Tag: wyobraźnia

Pióro z nowym tuszem.

Wakacje powoli się rozkręcają. Wróciłem z klasztoru Benedyktynów (relacja już niedługo!), jutro w moim domu organizowany będzie ,,Cedricon” (nieoficjalny konwencik grozy, dla przyjaciół), a już w piątek zaczynają się Dni Fantastyki… nie wspominając o rychłych wynikach maturalnych i rekrutacji na studia.
Może to więc nie wyglądać na ,,powolne” rozkręcanie, lecz – w głębi duszy – mam nadzieję, że jest. Że prawdziwy zawrót głowy dopiero mnie czeka. I być może to jest właśnie prawdą…?

Niedawno dowiedziałem się, że organizatorom ,,Horyzontów wyobraźni”, ogólnopolskiego konkursu literackiego, udało się załatwić sprawę z antologią konkursową. Skutkiem tego jest już pewne, że moje opowiadanie ,,Wyrok” ukaże się w druku gdzieś w okolicach jesieni, a co za tym idzie, pojawię się na papierze w całej (tak mi się wydaje) Polsce. Oczywiście, antologie będzie można kupić także przez Internet.
Nie muszę chyba mówić, że się cholernie cieszę? W końcu to mój papierowy debiut. A znaki na niebie i Ziemi mówią jasno, że czas niespodzianek jeszcze się nie skończył…! Co mam na myśli? Będę informował na bieżąco.

Antologia wyjdzie nakładem wydawnictwa Radwan, które zasłynęło z wydawania znanego i lubianego, a takze mile wspominanego przez fandom czasopisma literackiego ,,Fenix”.

… aż chce się pisać!

A, przy okazji. Od jakiegoś czasu kibicuję prężnie rozwijającemu się zespołowi muzycznemu ,,Identity” . Chłopaki mają i pasję i talent, to widać po tym jak śpiewają. Zachęcam do zaglądnięcia na ich stronę i przesłuchania paru kawałków (najbardziej spodobał mi się ,,Nobody”). Warto.

Sajans fajans – polemika niekoniecznie profesjonalna

Ranek. Dziś. Przez okno, do pokoju wpadają promienie słońca. Mi nie straszne – mieszkam w kamienicy z grubymi ścianami, słońce świeci, ale piekła mi nie robi… co innego na zewnątrz. Tam panuje skwar, aż na samą myśl pędzę w wyobraźni do wanny pełnej lodowatej wody.
Z przyzwyczajenia odczytuję najświeższe informacje z kraju i ze świata, szybko przewijam parę stron. I wtedy w oczy rzuca mi się ten nagłówek. Jak to było? ,,Sf jest przereklamowane. Jak ludzie mogą to czytać?” – jakoś tak.
Skwar, który miał zostać na zewnątrz mojej enklawy cienia nagle rozkwita wewnątrz mnie. Zdaję sobie sprawę, że to chyba krew we mnie wrze.
Z prawej strony rozlega się plastikowe ,,klik” – to mój palec naciska przycisk myszki. Po pierwszych słowach jestem już pewien – nie mogę tego tak zostawić.

Tekst pochodzi ze strony Makbet.pl, dokładny link do niego tutaj —>

Już sam tytuł (,,Sajans fajans”) pokazuje, jakie autor ma stanowisko do opisywanego przez siebie, ekhm,  ,,problemu”. Autor chce gatunek Sf zdyskredytować, rozszarpać w oczach czytelników, zaprzeczyć jego osiągnięciom i opluć. Za co? Nie mam pojęcia… może ma w tym jakiś cel, a może mu się po prostu nudzi… fakt, że felieton się pojawił i trzeba zareagować. Autor, myślę, pozwoli, że będę to robił na bieżąco.

Ja wiem, że zaraz odezwą się miłośnicy Stanisława Lema, Philipa K. Dicka i innych specjalistów od Światów Dysku i temu podobnych spraw. Wiem o tym i się nie lękam, a nie lękam się, ponieważ już dawno skończyłem z wszelkimi nałogami – z odurzaniem się nikotyną, alkoholem i kiepską literaturą.

Pierwszym, co zauważyłem była niska jakość literacka zamieszczonego artykułu. Nie wiem, ile autor czytał i co, a także kiedy zaczął pisać swoje felietony, ale pisać ,,temu podobnych spraw” zamiast ,,tym podobnych”… cóż, to mówi samo za siebie chyba.
Pierwsze zdania miały mieć chyba charakter prześmiewczy, tak przypuszczam, ale, albo mam słabe poczucie humoru, albo też bardziej zdyskredytowały autora, obnażając jego niekompetencję (mam nadzieję, że to tylko tak ,,wyszło” w tekście).
Autor przyrównuje Sf do ,,kiepskiej literatury” i nałogu. O ile z drugim mogę się zgodzić, to do pierwszego mam pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim, jakim prawem autor kwestionuje dorobek setek pisarzy z całego świata, w wielu przypadkach inteligentnych i uczonych osób, jak Arthur C.Clark na ten przykład?
Rozumiem, że jest to hipoteza. Ciekawy jestem, jak autor ją udowodni.

Jeśli ktoś chciałby wyznaczyć funkcje rozmaitym gatunkom literackim, powiedzieć po prostu, po co one są, pomijając prosty aspekt przyjemności z czytania(…)

Wszystko fajnie, ale dlaczego mamy pomijać aspekt przyjemności z czytania? Więc atakujemy, ale dopiero po odrzuceniu istotnych i wspaniałych cech? W porządku, też tak mogę.
Jak by to miało być? Może tak; ,,koty są, oczywiście pomijając tą wspaniałą sierść i niepowtarzalny charakter, zwierzętami nad wyraz brzydkimi i wrednymi… ”

– który tak naprawdę wcale prosty nie jest, bo ludzie czerpią przyjemność z tak dziwacznych rzeczy, że strach – jeśliby ktoś spróbował to zrobić, wyszłoby mu, że literatura SF to taka emocjonalna wódka albo metafora. I koniec.

Zaraz, zaraz… że co?
Po pierwsze, strach, szanowny autorze dziwną rzeczą nie jest, jeśli już się chcemy czepiać. Strach jest rzeczą naturalną, mało jest chyba rzeczy mniej dziwnych.
Po drugie – nie za bardzo rozumiem, literatura Sf to emocjonalna wódka, albo metafora? Do czego piejesz, że się tak wyrażę?

Nie mówcie mi tylko, że jakiś współczesny pisarz przewiduje w swych dziełach, co się stanie na Ziemi za 100 lat, bo takie głodne kawałki są już nie dla mnie.

Autorze drogi, nikt nic nie przewiduje! Pisarze to nie wróżki! I bynajmniej nie piszą swoich książek jako objawienia, naprawdę.
Natomiast fakty są takie (dyskutujesz z faktami, autorze?), że niektóre przewidywania zawarte w książkach Sf faktycznie okazały się później prawdą.
Kwestionując to, kwestionujesz dorobek literacki Verne’a czy też przewidywania Clarke’a odnośnie takich rzeczy, jak np. orbita geostacjonarna. Odnoszę wrażenie, że nie poznałeś prozy tych pisarzy, a szkoda, bo wtedy takie dyrdymały nigdy by spod Twojego pióra nie wyszły.

Odurzający charakter tej literatury bierze się z jej schematyczności.

Ok, więc literatura Sf jest odurzająca i schematyczna. I co ciekawe, ta schematyczność wpływa na ludzi odurzająco!
Jestem zbyt odurzony tym stwierdzeniem, by to skomentować.

Mamy ciągle tych samych bohaterów, którzy robią te same rzeczy. Ratują świat albo ukochaną kobietę z rąk wstrętnego robota lub rozwiązują piekielnie trudne zagadki z dużą liczbą niewiadomych. To jest właśnie w tym wszystkim najnudniejsze i najgorsze, ale dla ludzi, którzy lubią sobie strzelić coś głębszego, nie ma większej przyjemności.

Przytoczyłeś we wstępie Philipa K. Dicka i Stanisława Lema. Nie czytałem, przyznaję się, wszystkich tekstów obu autorów, ale jednak swoje przeczytałem. I nie mogę sobie przypomnieć, aby bohaterowie ich książek robili ciągle to samo, ba, nawet nie umiem wskazać ciągle tych samych bohaterów. A w porównaniu z resztą literatury Science fiction, już w ogóle się gubię.
Jeśli zaś chodzi o strzelanie sobie głębszego, to czasami lubię, na przykład z przyjaciółmi. Może nie jest to bardzo głębokie, ale jednak. Wracając do książek (bo zbyt się w trunki zagłębiamy), rozumiem, że Twoim, autorze, zdaniem literatura Sf jest płaska i bez polotu. Radzę jeszcze raz przeczytać coś z przytoczonego przez Ciebie Lema (wszak, rozumiem, że, skoro piszesz i krytykujesz, to temat poznałeś?). Potem znów zastanów się nad tą płytkością literatury fantastycznonaukowej.

Gromadzą więc na półkach całe rzędy książek w miękkich okładkach, na których namalowane są cycaste wojowniczki obdarzone udami zapaśników lub olbrzymie jednostki latające, które mkną od jednej mgławicy do drugiej.

Zwątpiłem.
Autorze Ty mój drogi, widziałeś może kiedykolwiek książkę Sf na oczy? Oczywiście, cycatych wojowniczek u nas ci nie brak, a i pojazdy się znajdą, miękkie okładki zaś, na przemian  z twardymi, stoją sobie na półkach, a jednak mam dziwne wrażenie, że coś pominąłeś. Jakieś parę tysięcy/milionów innych książek, na ten przykład.

Literatura SF była kiedyś obszarem, który interesował jedynie młodych ludzi, w dodatku interesował w sposób szczególny.

Kiedy? Chętnie bym poznał datę tego dziwnego zjawiska, choć oczywiście pojęcie młodości jest przecież względne, skoro nazywasz wszystkich ludzi interesujących się, w tych zamierzchłych czasach, fantastyką – młodymi, to bardzo miło z Twojej strony.

Oto im kto miał więcej pryszczy na gębie, im mocniej wstydził się pogadać z Jolką, która już w ósmej klasie nosiła miniówy i chodziła na zabawy, tym większy był z niego miłośnik prozy fantastyczno-naukowej.

 

Sam bym wolał książki, niż rozmowy z Jolką z ,,ósmej be”, która lubi nosić miniówy, nanosić na twarz centymetry środków tapetopodobnych i bawić się w doktora z każdym napotkanym chętnym.

Z czasem frustracje te rosły, ale także powszedniały i człowiek się do nich przyzwyczajał.

To rosły, czy powszedniały, bo już sam nie wiem…?

Nie minęły nigdy, ale życie potoczyło się jakoś i dziś miłośnik prozy SF dobiega czterdziechy i ma kochającą żonę oraz dwójkę dzieci. Z literatury SF nie wyleczył się jednak  i z czasem, jak dojrzewał, jak stawał się mądry, jak robił doktorat i przymierzał się do habilitacji, nadawał jej różne inne znaczenia niż to jedno pierwotne, które go przy niej trzymało na początku.

I patrz, dalej czyta. Mądry, z doktoratem, żoną i dziećmi. Nie przyszło Ci, autorze, do głowy, że taki dobiegający czterdziechy człowiek po prostu to lubi? Że sprawia mu to radość, skłania do przemyśleń a jednocześnie odpręża?
Pytanie retoryczne. Nie przyszło. Gdyby tak się stało, nie byłoby tego felietonu.

Najważniejszym zaś znaczeniem, które nasz miłośnik nadał swojej ukochanej niszy literackiej jest to, że tłumaczy ona świat za pomocą metafor.

Za wikipedią – ,,Metafora (gr. μεταφορά), inaczej przenośnia – językowy środek stylistyczny, w którym obce znaczeniowo wyrazy są ze sobą składniowo zestawione, tworząc związek frazeologiczny o innym znaczeniu niż dosłowny sens wyrazów np. „od ust sobie odejmę”, lub „podzielę się z wami wiadomością”.”

Zaraz, zaraz, więc statek kosmiczny będzie metaforą…?

I ja się właściwie z tym zgadzam, choć jak już kiedyś nadmieniałem, jestem zwolennikiem dosłowności, bo jak ktoś kochani – z przeproszeniem – pierdzi, to po prostu pierdzi, a nie puszcza wiatry.

Tak, niech żyje dosłowność.

Zgadzam się z tym, że otaczający nas świat musi być opowiadany za pomocą metafor, bo są takie sytuacje i zjawiska, których inaczej się po prostu opisać nie da. Są, wierzcie mi.

Ależ wierzę, wierzę.
Choć dalej teza, jakoby Sf była metaforą, jakoś mi nie leży. Bo oczywiście, można znaleźć odwołania do rzeczywistości (m więcej, tym lepiej, szczerze mówiąc… z zachowaniem rozsądku, oczywiście), ba, mogą być i wspomniane metafory, ale nie o to w tym przecież chodzi…
Literatura Sf ma, przede wszystkim, rozbudzać wyobraźnie. Uczulać na świat i wyzwalać myśli. I służyć za (inteligentną) rozrywkę, oczywiście!

Nie zdarzają się one jednak często i nie są to sytuacje ani zjawiska typowe. One nawet nie są nietypowe. One są po prostu zjawiskowe i tak zaskakujące, że człowiek mimo wysiłków nie może na ich widok zewrzeć szczęk, nawet pomagając sobie ręką. I wtedy właśnie przydaje się metafora. Ona przydaje się także ludziom o nieco cieńszej niż moja skórze, którzy nie chcą artykułować pewnych treści wprost, bo ich paraliżuje od środka. Są tacy ludzie – wrażliwi, delikatni, lekko przeczuleni i im także przydają się metafory.

Ileż tu barwnych metafor, w tym tekście, ileż porównań!
Ale o co chodzi… cóż, wyższa szkoła jazdy.

Nie wiem jednak, czy do tej kategorii zaliczyć można wszystkich pisarzy SF i ich czytelników. Nie jest bowiem literatura fantastyczna jedynie obszarem, na którym rozstrzygają się skomplikowane losy młodzieńców walczących ze smokami i naukowców pokonujących złośliwe stwory z planety Spectra.

Młodzieńcy walczący ze smokami…? Mówimy ciągle o literaturze SF, prawda? W tym przypadku były by to już chyba technosmoki…
Ale cieszę się, że dostrzegłeś, że jednak jest tu coś więcej. To rokuje nadzieje.

Ona dotyka także spraw głębszych i ważniejszych dla naszego życia codziennego – spraw politycznych i społecznych po prostu.

O, bogowie!
Nie są to tylko sprawy naszego życia codziennego, co prawda (aczkolwiek też, wystarczy przeczytać Orwella, albo Zajdla), ale tak, dotyka spraw głębszych.

Nie chodzi mi tutaj o jakieś wizje społeczeństw przyszłości, o jakieś przepowiednie totalitarne, o jakieś proroctwa nieszczęść straszliwych. Chodzi mi o coś zgoła innego. O to mianowicie, że od zawsze właściwie słyszałem, jakoby literatura SF, polska literatura, wypełniała misję polityczną za komuny. Tłumaczyła bowiem ona młodym ludziom to, co nie mogło być przekazane w inny sposób. Nie mogło być ponieważ panował zamordyzm, ZOMO, partia przewodnia i Albin Siwak. Jednak dzięki istnieniu nurtu w literaturze zwanego SF młodzi ludzie, fascynując się treścią i wizjami tam zawartymi odkrywali, poprzez metaforę właśnie, prawdę o świecie ich otaczającym.

Dokładnie tak. Cenzura przymykała oko na fantastykę jako taką, a pewne treści mogły być rozpowszechniane. Naprawdę, jestem pod wrażeniem.

Nic podobnego, kochani. Niczego nie odkrywali.

No i się skończyło…

Żeby odkryć, że właśnie o to chodzi, musieli przeczytać stosowną recenzję zamieszczoną w ponurym jak murzyńskie więzienie miesięczniku „Fantastyka”. Dopiero wtedy odkrywali. Takie zaś odkrycia są nic nie warte i nadają się na wkładki do butów.

Nawet takie są warte wiele.
Ale nie rozumiem, dlaczego poniżasz czytelników fantastyki. Oczywiście, niektórzy nie dostrzegali drugiego dna, a jednak wielu się znalazło takich, co wiedzieli o czym autor także napisał.
Jestem ciekawy, czy Twoje sformułowanie dotyczące miesięcznika ,,fantastyka” można nazwać obraźliwym. Jestem zdania, że tak. Radziłbym nie popełniać tego typu błędów. No, chyba, że masz dobrego prawnika.
W skrócie, w paru zdaniach obraziłeś czytelników, książki i miesięcznik.
Czekam na argumenty.

Przyjmijmy jednak, że się mylę i czepiam, że to nie tak, że prawda jest po stronie pisarzy SF, którzy muszą swe wizje przelewać na papier, bo inaczej ciśnienie w czaszeczce rozwali im łeb, a jak nie to, to przyjedzie jakiś Siwak z zomowcami i spuści im łomot i oni muszą to wszystko zapisać, zanim rozlegnie się stukanie do drzwi. Przyjmijmy, że tak jest.

Ciśnienie rozwalające łeb? Ależ, autorze, toż to fantazja jest.
Ja z kolei muszę przyjąć, że niski poziom literacki tego tekstu jest wynikiem targających Tobą emocji. Przyjmuję.

Wtedy, pomijam tych, którzy uprawiają prozę wizyjną, literatura ta powinna zaniknąć wraz z Siwakiem. No bo skoro nie ma zagrożeń, wszystko jest wyjaśnione, a na straży naszego bezpieczeństwa stoją właściwie przeszkoleni policjanci, skoro prawda, dobro i piękno zwyciężyły i tylko gdzieniegdzie prawicowy kapitalista wyzyskuje lewicowych działaczy lub na odwrót – lewicowe bojówki zagrażają wolności słowa, skoro tak jest, to po co nam tam proza?

By czytać.
A także pobudzać wyobraźnie, poszerzać horyzonty… hm, chyba już o tym mówiłem. Idźmy dalej, bo robi się późno, a ja chcę jeszcze zniszczyć sobie psychikę Orwellem.

Już nic nie trzeba wyjaśniać za pomocą metafor! Wszystko jasne.

Ależ właśnie, że nie. Bo ja dalej nie doczekałem się na argumenty. Chyba przyda mi się więc metafora do tego tekstu, prawda?

Oczywiście świat nie jest idealny, ale można przecież o tym powiedzieć wprost – bez metafor rodem z innej planety. Nie można! Naprawdę?! No, kurcze, dlaczego?!

Proszę, specjalnie dla Ciebie – Świat nie jest idealny.
Przyczepiłeś, się, autorze, do tych metafor i poza nimi świata nie widzisz. Literatura Sf ma za zadanie, prócz oczywistego (przynajmniej dla mnie) bawienia, także zachęcać do myślenia, nauczyć czegoś, poszerzyć horyzonty… (kropki celowe)
Widzę, że masz jakiś uraz do Sf. Tylko nie mogę zrozumieć, cóż Ci ta nieszczęsna literatura uczyniła?

Nie można, bo wtedy wydawnictwa żyjące z SF musiałby zostać zamknięte. Bohaterscy i walczący ze złem, a także tłumaczący młodym naszą złożoną rzeczywistość pisarze musieliby wziąć się za jakąś uczciwą robotę.

Oczywiście, bo kreacja jakiegoś świata, poprawki, ślęczenie nad tekstami parę(naście) godzin i poświęcanie na pasję praktycznie prawie całego życia, w zamian dostając jakieś grosze to jest robota nieuczciwa, ma się rozumieć.

Nie można, bo mówienie wprost, które jest oczywiście możliwe, wymaga dwóch rzeczy – odwagi i talentu.

A pisanie nie wymaga talentu, toć wszyscy o tym wiedzą, prawda? Odwagi w tym tez nie ma ani za grosz, by zaprezentować coś, co siedzi gdzieś głęboko, część siebie, opinii publicznej.
Powiem wprost, autorze – chcę argumentów. I felietonu napisanego poprawnie, skoro wystawiasz go w serwisie.

Nie ma bowiem trudniejszej rzeczy niż opisanie tego, co akurat mamy przed oczami. Bez metafor. Po prostu.

,,Mam przed oczami tekst. Jego autor wykazuje szczątkową wiedzę na temat, na który usiłuje się wypowiedzieć… ”  – to wcale nie jest takie trudne…
Jeszcze raz – Sf, ogólnie fantastyka, zajmuje się tym, co nazywamy wyobraźnią. Stymuluje ją, a jednocześnie to, co tam jest napisane także z wyobraźni pochodzi. To, jak sama nazwa wskazuje, fantazja. Rzecz nierzeczywista, może być oparta na naszym świecie, pokazywać jakieś jego mechanizmy, zostanie jednak fantazją. Ludzie naprawdę lubią to czytać, a niektórzy nawet pisać.
I tak, Sf jest mówiona wprost. Fikcja trafia wprost do czytających.

Pisarze SF wiedzą o tym doskonale i nigdy się tego nie podejmą, bo wspomnienie pryszczy na gębie i Jolki w miniówie paraliżuje ich od środka.

Masz rację, Jolka w miniówie to rzecz wyjątkowo paraliżująca jest.

Jest jeszcze sprawa Siwaka. On nadal żyje. Nie słyszeliście? Żyje i ma się dobrze, tylko w telewizji pokazują go rzadziej i w przebraniu. Ale o tym także można mówić wprost. Odwagi przyjaciele. Można mówić wprost.

To i powiem – nie doczekałem się na sensowne argumenty, czytałem tekst napisany w sposób niezbyt piśmienniczy i w dodatku przez autora z urazem do Sf. I ciągle nie rozumiem, jak jakikolwiek gatunek literacki może powodować urazy. Tak samo, jak nie rozumiem nienawiści do autorów, czytelników i całego fandomu, obrażania ludzi, którzy zajmują się swoją pasją i szanujących się pism (masz prawnika, prawda?).

Aha, no i przyznaję się – bardzo lubię prozę zarówno Stanisława Lema, Philipa K. Dicka, jak i innych pisarzy Sf, którzy są dla mnie wzorami do naśladowania , zarówno w pisaniu, jak i w zdobywaniu mądrości.

A dla Ciebie, autorze, mam radę – nie czytaj i nie interesuj się fantastyką. Żyj i daj żyć innym.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén