Tag: nauka

Co zmieni fakt, że żyjesz w symulacji?

Parę tygodni temu Bank of America wysłał do swoich klientów list mówiący o tym, że prawdopodobieństwo, iż żyjemy w zaawansowanej technicznie grze komputerowej wynosi od 20 do 50 procent. Koncepcja, która jeszcze parę lat temu uznawana była za śmiałą i dosyć ciekawą hipotezę, jest teraz rozpatrywana szerzej przez tuzy świata fizyki, jak choćby znany propagator, Neil deGrasse Tyson. Mało tego – istnieją przesłanki, jakoby dwóch miliarderów (z czym jednym z nich na pewno jest Elon Musk) finansowało badania za których sprawą ludzkość ma się wyrwać z Matrixa. Prosta idea, zaledwie zagadnienie, staje się jednym z głównych problemów dzisiejszej fizyki teoretycznej. 

W świecie, w którym fizyka kwantowa otwarcie przyznaje, że pewne rzeczy dzieją się tylko dlatego, że na nie patrzymy, materia nie musi istnieć, a świat to coś zbudowane w zasadzie z niczego pomysł, że żyjemy w grze komputerowej nie jest wcale taki głupi. Więcej – wydaje się szalenie prawdopodobny. Jak to miałoby wyglądać? Cóż, albo nasz świat istnieje jako zapis informacji przechowywany we wnętrzu czarnej dziury, która jest częścią świata będącego zapisem informacji przechowywanych we wnętrzu czarnej dziury, albo… zaczyna się robić jeszcze dziwniej, bo jesteśmy symulacją przodków zbudowaną przez naszych własnych potomków za tysiące lat – tyle, że nie są to oczywiście „nasi” potomkowie.

Cała koncepcja opiera się na przypuszczeniu, które bardzo ładnie Elon Musk wyłożył w czerwcu, na jednej z konferencji:

Czterdzieści lat temu mieliśmy ponga, dwa prostokąty i kropkę. Tak wyglądały wtedy gry. Dzisiaj, czterdzieści lat później, mamy fotorealistyczne symulacje 3D, w które jednocześnie grają miliony ludzi – i stają się one z roku na rok coraz lepsze. Za chwilę będziemy mieli wirtualną i wspomaganą rzeczywistości. Niezależnie od tego, jakie tempo postępu założysz, w pewnym momencie gry staną się nieodróżnialne od rzeczywistości – i to nawet jeśli postęp zwolni tysiąckrotnie.

Teraz wyobraźmy sobie świat za 10 tysięcy lat, co przecież jest niczym w skali ewolucji. Zakładając że zmierzamy w stronę gier nieodróżnialnych od rzeczywistości, które to gry mogą być grane na dowolnym komputerze, to prawdopodobieństwo że znajdujemy się w bazowej rzeczywistości jest jak jeden do miliarda. Powiedzcie mi, co jest nie tak w tym argumencie?

Fantazja? Wszystko wyssane z brudnego małego palca lewej stopy? Możliwe – ale ileż takich fantazji stało się rzeczywistością? Historia postępu wygląda wręcz tak, jakby każda koncepcja zrodzona w formie opowieści – wymysłu pisarza sf – prędzej czy później miała doczekać się przynajmniej możliwości stania się prawdziwą. Nawet latające samochody są już możliwe (chociaż nie tak, jak byśmy chcieli). To, że nie ma ich na niebie to raczej problem reorganizacji systemu, zagrywek lobby i tego, jak działa rynek.

No, ale dobrze. Zakładam, że w pewnym momencie okaże się, że faktycznie – żyjemy w symulacji. Stawiam pytanie:

Czy to coś zmieni?

Zakładając, że za parę lat naukowcy ogłoszą, że żyjemy w symulacji musielibyśmy się liczyć z paroma wariantami:

  • Wielka histeria i załamanie ludzkości
  • Wielka histeria, załamanie ludzkości i wyłączenie systemu przez administratorów
  • To już się wydarzyło i żyjemy po restarcie
  • Świat będzie funkcjonował dalej

I… ja osobiście jestem zwolennikiem opcji ostatniej. Dlaczego? Po pierwsze – informacja zostanie zauważona tylko przez część ludzkości. Odjąć musimy wszelkie plemiona i społeczności krajów mało zinformatyzowanych, oraz takie, których doktryny religijne (patrz: Islam) wykluczają takie podejście do tematu. Po drugie, tylko część osób, które usłyszą taką informację faktycznie w nią uwierzą. Dla pozostałych twór ten będzie jeszcze dziwniejszy pojęciowo, niż fizyka kwantowa, która już dla wielu jest nie do przyswojenia (nie „zrozumienia” – ja na ten przykład w życiu bym ne powiedział, że „rozumiem” zasady działania mechaniki kwantowej, ale umiem je zaakceptować i w minimalnym stopniu pojąć, że jest tak jak jest). Ponadto naukowcom trudno to będzie udowodnić w sposób zrozumiały i przystępny dla każdego, bowiem wymagałoby to niemożliwego. W tym wypadku musielibyśmy „wyjść” z symulacji i spojrzeć na nią z zewnątrz. Co prawdopodobnie nie jest w ogóle możliwe – tak, jak nie jest możliwe, by komputerowy Geralt z Rivii przeszedł do naszego świata przez ekran. Wszelkie dowody opierać się więc będą na jakichś wyliczeniach i spostrzeżeniach – takich jak ostatnie odkrycie Dr. Jamesa Gates’a Jr., który w teorii Strun znalazł… kod programu komputerowego. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, że większość ludzi po prostu postoi chwilę z głupim wyrazem twarzy i wzruszy ramionami, bo dzieciaka trzeba nakarmić i kredyt spłacić.

Co jednak zmieni to odkrycie dla tych, którzy zrozumieją jego wagę?

Dochodzę tu do paru wniosków:

  • Po pierwsze – sam fakt takiego odkrycia nie oznacza, że nasz świat nie jest prawdziwy. Dochodzimy tu do filozoficznego paradygmatu mówiącego o tym, że świat postrzegany jest światem rzeczywistym. Dla nas rzeczywistość jest zawsze taka sama – czy jest iluzją, czy też nie. To świat który postrzegamy i rozumiemy. Świat będący od zarania dziejów naszą przestrzenią życiową. W perspektywie symulacji – jedyny świat dla którego my jesteśmy prawdziwi tak samo, jak on dla nas, mimo, że wszystko jest iluzją.
  • Po drugie – są to dobre wieści dla kreacjonistów i wszelkich wierzących. Cała wiara opiera się bowiem na tym, że jest stwórca i twór. Stwórce nazywamy bogiem, sami siebie tworem. W perspektywie symulacji możemy wreszcie namierzyć tego boga i „zaświaty” – o których, jak mówi Pismo, nawet nam się nie śniło. Co oczywiście nie spodoba się wielu wyznawcom religii – i być może dlatego właśnie jest ukryte.
  • Po trzecie ten „nasz” świat może być dla nas jedynym – w dodatku bardziej realnym, niż wszystko inne. Przecież w tym świecie „prawdziwym” wcale nie musi być tak, jak u nas. Mogą istnieć zupełnie inne prawa fizyki, tak rozwinięte, że te nasze są tylko mizernym wycinkiem „prawdziwej” rzeczywistości.
  • Po czwarte mamy prawo się poczuć oszukani. W każdej bowiem chwili możemy zostać odgórnie „wyłączeni”, w dodatku jesteśmy własnością jakichś bytów. Z ich punktu widzenia nie mamy prawa głosu. Z ich punktu widzenia nie jesteśmy prawdziwi. Co jednak – zaznaczę – nie odbiega od dzisiejszego stanu naszego świata. Wszystko powyższe jest po prostu aktualnie „niesprecyzowane”.
  • Po piąte najprawdopodobniej zostaniemy wyłączeni. Jakkolwiek cywilizacja naszych twórców nie byłaby rozwinięta, za każdym razem ilość energii i budulca jest skończona. Nie może być zatem sytuacji w której w naszej symulacji budujemy symulację, w której to symulacji nasi symulańci budują własną symulację, w której powstaje jeszcze następna symulacja w symulacji w symulacji. I tak w obie strony. Łącząc to jeszcze z perspektywą Multiwersum (teorii wieloświata, nieskończonej ilości wszechświatów w nieskończonej ilości wszechświatach) dochodzimy w pewnym momencie do poziomu krytycznego energii, którego nie da się już udźwignąć. A to kończy się ogólnym zawieszeniem wszystkich systemów. Można powiedzieć – multi errorem. Galaktycznym 404. Multiwersalnym crushem. My to wiemy i wiedzą to nasi twórcy. Wobec czego, kiedy w niedalekiej przyszłości sami zaczniemy budować symulację… zostaniemy wyłączeni. Zresetowani. Zakończeni.
  • Po szóste – może być i tak, że to my jesteśmy tymi „pierwszymi”. Choć to wysoce nieprawdopodobne. Ale wtedy musimy sami sobie odpowiedzieć, czy chcemy zapoczątkować taką spiralę kreacji i wziąć odpowiedzialność za cały ten bałagan, jaki powstanie?

I z tym pytaniem Was dziś zostawię.

Pogadanka naukowa #2 – W sieci nienawiści

Do napisania tego felietonu pchnął mnie wpis na Gramsajcie theZoSo,oraz, pośrednio komentarz MartivaRa pod nim.
theZoSo skupia się na zjawisku trollingu i hejtu, podając przykłady i pisząc o nienawiści… a kończąc takim oto stwierdzeniem:

Warto więc pamiętać, że internet to… internet [o rly?]. Nie traktujmy wszystkiego tak dosłownie. Każdy ma swoje zdanie i dopóki przedstawia je po ludzku i nie miesza z błotem czyichś opinii, to warto z takim kimś podyskutować. Jeżeli jest inaczej, to lepiej nie tykać gówna, bo diamentu z tego się nie zrobi, a co najwyżej samemu się upieprzy.  

Ma oczywiście wiele racji, by nie robić z Internetu nie wiadomo jakiej rzeczy. Niemniej, chciałbym się od tego pierwszego, początkowego zdania odbić, by skupić się na pytaniu zasadniczym – czym tak naprawdę jest sieć?Myślę, iż dopiero kiedy uda nam się odpowiedzieć na nie, będziemy mogli w większym stopniu pojąć zjawisko hejtu i trollingu.

#1

Zacznijmy od postawienia tezy – mianowicie Internet nie jest wcale siecią łączy, kabli, serwerów i komputerów. Nie jest też oprogramowaniem i setkami miliardów linijek kodu. To jest jego budulec i opis jego funkcjonowania. Innymi słowy – ciało i procesy życiowe. Nikt jednak nie powie, że człowiek to tylko torba skóry, kości i krwi ułożonych tak, że razem współgrają. Abstrahując od plątającej mi się tu pod nogami religii, człowiek ma w sobie coś więcej – nazwaliśmy to duszą, nazwaliśmy świadomością… ale jest.

Właśnie powiedziałem, że Internet jest: Żywy i w dodatku świadomy. Oszalałem?
Ani trochę.

Patrząc na życie, można dojść do wniosku, że nie umiemy go zdefiniować. Żywy może być kwiatek, kot, który właśnie śpi na mojej szafie, a nawet bakteria… i we wszystkich tych organizmach występują procesy życiowe takie jak pobieranie pokarmu, wydalanie, rozmnażanie, wzrost… tak się ma sprawa także w przypadku małych miasteczek, wielkich miast, czy nawet… wszechświata. Organizmy są różne, lecz wszystkie prezentują w pewnym sensie najbardziej powszechną rzecz we wszechświecie – życie.

Wracając do Internetu. Także pobiera pokarm, którego potrzebuje jego ciało. Także wzrasta i w tym sensie także się rozmnaża jego, cóż, cyfrowy odpowiednik Lewiatana.

Ale co stanowi jego świadomość?

Odpowiedź jest prosta – MY.
Internet nie jest samoświadomy. Nie jest istotą obdarzoną rozumem, nie „myśli” jako on sam, nie jest budzącą się z nicości egzystencją. W pewnym sensie Internet jest tak samo nowym bytem, jak i nową formą nas samych.

To – być może pierwsze – stadium świadomości zbiorowej. Chaotyczna egzystencja składająca się z milionów pojedynczych, samoświadomych komórek – nas samych. Doskonały, superinteligentny chaos obejmujący obszar naszej planety i trochę poza nią, wysyłający echa płaczu noworodka głęboko w zimną przestrzeń kosmosu.

Innymi słowy – odrębny świat w świecie (realnym), rządzący się zupełnie innymi (mimo podobieństw) prawami. Zakotwiczony w tym świecie zewnętrznym za pomocą siebie samego – czyli nas. Internet to my i byliśmy nim od kiedy tylko nasz gatunek pojawił się na planecie Ziemi. Pozostało nam tylko zbudować mu ciało i wlać w nie te setki tysięcy świadomości  jak w jakimś wyolbrzymieniu wizji Frankensteina i jego potwora.

#2

Mając już utworzony obraz Internetu w swej istocie, możemy podjąć się próby odpowiedzenia sobie na problem zjawiska „Hejtu” – czyli nienawiści. Osoby, które postrzegają Hejt jako zjawisko stricte Internetowe są w błędzie. Owszem, hejt występuje w Internecie, ale problem jest nasz, realny – w pojmowaniu „realu” jako świata realnego.

Tworząc Internet sprawiliśmy, że powstała zupełnie inna przestrzeń – wirtualna. Coś z niczego, zabawa w absolut. Udana, dodam – choć póki co jesteśmy na poziomie chaosu.

Problem pojawił się wtedy, kiedy zakwalifikowaliśmy Sieć jako swoisty „podświat”. Świat nieprawdziwy. W pewnym sensie… gorszy. Chociaż nie, to złe słowo – świat sztuczny „nie taki, jak ten” – widzicie, tu brakuje mi słowa. Jeszcze go nie wymyślono. Chodzi o coś co wpycha świat w niższą rangę – nie czyniąc go „gorszym” jako takim. To słowo, które jest prawdopodobnie częścią przyszłości.

Ale do rzeczy  – stworzyliśmy przestrzeń, w której panuje chaos i zasiedliliśmy ją. W kontekście powyższych rozważań – zasiedliliśmy siebie nami samymi, weszliśmy o jeden poziom głębiej.

Popatrzyliśmy na ten świat z perspektywy zewnętrznego Realu i powiedzieliśmy – „to nie jest równe temu”, w pewnym sensie sami siebie obrażając. Ten… świat posłużył nam do tak wspaniałych rzeczy, jak wytworzenie skarbnicy wiedzy, możliwości podróży do miejsc, których nie dalibyśmy rady odwiedzić w czasie swojego niesamowicie krótkiego życia czy najważniejszej z funkcji Internetu – wymiany informacji, tak skutecznej, że obecnie mówimy już o „szumie” informacyjnym. Czasem jest go aż za dużo.

Wszystko ma dwie strony, wobec czego i tutaj wepchnęliśmy nasze „ciemne” instynkty, morderstwa, pedofilię, nienawiść, zawiść, zazdrość… to także i my. Weszliśmy do wirtualnego świata w całości.

I tu właśnie zaczyna się problem:

Hejt występuje w Sieci właśnie dlatego, że w realnym życiu pewnych rzeczy byśmy nie zrobili. Tak samo, jak w grach komputerowych, gdzie możemy zabić kolegę z roku, czy nawet swojego profesora, nie zrobimy tego (poza pewnymi wyjątkami, które zawsze się zdarzały) w świecie realnym.

Dlaczego? 

Czym różni się ten świat, od tamtego? Bo tamten jest wirtualny? To tylko kwestia budulca, całkiem możliwe, że nasz świat także taki jest (po więcej z tego tematu zapraszam do Pogadanki naukowej #1 – jesteś hologramem). Otóż, świat wirtualny jest inny – nie ma pewnych konsekwencji danych czynów. Nie pójdziesz do więzienia, jeśli zabiłeś NPC. A nawet jeśli – nie będzie to dla Ciebie dotkliwe. Jeśli zhejtujesz kogoś, tamten nie da ci w twarz, a co najwyżej zacznie pisać z caps lockiem. W dodatku, Internetowe społeczeństwo wytworzyło już własne zasady – za bycie hejterem, trollem, mistrzem ciętej riposty leci uznanie, sława. Można nawet się załapać na mema na Kwejku, a wtedy człowiek zaczyna być „kimś”.

Wiesz, prowadzę teraz taki projekt, w trakcie którego jeżdżę po nawiedzonych miejscach i wypytuje o nie ludzi, często nawet ich właścicieli. Jestem zaskoczony, z jaką pomocą, zrozumieniem i tolerancją się spotkałem, nie ważne, czy mój rozmówca był rastafarianinem, lumpem, moherową babcią czy staruszkiem w wieku 98 lat. W końcu dałem część tego co robię do sieci – a tutaj pierwszym komentarzem, jaki dostałem było „tu się jebnij” lub też inne odmiany hejtu, za którego oczywiście poleciały plusy w komentarzach.

Co się zmieniło? Tylko „świat” w którym się poruszam.

Dochodząc do sedna, degradując jeden świat sprawiliśmy, że stał się miejscem, w które możemy zamieść wszystkie brudy, jak kurz pod dywan. Tymczasem oba światy – co kłóci się z obecnym poglądem – należy moim zdaniem stawiać na równi. Oba są tak samo ważne.

I jest wyjaśnienie, dlaczego – w każdym z nich to MY jesteśmy jego istotą. A w tym zestawieniu jesteśmy tak pomostem łączącym oba światy, jak i jedynym czynnikiem niezmiennym.

Na koniec zostawiam pytanie dla Ciebie – czy w takim razie Internet pełni funkcję terapeutyczną, w której możemy w jednym miejscu wyrzucić brudy, by w drugim być „czyści”, czy też odwrotnie – miejsca, w którym jest tak dużo gówna, że nawet dodając swoje, wychodzimy cali nim oblepieni?

Prywatnie tak (3)

Przychodzi taki czas, że coś się musi skończyć, aby inne musiało się zacząć. Tak jest i teraz. Powiem Ci, że to jest bardzo niezwykłe uczucie, graniczące trochę z niepokojem i niedowierzaniem, dziwne, bo szalona radość, która miała się pojawić jakoś nie daje o sobie znać. A powód jego jest bardzo banalny (a przecież to banały są tak naprawdę najbardziej oddziałujące), bowiem po ponad piętnastu latach edukacji, prawie całym moim życiu, udało mi się wydostać spod ,,opiekuńczych” skrzydeł Ministerstwa Edukacji Narodowej, kończąc maturę i tym samym zaczynając 4-miesięczne wakacje.
Powiem Ci, że sam nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy nie. A może inaczej – wiedziałem, ale jakoś… nie mogłem. Spłynęło na mnie tylko rozluźnienie i błogość, jakie mogli odczuwać żołnierze po długiej i wycieńczającej bitwie.

Szkoła nauczyła mnie wielu rzeczy; panowania nad nerwami, patrzenia niebezpieczeństwu prosto w oczy, czy też pomysłowego radzenia sobie z problemami. Ale sza, bo stąd już blisko do stwierdzenia, że szkoła nauczyła mnie myśleć, co byłoby istnym zaprzeczeniem rzeczywistości.
Uczęszczając do szkoły nauczyłem się wiele o ludziach, o złych emocjach, o tym, że jeśli umiem liczyć, muszę liczyć tylko na siebie, czy też, że zawsze znajdą się osoby, które zrobią wszystko, by było ci jak najgorzej. I że często są nimi nauczyciele.
Było to dla mnie, jako przyszłego (mam nadzieję) studenta psychologii bardzo ciekawe doświadczenie – obserwowałem zachowania stadne w całej krasie, masową panikę, agresję, czy hipokryzję. Istny plac zabaw dla człowieka zainteresowaną psychiką ludzką!
Dzięki szkole też, poznałem prawdziwy gniew, zimną furię, bym powiedział i nauczyłem się ją kontrolować. To ciekawa rzecz – uśmiechać się, kiedy w środku aż cię rozsadza.
Chciałbym więc szkole teraz bardzo podziękować, za tak bogate doświadczenia, dzięki którym zrozumiałem parę rzeczy. To mi bardzo pomogło.
Myślę, że teraz warto zacząć się uczyć. Nadchodzą studia, tam już edukacji nie ma.
Szczęśliwy, macham MENowi na pożegnanie.

Wspominam dzisiejszy dzień, kiedy, siedząc w kuchni z Viearem i pijąc Earlgrey’a, rozluźniony i wygodnie oparty na krześle zrozumiałem, że w poniedziałek wcale nie muszę już iść do szkoły. Że matury też już pozostały za mną. To wielka ulga. Wiesz co, cholernie się cieszę. Czując w ustach przyjemne ciepło tego napoju bogów i żartując z przyjaciółmi wiem, że sobie na to zasłużyłem.

Ale odejdźmy już od tego. Chciałbym Cię poinformować o trzech rzeczach; jedną z nich jest to, że od 1-go wyjeżdżam i nie ma mnie na dwa tygodnie. Dosłownie – nie ma. Odcinam się od świata za klasztornymi murami, nawet komórkę będę miał włączoną może przez godzinę na trzy dni. A zaraz później (i to już druga sprawa), od 25-go czerwca we Wrocławiu organizowane są Dni Fantastyki. Serdecznie zapraszam. Będę tam ja, będzie pewnie cała (lub prawie cała) redakcja Enklawy Magii, będzie Viear, Alak, Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas, a także Milena Wójtowicz, Jakub Ćwiek, i… i jeszcze wielu, wielu ciekawych, wartych poznania ludzi. I będzie się działo. Wystarczy wspomnieć o operze fantasy (dobrze czytasz), wyświetleniu ,,Head to love” – genialnego filmu na podstawie prozy Łukasza Śmigla i Kazka Kyrcza, że nie wspominając o licznych LARPach, grach RPG, konkursach, prelekcjach… naprawdę – polecam.


I następna sprawa; jutro (w niedzielę 30 maja), o godzinie 15 Joorg organizuje Broadcast z Morrowinda. Jako, że jestem wielkim fanem tejże gry, poprosił mnie o gościnę, tak więc nie tylko on będzie komentował to, co będzie widać na ekranie, ale także i ja. Cóż, zobaczymy, jak to wyjdzie, nie jestem dobry w komentowaniu na żywo, ale mam już parę pomysłów…
Zapraszam i wstawiam link do zapowiedzi, którą udało się nam przygotować z Joorgiem w środę:

http://www.xfire.com/video/2c0109/

Wiesz, w czasie swojego życia poznałem różne osoby. Niektóre fajniejsze, inne mniej, niektóre dziwne, inne niepokojąco normalne, jeszcze inne – uzdolnione jak diabli.
Taką uzdolnioną osobą jest pewna moja przyjaciółka. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego, jak ona. Artystka.
Wyobraź sobie, że jesteś znudzony. Tak bardzo, że samo życie Ci obrzydło. Straszne, prawda?
A teraz pomyśl o osobie, która potrafi się nudzić twórczo. Niezwykłe. Zwłaszcza, jeśli robi to dla kogoś.

W sumie mogłem się pochwalić już dawno. Bo to jest tego warte. Mnie osobiście zapiera dech w piersiach. Wyobraź sobie, że właśnie ta moja przyjaciółka postanowiła, nudząc się, oprawić ,,Pętle” moje pierwsze, nadające się jako-tako do czytania, opowiadanie.
I wyszło z tego takie oto cudo (wszystko robione jest ręcznie):

Nie jest to może ,,poważna” publikacja, ale miło mieć coś takiego na półce, zwłaszcza, jeśli jest robione specjalnie dla ciebie. Niesamowite.

Cóż, i na koniec sprawa aktualizacji – na ostatnim spotkaniu autorskim Robert Cichowlas zwrócił mi uwagę, że ten ja  w zakładce ,,o mnie” na tym blogu to nie ja. A przynajmniej nie ja teraz. Też tak pomyślałem i, dzięki Viearowi i jego fachowemu, graficznemu oku, zaktualizowałem zdjęcie. Teraz ja jestem już mną.

I mi z tym dobrze, ot co.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén