Spokój. Cisza. Miło.
Piątkowy wieczór zbliża się powoli. Z kuchni dolatuje mnie zapach przygotowywanego obiadu, z głośników słychać Kaczmarskiego. W łagodnym półmroku pokoju widać cienie książek. Za oknem szumi wiatr…

Muszę jeszcze popracować. Poprawić dwa opowiadania, odpisać na parę maili. Ale to potem. Nie teraz. Tymczasem, jak przystało w taki właśnie czas, coś luźniejszego:

Na początek; jakiś czas temu, na Enklawie Magii (która stała się Enklawą Network) ukazała się moja recenzja drugiego tomu ,,Zbieracza Burz” autorstwa M. L. Kossakowskiej. Jest to mój ostatni tekst napisany dla w/w serwisu. A co dalej, powiem. Za chwilkę.
Teraz recenzja:

Światy niematerialne od zawsze fascynowały ludzkość. Ich istnienie było poddawane w wątpliwość, negowane na różne sposoby i na tyle samo bronione. Nie ma co się dziwić, że trafiły do książek, jako odbicie nurtujących cywilizację pytań. Co jednak się stanie, jeśli wypchniemy powagę za drzwi i popatrzymy na ten problem z przymrużeniem oka? Na to, oraz na inne, pytania odpowiada Maja Lidia Kossakowska.
Kiedy udało mi się dostać w swoje ręce drugi tom „Zbieracza Burz”, nie kryłem podszytego obawami zaciekawienia. Te lęki miały swoje uzasadnienie; po oszałamiającym „Siewcy Wiatru”, pierwszy tom „Zbieracza” wydał mi się pozbawiony tak intensywnej dawki humoru, a wątki fabularne odcięte od siebie. Trzymając w dłoniach tom drugi zastanawiałem się, czy i tu spotkam się z podobnymi wadami. Oczywiście, istniała tylko jedna droga, aby się przekonać. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać.

Daimon Frey znalazł się w wybitnie kłopotliwej sytuacji. Nie dość, że dostał od Pana rozkaz zniszczenia Ziemi, to jeszcze dawni przyjaciele wszczęli za nim pościg, uznając, że postradał zmysły. W dodatku miłość jego życia, Hija, odsunęła się od niego, a jego tropem został wysłany potężny przedwieczny, demon – Apolyon, Boży Szaleniec. Tuż za nim podąża oszalały Archanioł Michał, widzący przed sobą tylko jeden cel – unicestwienie Abaddona. Na koniec należy dodać jeszcze i to, że w momencie rozpoczęcia książki Anioł Zagłady leży podziurawiony kulami i umierający, w rozpadającym się domu na Ziemi, pod opieką bezradnego opiekuna kotów – Hariela. Nie, zdecydowanie sytuacja nie należy do najlepszych. Tańczący na Zgliszczach może liczyć już tylko na cud…

Nazwisko Kossakowska już od lat jest wyznacznikiem najwyższej jakości, jeśli chodzi o fantasy z aniołami w rolach głównych. Miło mi zatem powiedzieć, że i tym razem autorka dała z siebie wszystko, a nawet więcej. W tomie drugim „Zbieracza Burz” zaskakuje spójność fabuły. O ile pierwszą część można było uznać za lekko „poszarpaną” pod tym względem, o tyle tutaj miałem do czynienia z naprawdę wieloma wątkami, zgrabnie i z wyczuciem połączonymi w jedną całość. W wielu książkach autorzy większość uwagi poświęcają tylko na wątek główny, poboczne traktując zgodnie z ich nazwą. Tu jest inaczej. Kossakowska skupiła się na całej akcji, stąd też, czytając, nie czekałem gorączkowo na następne zdania o Abaddonie, rozkoszując się historią Asmodeusza, czy też z zainteresowaniem śledząc poczynania Archaniołów.
Taki zabieg sprawia, że książkę czyta się szybko, lekko i, co najważniejsze, miło, na co z pewnością ma również wpływ występujący na jej kartach humor. I to humor wybitnie Kossakowski – delikatny, ironiczny, czasami schowany pomiędzy wersami, kiedy indziej dobitny i wyraźny, zawsze jednak z wyczuciem.

Najbardziej widoczną cechą „Zbieracza Burz„ jest akcja. Wydarzenia dzieją się szybko. Tak naprawdę nie ma zbyt wielu chwil na oddech. Lekkie pióro autorki, perfekcyjna narracja i ciekawa fabuła pociągnęły mnie do przodu niczym wierzchowiec Daimona, Piołun. Takie tempo sprzyja wzrostowi ciśnienia i, rzeczywiście, pod koniec książki czuje się wielkie napięcie. O ile wcześniej (teoretycznie) mogłem jeszcze odejść od lektury, to mniej więcej dwieście ostatnich stron sprawiło, że zostałem prawie dosłownie do niej przykuty. I musiałem wytrwać aż do nieuchronnie zbliżającego się końca.

Tym, co dodaje dodatkowych walorów tej pozycji, jest styl autorki. Kossakowska wprost uwielbia uprawiać narracje w drugiej osobie. Jeśli miałbym wskazać jakieś wady „Zbieracza Burz”, byłby to dla mnie duży problem. Przyczepić się można chyba jedynie do tego, że osoby, które wcześniej nie przeczytały „Siewcy Wiatru” mogą mieć trudność ze zrozumieniem niektórych sytuacji. Z powodu skoncentrowania się na szybkim rozwoju akcji, autorka uszczupliła opis uniwersum. Takich momentów jest jednak mało i nie przeszkadzają one w rozkoszowaniu się lekturą.

Kiedy odkładałem książkę na półkę czułem się spełniony. „Zbieracz Burz” dał mi dokładnie to, czego pragnąłem. Ani za mało, ani za dużo. Myślę, że jeszcze kiedyś powrócę do Królestwa, by przeżyć to jeszcze raz.
W moim „Rankingu Półek” tom drugi „Zbieracza Burz” ląduje na tej z napisem „Bardzo dobre”. Przekładając na język uniwersum – tuż pod Białym Tronem.

Recenzje można znaleźć TUTAJ


A teraz powrócę do przerwanego tematu. Z wielką (naprawdę!) radością informuję, że nawiązałem współpracę z kwartalnikiem fantastyczno-kryminalnym Qfant. Myślę, że będzie bardzo owocna. Ba, wiem to! Zwłaszcza po naprawdę rodzinnym powitaniu :)
I już niedługo, obiecuję, będziecie mogli przeczytać moje pierwsze teksty!
Na koniec zostawiłem trochę muzyki;

Chłopaki z zespołu Identity (któtym gorąco kibicuje) zakończyli ostatnio prace nad demem. Będzie go można niedługo ściągnąć, póki co, utworów można przesłuchać na ich stronie. Poniżej – okładka. BARDZO mi sie spodobała.
A jak Ty uważasz?


Mam nadzieję, że ten wieczór będzie dla Ciebie tak miły, jak dla mnie. Dlatego, ostatnią rzeczą jest ballada                         J. Kaczmarskiego, która mnie ostatnio obezwładniła: