Tag: fantasy (Page 1 of 2)

Stonawski w Nowinkach – podcast już dostępny!

W piątek (30.08) miałeś okazje rano i po południu posłuchać mnie, oraz Adama Ochwata w radiu. Opowiadaliśmy o Krakonie, a ja napomknąłem coś o swojej twórczości.

Trochę terma była (co słychać, czasami mi się zabełkotało), ale i tak wyszedłem stamtąd z przeświadczeniem, że nie poszło aż tak źle :)

Zapraszam do przesłuchania.

 

 

Krakon się zbliża…!

Lato w pełni. Pisanie też. Nie spałem od… wielu godzin. Piszę. To okrutne, co człowiek potrafi robić ze swoim organizmem dla pasji.
Ale do rzeczy. Może najpierw notka zgodna z nazwą bloga?

Na głównej stronie Krakonu 2012 pojawił się news o nowych gościach. I już teraz mogę zacytować, co następuje:

Stonawski Michał – najmłodszy z naszych autorów i jednocześnie współorganizator Festiwalu Krakon, który w swoim dorobku ma publikacje w takich antologiach jak 31.10: Halloween po polsku, City 2, Horyzonty Wyobraźni 2010, czy O, choinka: Czyli jak przetrwać święta. Jest twórcą opowiadań: Wyrok, Zabawa, Lalka, Mężczyzna z teczką, Jego Wola, Magiczne Słówka, Nagroda, Najcenniejszy prezent, a także Epilog.

A jako, że organizuję w sobotę, 11 sierpnia blok horroru i sensacji, można spodziewać się z mojej strony takich gości jak:

(zaczynamy z grubej rury):

  • Ramsey Campbell
  • Dawid Kain
  • Kazimierz Kyrcz Jr.
  • Konrad Staszewski
  • Katarzyna Szewczyk
  • Jacek Skowroński
  • Robert Cichowlas
  • Krzysztof Dąbrowski
  • Michał Gacek
  • Krzysztof Maciejewski

A wieczorem, razem ze wszystkimi autorami Krakonu (podanymi zaraz pod wpisem… chyba wszystkimi? Nie, jeszcze nie :>) wielkie grillowanie. Piwo, piwo, piwo, może jakieś kiełbaski.
No, wakacje, po prostu :)
Ze swojej strony obiecuję naprawdę horrorowy dzień sobotni, kryminalny dzień sobotni i szaloną sobotnio-niedzielą zabawę.

A oto lista autorów już ujawnionych, którzy zjawią się na Krakonie:

Tomasz Bochiński, Paweł Ciećwierz, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr., Robert Cichowlas, Paweł Paliński, Ramsey Campbell, Michał Stonawski, Krzysztof Piskorski, Konrad Staszewski, Katarzyna Szewczyk, Robert Szmidt, Piotr Rogoża, Jarosław Urbaniuk, Marcin Zwierzchowski, Marcin Przybyłek, Krzysztof Dąbrowski, Dariusz Domagalski, Michał Gacek, Krzysztof Maciejewski, Jacek Skowroński, Sebastian Uznański.

Kłaniam się, piórkiem ziemię zamiatam i zapraszam serdecznie, groźnie i morderczo :>

Luźne myśli o fandomu polskiego przyszłości

 

Byłem ci ja w 2011 roku na Falkonie. Byłem też i wcześniej, lecz to prawie rok temu w Lublinie zaczyna się historia moich przemyśleń odnośnie przyszłości polskiego fandomu.

Zaczyna się ona na spotkaniu autorskim ze znanym i lubianym Jarosławem Grzędowiczem. Spotkaniu, w moim odczuciu, poprowadzonym fatalnie – tak bez znajomości tematu, jak i obycia w naszej fantastycznej rodzinie.

Oczywiście, nie zamierzam się rozwodzić nad błędami prowadzącego, bo nie dla pastwienia się piszę ten felieton. Dosyć powiedzieć, że człowiek nie wiedział, iż Maja Lidia Kossakowska jest żoną wspomnianego wyżej pisarza, a pytania były na poziomie znanych i (nie)lubianych „skąd pan czerpie inspirację”. Ale są to błędy wybaczalne i całkiem zrozumiałe, w końcu każdy jest człowiekiem i może się pomylić. Tym, co mnie zastanowiło, było nagminne używanie zwrotu „Pan”. W dodatku szybko przejęte przez znaczną część młodej widowni (czyt. młodych fantastów).

Postanowiłem na łamach Efantastyki trochę pomarudzić. O fandomie, o jego przyszłości… standardowo, jak to maruda.

I standardowo, zapraszam – o TU.

Prywatnie tak [8] – BOM

 

Obiecałem kiedyś, chyba rok temu, ten wpis. Przypomniałem to sobie niedawno, kiedy w ramach jednej z akcji nagrywałem film… przedstawiający mój salon.
Nudziło mi się.
Chory niestety jestem.

W każdym razie – kogo interesuje, w jakim miejscu tworzę ja i taki jeden pad grafik (wybitnie twórcze musi to być miejsce) – zapraszam.

 

Może zaczniemy od kuchni – czyli od biurka. Za wiele tu do opisywania nie ma. Ot, laptop (dzięki pewnemu panu żyjący w tej chwili na skrawku dysku), kubek z pisadłami, głośniki.

 

Z kolei to jest chyba najważniejsze miejsce. Serce naszego domu – Boma, fotel służący tylko jednemu – dawno już chyba zapomnianej rozrywce społecznej, jaką jest czytanie. Za fotelem – plecaki, śpiwory, rzeczy do podróżowania na zimę zamknięte w oczekiwaniu na sezon.
Obok – zakładki, pisadło, karteczki do pisania. No i książki, do których łatwy dostęp.
Z kolei ciekawym artefaktem jest telewizor – nieużywany, niepodłączony do żadnej telewizji, nawet publicznej. Wkrótce zniknie, a my zyskamy dodatkowe miejsce na książki.

 

  Zaraz obok biurka – kolejne półki. A, nie powiedziałem o podziale. Widzicie, starość nie radość, albo też gorączka.
W każdym razie – Na poprzednim zdjęciu ta półka najbardziej po lewej, to książki do oddania, pożyczone. Za nimi – Trochę Pilipiuka i Mileny Wójtowicz, czekające na zwolnienie się miejsca (przecz z telewizorem!). Potem literatura popularno-naukowa (na najwyższej z półek pierwszego od lewej regału), a dalej fantastyka polska (prócz półki ostatniej, przeznaczonej na gwiezdne wojny, Serie niefortunnych zdarzeń, Lewisa…). Po prawej stronie – fantastyka zagraniczna.

Przechodząc, do zdjęcia właściwego (tego tu, po lewej) – pierwsze dwie półki to stara Sf, potem trochę horroru polskiego, fantasy, głównie zaś kryminały.

 

Jeśli jeszcze nie macie dosyć tego wylewu prywaty, zapraszam do oglądania krótkiego filmiku, jak to wygląda w wersji żywej.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xBJkXeqjUEM[/youtube]

Konkurs ,,Lata 80″ – Ogłaszam

 

Już od dawna trąbie tu i ówdzie, że zbliża się coś wielkiego, tu, na moim blogu. No i stało się – wybywam na tydzień. Nie, nie. Nie o to chodzi. Jest to tylko przyczyną, z powodu której postanowiłem, że musicie mieć jakieś zajęcie.
Bardzo mi miło otworzyć mój własny, blogowy konkurs ,,Lata 80″.
Konkurs otwieram w ramach akcji ,,Zapach starej książki”, której założyłem już na Facebooku specjalny profil. Konkurs ma za zadanie promować starą literaturę Sf z lat 80 XXw i wcześniejszych.
A co do wygrania? Ano, te trzy piękne książki:

1 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1987
2 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1988
3 miejsce – Spotkanie w przestworzach 5

Chyba oszalałem, takie (TAKIE) książki rozdawać… no, ale dobrze. Słowo się rzekło. To teraz zasady, co?

 

Konkurs podzieliłem na parę etapów:

 

ETAP I (20pkt)

Do wyboru:

  • Recenzja któregoś z moich dostępnych opowiadań (spis w dziale ,,Teksty”)
  • Opowiadanie SF w klimatach (tak, jak pisano, nie czas akcji) 60/70/80 lat XX wieku. (max. 15 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie grozy nawiązujące czasem akcji do lat 60/70/80 XX wieku (Max. 10 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie – kryminał – nawiązujący czasem akcji do wspomnianych wyżej lat. (Max 10 tyś znaków)

ETAP II (10pkt)


Krótka wypowiedź na temat prozy Sf dawnych lat – Dlaczego warto czytać (lub też, czemu nie), polecenie dobrych książek i wspomnienia, od czego zaczęła się Wasza z gatunkiem przygoda.


ETAP III(
5pkt)

Odpowiedz na pytanie: Kto, w jakim utworze i dlaczego wypowiedział poniższe zdanie?

„To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i … O mój Boże, tam jest pełno gwiazd!”

 

UWAGA BONUS (10pkt)

Jeśli jeszcze nie jesteście zmęczeni, możecie zdobyć dodatkowe 10 pkt! Wystarczy tylko przygotować dowolną pracę graficzną tematycznie nawiązującą do prozy Sf lat 80.  Każdy, kto wykona to zadanie dostanie dodatkowe punkty!

A zatem – do dzieła! Konkurs trwa od 22.08.2011 do 01.09.2011 godz 23.59. Przedłużono do 10.09.2011 godz 23.59

Prace proszę wysyłać na adres mailowy: mstonawski@gmail.com

Powodzenia :)

Zachęcam też do kliknięcia w obrazki i polubienie obu stron:

Aha, no i mam jeszcze jedną prośbę – dajcie znać swoim znajomym o tym wydarzeniu. Obojętnie, czy mailowo, umieszczając post na swojej facebookowej tablicy, czy w inny sposób (informując np. na forach).

I niech Wam szczęście sprzyja :)

Konkurs ,,Ale Jazda!”

Jakoś tak się złożyło, że zarejestrowałem się na forum (a wcześniej dołączyłem do grupy) o nazwie ,,Tfórca”. Jak sama nazwa wskazuje – dla osób tworzących… najlepiej prozę/poezję.
W tej chwili ,,Tfórca” to już Społecznościowa Agencja Literacka. Niniejszym postanowili(śmy) ogłosić konkurs dla każdego, kto chciałby się sprawdzić.

 

Piszesz prozę, bo lubisz? Potrafisz zabłysnąć perełką literacką, która zmieści się na paru stronach? Kochasz czytać i chętnie przygarnąłbyś kilka kolejnych książek? Świetnie. Społecznościowa Agencja Literacka „Tfórca”, ma dla Ciebie konkurs literacki, na małe opowiadanie o tematyce szeroko pojętego podróżowania.

Poza sławą możesz wygrać powieści ciekawych autorów oraz punkty promocyjne do wykorzystania w księgarni internetowej. Brzmi interesująco? Na co czekasz?

Zapraszamy na nasze forum: (www.tforca.civland.com) Zapoznaj się z regulaminem i weź udział.

Co prawda nie jest to konkurs rozmiarów Horyzontów Wyobraźni , ale polecam z taką samą zaciekłością. Warto!

I w sumie tyle póki co. Niedługo się odezwę z czymś, czego jeszcze na tym blogu nie było, a co skrycie przygotowuję, śmiejąc się szatańsko.

Przyszłość literek

Dyskusja na temat e-booków zapoczątkowana została już dawno temu. Dziś jednak, na skutek spadku cen czytników, staje się o wiele gorętsza. Na naszych oczach zmienia się historia. Niektórzy wieszczą już przejście książek do lamusa i absolutny tryumf e-papieru. Ekolodzy zacierają ręce, bo to oznacza spadek produkcji papieru, a tym samym – mniej wycinanych drzew. Powietrze będzie czystsze, wiewiórki i inne puchate (lub nie) zwierzątka będą miały gdzie mieszkać, a cywilizacja pogrąży się w e-błogostanie… koniec z papierem. Koniec z ciężkimi tomiszczami, koniec z bibliotekami, koniec epoki książek… szczęśliwa myśl, prawda?

A przynajmniej dla niektórych. Dla mnie to koszmar. Widzisz, nie wyobrażam sobie świata bez książek. Nazwij mnie tradycjonalistą, ale szeleszczący papier i zapach druku jest tym, co sprawia, że mruczę jak kot. Szczególnie, jeśli książka ma już swoje lata…
Patrzę teraz na ściany w salonie. Tuż za mną, po lewej zaczynają się półki. Książki pogrupowane są tematycznie. Stara Science-fiction, fantastyka zagraniczna, polska, wreszcie literatura piękna i kryminały. Próbuję wyobrazić sobie, jak to by było, gdyby półki były puste. Gdyby w pokoju został tylko (nieużywany od miesięcy) telewizor. Urodziłem się z darem(lub przekleństwem) dosyć rozbudowanej wyobraźni, więc gdy ten widok staje mi przed oczami… ogarniają mnie dreszcze.
Na szczęście to tylko wyobraźnia.

To prawda; e-booki są coraz popularniejsze na rynku. Tańsze, ładniejsze, szybsze i miłe w obsłudze. Szczerze wątpię jednak, by przyszłość została przez nie zdominowana.

Ostatnio czytnik e-booków o nazwie Kindle dostała nawet moja kobieta. Bodajże z okazji urodzin. Miałem więc okazję stanięcia oko w oko z domniemanym pogromcą książek.
Przede wszystkim Kindle jest faktycznie bardzo funkcjonalny. Może się łączyć z siecią, ma funkcje czytania na głos, bateria może trzymać nawet dwa miesiące a ekran, jako e-papier, nie męczy oka. Litery można zwiększać, zmniejszać do woli… no i mieści w sobie jakieś 15.000 książek. Luksus, prawda?
I Kindle się przydaje. Osobom z wadą wzroku, starszym ludziom, będącym w podróży czytelnikom (ileż to ja lat brałem na każdy wyjazd dwie torby – małą z ubraniami i wielką z książkami… i tak nie starczało). Jednak w domowym zaciszu, jako zupełnie normalny bibliofil, preferuję tak samo normalną książkę, z możliwością obracania stron, wąchania papieru i ważącą swoje. Jestem pewien, że wielu czytelników także myśli podobnie. 

Przyszłość książek to już inna sprawa. Trzeba rozważyć wiele opcji. Przede wszystkim – jak popularyzacja e-booków wpłynie na rynek książek? Głownie chodzi tu o piractwo. Dopóki książki są towarem materialnym, nie cyfrowym, czytelnik musi je kupować. Kiedy jednak znajdą się w sieci, a ludzie dostaną do rąk narzędzie do ich wygodnego odtwarzania… obawiam się, że wiele wydawnictw może splajtować. A wielu (i tak już źle opłacanych) autorów pójść z torbami. Sam, jako autor, patrzę na taką koncepcję z lekkim niepokojem…
Jeśliby jednak groźba została zażegnana, pozostanie nam główny  temat – wyparcie zwykłego papieru przez ten z przedrostkiem ,,e”.

Jeko fantasta, z natury myślę futurystycznie. Mogę więc pobawić się w przepowiadanie przyszłości- książki nie zostaną wyparte. Bitwa, a właściwie dążenie do stabilizacji i wyklarowanie się sytuacji potrwa jeszcze jakąś dekadę. Minimum. W tym czasie e-booki osiągną wielką popularność (może nawet przyczynią się do popularyzacji czytelnictwa?). Na pewien czas papierowe książki będą się miały  trochę gorzej. Jednak nastanie czas, kiedy ludzie przyzwyczają się do nowego stanu rzeczy. I owszem; e-booki ciągle będą popularniejsze. Papier podrożeje, jako towar o wiele trudniej dostępny, rarytas, rzekłbym. W formie książek tradycyjnych wydawać się będzie najważniejsze publikacje naukowe, czy najpopularniejszych autorów. Cała reszta dostępna będzie na e-bookach i – jeśli opanowany zostanie problem książkowego piractwa – będzie sobie całkiem nieźle radzić.
Biblioteki nie znikną. Staną się rzadsze, tak jak i księgarnie. Tryumfy święcić będą antykwariaty, gdzie książki z przełomu XX i XXI wieku będą towarem rarytasowym. Być może trafią się nawet przejściowe mody na biblioteczki w mieszkaniach, jako znak luksusu?
Oddaliliśmy się już dosyć daleko w przyszłość. Papier zyska na wartości. Stanie się czymś pożądanym. Lasy odrosną, być może kiedyś, za 100 czy 200 lat tradycyjne książki znów staną się bardziej popularne od wersji elektronicznych? W każdym razie przyszłość nie jest taka zła, jak ją niektórzy malują. Bo oto papier przetrwa i zyska nawet większą wartość a dzięki cyfrowemu zapisowi czytanie stanie się łatwiejsze dla wszystkich i wszędzie. A przecież najbardziej liczy się treść, prawda?
Proporcje zaś rozłożą się na tyle ,,ładnie”, by nie można było mówić o jakimkolwiek upadku tradycyjnych książek. I dalej będę mógł wąchać druk… bo zmiany nie nastąpią przecież aż tak szybko.

 

Ktoś może powiedzieć, że to zbyt optymistyczna wizja. Inny znów dostrzeże w tym pesymizm i pogodzenie się z losem. ,,Odpuściłeś?” – zdziwi się. – ,,Ty? Bibliofil, maniak papieru?” – nie, nie odpuściłem. Zaakceptowałem rozwój, jego plusy i staram się znaleźć kompromis. Jest możliwy, a nawet bardzo prawdopodobny.

O ile tylko nie wpadniemy w szał i w samouwielbieniu, nie zniszczymy szansy na przetrwanie papieru, o co się gorąco modlę.

 

Wszystkich zainteresowanych nowym Kindlem, zapraszam do artykułu mojego redakcyjnego kolegi, Kornela Kwiecińskiego, TUTAJ, gdzie wnikliwiej niż ja opisuje to urządzenie.

Jacek Skowroński zaprasza na HW2011

 

Czas nie jest dla mnie łaskawy. Niestety, w ostatnich dniach nie mam go zbyt wiele, ale wpadłem na chwilę, by zaprezentować Wam fragment materiału dowodowego, jaki znalazł się w Warszawskiej prokuraturze… ekhm. To znaczy, film, który zrobił znany fanom kryminałów Jacek Skowroński.

No cóż. Ja tyle mam do powiedzenia. Jak mówiłem – czas nagli (a czemu? Dowiecie się już niebawem). Tymczasem, biorąc przykład z Rednacza, oddaję głos Jackowi:

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=f5h4m-B3Vc8&feature=player_embedded[/youtube]

 

***

Korzystając z chwili, zachęcam do przeczytania, skomentowania i ocenienia mojego konkursowego opowiadania, które ukazało się na forum NF. UWAGA SEX (+18) – tekst, zgodnie z wymogami konkursu, jest erotyczny. Trochę bardziej, niż mniej, rzekłbym. Fragment:

– Choć za mną, coś ci pokarzę – lekarz obrócił się i skierował do drzwi. Chcąc nie chcąc, mężczyzna podążył w ślad za nim.
            Przeszli przez jasno oświetlony korytarz, skręcili w jego prawą odnogę i weszli przez drzwi, które Paweł zapamiętał jako wejście do gabinetu doktora Czarnieckiego. Tu było mniej szpitalnie. Pokryta skórą kanapa, szklany stolik, naprzeciw drewniane krzesło. Pod ścianą biurko, nad nim okno za którym błyszczały gwiazdy. Chwilę później przesłoniła je jasna tarcza Ziemi.
            Czarniecki przechwycił jego spojrzenie.
            – Chcesz, bym zmienił na coś przyjemniejszego? Łąkę pełną kwiatów? Wodospad Niagara?
            – Nie, dziękuję. Lubię patrzeć na Ziemię. To mnie uspokaja.
 Tamten skinął głową.
            – Siadaj proszę – wskazał kanapę. – Herbaty?
 Paweł rozsiadł się na skrzypiącym meblu i zaprzeczył ruchem głowy.
            – Jeśli można, poprosiłbym szklankę wody.
 Doktor uniósł brwi w niemym zdumieniu, ale nie skomentował. Zabrzęczały szklanki.
            – Kiedy wracasz? – Zapytał jakby od niechcenia.
            – Na Ziemię? Kontrakt kończy mi się za trzy lata.
            – Zostawiłeś tam kogoś?
            – To znaczy?
            – Rodzinę. Kobietę.
 Pacjent wzruszył ramionami.
            – Rodzice umarli. Dziewczyna nie chciała zaczekać, wolała innego. Nie, nikogo nie zostawiłem. Czy to ma coś do rzeczy?
            Czarniecki podszedł do stolika i postawił przed nim szklankę wody. Sam usiadł naprzeciwko z filiżanką herbaty. Paweł rozpoznał charakterystyczny aromat Earl Greya. Lekarz upił łyk, patrząc w milczeniu na swojego pacjenta, którego cała sytuacja zaczynała już mocno denerwować. Widać doktor uwielbiał budować niepotrzebne napięcie.

Zapraszam TUTAJ

Start!

 

Miło mi powiadomić, że problemy z blogiem, które powodowały, iż nie moglem dodawać wpisów zostały rozwiązane. Przyczynił się do tego sam sprawca tychże – WordPress. Po prostu wydał kolejne uaktualnienie. Nieocenioną pomoc uzyskałem też od Fumiko i Anioua. Naprawdę – wielkie, wielkie dzięki. Wiszę Wam już chyba sto piw, poczynając od serwera, na którym jest ten blog, a na pomocy zielonemu w sprawach technicznych kończąc. Dzięki raz jeszcze! :)
Ok, przechodzimy do treści głównej.

 

 

Z przygodami, ale wystartowała trzecia już edycja konkursu literackiego Horyzonty Wyobraźni! Myślę, że wszystkich piszących powinno to zainteresować. Zanim jednak zaczniecie wysyłać swoje pracę chcę Was ostrzec. Dla tegorocznych wygranych istnieje groźba pogorszenia zdrowia, a mianowicie – mocnego nadwyrężenia kręgosłupa, spowodowanego dźwiganiem tych wszystkich nagród, które zostały przygotowane. Poczynając od repliki Colta ufundowanej przez Jacka Skowrońskiego, na piórze od naszego naczelnego kończąc. A pomiędzy pierwszym a ostatnim jest dosyć dużo nagród…
Mimo wszystko – zapraszam serdecznie do wysyłania opowiadań. Mało do stracenia – dużo do zyskania.

Skład tegorocznego Jury to:

  • Andrzej Pilipiuk
  • Jacek Skowroński
  • Kazimierz Kyrcz Jr.
  • Magdalena Zimniak
  • Piotr Dresler

 

 

A skoro już o konkursach rozmawiamy – pamiętacie ,,Wyrok”? Miło mi ogłosić, iż został nominowany, razem z wieloma innymi opowiadaniami, do tegorocznej nagrody Nautilus. Głosować można pod tym adresem. Jeśli ktoś jeszcze nie zaznajomił się z antologią ,,Horyzonty Wyobraźni 2010″ – zapraszam TUTAJ.

 


 

Na koniec coś dla lubiących czytać. Wrzuciłem jedno z moich opowiadań ,,Pięć Dusz” na forum Nowej Fantastyki. Nie jest to pisanina szczególnie rewolucyjna ani odkrywcza, ot – drobna wariacja na temat zmagań Szatan Vs. Człowiek pisana jako humoreska. Zapraszam serdecznie TUTAJ, a poniżej – fragment:

Wodne piekło skończyło się tak gwałtownie, jak się zaczęło. Mokry mężczyzna, stękając, podniósł się na klęczki i zwymiotował wodą. Krztusił się jeszcze, kiedy skórzane buty tamtego zastukały na asfalcie. Podniósł wzrok, napotykając rozbawione spojrzenie czarnych jak smoła oczu.
– Kim… – zaczął, lecz tamten podniósł rękę. Gardło mężczyzny zacisnęło się tak, że nie mógł wyksztusić ani słowa.
– Pozwolisz, że ja pierwszy się przedstawię – powiedział tamten. Z kieszeni swojego płaszcza wyjął srebrną papierośnicę, otworzył i podstawił krztuszącemu się człowiekowi. W środku znajdowały się długie, jasne papierosy o tak intensywnym zapachu, że aż zakręciło mu się w głowie.
– Zapalisz? – zapytał nieznajomy.
Mężczyzna pokręcił głową. Tamten tylko się uśmiechnął.
– Twoja strata – stwierdził i sięgnął po jednego papierosa. Z drugiej kieszeni wyjął długą, szklaną fifkę i wetknął do niej blanta. Włożył ją do ust. Końcówka papierosa zajarzyła się momentalnie sama. Starszy pan zaciągnął się dymem i spojrzał krytycznie na klęczącego u jego nóg mężczyznę.
– Podnieś się, człowieku…
Tamten poczuł, jak nogi same podnoszą go do pionu. Ze zbielałą twarzą popatrzył na nieznajomego, który ukłonił się dwornie.
– Szatan, Lucyfer, Antychryst, Książę ciemności, Mefistofeles, Urian, Czart, Belzebub, Boruta, Diabłem zwany, do usług – wyrecytował.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko szmer deszczu, teraz jakby odległy, cichnący, choć częstotliwość opadu nie zmniejszyła się ani trochę.
– Kiedy ktoś się przedstawia, należy odpłacić mu tym samym – zachęcił.
– Ja… – wydukał mężczyzna.
– O, to już dobry początek – uśmiechnął się Szatan. – Mów dalej.
– A… Artur.
Diabeł klasnął w ręce.
– Wspaniale! – krzyknął. – Istota ludzka mówi. Wielkie, oj wielkie dzieło, aż żal niszczyć…

Magia w obrazach

 

Pamiętam dzień, parę miesięcy temu, kiedy odwiedziłem mojego brata. Wieczorem usiadł przed telewizorem, chcąc oglądać bajki na Nickelodeon. Kanał ten znałem już wcześniej, z poprzednich wizyt. Nie dziwota więc, że tylko się skrzywiłem. W pamięci wciąż mam bajki,które ja oglądałem na Cartoon Network, najpierw po angielsku, kiedy jeszcze nie było tłumaczenia na  polski (tak, były takie czasy) potem już w naszym ojczystym języku. Gdzieś tak po 2005 roku kanał się zepsuł, a kreskówki, które zaczęto pokazywać diametralnie zleciały z poziomem gdzieś do piwnicy. To było po prostu głupie. Potem pojawiły się takie rzeczy jak ,,Disney XD” (kto, do cholery nazwał tak kanał?!) i wspomniany wyżej Nickelodeon, gdzie pomiędzy Sponge bobem i filmami ,,dla nastolatków” puszczano beznadziejnie głupie i brzydkie animacje o zwierzętach walących kijami w drewno, czy też dwóch plastelinowych walcach mlaskających coś do siebie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=C3w_FIm13Mk&feature=related[/youtube]

Rafał obiecał mi jednak, że po oglądnięciu pójdzie spać, a że tego dnia ja miałem się nim trochę pozajmować – cóż, zgodziłem się z przeświadczeniem, że najwyżej – kiedy nie będę już mógł ścierpieć bezsensu i brzydoty – nałożę słuchawki, puszczę dobrego Rocka i otworzę książkę.
Tym razem jednak było inaczej.

Każde morze – nawet morze chłamu – ma to do siebie, że czasem nad powierzchnię wody wystają jakieś wyspy. Czymś takim okazał się Avatar. I nie mówię tu bynajmniej o Avatarze Jamesa Camerona. Mało kto wie, że ten sam tytuł nosi także serial animowany. Ja nie wiedziałem. Tamtego wieczora jednak – usiadłem obok młodego i z rosnącą ekscytacją… patrzyłem w ekran telewizora.

 

Avatar: Legenda Aanga, bo tak brzmi pełny tytuł, jest bajką, jakiej nie oglądałem od wielu, wielu lat. Przede wszystkim – ma fabułę. Zajmującą, poważną i wielowątkową. Wszystko zaczyna się, kiedy dwoje młodych ludzi z Plemienia Wody odnajduje górę lodową, a w niej – zamarzniętego chłopca wyglądem przypominającego mnicha, z dziwnym tatuażem na głowie. Jak się okazuje – jest to ostatni mag powietrza, a także zaginiony Avatar, którego szukają najeźdźcy z Rodu Ognia w tym młody książę Zuko i jego stryj (zdecydowanie jedna z najbarwniejszych postaci) Iroh.
Rzecz jasna wkrótce po odnalezieniu Avatara następuje przewrót. On i dwójka jego nowych przyjaciół muszą uciekać, a za nimi podąży żądny chwały i honoru Zuko.
Historia wydaje się banalna i niezbyt skomplikowana, ale – zapewniam – taka nie jest. To prawda – ciągle jest to bajka dla dzieci, lecz ktoś wreszcie potraktował je z szacunkiem i zamiast rozmiękczającej mózg papki dostajemy świetnie wymyślony świat opierający się na motywach japońskich, z elementami steampunku i niesamowitą techniką uprawiania magii. I od niej właśnie chciałbym zacząć.

W świecie Avatara istnieją cztery plemiona; Ziemi, Powietrza, Wody i Ognia. Jak się można domyśleć – każde z ich włada innym rodzajem magii żywiołów. Sam zaś Avatar jest kimś w rodzaju strażnika, łącząc w sobie moc czterech żywiołów i komunikując się ze światem duchów (jeśli ktoś lubi Anime, powinien w tym momencie zacząć podskakiwać z radości).
Oczywiście, nie wszyscy uprawiają magię, jednak wielu ma ten dar, przez co większość urządzeń skonstruowano tak, by działały w oparciu o magię, która z kolei poddaje się prawą fizyki właściwym do danego żywiołu. Ale o tym zaraz.
To, co mnie zachwyciło, to przedstawienie tkania magii przez ludzi. Każdy żywioł ma inny styl, inne ruchy, które idealnie odwzorowują istotę danej magii. Magowie wody poruszają się płynnie, współgrając z otaczającą wodą, magowie ognia wykonują gwałtowne ruchy, kopiąc i boksując, zaś magowie ziemi ciężko dźwigają masywy skalne… i tak dalej. Że nie wspomnę już o takich rodzynkach, jak powitania, kultura, zwyczaje, sztuka… 

Wspomniałem coś o maszynach, zdaje się? Ano są. Niezwyczajne, rzecz jasna. Najwięcej ich się uświadczy w kulturze Narodu Ognia – cóż, dzięki swej sztuce mogą wyrabiać metal. A to, jak te rzeczy działają… jedno słowo – technomagia.
Tego nie da się dokładnie opisać. To trzeba zobaczyć. Za każdym razem, kiedy je widziałem, nie mogłem odlepić od nich wzroku.

Serial ma trzy sezony i widać, że jest bardzo przemyślany. I pod względem fabuły, jak i wykonania – rysunki są po prostu piękne, bez zbędnych ozdobników i nie ma Jakże – Mnie – Denerwujących ,,ostrych” kresek. Jest za to wspaniały klimat dalekiego wschodu połączony z – niekiedy absurdalnym – humorem. Wiele zdradzać nie mogę, ale popatrzcie na ten fragment. Nie wiem czemu, ale zawsze, kiedy go widzę – tarzam się po ziemi. Absurd, czysty absurd. Uzasadniony, w fabule odcinka, ale jednak…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=7bCmctKOW2g[/youtube]

Ostatnią z rzeczy, którą podkreślę jest to, że – choć widać, że bajkę robiono pod młodszych odbiorców – często zdarzają się też smaczki dla starszych. Nie określiłbym tego mianem ,,serialu familijnego”, bo jednak trzeba się interesować fantastyką, by uchwycić niektóre rzeczy, ale twórcy pokazali, że szanują swoich odbiorców. Dostaniemy tu więc parę scen miłosnych, nawiązania do kultury hipisowskiej a także i smutniejsze momenty. Dla wyjaśnienia dodam, że jeden z odcinków zadedykowany jest pamięci (chyba) syna jednego z twórców. Zorientujecie się, który.


Avatar: Legenda Aanga to serial, który przywrócił mi wiarę w dobre bajki. Oglądając go, mogłem się odprężyć, a jednocześnie chłonąć klimat tego niezwykłego świata. Myslę, że przypadnie do gustu każdemu, kto lubi oglądać dobre Anime, a także i wielu innym. Zdecydowanie polecam młodszym odbiorcom. Jest ratunek przed siekanym mózgiem.

Jedna uwaga: Nigdy, przenigdy nie oglądajcie filmu o tym samym tytule (bo, dzięki sukcesowi bajki – powstał takowy). Niestety reżyser nie podołał złożoności fabuły. ‚

Z całego serca polecam.

 

A teraz pytanie dla zaznajomionych z kulturą japońską. Czy znacie może zasady gry w Pai Sho?

27 czerwca 2012, Sprostowanie:
Odcinek który jest dedykowany Mako – Mako to pierwszy „głos” Iroha w amerykańskim dubbingu. W nowej „The legend of Korra” prawdopodobnie na cześć tego człowieka nazwano jednego z bohaterów.
2. Oczywiście, jest to Awatar, nie Avatar. Wpływ Camerona jest nieziemski :)
PS
Niedługo wrażenia z pierwszego sezonu Korry.

Prywatnie tak (6)

 

Sesja jest strasznie żarłocznym potworem, mówię Wam. Ale pewnie niektórzy już to wiedzą. A ci co nie – cóż, dowiedzą się i tak. Ale nie o tym chcę teraz mówić. Zanim uderzę we właściwy temat – parę ogłoszeń.

Całkiem niedawno powiadomiono mnie o awarii na blogu. No, mniej więcej na nim, bo oto serwis Enklawanetwork.pl zmienił serwery i odnośniki do moich tekstów przestały być aktualne – usterka jest już naprawiona. Dzięki osobom, które zwróciły mi na to uwagę :) Niestety jeden z tekstów nie ocalał w czasie przeprowadzki – moja relacja z konwentu Confuzja.


Druga sprawa jest już ważniejsza – została uruchomiona nowa podstrona z informacjami o Qfancie. Aby nie było łatwo, tak jak w przypadku tej z tomikiem Horyzontów Wyobraźni – trzeba gdzieś kliknąć. Gdzie? Niektórzy wiedzą… pozostali powinni się domyśleć. Mam za to prośbę do wszystkich, którzy znajdą ukrytą stronę – wciśnijcie ,,lubię to”. Zależy mi (to chyba oczywiste), by jak najwięcej osób usłyszało o naszym już dwumiesięczniku. Będę wdzięczny.

 

Teraz zaś uderzamy w główny temat:

 

 

Chciałbym wszystkich Was i każdego z osobna zaprosić na konwent Krakon, który odbywał się będzie od 30 czerwca do 3 lipca w Krakowie (w obrazku odnośnik do strony konwentu). Szczególnie zapraszam w ten piątek, 1 lipca, na godzinę 20. Razem z Franciszkiem Zglińskim będę zadręczał pytaniami Kazka Kyrcza i Dawida Kaina na ich spotkaniu autorskim. Będzie brutalnie, będzie krwawo i bardzo… chorobliwie. Taaak.
Czekam więc w drugim dniu konwentu na wszystkich wielbicieli mocnych książkowych doznań :)

I, jeśli możecie, polubcie także ten wpis, niech się ludzie dowiedzą o Krakonie, a co.

 

***

 

Miałem nie mówić, ale powiem- jak wszystko pójdzie dobrze, w piątek czeka wszystkich obecnych specjalnie uknuta przez Kazka i mnie niespodzianka :]

 

PS
Jej, prawie zapomniałem – nie wiem czemu, ale na moim blogu czasem dzieje się tak, że nie widać dodanych komentarzy. Wszystkim, którzy nie widzą – zalecam użycie klawisza F5 w celu odświeżenia strony. Z reguły pomaga.

Czysta polskość

 

 

Jest coś magicznego w chwili, kiedy kończy się noc i zaczyna dzień. Ptaki śpiewają, nad wschodem pojawia się łuna, a niebo znów zaczyna być niebieskie. Odchodzą gwiazdy.
Dla mnie jest to znak, że powinienem iść w końcu spać, więc nie do końca lubię to zjawisko, ale z drugiej strony… z drugiej, jest to koniec mojego dnia pracy, czas do refleksji, odprężenia, posłuchania muzyki i puszczenia wodzy umysłu.
Taki jak i ten ranek, czy też wieczór (pamiętamy, że czas jest względny, a to, co widzimy zależy od naszego postrzegania i nazewnictwa), powinien być każdy koniec. Czas refleksji…

Tak się składa, że niedawno ukończyłem Wiedźmina 2 – tej gry nikomu przedstawiać nie muszę. Powinienem więc jakoś spuentować moje doznania. Nie, nie napiszę recenzji. W ogóle dziwię się, że piszę o grze, w końcu nie jestem już tak zapalonym graczem, jak kiedyś. No, ale Wiedźmin, to Wiedźmin, czyż nie? Nasza narodowa gra…
Pamiętacie wpis sprzed paru miesięcy? Martwiłem się wtedy o twarz Geralta, jako, że nie bardzo mi pasowała do bohatera. Dziś czas osądzić, czy faktycznie postać zmieniła się w tak niepozytywnie, czy też gra okaże się hitem większym, niż jej pierwsza część.

***

 

Dobrze. Twarz. Zacznijmy od dupereli. Otóż nie – nie przeszkadzała mi w grze tak, jak się tego spodziewałem. Czasami było nawet znośnie. Niepokojący jest tylko fakt, że – owszem – trochę drażniła. Szczególnie przy animacjach. Coś… jest nie tak. Nie wygląda już, jak na screenie z wpisu, który przytoczyłem. Jest o wiele bardziej wiedźmińska. Ale to wciąż nie jest facjata Geralta z Rivii. Płaska, tępa, czasem bez wyrazu. Całe szczęście, że w grze widzę głównie plecy Białowłosego, czego nie można powiedzieć o MPC-tach płci pięknej, które na widok naszego bohatera albo wybuchały śmiechem, albo wzdychały, czy też zbywały go natychmiast… nie wspominając o kurtyzanach (jakie to poniżające) otwarcie mówiących per „gołodupiec”, „brzydal” itd.

Idziemy dalej – system walki. Nie wiem, kto wpadł na znakomity pomysł, by z widowiskowego i skutecznego zabijania zrobić zwykłą siekankę, w której wygrywa ten, kto szybciej uderza w przycisk myszy (czyt. psuje ją), ale posłałbym na niego stado Nekkerów. W późniejszych stadiach rozwoju naszego wiedźmina, Geralt zyskuje jako taką płynność i zaczyna się poruszać mniej więcej tak, by nie hańbić dobrego imienia profesji, co nie zmienia faktu, że graczom proponuję kupić maści przeciwbólowe na palec. Szczególnie w QTE, kiedy Twoje życie i przejście do następnych części gry zależy już tylko od tego, jak szybki jesteś w klikaniu.

Jeszcze przed premierą, bardzo zaciekawiony byłem ,,nowościami”, jakie obiecywał CDP, takimi, jak interakcja ze światem. I owszem, coś się zmieniło – większość dialogów szarych postaci to zwroty typu ,,ech” albo ,,O, hahaha”. Co prawda napotkałem kilka ciekawych rozmów, ale kiedy zaczęły powtarzać się co kilka minut w ten sam sposób, poczułem znudzenie.

To wszystko są pierdoły, duperele. Nie przejmowałbym się tym zbytnio, gdyby nie… inne rzeczy. Przede wszystkim Wiedźmin jest grą polską. Wynikają z tego dwie rzeczy. Pierwsza, to wersja językowa. Otóż, choć dubbing polski jak zwykle stoi na bardzo wysokim poziomie, jest trochę dziwnie, gdy słowa nie pokrywają się z mimiką. Jest to winą takiej niewinnej rzeczy, jak to, że nasz szanowny CeDeProjekt dostosował grę do wersji anglojęzycznej. I znów – niby nic, ale wiele mówi o stanowisku firmy, które brzmi – patrzę na czyny – „Musimy dostosować grę do standardów Zachodu, musimy być dla nich, robić im dobrze”. Nie zamierzam wkładać tych słów w niczyje usta, chodzi tu bardziej o spuentowanie polityki. Zresztą… o tym samym mówi druga z rzeczy, a mianowicie folklor. Owszem, mamy tu dużo słowiańskich potworów, klimatu i widoków. Ale równocześnie zaczynają się wkradać smaczki nie nasze.
Gdyby był to zwyczajny RPG, biłbym brawo. Ale to, co wyróżniło Wiedźmina na tle światowym to specyficzny, słowiański klimat i nowatorstwo twórców. Tymczasem recepta na Wiedźmina 2 wydaje się być prosta – bierzemy wszystko, co sprawdzało się w wielu innych, rasowych RPG-ach, miksujemy, dodajemy szczyptę naszej kultury i gotowe!
Nic nowego. Wszystko ładnie, ale po zakończeniu gry chciało by się zaśpiewać; ,,Ale to już było…”.

Na koniec – jakże by inaczej – coś mocniejszego. Parę dni temu Viear podsunął mi LINK. Artykuł jest… fascynujący. Wynika z niego, że w wersji konsolowej gry mają znaleźć się nowe opcje oraz… Intro do gry, robione przez Platige Image. Czy muszę mówić, że wersja PC nie ma takowego? I czy muszę wspominać o tym, że grając miałem wrażenie, jakbym zainstalował wersję testową gry? Nie mówiąc, o bugach, oraz – skandalicznym, moim zdaniem – zabiegu marketingowym, mającym podbić liczbę ludzi na tchewitcher.com. Otóż, jeśli chce się przejść jedno z bardziej rozbudowanych zadań pobocznych, trzeba się najpierw na rzeczonym serwisie zarejestrować.
Szczerze? Poczułem się trochę oszukany. Jako gracz PC, ogólnie jako gracz (czyżbym kupił, za 250 zł, EK niepełnej wersji gry?!) i trochę narodowo. Bo Wiedźmin zamienia się w Witchera, stając w szeregu z innymi TYPOWYMI grami RPG.
Nie pozostaje mi powiedzieć nic innego, jak: Hańba, mości panowie. Równacie do szeregu. Moje kondolencje.

 

Ale żeby nie było, że marudzę… Na narzekania V. na ten sam temat, nasz przyjaciel, Sławek, zadał ponoć jedno pytanie: ,,Ale gra sprawia Ci frajdę?” – no tak, sprawia. Owszem, dobrze się grało i – też owszem – fabuła mnie wciągnęła.
Więc po co ja właściwie psioczę? Ano sam nie wiem. Tak po prostu, z całej swojej polskości. Bo mnie się tendencja spadkowa i równanie do szeregu nie podoba.
„Ale frajdę sprawia?”
Tak, cholera, sprawia . Mimo wszystko…
„Ale sprawia.”
Zamknij się.

 

Ech, idę spać, za stary na to jestem.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén