Tag: rasizm

O płaczącym mężczyźnie.

Taka sprawa. Obejrzałem to wideo i aż mnie coś tak w środku… wiecie. Ale jest coś, o czym myślę już bardzo długo – że wszyscy się skupiają (jak zwykle w wielu przypadkach) na oznace, a nie na przyczynie. Tomasz Kopyra nagrał film, na którym mówi, że mu wstyd i że polityczna poprawność ma sens.

Otóż, nie, nie ma.

I teraz tak, żebyśmy się zrozumieli – szlag mnie trafił, jak zobaczyłem tego płaczącego faceta, który się boi, dlatego, że ma inny kolor skóry. Prześladowanie go i jego dziecka, bo mają inny kolor skóry to nie jakiś mityczny rasizm. To czyste skurwysyństwo. To zło. I ludzie, którzy to robią nie są „rasistami” – są skurwysynami. Na pewno w wielu innych punktach swojego życia także. Chodzi mi o to, że to są po prostu złe osoby. I jak najbardziej – także na punkcie rasistowskim.

Tyle, że zastanawiam się od długiego czasu, skąd to się wzięło. I pewnie – brak tolerancji dla inności jest obecny wszędzie, w każdej kulturze. Wywodzi się to (co bardzo przewrotne) z dobrej i naturalnej reakcji naszego mózgu. Reakcji na coś, co jest obce i czego trzeba się obawiać. Ten mechanizm jest jedną z rzeczy, która sprawiła, że ludzie w ogóle istnieją. Ale też każdy zdrowy człowiek umie nad tym zapanować i odróżnić to, co jest naprawdę groźne, od po prostu „innego”. To, że coraz więcej osób nie umie (albo nie chce) tego robić, to nie jest, moim zdaniem efekt jakiejś fali rasizmu. Nie. Nikt nie rodzi się rasistą. Ludzie zaczynają reagować agresją na to, co jest inne, kiedy się boją.

Ostatnio wszystko strasznie się radykalizuje. Już nie raz się wypowiadałem na ten temat i za każdym razem boli mnie, że kiedy masz zdanie, które stara się dostrzegać racje obu stron konfliktu, zawsze znajdą się ludzie, którzy od razu zaszufladkują cię po tej „drugiej” stronie. Jesteś przeciwko aborcji, ale rozumiesz, że czasem nie może być inaczej? Zaściankowy katol. Rozumiesz sens invitro? Lewacki postępowiec. Samemu nie będąc „człowiekiem Kościoła” bronisz chrześcijan? Zwolennik „czarnej mafii” i tak dalej. Tutaj być może będzie podobnie. Poza tym, że mogę się oczywiście mylić w swoim osądzie. Póki co, jest on taki:

Mnie jest wstyd. Nie tylko, za tych skurwieli, którzy sprawili, że ten mężczyzna płacze, bo się boi o siebie i o swoje dziecko. Mnie jest wstyd za to, że tak zwani „postępowcy” na ślepo i bez żadnego pomyślunku, bez wcześniejszego przygotowania i potrzebnego researchu wpuścili wprost nieprawdopodobne tabuny ludzi do europy, gdzie część z nich (nie wszyscy – ale na tyle duża ilość, by sprawiało to różnicę), zaczęli szerzyć terror. Zabijać. Mordować. Gwałcić. Wstyd mi, że tak wiele polityków, w tej samej obłudnej „postępowej” idei robiło i robi nadal wszystko, by tuszować pewne rzeczy. Zakłamywać prawdę – bo wiedzą, że popełnili błąd. Chcąc pomóc i chcąc pokazać wszem i wobec, jacy oni nie są wspaniali – zwyczajnie zagrozili swoim własnym obywatelom. Śmiercią i terroryzmem.

To naprawdę nie było trudne do przewidzenia, co się stanie. Że każda akcja wywołuje reakcję – szczególnie w społeczeństwie. Że kłamiąc i próbując „w imię tolerancji” mataczyć, doprowadzili do tego, że dzisiaj ludzie się boją.

Boi się ten człowiek, który niczego nie zrobił, bo inni ludzie, którzy także się boją, reagują agresją. Na co większość świata wybiera „strony” i opowiada się za, lub przeciw „politycznej poprawności” – czyli cenzurze, matactwu, kłamstwu, byle by tylko nie przyznać, że pełniony został błąd. Że może otwarcie granic dla wszystkich – każdego i zawsze i zamykanie ust tym, którzy widzieli w tym zagrożenie (nie mówię tutaj o paranoikach-rasistach) i przewidywali to, co się dzieje dzisiaj, to może wcale nie był taki dobry pomysł.

I teraz dawajcie, lajki, un-lajki, przekrzykujące się komentarze, kto ma rację, kogo racja jest „najmojsza” i czemu ja, albo ten drugi jest lewakiem/prawakiem/chujem/rasistą. Bijcie się – proszę bardzo. Przecież to właśnie o to chodzi.

Dzielimy się na dwie, zwalczające się radykalne grupy. Gdzieś po obu stronach są skurwysyny – jedne w imię walki o postęp chciałyby nawet publicznie zabijać dzieci, a inne, w ramach „obrony kraju” – zabijać każdego, kto ma inny kolor skóry. I wszyscy, ale to absolutnie wszyscy się boją. Jedni tego, że czekają nas rasistowskie rozruchy, a drudzy tego, że będą się bać wyjść na ulicę – pójść na koncert, na mecz, do kina, bo nagle wybuchnie bomba, albo gdzieś w tłum wjedzie ciężarówka.

Wstyd mi, bo za wszystkim tym stoją ludzie, których i ja wybierałem, albo po prostu są ludźmi, jak ja. I oni są tak naprawdę winni temu, że ten człowiek płacze i się boi.

Ci ludzie, którzy nie są potworami. Chcieli dobrze i podjęli działania bez przemyślenia ich i bez planu. A teraz nie są w stanie przyznać się do błędu, bo wszystko zabrnęło już za daleko. Uciekają się więc do cenzury i „politycznej poprawności” – co niestety powoduje tylko więcej złości i strachu, bo ludzie nie chcą być traktowani, jak idioci. Doskonale wyczuwają, kiedy są oszukiwani.

A tymczasem świat tonie w strachu. Dwie grupy wystraszonych osób odchodzą do swoich obozów, gdzie strach zamieniają na agresję. Mylą przyczynę ze skutkiem. A na wszystkim cierpią tacy ludzie, jak ten płaczący ze strachu mężczyzna, któremu przyszło żyć w takim zasranym świecie.

Kolor skóry zmienia wszystko.

Myślę, że pewna część osób po przeczytaniu tytułu mogła pomyśleć sobie o autorze tego tekstu (czyli mnie) pewne niemiłe rzeczy. Te osoby zapraszam do lektury poprzedniego wpisu, która powinna coś w tej materii wyjaśnić. Do rzeczy – jakiś czas temu Youtuber, Paweł Opydo, nagrał film prezentujący pogląd, jakoby nagła zmiana wyglądu – opierająca się głównie na zmianie koloru skóry danego aktora – była poza dyskusją, ponieważ odgrywanych bohaterów nie cechuje kolor skóry.

Jestem całkowicie skory do tego, by przyjąć taką argumentację. To prawda – bohatera popkultury, ale nie tylko, przecież i nas samych – definiują cechy charakteru, uosobienie, reakcje, psychika. I to jest bardzo rozumowa argumentacja nie pozbawiona logiki wywodu i w zasadzie niemożliwa do obalenia. Pozostaje jednak tylko mały problem. To „ale”, z którego większość obrońców liberalnego stylu myślenia zawsze się wyśmiewa – zupełnie niepotrzebnie, bo samo „ale” podobnie jak „po co” i „dlaczego” jest motorem wielu rewolucyjnych odkryć w historii naszego gatunku. Dowodzi mianowicie, że osoba posługująca się tym spójnikiem (lub partykułą, to zależy) dostrzega różne odcienie i niejednoznaczności. Innymi słowy – jest istotą myślącą. To, czy myślącą moralnie – to już oczywiście inna kwestia.

Wracając do tematu – jest jeden problem, jedno „ale” z tym logicznym i pełnym racji wywodem. Jest nim czynnik ludzki.

Kiedy poznajesz jakąś osobę, nie szeregujesz jej w pamięci jako zbiór cech osobowości. Ten zbiór ma pewno imię, a to imię ma powiązany z nim obraz naszego znajomego. To, jak jest zbudowany, jak się porusza a przede wszystkim – jaką ma twarz, jakiego koloru oczy, czy też skórę. Jeśli by podążyć za logicznym wywodem fanów multikulturalizmu (który – podkreślę – sam w sobie nie jest niczym złym [chyba, że następuje czynnik ludzki]), identyfikowanie jakiejś osoby głównie po tym jak wygląda – jaki kolor ma jej skóra – lub czy jest kobietą, czy mężczyzną to rasizm i seksizm. Tu wkraczamy w sferę absurdu, bo okazuje się, że mózg ludzki jest rasistowski i seksistowski. Tak myślimy, tak zapamiętujemy – tak katalogujemy poznane osoby. Ba, nasz zaściankowy umysł (mówię tu o mężczyznach) kataloguje kobiety pod względem atrakcyjności seksualnej – chociaż to moim zdaniem nie ogranicza się tylko do cech wyglądu.

Oczywiście to co opisuję to absurd i wątpię, by ktokolwiek ze zdrowo myślących osób podążał takimi ścieżkami. Zagadnienie to jest jednak ważne przy rozpatrywaniu problemu nagłej zmiany postaci – aktora – w danym filmie, czy całej franczyzie. Przykładowo, kiedy postać Rolanda z „Mrocznej Wieży” ma odegrać (skądinąd świetny aktor) Edris Elba. Kiedy Hermionę Granger odgrywa czarnoskóra aktorka. Kiedy Juliusza Cezara ma zagrać czarnoskóry aktor – przypadki, szczególnie w dzisiejszych czasach, można mnożyć.

loool

Zadaję sobie pytanie – czy to źle, że czarnoskóry aktor ma zagrać główną (lub jedną z głównych) postać w filmie? Absolutnie nie! Czy zagra taką postać gorzej z uwagi na swój kolor skóry? Także nie. To zależy od jego umiejętności. Gdzie więc problem?

Problem leży w dysonansie poznawczym. Zjawisku doskonale znanym chyba każdej dorosłej osobie. Gdyby twój dobry znajomy nagle zmienił kolor skóry – przy spotkaniu z nim doszłoby do dysonansu poznawczego. Informacja – zapis – nie zgadzałby się z rzeczywistością. Podobne zjawisko następuje w odniesieniu do bohaterów popkultury. To nie są rzeczywiste postacie – powiecie – ale cóż z tego, jeśli ich określony obraz wyrył się już w naszej podświadomości? No to nie mamy być niewolnikami takich obrazów, bo to rasistowskie – powiedzą niektórzy i tym samym stwierdzą też, że umysł ludzki jest rasistowski… co, jak wiemy jest absurdem. Tymczasem sprawa jest skomplikowana – może i dany bohater nie istnieje w naszej rzeczywistości, ale nasze wyobrażenie o nim – podyktowane materiałem źródłowym, nasza sympatia bądź antypatia są już zupełnie rzeczywiste. Jeśli Hermiona jest opisana, jako biała dziewczyna, to ujrzenie jej jako czarnoskórej budzi mieszane uczucia. Jeśli Roland jest określany jako „Białas” i jest to nawet jeden z wątków w powieści, to ogrywanie go przez czarnoskórego Elbę będzie budzić niechęć. Zaś tłumaczenie, jakie ostatnio znalazłem, jakoby był to „inny” Roland, jest dla każdego fana „Mrocznej Wieży”, który od lat czekał na ekranizację, jak wielki środkowy palec wymierzony prosto w twarz.

Przypadek Juliusza Cezara, podobnie jak i Hermiony to przypadek teatru. Powiecie, że teatry rządzą się własnymi prawami – nawet kobiety grały mężczyzn. I znów – będzie to racja. Płeć jednak można było zatuszować, aby dysonans był mniejszy, trudno zaś ukryć kolor skóry. To niebezpieczne, co mówię, bo brzmi to „źle” w dzisiejszym świecie i może być opacznie zrozumiane, co samo w sobie uznaję za dosyć niepokojący znak czasów.

Tak samo niepokojący jest trend, aby tak wielu bohaterów było granych przez czarnoskórych aktorów. Tak samo niepokojąca była także i afera związana z Oscarami, kiedy wielu aktorów uznało, że brak nominacji dla Afroamerykanów jest podyktowany rasizmem. W podobnym tonie prowadzona była afera o „polityczność” – Sad Puppies i Hugo, czy nie tak dawna decyzja o usunięciu statuetki Lovecrafta (World Fantasy Award), z uwagi na to, że wedle dzisiejszych kryteriów jest on podejrzany o rasizm. W ostatnich latach światopoglądy zaczęły gęstnieć i wywierać coraz większy nacisk – znów pojawia się ludzki umysł i zdolność do łączenia wszystkiego we wzorce. Wzorzec w tej sytuacji nasuwa się sam. Nie można się więc dziwić dosyć gorącym dyskusjom – ludzie kierujący castingami dobrze o tym wiedzą.

Do czego zmierzam? Do tego, że kontrowersja dobrze się sprzedaje. Umieszczając czarnoskórego Edrisa Elbę w „Mrocznej Wieży” w roli Nie-Tego-Rolanda-O-Którym-Myślisz twórcy jednocześnie uspokajają pewne lobby, oraz gwarantują sobie, że o filmie usłyszy dużo więcej osób.

Dysonans poznawczy – a z nim poczucie zafałszowania danej postaci-  pozostanie – i będzie to zupełnie naturalna rzecz, nie mająca nic wspólnego z rasizmem. Być może film okaże się hitem. Być może Elba będzie świetnym rewolwerowcem.

Nigdy jednak nie będzie Rolandem Deschain, „białasem”, który podążał za Człowiekiem w Czerni.

Ponieważ zmienił to kolor skóry. Roland jest fałszywy.

Dla uzupełnienia proponuję tutaj felieton Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego Nowej Fantastyki. 

Co się psuje w Internecie

Hej, nazywam się Michał Stonawski i szanuję Korwina. Nie podoba mi się Aborcja, od lat też nie chodzę do kościoła w niedzielę. Nie podobają mi się niektóre z zachowań społeczności LGBT i szanuję Cejrowskiego. Nie podoba mi się, kiedy w filmach i popkulturze pojawiają się na siłę czarnoskórzy aktorzy. Pozwól mi zadać Ci pytanie – na jakiej podstawie mnie teraz oceniasz? 

Kiedy startował Internet byłem przekonany, że oto świat wkracza w zupełnie nową fazę rozwoju. I nie myliłem się, bo i globalna sieć istotnie popchnęła cywilizację w zupełnie nowym kierunku. Internet miał być skarbnicą ludzkiej wiedzy, prawie nieograniczoną bazą danych i wreszcie niesamowitym ułatwieniem komunikacji. I tu też można powiedzieć, że tak się stało, chociaż niepokojącym może być fakt, że Sieć dzisiaj służy głównie jako miejsce, gdzie każdą informację trzeba sprawdzać po parę razy, przestrzeń pełna wszelkiej maści pornografii i głupich zdjęć. I… daleki jestem od potępienia tego stanu rzeczy. Sieć to miejsce wolne, gdzie każdy sam wybiera, do czego chce mieć dostęp. Wszelkie próby jej ocenzurowania przez rządy na całym świecie są w mojej opinii próbami popełnienia przestępstwa przeciw własnym obywatelom, nie wspominając już o udowodnionej przez (między innymi) Snowdena inwigilacji opisywanej kiedyś jako dosyć koszmarne science-fiction, a na którą społeczność zareagowała – zdawałoby się – wzruszeniem ramion. Bo zdecydowanym sprzeciwem tego nie nazwę.

Ostatnio dochodzę jednak do przykrego wniosku, że gdzieś w tym wszystkim – mediach społecznościowych, kotach, lajkach – znika najważniejsza wartość, jaką Internet za sobą niesie – umiejętność komunikacji. I znów – nie odważyłbym się winić za to samej Sieci, a ludzi, którzy korzystając z niej dali się ogłupić.

Nieprzypadkowo zacząłem mój wywód tak, a nie inaczej – to są moje rzeczywiste przekonania, a przynajmniej ich część. Na ich skutek spora liczba osób czytających wstęp już mnie oceniła, zaszufladkowała, może nawet przestała tekst czytać, sądząc, że nie znajdzie tu treści dla siebie. Co więcej – pisząc takie rzeczy na przykład w statusie na facebooku diametralnie zwiększyłbym szansę na rychłą „gównoburzę”, podczas której uwolniłoby się strasznie dużo różnej ilości emocji – głównie złych. Powiem więcej – na skutek wyrażania swojej opinii wiele osób traci swoich znajomych. Tak samo, jak na skutek popierania „złej” partii politycznej (naprawdę – wyrzucenie kogoś ze znajomych, bo lubi inną partię polityczną?!), czy zgodzenia się z czymś ze „złą” osobą. Powiem jeszcze więcej – od dłuższego czasu spotykam się z opiniami osób, które w poglądach są podobne do mnie, a które radzą mi, bym nie wypowiadał się na żadne kontrowersyjne tematy, nie przedstawiał swoich opinii, czy myśli publicznie, ponieważ mi to zaszkodzi w karierze i życiu jako takim.

Co jest najstraszniejsze – mają rację. 

W którymś momencie Internet – czy też bardziej ludzki charakter – spowodował, że zniknęło gdzieś zrozumienie, umiejętność dialogu, czy choćby zwykłe „Domniemanie niewinności”. Ludzie zawsze dzielili się na obozy wedle swoich gustów, to normalne. To jednak, co się stało obecnie jest o wiele silniejszym zjawiskiem – bo globalnym i Internetowym. Rezonującym. Na naszych oczach dokonała się radykalizacja. Podział na skrajności. I w końcu etykietkowanie.

Jeśli szanuję Korwina – jestem kucem. Jeśli nie podoba mi się Aborcja – katolem i zaściankiem. Jeśli nie chodzę do kościoła – wykolejeńcem. Jeśli mam „ale” do społeczności LGBT – homofobem, a szanując Cejrowskiego zwykłym debilem. Na dodatek mając zdanie na temat wpychania czarnoskórych aktorów najprawdopodobniej jeszcze rasistą.

I już. Właśnie dostałem tyle etykiet i na tyle zostałem oblepiony gównem, że teraz będę się musiał tłumaczyć i udowadniać, że nie jestem złym człowiekiem. Wiele osób nie uwierzy. A reszta? Wiecie, jak jest – może to nie prawda, ale niesmak pozostał. Jak w kawale, tylko w życiu i już nieśmiesznie.

Mało komu przyjdzie do głowy scenariusz, w którym mogę szanować Korwina za pewne poglądy ekonomiczne, ale łapać się za głowę, kiedy pieprzy głupoty, że może mi się nie podobać Aborcja moralnie, ale mogę równocześnie widzieć pewne racje jej zwolenników, że jeśli nie chodzę mam problem z Kościołem, to nie koniecznie z Bogiem, że może mi się nie podobać część zachowań ludzi z LGBT, ale jednocześnie w części poglądów mogę stać za nimi murem, że Cejrowski jest dla mnie świetnym podróżnikiem i opowiadaczem i nie koniecznie zdanie na temat czarnoskórych aktorów podzielam przy wszystkich omawianych pod tym kątem filmach i że – uwaga – mogę je mieć, jednocześnie nie będąc zwolennikiem wrzucenia wszystkich czarnoskórych do gazu.

Powiecie – bo to musisz wytłumaczyć. Problem w tym, że nikt już nie chce słuchać. Nikt już nie ma czasu słuchać. Nawet jeśli znajdziesz osobę, której będziesz próbować coś wytłumaczyć, są spore szanse, że ona już cię oceniła – już zadecydowała, kim jesteś. Homofobem, katolibanem, rasistą, lewacką kurwą. I jasne, że znajdą się osoby, z którymi da się porozmawiać – problem w tym, że takich w Sieci, szczególnie na Facebooku jest coraz mniej. Bo i po co, jest cały wall do obskoczenia, serwis ze śmiesznymi obrazkami do obejrzenia, jeszcze jakieś newsy ze świata i filmiki na YouTube. O, kogoś gnoją? Rasista? Lewak? No to emotka „Wrr”. Albo dosadny komentarz. Nie ma potrzeby zagłębiać się w szczegóły, nie ma czasu. Na pewno jest winny. Wszyscy dzisiaj są lewakami-kurwami albo rasistami.

Domniemanie niewinności? Dyskusja? Empatia, albo zrozumienie? Zwykła ludzka dociekliwość? Te rzeczy zwyczajnie znikają. Jeśli komuś nakleisz nalepkę, to on się musi tłumaczyć i wykręcać, nieważne, co powiedział i dlaczego. I jasne, świat jest pełen homofobii, rasizmu, przemocy – to tak samo ludzkie, jak miłość, z tym, że fajnie byłoby z tymi złymi emocjami walczyć. Nie jestem tylko przekonany, czy walka z nietolerancją, poprzez nietolerancję i ostracyzm ma sens. Bo ci, którzy naprawdę są winni się w ten sposób nie zmienią – a jak zwykle odłamkami dostają niewinni.

Ale co ja tam wiem.

Jestem przecież tylko… <tu wstaw etykietkę>

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén