda już, jak na screenie z wpisu, który przytoczyłem. Jest o wiele bardziej wiedźmińska. Ale to wciąż nie jest facjata Geralta z Rivii. Płaska, tępa, czasem bez wyrazu. Całe szczęście, że w grze widzę głównie plecy Białowłosego, czego nie można powiedzieć o MPC-tach płci pięknej, które na widok naszego bohatera albo wybuchały śmiechem, albo wzdychały, czy też zbywały go natychmiast… nie wspominając o kurtyzanach (jakie to poniżające) otwarcie mówiących per „gołodupiec”, „brzydal” itd.

Idziemy dalej – system walki. Nie wiem, kto wpadł na znakomity pomysł, by z widowiskowego i skutecznego zabijania zrobić zwykłą siekankę, w której wygrywa ten, kto szybciej uderza w przycisk myszy (czyt. psuje ją), ale posłałbym na niego stado Nekkerów. W późniejszych stadiach rozwoju naszego wiedźmina, Geralt zyskuje jako taką płynność i zaczyna się poruszać mniej więcej tak, by nie hańbić dobrego imienia profesji, co nie zmienia faktu, że graczom proponuję kupić maści przeciwbólowe na palec. Szczególnie w QTE, kiedy Twoje życie i przejście do następnych części gry zależy już tylko od tego, jak szybki jesteś w klikaniu.

Jeszcze przed premierą, bardzo zaciekawiony byłem ,,nowościami”, jakie obiecywał CDP, takimi, jak interakcja ze światem. I owszem, coś się zmieniło – większość dialogów szarych postaci to zwroty typu ,,ech” albo ,,O, hahaha”. Co prawda napotkałem kilka ciekawych rozmów, ale kiedy zaczęły powtarzać się co kilka minut w ten sam sposób, poczułem znudzenie.

To wszystko są pierdoły, duperele. Nie przejmowałbym się tym zbytnio, gdyby nie… inne rzeczy. Przede wszystkim Wiedźmin jest grą polską. Wynikają z tego dwie rzeczy. Pierwsza, to wersja językowa. Otóż, choć dubbing polski jak zwykle stoi na bardzo wysokim poziomie, jest trochę dziwnie, gdy słowa nie pokrywają się z mimiką. Jest to winą takiej niewinnej rzeczy, jak to, że nasz szanowny CeDeProjekt dostosował grę do wersji anglojęzycznej. I znów – niby nic, ale wiele mówi o stanowisku firmy, które brzmi – patrzę na czyny – „Musimy dostosować grę do standardów Zachodu, musimy być dla nich, robić im dobrze”. Nie zamierzam wkładać tych słów w niczyje usta, chodzi tu bardziej o spuentowanie polityki. Zresztą… o tym samym mówi druga z rzeczy, a mianowicie folklor. Owszem, mamy tu dużo słowiańskich potworów, klimatu i widoków. Ale równocześnie zaczynają się wkradać smaczki nie nasze.
Gdyby był to zwyczajny RPG, biłbym brawo. Ale to, co wyróżniło Wiedźmina na tle światowym to specyficzny, słowiański klimat i nowatorstwo twórców. Tymczasem recepta na Wiedźmina 2 wydaje się być prosta – bierzemy wszystko, co sprawdzało się w wielu innych, rasowych RPG-ach, miksujemy, dodajemy szczyptę naszej kultury i gotowe!
Nic nowego. Wszystko ładnie, ale po zakończeniu gry chciało by się zaśpiewać; ,,Ale to już było…”.

Na koniec – jakże by inaczej – coś mocniejszego. Parę dni temu Viear podsunął mi LINK. Artykuł jest… fascynujący. Wynika z niego, że w wersji konsolowej gry mają znaleźć się nowe opcje oraz… Intro do gry, robione przez Platige Image. Czy muszę mówić, że wersja PC nie ma takowego? I czy muszę wspominać o tym, że grając miałem wrażenie, jakbym zainstalował wersję testową gry? Nie mówiąc, o bugach, oraz – skandalicznym, moim zdaniem – zabiegu marketingowym, mającym podbić liczbę ludzi na tchewitcher.com. Otóż, jeśli chce się przejść jedno z bardziej rozbudowanych zadań pobocznych, trzeba się najpierw na rzeczonym serwisie zarejestrować.
Szczerze? Poczułem się trochę oszukany. Jako gracz PC, ogólnie jako gracz (czyżbym kupił, za 250 zł, EK niepełnej wersji gry?!) i trochę narodowo. Bo Wiedźmin zamienia się w Witchera, stając w szeregu z innymi TYPOWYMI grami RPG.
Nie pozostaje mi powiedzieć nic innego, jak: Hańba, mości panowie. Równacie do szeregu. Moje kondolencje.

 

Ale żeby nie było, że marudzę… Na narzekania V. na ten sam temat, nasz przyjaciel, Sławek, zadał ponoć jedno pytanie: ,,Ale gra sprawia Ci frajdę?” – no tak, sprawia. Owszem, dobrze się grało i – też owszem – fabuła mnie wciągnęła.
Więc po co ja właściwie psioczę? Ano sam nie wiem. Tak po prostu, z całej swojej polskości. Bo mnie się tendencja spadkowa i równanie do szeregu nie podoba.
„Ale frajdę sprawia?”
Tak, cholera, sprawia . Mimo wszystko…
„Ale sprawia.”
Zamknij się.

 

Ech, idę spać, za stary na to jestem.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments