Kategoria: Bez kategorii (Page 1 of 2)

Gdyby Wiedźmin nie był rasistowski…

Wiedźmin to gra, książka, film – świat – rasistowski, seksistowski, homofobiczny i ogólnie nie pasujący do trendów i upodobań naszej cywilizacji. W Wiedźminie nie ma murzynów. Sapkowski nie popełnił też żadnych znaczących wątków homoseksualnych (poza paroma pomniejszymi, lesbijskimi). Po sukcesie gry, kiedy książka ASa została dostrzeżona przez czytelników po drugiej stronie oceanu (15 miejsce na liście bestsellerów NYT) okazuje się, że – owszem – bardzo fajne fantasy, ale nie do przyjęcia, bo nie ma w nim murzynów. Przepraszam, Afroamerykanów. 

Nie można z tym walczyć. Jak pisałem ostatnio – Wiedźmin istotnie jest seksistowski. Dziś okazuje się (i tę prawdę podjęło parę zagranicznych i polskich serwisów), że jest przede wszystkim rasistowski. Nic to, że są pewne realia historyczne – bo to fantasy. Nic to, że świat powinien być spójny (smoki latają, bo magia) i to cechuje dobrą opowieść fantastyczną. Nic to, że fabuła Sagi rozgrywa się w pewnych określonych warunkach i podejmuje (bardzo) tematy związane z tolerancją. Są pewne grupy (LGBT), które, jeśli nie dostaną czegoś czarno na białym, nie będą umiały przyswoić informacji. Wiedźmin jest rasistowski, bo tak powiedziały „zranione mniejszości społeczne” – czyli ci, którym trzeba zadośćuczynić. Zawsze.

Mógłbym pójść w stronę historii i bardzo łatwo wykazać, że Polska przez wieki była krajem multi-kulti i – co więcej – robiliśmy to dobrze. Łatwo byłoby też wskazać na fakt, że kiedy tak wysoce rozwinięte cywilizacyjnie kraje, jak Hiszpania, czy Francja wyrzucały Żydów, Królestwo Polskie przyjmowało ich, witając chlebem i solą. Przypomnieć należałoby, że kraje w których teraz narasta ruch wszech tolerancji (dla wszystkich z wyjątkiem białych i hetero) przez stulecia sprowadzały sobie niewolników, później dopuszczały się masowych mordów (ba, jeden z tych krajów jako jedyny na świecie użył broni nuklearnej przeciwko innemu państwu) i nawet teraz nie mają się czym chwalić w kwestii utrzymywania „pokoju i miłości do bliźniego” na świecie. Polska jest jednak krajem homofobów i zaścianka, to wie każdy. Tak samo, jak to, że istniały polskie obozy eliminujące żydów, a na lekcjach historii nie mówi się już o powyższych wydarzeniach.

No dobrze. To wyjaśniliśmy sobie parę rzeczy. Wiedźmin jest rasistowski, Polacy to zaścianek i tak dalej. Ale co by było, gdyby gra i książki nie były tak sprzeczne z panującymi trendami?

Spróbujmy pogdybać.

***

Geralt i Jaskier szybko porzuciliby role przyjaciół i zapałali do siebie autentyczną miłością. Wkrótce wzięliby ślub i żyli szczęśliwie, adoptując Ciri. Ta z kolei bardzo zaprzyjaźniłaby się z niejaką Milvą. Yennefer, nie mogąc się pogodzić z orientacją Geralta (a raczej z wyborem, Yen przecież byłaby wcieleniem tolerancji) poddałaby się magicznemu zabiegowi zmiany płci i jako dominujący transwestyta kochała się z Triss za każdym razem, kiedy tylko by się widziały.

Yarpen zostałby przewodniczącym partii LGBT i aktywnie walczył o prawa ludzi – teraz zdziesiątkowanych, od kiedy Rada Czarodziejek wprowadziła masową eksterminację ludzi (w imię wyrównania szans) i kontrolę narodzin „ludzkich szczeniąt”. Elfy i Krasnoludy odzyskałyby swoje tereny, ba, nawet zyskały nowe. Nilfgaardczycy, obrzucani kwiatami, pozdrawiani ukłonami i paradami równości, witani by byli na ulicach wszystkich królestw północy, jako „kiedyś uciskani”, teraz – imigranci multikulti. Szybko pozajmowaliby większość znaczących miejsc w radach i zdetronizowaliby poprzednich władców, wprowadzając swoje prawo i zwyczaje.

Nie byłoby wojen. Nie byłoby pogromu Cintry, ani bitwy pod Sodden. Calanthe znalazłaby pracę jako kierowniczka sprzątaczek na dworze i jakiś czas później rzuciłaby się z murów. Dzierżby w Brokilionie zapewnione by miały spokój, o ile oczywiście udzieliłyby miejsca uchodźcom z Nilfgaardu – a, że by tego nie zrobiły, ich las zostałby zrównany z ziemią podczas największej parady równości w dziejach. Smoki zostałyby objęte ochroną w specjalnych rezerwatach, a u szyi każdego z nich dyndałby, zaczepiony na łańcuchu obrońca z partii „Najpiękniejszych”.

Wszyscy żyliby dobrze, dostatnio i w ogólnym zrozumieniu i poszanowaniu. No chyba, że byliby hetero, lub też biali – wtedy musieliby okazywać na każdym kroku, że nie mają nic przeciwko nikomu. Wkrótce ludzie zostaliby poszukiwanymi pracownikami jako słudzy w bogatych, krasnoludzkich i elfickich domach Nilfgaardczyków. Oczywiście, za darmo – jako stażyści.

I zostaje najważniejsze pytanie – czym zająłby się Geralt i inni wiedźmini?

Potwory, jako zagrożone gatunki, zostałyby umieszczone pod ochroną. Wiedźmin spędzałby zaś czas na bieganiu pomiędzy urzędami, by udowadniać, iż ma zezwolenie na swoje miecze (które w końcu zostałyby mu odebrane, jako przedmioty wyjątkowo niebezpieczne). Być może podjąłby się pracy jako ochroniarz, ale szybko by go stamtąd wyrzucono za wyjątkową brutalność i złe podejście do klienta. Później próbowałby sił w rybołówstwie – krótko. Wkrótce wyszłoby na jaw, że uzależniony jest od psychoaktywnych środków i odesłałoby go do zamkniętego ośrodka odwykowo-resocjalizacyjnych, gdzie czasami na szybki seks wpadałby Jaskier.

Tam Geralt  miałby szansę spotkać swoje znajome czarodziejki, teraz na odwyku od magii. Ta ostatecznie też zostałaby zakazana – raz jako niepasująca z profilem forma kultu, dwa – w ramach akcji usuwania podziałów klasowych.

I wszyscy żyliby długo i byłoby im tęczowo.

—-

I jak wygląda teraz świat Wiedźmina? Chaos, brak logiki? „No tak, ale Wiedźmin 3 to nie jest adaptacja książki od historii, tylko – no właśnie! – fantasy. Czyli twórcy mogą dodać do tego świata, co im się podoba i co uważają za słuszne.” 

Geralt_2

Dzienniczek Romański #2

Obrazy powiedzą więcej, niż słowa. 

Ideologii precz!

Kiedy parę miesięcy temu przyznałem się, że boję się ideologii lewicowych – silnych przecież, wywołujących iskrzenie (a czasem pożary), podgrzewających atmosferę i tworzących wciąż nowych aktywistów, wielu moich znajomych, oraz znajomych znajomych mnie wyśmiało. Powiedziałem, że boję się tych ideologii wszechrówności i wszechtolerancji, bo są zwyczajnie niebezpieczne – i boję się dnia, kiedy ideologia będzie znacząco wpływać na kulturę.

Ale – zapytacie – jak to? Przecież kultura, szczególnie kultura słowa to w pewnym sensie odbicie ideologii danych czasów. Literatura odbija nasz świat w zwierciadłach. Zawsze tak było i tak długo, jak literatura istnieje – będzie. Kłopot zaczyna się, kiedy ideologia zaczyna dyktować literaturze warunki. Tak było w Imperium Rosyjskim, kiedy starzejący się Lew Tołstoj nie panował już nad przedstawicielami tołstoistów, skutkiem czego to oni decydowali o tym, jakie idee stoją za książkami wielkiego pisarza. Tak było, kiedy w Rosji rządy objęli dyktatorzy i tak było w Niemczech – wszędzie tam ideologie dyktowały literaturze o czym ma mówić i w jaki sposób. Nie da się, rzecz jasna, porównać dzisiejszej ideologii lewicowej do komunizmu, czy nazizmu. Nie ta skala – przede wszystkim. Jednak mechanizmy, które kierują ludźmi są już podobne.

Ze wstydem przyznam, że nie śledziłem w ostatnich miesiącach (a nawet dłużej) poczynań fandomów zagranicznych, skupiłem się na tworzeniu i propagowaniu Nagrody i wszystkich tych spraw, które są z Nagrodą związane. Dlatego ominęły mnie informacje o tym, co dzieje się z nagrodą Hugo. Czasem dobiegały mnie dalekie echa informacji, ale zawsze było „coś” innego do zrobienia. Teraz nadrabiam stracony czas i jestem coraz bardziej przerażony. Okazuje się, że od jakiegoś czasu nagroda Hugo (przypomnijmy, ta, dzięki której wypłynęły takie nazwiska jak A.C. Clark, Asimov, Le Guin…) przyznawana jest nie ze względu na wartość tekstów, a na to, czy ktoś jest gejem, lesbijką, czarnoskórym (przepraszam, Afroamerykaninem), żydem itp. Powstały ugrupowania fanów pilnujące, by wśród nominowanych znaleźli się przedstawiciele „dyskryminowanych” grup społecznych i by ci przedstawiciele wygrywali – bez względu na to, czy ich teksty są wartościowe, czy nie. Nie minęło wiele czasu, nim pozostali pisarze mający to nieszczęście bycia białymi, lub heteroseksualnymi zaczęli wręcz błagać swoich fanów o głosy, co szybko zyskało etykietkę „blowjobs for Hugo”. Oczywiście, nie znaczy to, że nagrodę wygrywały tylko niemerytoryczne teksty, lub też dzieła osób z „pokrzywdzonych” grup społecznych – te jednak były w większości.

W ostatnim czasie działa wytoczyła więc druga strona konfliktu – tak powstał ruch Sad Puppies, nawołujący do głosowania… a jakże, ideologicznego. Z tym, że na twórców z pozostałej reszty społeczeństwa. Innymi słowy, walczący z ideologią twórcy i fani sami stali się złem z którym walczyli, a nagroda Hugo przestała mieć już jakiekolwiek znaczenie – poza marką, która też traci na wartości.

Jako dzieciak czytałem opowiadania w antologiach „Don Wollheim proponuje” – dopisek, że dany tekst dostał nominację, bądź też wygrał Hugo sprawiał, że podchodziłem do tekstu prawie z nabożną czcią. Z reguły dostawałem kawał naprawdę niezłej literatury. Chciałbym, by ludzie czytający odpowiedniki takich antologii dzisiaj, mogli dostać do samo – wygląda jednak na to, że ideologia, głównie dzięki internetowi, stara się robić dokładnie to, czego tak się bałem – dokonywać gwałtu na kulturze słowa. Smutne jest to, że nie za bardzo wiadomo, co z tym faktem począć.

Nagrody plebiscytowe (jak Hugo) mają problem. To bezpośrednio z ich specyfiki wynika dzisiejsza nieprzyjemna sytuacja. Fandomy się rozrosły, Internet sprawił, że dziś każdy może być zainteresowanym, każdy może głosować i naturalną koleją rzeczy jest, że dane środowiska będą głosować na „swoich” faworytów. Liczy się więc, kto ma więcej fanów – czy ideologia, czy pisarz. Wynik znany jest z góry. Z drugiej strony nie należy, wręcz nie można odbierać fanom głosu. Z tym problemem boryka się Hugo i – na mniejszą skalę – Zajdel. Nie tak dawno przecież pojawiła się grupa fanów, którzy „dla śmiechu” chcieli zagłosować na „Kryształy czasu”… i wolno im. Powiem więcej, będę (z bólem serca) bronił ich prawa do tego, by mogli zagłosować. Bo na tym polega demokratyczny plebiscyt.

Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale być może jest z niej wyjście – albo przynajmniej wentyl bezpieczeństwa. Nieskromnie pochwalę się, że taki wentyl zastosowała właśnie Nagroda im. Grabińskiego. Głosowanie odbywa się powiem na dwóch płaszczyznach – w Kapitule i wśród Czytelników.  Co musieliby zrobić aktywiści, by przejąć zarówno pierwszą, jak i drugą grupę – nie wiem. I jeśli nadejdzie kiedyś taki dzień, że tak się stanie, będzie to oznaczało, że osiągnęła ona (ideologia, znaczy) rozmiar komunizmu, czy nazizmu właśnie.

Czego ani Wam, ani sobie nie życzę.

Zapraszam do odwiedzania strony polskagroza.pl, gdzie znajdziecie ten i inne felietony, oraz newsy związane z literacką grozą!

„Pierdol się, Polsko”

zdjęcie bezczeszczenia

Mieszkam w złym kraju, gdzie żyją źli ludzie – nie Źli. Po prostu źli ludzie w złym czasie i miejscu. Mieszkam w szarej Polsce i często myślę o emigracji. Mieszkam w Polsce podzielonej na grupki, Polsce słabej i skłóconej. Polsce pobitej i nie mającej już sił, by lizać rany. Polsce ogarniętej autoagresją. Czasem zastanawiam się, ile w tym mojej winy. 

Tytuł wpisu nie nawiązuje do wypowiedzi Szczepana Twardocha – przynajmniej nie dosłownie, sama wypowiedź zresztą stała się już poniekąd hasłem. Twardoch na swoim prywatnym profilu na Facebooku napisał „pierdol się, Polsko” w kontekście emancypacji Śląska. Ktoś z jego znajomych wyniósł to dalej i lud chce krwi – bo Twardoch obraził kraj. A Facebook jest przecież przestrzenią publiczną. Sprawa Twardocha trafiła do prokuratury. Ludzie czekają na krew. Parę miesięcy wcześniej pewien człowiek zamieścił na swoim facebooku zdjęcie przedstawiające polską flagę w kiblu – zawtórował mu inny, umieszczając na YT film, jak polską flagę pali i spuszcza w toalecie. Facebook nie widział jednak nic złego w fladze w kiblu. Prokuratura też nie widziała.

To Polska. Kraj, gdzie nie ma nic dla nikogo, chyba, że po znajomości, chyba, że oszustwem. Polska jest też mała. Polska jest biedna. Polacy to pijacy i złodzieje i tak też sami o sobie mówią, otwarcie śmiejąc się z „polaczków” w Internecie i zagranicą. Polaczek to ten, który jeszcze nie wyjechał gdzieś, gdzie jest lepiej i gdzie mu płacą za pracę, gdzie nie musi się szarpać ze wszystkimi, od wypłaty do wypłaty.

Polska to kraj, gdzie urzędy udają, że działają, a politycy są źli. Źli są też ludzie, którzy ich wybrali, ale nikt nie wie, kim są, bo zaraz po wyborach zmieniają front. Zresztą, fronty są w Polsce dwa – bo inne się nie liczą. Polacy wiedzą, że nikt trzeci nie ma szans, więc na niego nie głosują.

Polska jest krajem sprzeczności. Bo Polacy chcą, by o nich wiedział świat, ale kiedy już się dowie, to zwykle jest Polakom wstyd.

Polski wstyd to też ciekawy temat. Bo polakom jest wstyd wszędzie i za wszystko. Kiedy jakiś człowiek, czy instytucja popełni błąd i pojawi się on na arenie międzynarodowej, to każdy Polak musi bić czołem i powtarzać, jak mu wstyd, a następnie rozszarpać winowajce – za to, że przyniósł wstyd całemu krajowi. Zwłaszcza, jeśli nie przyniósł.

Polacy są wstydliwi i jednocześnie dumni, bo chcą i mówią o tym, jaka ojczyzna była wielka. Nikt obcy nie może powiedzieć o Polsce źle. Ale sami Polacy mówią o Polsce jeszcze gorzej.

Polska armia jest mała i słaba.

Polski sport jest śmiechu warty.

Polska kultura nie ma nic do zaoferowania i jest droga.

Polskie oznacza gorsze.

Polskie jedzenie jest paskudne.

Polskie dziewczyny są piękne, ale dziwki.

Jak w Polsce ktoś coś odkryje, to i tak przecież zostanie to zablokowane i sprzedane.

Polskie miasta są brzydkie.

Polacy są głupi, ale Polak jest mądry.

Polskie góry są małe i nic nie znaczące.

Każdy by Polskę w starciu rozłożył na łopatki.

Polscy rządzący są nieudolni.

…A ich wyborcy zawsze wygrywają, więc nie ma sensu głosować.

Polacy są biedni i muszą oszukiwać.

Polacy muszą wyjeżdżać i być sługami.

Polacy nienawidzą się za to, że się nienawidzą, więc nienawidzą się jeszcze bardziej.

Polskie inicjatywy to klęski już na wstępie. Nie udało się Euro, nie uda olimpiada, nie wyjdzie nagroda.

Bo w Polsce panują układy i kolesiostwo. Każdy to wie.

Tak jest – taka jest polska rzeczywistość, szara i okrutna. Każdy to wie, więc jeśli ktoś próbuje to zmienić, to trzeba go sprowadzić na ziemię. Wtedy on także to dostrzega. W końcu Polacy są realistami. Więc cokolwiek spróbujesz zrobić, nie dasz rady, bo w Polsce są układy i kolesiostwo – no chyba, że sam wejdziesz w układ. A jeśli to zrobisz, to potwierdzisz tylko tę tezę.

Ta notka nie ma zakończenia, ani też jakiegoś szczególnego początku. Jest w niej za to pytanie. Oto ono:

Czy to ludzie tworzą rzeczywistość, czy rzeczywistość ludzi?

Mury runą!

Ukraina tatopka

Nie mogę być obojętny wobec aktów przemocy wykonywanej z rozkazów zbrodniczego reżimu na Ukrainie. Nie mogę zrobić wiele, ale jako człowiek wolny umysłem i sercem buntuję się przeciwko niewoli i dobrą myślą oraz słowem wspieram naszych przyjaciół na Ukrainie w walce o choć trochę bardziej normalny świat. Udostępniam więc apel pisarza Jurija Andruchowycza – zgodnie z jego prośbą skierowaną do ludzi pióra w Polsce. Wzywam także wszystkich moich przyjaciół po piórze i czytelników – ślijcie ten apel w świat, podawajcie go dalej, przeklejajcie na swoje blogi i strony. Choćby w ten sposób wesprzyjmy walczących, cierpiących i umierających. 

Ale nim dojdę do właściwego apelu, poproszę jeszcze o jedną rzecz – obejrzyj, proszę, ten film:

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=xZUzfzTLD4U[/youtube]

large_Andruchowycznew Jurij Andruchowycz (ur. 1960) – poeta, prozaik, eseista i tłumacz. Założyciel grupy poetyckiej Bu-Ba-Bu. W Polsce ukazały się cztery jego powieści: Rekreacje, Moscoviada. Powieść grozy, Perwersja orazDwanaście kręgów, za którą otrzymał Nagrodę Lipskich Targów Książki oraz Literacką Nagrodą Europy Środkowej Angelus, tomy esejów: Erz-herz-perc, Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową(wspólnie z Andrzejem Stasiukiem) i Ostatnie terytorium. Eseje o Ukrainie, Diabeł tkwi w serze, tomy poezji Piosenki dla martwego koguta oraz Egzotyczne ptaki i rośliny. Wiersze z lat 1980–1990, a także płyty Samogon (z muzyką zespołu Karbido) oraz Andruchoid (z muzyką Mikołaja Trzaski, Wojtka Mazolewskiego i Macia Morettiego). Jest autorem przekładów z języka polskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Mieszka w Iwano-Frankiwsku.

 

Drodzy Przyjaciele, a przede wszystkim zagraniczni dziennikarze i redaktorzy!

W ostatnich dniach dostaję od was wiele próśb, by opisać bieżącą sytuację w Kijowie i ogólnie na Ukrainie, ocenić to, co ma miejsce, i przedstawić jakąkolwiek wizję najbliższej przyszłości. Ponieważ nie mam fizycznie możliwości, by dla każdego z waszych czasopism oddzielnie napisać obszerny artykuł analityczny, postanowiłem przygotować ten zwięzły apel, aby każdy z was mógł skorzystać z niego w zależności od swoich potrzeb.

Najważniejsze rzeczy, o których chcę wam powiedzieć, są następujące:

W ciągu niespełna czterech lat swojego urzędowania reżim pana Janukowycza doprowadził kraj i społeczeństwo do granic wytrzymałości. Co gorsza, doprowadził do sytuacji bez wyjścia, w której musi on za wszelką cenę utrzymać się przy władzy. W przeciwnym wypadku czeka go surowy wyrok. Skala kradzieży i uzurpacji przewyższa wszelkie wyobrażenia o ludzkiej chciwości.

Jedyną odpowiedzią, jaką reżim ten stosuje już od trzech miesięcy w związku z pokojowymi demonstracjami, jest przemoc – spotęgowana, „kombinowana”: ataki pododdziałów specjalnych policji na Majdanie łączą się z indywidualnymi prześladowaniami opozycyjnych aktywistów i zwykłych uczestników akcji protestacyjnych (śledzenie, pobicia, palenie aut, domów, wtargnięcia do mieszkań, aresztowania, wzmożone procesy sądowe). Słowem kluczowym jest zastraszenie.

W związku z tym, że to nie działa, a protesty się nasilają, władza czyni represje bardziej restrykcyjnymi. „Podstawę prawną” do tego władza stworzyła 16 stycznia, kiedy zupełnie zależni od prezydenta parlamentarzyści, naruszając regulamin, porządek obrad, procedury głosowania, a wreszcie konstytucję, rękoma (!) w kilka minut (!) przegłosowali cały szereg ustaw, które realnie wprowadzają w kraju dyktaturę i stan wyjątkowy nawet bez jego ogłoszenia. Na przykład, pisząc i rozpowszechniając te zdania, już łamię kilka paragrafów o „oszczerstwach”, „podżeganiu” itp.

Krótko mówiąc, jeżeli chcemy przestrzegać tych „praw”, musimy wziąć pod uwagę, że na Ukrainie zakazane jest wszystko, co nie jest dozwolone przez władzę. A władza pozwala tylko na jedno – korzenie się przed nią.

Nie godząc się na takie „prawo”, ukraińskie społeczeństwo 19 stycznia już po raz kolejny tłumnie wystąpiło w obronie swojej przyszłości.

Dziś w kadrach telewizyjnych wiadomości z Kijowa oglądać możecie demonstrantów w różnego rodzaju kaskach i maskach na twarzach, czasem z drewnianymi kijami w rękach. Nie wierzcie, że to jacyś „ekstremiści”, „prowokatorzy” albo „prawicowi radykałowie”. Ja i moi przyjaciele sami teraz udajemy się na nasze manifestacje z takim i podobnym ekwipunkiem. W tym znaczeniu „ekstremistą” jestem teraz ja, moja żona, córka, nasi przyjaciele. Nie mamy wyjścia: bronimy życia i zdrowia swojego i swoich bliskich. Strzelają do nas bojówki policyjnych pododdziałów specjalnych, naszych przyjaciół zabijają snajperzy. Liczba protestujących, zabitych tylko w rządowej dzielnicy podczas ostatnich dwóch dni to według różnych źródeł pięć-siedem osób. Liczba zaginionych bez wieści w całym Kijowie sięga dziesiątek ludzi.

Nie możemy zatrzymać protestów, bo oznaczać to będzie, że zgadzamy się na kraj – dożywotnie więzienie. Młode pokolenie Ukraińców, które dorastało i kształtowało się w czasach poradzieckich, w naturalny sposób odrzuca wszelką dyktaturę.

Jeżeli dyktatura zwycięży, Europa będzie musiała liczyć się z perspektywą Korei Północnej za swoją wschodnią granicą oraz z – według różnych źródeł – 5-10 milionów uchodźców. Nie chcę was straszyć.

Swoją nienazwaną wojnę władza prowadzi głównie przeciw nim. Po zapadnięciu zmroku po Kijowie zaczynają przemieszczać się nieznane grupy „ludzi po cywilnemu”, które wyłapują przede wszystkim młodzież, szczególnie z symbolami euromajdanu i Unii Europejskiej. Porywają ich, wywożą do lasów, gdzie rozbierają ich i katują na srogim mrozie. Dziwnym trafem ofiarami takich zatrzymań najczęściej są młodzi artyści – aktorzy, malarze, poeci. Wydaje się, że po kraju krążą „szwadrony śmierci”, których zadaniem jest zniszczyć to, co najpiękniejsze.

Jeszcze jeden charakterystyczny szczegół: w kijowskich szpitalach siły policyjne organizują zasadzki na rannych protestujących, wyłapują ich tam i (powtarzam – rannych!) wywożą na przesłuchania w nieznanym kierunku. Skrajnie niebezpieczne stało się poszukiwanie pomocy w szpitalu nawet dla zwykłych przechodniów przypadkowo zranionych odłamkiem plastikowego granatu policyjnego. Lekarze jedynie wzruszają ramionami i przekazują pacjentów w ręce tzw. stróżów prawa.

Podsumowując: na Ukrainie w pełni realizuje się zbrodnia przeciw ludzkości, za którą odpowiedzialna jest obecna władza. Jeśli w tę sytuację zamieszani są jacyś ekstremiści, to są nimi najwyżsi urzędnicy państwowi.

A odnośnie do dwóch waszych tradycyjnie najtrudniejszych dla mnie pytań: nie wiem, co będzie dalej, i nie wiem, co wy możecie teraz dla nas zrobić. Możecie w miarę możliwości i kontaktów upowszechniać ten apel.

I jeszcze – współczujcie nam. Myślcie o nas. I tak zwyciężymy, chociaż oni będą się wściekać. Naród ukraiński, mówiąc bez przesady, przelewa własną krew w obronie europejskich wartości wolnego i sprawiedliwego społeczeństwa. Mam nadzieję, że to docenicie.

PS
Jak zauważyliście, w nagłówku strony pojawiła się flaga i godło Ukrainy. Zostaną tam, póki to, co się dzieje u naszych sąsiadów, nie znajdzie rozwiązania. 

Co się dzieje w Krakowie?

kraków smok

Kraków miastem kultury! I choć fakt to niepodważalny, tak jak to, że obok kultury Kraków jest też miastem smoka imieniem Smog (nie mylić z kuzynem Smaugiem), oraz – sporadycznie – miastem długich noży, to co jakiś czas warto o tym przypomnieć. Zwłaszcza, jeśli kultura ta wzrasta niemal na naszych oczach, jak grzyby po smogu. Deszczu. 

Oczywiście, szczególnie cieszy mnie fakt nowych inicjatyw związanych z tym segmentem kultury, który mnie interesuje najbardziej – środowiskiem fanów grozy, oraz fandomem fantastyki. Zwłaszcza, jeśli dzieje się to po długim śnie, w jaki zapadł Kraków z początkiem pierwszej dekady drugiego milenium.

Jak to drzewniej bywało

Był taki czas, kiedy Kraków wydawał się jeśli nie stolicą, to jednym z najważniejszych punktów na fantastycznej mapie Polski. Tu odbył się pamiętny Cracon – połączony z Polconem Eurocon, tu też organizowano pierwsze Krakony, które przez długi czas rządziły w mieście królów, jako najbardziej popularne w Polsce. Tu też Galicyjska Gildia Fanów Fantastyki organizowała Imladrisy – nie mniej popularne, być może jeszcze bardziej żywiołowe. A potem przyszło nowe – z roku na rok w zasadzie Krakony i Imladrisy przestały być organizowane, rozwiązał się klub fanów fantastyki. Kraków zamilkł, a schedę po nim objęły inne miasta, jak Poznań, w którym po dziś dzień bije się rekordy popularności na Pyrkonach (ostatnim razem było chyba 12 000 ludzi).

Ptaszki ćwierkają

Myli się ten, kto sądzi, że Kraków całkowicie się wycofał, bo to raczej nie zdarzy się nigdy. Pamiętamy takie wydarzenia, jak konwent stolikowy – ZamiastCon, Confuzja, czy Game Fusion. I o ile ZamiastCon był w pewnym stopniu prześmiewczy, pozostałe dwa eventy odegrały tylko rolę subtelnych zapowiedzi… jutra. I ono nadeszło, bo w 2011 roku został wznowiony Krakon. Zabrała się za niego ekipa zupełnie nowa, niedoświadczona, ale też pełna wigoru. Krakon 2011 miał być też eksperymentem „łączenia fandomów” mangowego i fantastycznego. Eksperyment, cóż, nie udał się. Fantaści zwyczajnie uciekli, a ci którzy zostali skazani byli na samotność w prelekcyjnych salach. Nie wspominając już o zwykle i tak pomijanym horrorze. Skądinąd – udało mi się przeprowadzić wtedy najlepsze chyba spotkanie autorskie. Cóż z tego, że publika była drewniana, a w konkursie, który zorganizowałem główną nagrodę wygrały odpowiednio: Krzesło 1 i Krzesło 2…

Byłem też na Krakonie rok później. Już jako organizator wziąłem w swoje macko-szpony blok horroru. 2012 przyniósł poprawę, choć konwent jako całość znów został okrzyknięty „klapą” (niektórzy lubią duże słowa), to wiele osób spisało się na medal, jak choćby przy organizacji bloku literackiego. I tym razem Horror – a jakże, na uboczu – dał sobie radę. Wystarczy wspomnieć Ramseya Campbella, który wręcz zachwycał się Krakowem i obecnymi na jego spotkaniach ludźmi. Poprawę też przyniósł rok 2013, choć Krakon organizowany był przez znów odnowioną ekipę. I znów coś poszło nie tak, pojawiły się wątpliwości organizacyjne, na skutek dosyć niemiłej plotki obraził się główny gość konwentu – Graham Masterton… fatum, można by powiedzieć. Nowe Krakony – wszystkie razem i każdy z osobna – przebijały się przez rosnącą falę niechęci i kłótni pomiędzy potrzaskanymi, małymi grupkami krakowskiego fandomu… w czym osobiście widzę główną przyczynę niepowodzeń. A gdzieś w tym wszystkim była groza – stając z boku, pomijana, ale – co najważniejsze – radząca sobie doskonale.

I wtedy stało się wiele rzeczy w bardzo krótkim czasie.

Wiele rzeczy w bardzo krótkim czasie

Jeśli rok 2013 rozpoczął się cokolwiek mgliście, to po paru miesiącach – a już na pewno po Krakonie – mgła ta została rozwiana. Zupełnie, jak gdyby na dawne włości wrócił potężny smok. Oto zostaje zapowiedziany powrót Imladrisu, stare fandomowe (doświadczone) dinozaury wracają, zakasując rękawy. A później…

kfason Klikaj, klikaj!

Groza bierze sprawy w swoje własne ręce, za sprawą inicjatywy Mady Szostak i Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej powstaje KFASON, pierwszy w historii polski konwent fanów grozy. Ten ruch jednoznacznie pokazuje, że polska groza dorosła do zjednoczenia, skupienia w sobie. Zresztą, w niedługi czas później całe środowisko ożywa, pojawiają się nowe pisma, nowe antologie i projekty!

nagroda grabiKlik.

Na KFASONIE zostaje ujawniona Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Od tej pory literacka groza radzi sobie sama, dumnie krocząc w świetlaną (mroczniejszą?) przyszłość. Zachował się zresztą zapis wideo z pogadanki, na której ogłoszona została nagroda. Choć sam moment ogłoszenia pozostanie już na zawsze tylko w pamięci tych, którzy tam byli.
(Od lewej za stołem: Kazimierz Kyrcz Jr, Michał Stonawski (niżej podpisany), Dawid Kain, Stefan Darda i Michał Gacek)

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=eKJ08HDAg7Q[/youtube]

smokiKlik?

Aż w końcu przełom 2013/2014 przynosi wiadomości radosne i z dawna oczekiwane – utworzony zostaje nowy Krakowski Klub Fantastyki „Krakowskie Smoki”. Kraków znów oddycha pełną piersią (o ile można tak powiedzieć w tym smogu), po ponad dekadzie fandom znów się zrzesza, co daje nadzieję na następne lata pokoju i stopniowego budowania mocnej społeczności fanów szeroko pojętej fantastyki – od Science Fiction, przez Fantasy, do Horroru i poprzez niego – do szeroko rozumianej Grozy.

Nowy początek

Co przyniosą następne lata? Orzec może i trudno, za to pofantazjować – łatwo, zwłaszcza, kiedy są ku temu podwaliny. Przyszłość jest bowiem optymistyczna – już nie skrycie i cicho a głośno i na pokaz marzę o silnej krakowskiej komórce fandomu, o silnej, rozwijającej się grozie, o jeszcze silniejszych konwentach, o Polconach w mieście królów, o być może powrocie Euroconu do Krakowa, o nowych, licznych inicjatywach… i część, może nawet całość się sprawdzi. Bo z kulturą to jest tak, że działa jak samonapędzający się silnik. Wystarczy tylko iskra, wystarczy lekko popchnąć, a cała maszyneria zaczyna działać jak ciemny, lśniący Bentley. Pchajmy więc – z całej siły. A potem – na autostradę.

Zobaczymy wreszcie, dokąd ten tramwaj jedzie.

Być może zainteresuje Cię również: 

Horror masakra2

Mój artykuł w piśmie „Horror Masakra” o nagrodzie Grabińskiego

 

 

 

 

 

po krakonie

Moje refleksje po Krakonie 2013

 

 

 

 

 

pzyszlosc

Parę słów o przyszłości horroru – po KASONie

 

Jak się pisze #5

pisanie
Męczą terminy, męczy UJ-owski USOS, paraliżując mnie w swej mętnej sieci. To ta zła strona pisania – brak czasu, kiedy weźmiemy na siebie zbyt dużo. Ja wziąłem. Obecnie piszę trzy opowiadania na raz – każde z nich posuwa się powoli. Każde z nich jest już po terminie. 

Skarżę się, a nie powinienem – po co brałem tyle na siebie? Zwykła nieuwaga, że już terminy mam pozajmowane? A może chora ambicja? Terminy męczą, niedługo mają ruszyć prace wydawnicze nad książką, niedługo ma ruszyć pismo z moim opkiem (to na szczęście już dawno w redakcji), czas goni, zegar tyka. Usos męczy, co chwile się przeciążając, kot miauczy – głodna, listonosz zostawił awizo, a nie mam nawet kiedy pójść na pocztę. Bolesna świadomość, że muszę jeszcze wygrzebać się z publicystyki – dodatkowo daje po garach.

Wygrzebię się. Obiecałem, więc dotrzymam słowa. Znów śpię po 3 godziny na dobę, ale dam radę. Najważniejsze, to przeć naprzód, nawet, jeśli okazało się głupotę – jak ja. Następna rzecz, którą osoba pisząca musi pamiętać – nie być głupim.

Zapomniałem.

 

Życzeń nie będzie.

 

Mój Przyjacielu,

Mógłbym Ci życzyć – lecz nie będę. Nie tak przynajmniej, jakbyś tego oczekiwał. Życzenia bowiem, jeśli są prawdziwe – płyną prosto z serca, a to nie potrzebuje słów, by wyrazić swoje uczucia.
Dlatego mam prośbę.

Wsłuchaj się w Pieśń Królów i poczuj to, co na te święta przekazuje Ci serce. To tam jest i żadne słowa nie opiszą tego lepiej.
Jeśli wsłuchasz się w melodię, ta powie Ci wszystko i poprowadzi za próg, gdzie będzie czekał dobry przyjaciel, by podjąć wędrówkę.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=2jJnyyta07k[/youtube]

A czy Ty widziałeś kotecka?

Będzie szybko, bo co tu wiele mówić. Dziś niech będzie szampańsko, jutro znośny kac, a następny rok lepszy.

A dzisiaj… a dzisiaj każdy niech będzie niegzecnym koculkiem, koteckiem, czy czym tam.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Z9Fa1vKMQ_8[/youtube]

Złe literki

 

(Uwaga, spoilery, jeśli nie skończyłeś, drogi Czytelniku, sagi o Harrym Potterze, możesz się dowiedzieć… paru rzeczy)

 

Dyskusja na temat Harry’ego Pottera i innych – zwróćmy uwagę – szalenie popularnych książek rozgorzała już dawno. Ja sam, w gimnazjum (miałem olbrzymie nieszczęście i równie olbrzymi ładunek doświadczeń z tym związanych uczęszczać do gimnazjum… zakonnego) zostałem na rozmowie kwalifikacyjnej (!) obdarzony pytaniem „Czy czytałeś Harry’ego Pottera?”. Możecie się śmiać, ale odparłem „Tak, przeczytałem go całego” (Serio. Oczywiście całego – wtedy dostępnego).  Potem zostałem zrugany dosyć mocno, że to zło i niebezpieczne.

Dziś ten temat – już po skończeniu całej sagi – do mnie wrócił. Tym razem w postaci filmu z telewizji (?) „Żywa wiara”. Tym razem dyskutują nie tylko o Potterze, ale i o sadze „Zmierzch”. Jak tej drugiej nie lubię (z uwagi na niską jakość literacką), tak będę przed bezsensownym piętnowaniem bronił. Zresztą, zobaczymy. Oglądam film na bieżąco, robiąc wpis „na żywo”.

Zaczynamy.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=A46KOOrHQRg[/youtube]

 

Pierwszym argumentem przemawiającej tu pani jest, że w bajkach, baśniach i innych historiach „dobrych” magią nie zajmują się istoty ludzkie. Są za to Wróżki, wampiry, czarownice (?!)…

Przede wszystkim, od kiedy to czarownice nie są ludźmi? A spójrzmy jeszcze na czarodziejów, takich, jak Gandalf od dziadka Tolkiena. Nie wspominając już o tak ukochanym przez Kościół przykładzie nacechowanej wiarą fantastyki – Narnii, gdzie (w tamtym świecie) magię tworzy nawet sam Aslan (przypomnijmy – Chrystus we własnej osobie).
Przykłady można mnożyć. Każdy, kto czytuje fantastykę znajdzie ich od cholery i trochę. Trochę przykra wpadka, udowadniająca totalne nieobeznanie z tematem… na samym początku.

Następnie szanowna pani wspomina też, że coś, co nie dotyka nas bezpośrednio, czyni lekturę bezpiecznym. Mnie nigdy jakoś Harry Potter bezpośrednio nie dotknął. Już bardziej wspomniana Narnia (Ileż to ja razy wchodziłem do szafy, szukając przejścia…).

Dalej – Pottera szkoli się w technikach okultystycznych. Okultyzm bazuje na magii, zaś sama Sztuka jest i w bajkach. Czasami pokazana bardzo, bardzo krwawo (Nieocenzurowane baśnie Grimmów [uwielbiam]). Mówczyni dodaje jeszcze smaczek – Alchemia nie jest prababką chemii.
Tego już nie skomentuje.

No, to jedziemy dalej – Magia w Potterze jako przepustka do świata celebrytów, piękna, atrakcyjności, wiecznej młodości…
Poszukiwanie tak materialnych – w gruncie rzeczy – mocy jak wieczna młodość jest po stronie czarnej magii, zaś (o ile sobie przypominam) Voldemort nie był zbyt przystojny po tym, jak się -ekhm – zagalopował. Czy życie z magią jest łatwiejsze? Nie bardziej, niż normalne. Zmiana narzędzi – jak się przekonujemy – nie prowadzi do likwidacji problemów. A tych faktycznych nawet magia nie rozwiąże. No, chyba, że ta największa – Miłość, jak zauważa Dumbledore pod koniec bodajże piątego tomu.

W drugim pytaniu nasza znająca się na literaturze rozmówczyni stwierdza, że Lewis, Tolkien a Rowling wspólnego mają tylko tyle, że piszą po angielsku.
Pozwólcie, że chwilę odetchnę… już. Otóż nie, droga pani. Wymieniona trójka jest pisarzami oraz zajmuje się fantastyką. Poza tym cała trójka czerpie pełnymi garściami z legend i podań, wiecie, pogańskich.

Tymczasem blond włosa mówczyni skupia całe swoje tłumaczenie na tym, że Lewis i Tolkien to byli chrześcijanie wielkiej wiary. Rowling, jak wiadomo – nie. Coś mi tu zaśmierdziało religijnym rasizmem.

O, dowiedziałem się, jak pani ma na imię – Małgorzata Nawrocka. Ładnie. Więc, zdaniem Małgorzaty, w Harrym Potterze – przeciwnie niż u Lewisa, czy Tolkiena – widzimy różne odcienie szarości. Wszędzie indziej jest podział czerń/biel.
Nie mogę się nie zgodzić. Chciałbym tylko przypomnieć, że zarówno Tolkien, jak i Lewis pisali w czasach, kiedy taki podział był właściwy, na topie i potrzebny. Dziś idziemy w coraz większy realizm, nawet w fantastyce. Dzięki temu fabuła jest prawdziwsza, odpowiada rzeczywistości… jeśli ma odpowiadać. Bo pani Nawrocka zapomniała o fakcie, że tak Tolkien, jak i Lewis umieszczali akcje w zupełnie innych światach, a rzeczywistość Potterowska jest z naszą – mimo wszystko – zespolona.
Dodać można jeszcze, że walka dobra ze złem w Potterze istnieje – w co pani Małgorzata wątpi. Voldemort (czy też, jak uważa Nawrocka – Valdemort) „czarny pan” i Potter, którego jego przeciwnik nie może znieść ani opętać, bo chroni go – uwaga – miłość.

Co do sił dobra – prócz Harrego (a i to wątpliwe) nie ma nikogo, kto by był kandydatem do postaci dobrej. Nie jest to na pewno ani Ron, ani Hermiona – prawdziwi przyjaciele głównego bohatera. Ani też Hagrid, rubaszny pół olbrzym, oddany przyjaciołom. Ani też Jednorożec, istota najszlachetniejsza i najbardziej niewinna. I w żadnym wypadku Snape, który potrafi oddać życie i honor w imię miłości.

Pani Nawrocka uważa też, że Harry, stając się dojrzały, zaczyna gardzić wszystkim, co nie jest magiczne. W szczególności – Mugolami. Nie wiem, czy pani Nawrocka przeczytała książkę, a jeśli tak, to jak uważnie, gdyż to właśnie postacie utożsamiane z negatywami  dbają o tak zwaną „czystość krwi” i uważają Mugoli za rasę podrzędną, z czym Harry walczy (choć specjalistką tu jest Hermiona).

 

Część pierwsza filmu skończyła się mniej więcej w tym miejscu. Odetchnę chwilę… być może opiszę wrażenia po następnych, a może ta jedna to już zbyt wiele?

Mas bieg nierówny

 

 

Kupą, panowie, kupą! – wołała szlachta. Mieli rację. Ten, kto w większości ma większe szanse na wygraną. Kupą więc, bo kupy nikt nie ruszy.
Jest jednak i druga strona medalu, nazywa się masa. Nie będę się wiele tutaj rozpisywał, wypowiedziałem się o niej już chyba wystarczającą ilość razy, zdania nie zmieniłem. Za to chciałbym pokazać coś ciekawego, na co natknąłem się niedawno…

 

W pewnym sensie (socjologicznym), wszyscy jesteśmy konformistami. Można nawet powiedzieć, że życie w cywilizacji wyklucza nonkonformizm. Konformistą jesteś, jeśli stosujesz się do zasad, przechodzisz na zielonym świetle, nie palisz, kiedy napisane jest, że niewolno, płacisz podatki.
A jednak możliwe jest pogodzenie tego z oddzieleniem się od masy. Najbardziej przecież liczy się to, co w środku. Nasz stosunek, ukierunkowanie, możliwość wybrania ,,po swojemu”, a nie tak, jak inni.
Mógłbym napisać o osobnikach wycofanych, którzy posunęli się jeszcze dalej. Wybrali bezdomność, zrzekając się wszystkiego, co mieli. Są tacy. Wariaci? Może. Ale ja ich podziwiam.
Pójdę w drugą stronę. Dziś skupię się na tłumie.

Szczęśliwym trafem, przyszło mi żyć w wieku internetu, gdzie prawie każdy ma pod ręką urządzenie do zapisu obrazu. Dzięki temu, co jakiś czas mogę na własne oczy przekonać się, jak smutne formy może przybierać owczy pęd.

(Niestety podać mogę tylko link do YT. Nie wiedzieć czemu, w wyniku ostatniej aktualizacji znikł mi przycisk, dzięki któremu mogłem dodawać filmy)

Promocja karpia

Biegnący tłum wpuszczony do hipermarketu. Kupić, kupić, kupić. Wydać, wydać, wydać – tylko tyle tu widać. Szczerze się przyznam, że nie potrafię na takich ludzi spojrzeć inaczej, niż z mieszaniną smutku i pogardy. Idealne owce, wychowane na reklamach, niezdolne już do samodzielnego myślenia.
A skąd ja mogę to wiedzieć? Znam tych ludzi? Wnioskuję tylko po obejrzeniu paru sekund ich życia. Szczerze, mi to wystarcza. Mówię o zjawisku. Masie, nie jednostkach. Wiecie, jestem niemalże całkowicie pewien, że większość z nich, z osobna to bardzo inteligentne osoby, mogące opowiedzieć niejedną mądrą anegdotę na przykładzie swojego życia. Tyle, że te mądre osoby dały się ogłupić na tyle, że w pewnych okolicznościach chowają swoją inteligencje i godność do kieszeni, zachowując się jak zombie. I tu jest różnica –  ci ludzie dali sobie wpoić niektóre zachowania. Nie byli odporni, tym samym dowodząc swojej głupoty (jednocześnie osobno będąc dalej na tym samym poziomie umysłowym).

Teraz tylko pozostaje pytanie, czy bardziej mi ich żal, czy też bardziej gardzę? Patrzę na tą rozwrzeszczaną tłuszczę, w tępych spojrzeniach widzę tylko chęć posiadania danego przedmiotu. Za wszelką cenę.

Świnie przy korycie – promocja telewizorów

Drugi film oddaje to, o czym mówię jeszcze lepiej. Ci ludzie zaczynają się już bić.
Szarpią się, przepychają, wyciągają z kłębowiska gadżety, by uciec z nimi czym prędzej. I to o co – o telewizory? Szklane pudła wtłaczające im do głów jeszcze więcej medialnego gówna. Doprawdy, smutne.

Był jeszcze trzeci film,lecz został usunięty. A szkoda, w nim stopień agresji był dosyć wysoki, by ogarnięte rządzą zakupu owce zaczynały się rozszarpywać… nie widząc, że parę kroków dalej stoją takie same, nieoblegane pudła.

I wiecie, patrząc na to, dochodzę do wniosku, że pogarda przeważa.

Pisanie Live

Jak obiecałem, rozpoczyna się (z małymi opóźnieniami) pisanie live. Jestem niewyspany, po pełnym dniu zajęć… więc może być ciekawie.
Wyniki już za godzinę. Póki co – zapraszam TUTAJ

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén